Gdy nauka dostarcza właśnie nowych twardych dowodów na postępujący kryzys klimatyczny, w Sejmie marszałek Krzysztof Bosak z Konfederacji patronuje “konferencji naukowej” zaprzeczającej konsensusowi w sprawie przyczyn globalnego ocieplenia
Według opublikowanych dziś, 14 stycznia 2026 roku, danych unijnej agencji klimatycznej Copernicus średnia temperatura globu w 2025 roku wyniosła 14,97°C. Miniony rok okazał się w efekcie trzecim najcieplejszym rokiem w liczącej 250 lat serii pomiarowej. Nieznacznie cieplejszy, bo tylko o 0,01°C, był rok 2023 oraz – o 0,13°C – najgorętszy jak do tej pory rok 2024.
Oznacza to, że ostatnie 11 lat było najcieplejszym okresem w historii pomiarów, co jednoznacznie wskazuje na postępujący kryzys klimatyczny. Dodatkowo – w zależności od przebiegu cyklicznych zjawisk klimatycznych nad Pacyfikiem, o których mowa niżej w tekście – wiele wskazuje na to, że rok 2026 może być cieplejszy niż 2025, a z kolei 2027 – cieplejszy niż 2026.
Nie można także wykluczyć, że już w tym lub przyszłym roku padnie nowy rekord globalnej temperatury, przewyższający ten z 2024 roku.
Średnia globalna temperatura powietrza przy powierzchni Ziemi była w minionym roku o 1,47°C wyższa niż w epoce przedprzemysłowej (mowa o latach 1850-1900, przyjętych przez naukowców jako punkt odniesienia, względem którego mierzymy ocieplenie klimatu), informuje Copernicus. Miniony rok był także o 0,59°C cieplejszy niż średnia z lat 1991-2020. Uwzględniając minimalnie cieplejszy rok 2023 oraz rok 2024, kiedy anomalia sięgnęła 1,6°C – naukowcy obliczają, że aktualny długoterminowy poziom globalnego ocieplenia wynosi dziś około 1,4°C.
Natomiast średni wzrost globalnej temperatury w latach 2023-2025 przebił poziom 1,5°C względem czasów sprzed epoki przemysłowej. Choć to tylko trzy lata, był to pierwszy tak długi okres, w którym wzrost globalnej temperatury osiągnął poziom ponad 1,5°C.
„Jeżeli tempo wzrostu temperatur utrzyma się na obecnym poziomie, próg 1,5°C zapisany w Porozumieniu Paryskim może zostać osiągnięty już pod koniec tej dekady. Oznaczałoby to przekroczenie symbolicznej i politycznie kluczowej granicy ponad dziesięć lat wcześniej, niż zakładano w momencie przyjmowania porozumienia” – czytamy w komunikacie Copernicusa.
Miniony rok byłby zapewne cieplejszy, gdyby nie zjawisko znane jako La Niña, czyli cykliczne ochłodzenie wód równikowego Pacyfiku. La Niña występuje na przemian ze swoim przeciwieństwem, El Niño. Oba zjawiska mają na przemian chłodzący i ocieplający wpływ na globalny klimat.
Niemniej wzrost temperatury jest już tak silny, że lata, które kiedyś uchodziły za ciepłe z powodu El Niño, dziś nie załapałyby się do rekordowo ciepłej czołówki. I na odwrót – dzisiejsze stosunkowo chłodniejsze lata byłyby jednymi z najgorętszych w minionych dekadach.
„Fakt, że ostatnich 11 lat było najcieplejszymi w historii pomiarów, stanowi kolejny dowód jednoznacznego trendu prowadzącego ku coraz gorętszemu klimatowi. Świat szybko zbliża się do długoterminowego progu wzrostu temperatury wyznaczonego w Porozumieniu Paryskim. Jedyne, co możemy zrobić, to jak najlepiej przeciwdziałać skutkom przekroczenia tego progu dla społeczeństw i systemów przyrodniczych” – mówił na konferencji prasowej Carlo Buontempo, dyrektor programu Copernicus Climate Change Service.
Według tysięcy badaczy ze 195 państw uczestniczących w Międzyrządowym Panelu ds. Zmian Klimatu (IPCC), cyklicznie podsumowującego stan wiedzy o klimacie, w ostatnich dziesięcioleciach kluczowe wskaźniki systemu klimatycznego Ziemi osiągają poziomy „niespotykane od stuleci, a nawet tysiącleci, i zmieniają się w tempie bezprecedensowym co najmniej od ostatnich 2000 lat”.
Poprzedni okres o podobnie wysokich temperaturach miał miejsce prawdopodobnie… 125 tys. lat temu (aczkolwiek naukowcy wypowiadają się w tej kwestii dość ostrożnie).
Przyczyną jest rosnąca koncentracja dwutlenku węgla i innych gazów cieplarnianych w atmosferze. Koncentrację CO2 mierzy się w cząsteczkach na milion (ppm) i aktualnie wynosi ona ok. 425 ppm, a po przeliczeniu wpływu innych gazów cieplarnianych takich, jak np. metan – przekracza 500 ppm.
Tempo wzrostu koncentracji CO2 wynosi obecnie ok. 3 ppm rocznie, a więc 300 razy szybciej (sic!) niż przed przyspieszeniem rozwoju cywilizacyjnego na skutek rewolucji przemysłowej. Po uwzględnieniu innych czynników tempo wzrostu szacuje się na ok. 4.5 ppm rocznie – 450 razy szybciej.
To efekt spalania paliw kopalnych, przede wszystkim węgla. Nauka informuje i ostrzega przed tym negatywnym zjawiskiem od ponad 100 lat, jednak dopiero teraz możemy na własne oczy obserwować jego dotkliwe skutki. A wzrost temperatury będący skutkiem zwiększenia koncentracji CO2 w atmosferze został eksperymentalnie dowiedziony jeszcze w latach 50. XIX wieku.
Naukowcy zasadnie obawiają się, że szybko zbliżamy się do umownego drugiego progu ocieplenia, wynoszącego 2°C. Jeśli nic się nie zmieni, trwałe przekroczenie tego progu nastąpi w latach 2050-2060, a więc jeszcze za życia wielu czytelników i czytelniczek OKO.press.
Gorętszy świat to więcej ekstremalnych zjawisk pogodowych i wynikających z nich problemów: powodzie, susze, pożary, niskie plony, zwiększający się zasięg chorób tropikalnych na szerokościach o dotychczas umiarkowanym klimacie, a także zwiększona śmiertelność na skutek fal upałów. Wszystkie te katastroficzne zjawiska dają się nam we znaki już dziś.
Przykładowo, informuje Copernicus w raporcie, w 2025 roku ludzie na całym świecie ponownie cierpieli z ponadprzeciętnie wysokiej liczby dni z temperaturą odczuwalną na poziomie co najmniej 32°C. Takie warunki Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) definiuje jako „silny stres cieplny” i główną przyczynę zgonów związanych z warunkami pogodowymi na świecie.
Naukowcy z Imperial College London oraz London School of Hygiene & Tropical Medicine przeanalizowali dane z 854 miast w Europie i ustalili, że zmiana klimatu odpowiadała za ok. dwie trzecie z szacowanych 24 400 zgonów związanych z upałami minionego lata. Według badaczy wzrost temperatur sięgający miejscami nawet 3,6°C, znacząco przyczynił się do skali tych nadmiernych śmierci.
W Polsce – której powierzchnia stanowi 0,2 proc. powierzchni światowych lądów – 2025 rok okazał się najprawdopodobniej o 0,85°C cieplejszy, niż w okresie 1991-2020, a także o 2,5°C cieplejszy względem epoki przedprzemysłowej. Był więc „zaledwie” ósmym najcieplejszym rokiem w historii pomiarów na ziemiach polskich.
Zatrzymanie wzrostu temperatury globu na względnie bezpiecznym poziomie jest niezmiernie trudne, bo jest kwestią przede wszystkim polityczną. Ziemski system klimatyczny poddany działaniu gazów cieplarnianych reaguje z opóźnieniem. Dlatego, nawet gdyby emisje spadły do zera już jutro czy nawet za kilka lat – co jest nierealne – miną dekady, zanim klimat na ten spadek zareaguje.
Dodajmy do tego nakierowaną na krótkoterminowe korzyści politykę władz, a także swobodnie krążącą dezinformację na temat kryzysu klimatycznego, jego przyczyn i skutków.
W brazylijskim Belém zakończył się niedawno 30. szczyt klimatyczny ONZ, tzw. COP30. Jego celem było m.in. zmobilizowanie rządów do lepszej realizacji planów redukcji emisji do 2030 roku, a także – tradycyjnie – rozwiązanie sporów dotyczących pieniędzy na łagodzenie kryzysu klimatycznego i adaptację do życia w cieplejszym świecie. Niezbędne minimum oceniane jest na 1,3 biliona dolarów rocznie.
Czy to się udało? Belém przyniosło pewien – choć dalece niewystarczający – postęp w kontekście planów ograniczenia emisji w najbliższej dekadzie oraz zwiększenia wydatków na adaptację do zmian klimatycznych, ale nadal bez rozstrzygnięcia pozostaje kluczowa kwestia „mapy drogowej” do zasadniczego celu, którym jest odejście od paliw kopalnych.
Mimo to rok 2026 rozpoczął się dla klimatu źle. Administracja prezydenta Donalda Trumpa zadecydowała o wyjściu USA z 66 międzynarodowych organizacji określonych jako „nieefektywne i szkodliwe”. Wśród nich znalazły się m.in. organizacje zajmujące się kryzysem klimatycznym, szczególnie IPCC oraz Ramowa Konwencja Narodów Zjednoczonych w sprawie zmian klimatu (UNFCCC).
Administracja Trumpa tak pierwszej, jak i obecnej drugiej kadencji sprzeciwia się jakimkolwiek formom współpracy międzynarodowej, nie tylko na rzecz klimatu. Wyjście z IPCC i UNFCCC może utrudnić – i tak niełatwą – globalną współpracę na rzecz klimatu. Co prawda w UNFCCC pozostają wszystkie pozostałe kraje świata, jednak USA z racji na swoją geopolityczną siłę oraz bycie największym emitentem gazów cieplarnianych były kluczowym państwem-stroną konwencji.
Także na początku 2026 roku Trump porwał wenezuelskiego prezydenta Nicolása Maduro i zapowiedział przejęcie kontroli nad ogromnymi (choć niełatwymi do wydobycia i przetwórstwa) zasobami ropy naftowej tego kraju. A deklarowana przez Trumpa chęć zajęcia Grenlandii (terytorium Danii, członka UE i NATO) ma w tle zmiany klimatyczne m.in. ze względu na rosnące znaczenie mórz i zasobów Arktyki w kontekście topnienia tam lodu.
Decyzja Trumpa osłabia zaufanie do długoterminowych deklaracji i zachęci część rządów do rezygnacji lub ograniczenia działań na rzecz klimatu. W praktyce będzie to oznaczać między innymi mniejsze tempo redukcji emisji czy słabsze finansowanie adaptacji do zmian klimatu i transformacji energetycznej w krajach Globalnego Południa.
Zbiegiem okoliczności w dniu opublikowania danych klimatycznych Copernicusa w Sejmie odbyła się konferencja [link do transmisji tu] pod hasłem „Czy człowiek ma wpływ na zmiany klimatu?”, zorganizowana przez szereg katolicko-prawicowych organizacji pod patronatem wicemarszałka Sejmu Krzysztofa Bosaka z Konfederacji.
Podstawowym celem konferencji okazało się przekonywanie, że klimatologia jest nauką skorumpowaną, a korpus tysięcy (jak do tej pory niepodważonych) badań na temat antropogenicznego ocieplenia klimatu to po prostu efekt hojności sponsorów łożących na badania i oczekujących określonych efektów.
„Prawdę” znają i głoszą – za cenę marginalizacji i ostracyzmu – tylko nieliczni „niezależni”, jak choćby ci obecni na sejmowej konferencji.
Wśród owych „niezależnych” znalazł się między innymi niemiecki geolog dr Stefan Uhlig, autor książki „Klimatyczne oszustwo”, który próbował dowodzić, że klimat zmienia się wyłącznie w sposób naturalny, a swoje tezy oparł m.in. na danych obejmujących setki tysięcy i miliony lat, kompletnie ignorując fakt, że bezprecedensowe tempo wzrostu koncentracji CO2 w atmosferze skutkuje zmianami liczonymi ledwie w dekadach.
Innym „ekspertem” konferencji był dr inż. Jan Kubicki, współautor artykułu, w którym (powołując się na błędny wywód Knuta Ångströma z 1908 roku) stwierdził, że emisje CO2 nie powodują dalszego wzrostu temperatury po tym, jak nastąpi efekt „wysycenia” atmosfery tym gazem. Artykuł został ostatecznie wycofany jako nierzetelny i sprzeczny z aktualną wiedzą naukową, a sam Kubicki wraz z zespołem zajęli wysokie miejsce w plebiscycie „Klimatyczna bzdura roku” dwa lata temu.
W OKO.press pisze głównie o kryzysie klimatycznym i ochronie środowiska. Publikuje także relacje z Polski w mediach anglojęzycznych: Politico Europe, IntelliNews, czy Notes from Poland. Twitter: https://twitter.com/WojciechKosc
W OKO.press pisze głównie o kryzysie klimatycznym i ochronie środowiska. Publikuje także relacje z Polski w mediach anglojęzycznych: Politico Europe, IntelliNews, czy Notes from Poland. Twitter: https://twitter.com/WojciechKosc
Komentarze