0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: foto z TT uczelnifoto z TT uczelni

„Jeśli przemówienie Morawieckiego nie poruszy Europy (a trudno, by tak się stało), to dla zwolenników opowieści o tym, jak Europa Zachodnia ignoruje Polskę, będzie to kolejny dowód na jej niewzruszoną prawdziwość. I tak to będzie dalej się toczyć. Tymczasem przemówienie w Heidelbergu pokazuje, że król jest nagi – Polska zyskała renomę w Europie, ale niestety nie ma jej nic do powiedzenia. Do przesunięcia punktu ciężkości w naszą stronę jeszcze wiele brakuje" – pisze Piotr Buras, szef warszawskiego biura think-tanku European Council on Foreign Relations.

Cykl „SOBOTA PRAWDĘ CI POWIE” to propozycja OKO.press na pierwszy dzień weekendu. Znajdziecie tu fact-checkingi (z OKO-wym fałszometrem) zarówno z polityki polskiej, jak i ze świata, bo nie tylko u nas politycy i polityczki kłamią, kręcą, konfabulują. Cofniemy się też w przeszłość, bo kłamstwo towarzyszyło całym dziejom. Rozbrajamy mity i popularne złudzenia krążące po sieci i ludzkich umysłach. I piszemy o błędach poznawczych, które sprawiają, że jesteśmy bezbronni wobec kłamstw. Tylko czy naprawdę jesteśmy? Nad tym też się zastanowimy.

Dwie opowieści zawładnęły polską debatą o polityce zagranicznej.

Jedna mówi o przesunięciu się punktu ciężkości Europy na wschód, w którym to procesie Polska i jej postawa wobec wojny w Ukrainie odgrywa kluczową rolę. Ta opowieść snuta jest przez czołowe media międzynarodowe (od „Le Monde", przez „Foreign Policy" aż po „The Economist"), w równym stopniu zadając kłam twierdzeniom, że Europa nas nie lubi, co przyjemnie wpływając na nasze samopoczucie.

Nie jest wprawdzie do końca jasne, czy to przesunięcie jest w istocie zasługą polskiej polityki czy raczej faktu, że historia rozgrywa się akurat w naszej części Europy. Ale to nie tak ważne. Istotne jest, że działania Polski budzą respekt, a nawet podziw, zaś wzrok międzynarodowej opinii publicznej coraz częściej skierowany jest na nasz kraj.

Kompleksy i poczucie niedowartościowania

W drugiej opowieści zza tej nowej pewności siebie i samozadowolenia z bycia nowym centrum Europy silnie przezierają kompleksy i poczucie niedowartościowania. Jej refrenem jest przekonanie, że zwłaszcza krajom Europy Zachodniej nowa pozycja Polski staje ością w gardle. I że choć zasługujemy na partnerskie traktowanie – ze względu na słuszność naszych argumentów w sprawie Rosji, Nord Streamu i Ukrainy – to Niemcy, Francuzi i inni nie są do tego gotowi.

Trudno im uznać prawdziwą podmiotowość kraju, który traktowali dotąd jako pariasa. I obawiają się, że wzmocniona Polska o dużym autorytecie moralnym zacznie wespół z innymi krajami kształtować Unię Europejską na swoją modłę, wbrew interesom „starej Europy”.

Obie opowieści silnie działają na wyobraźnię i emocje, trochę wzmacniając poczucie własnej wartości, trochę zaś podbijając bębenek narodowej próżności. Niosąc chwytliwy przekaz, pozostają jednak bardzo ogólnikowe i mgliste.

Niełatwo znaleźć w nich konkretne punkty zaczepienia, by sprawdzić, czy są tylko atrakcyjną fikcją, czy też narracją silnie zakorzenioną w rzeczywistości.

Bo w jaki sposób wiarygodnie stwierdzić, czy ośrodek politycznej grawitacji w UE przewędrował faktycznie w kierunku Warszawy?

I jak autorytatywnie ocenić, czy partnerzy traktują nas już dostatecznie po „partnersku” czy też raczej po macoszemu lub jak młodszego brata?

Jedno jest natomiast pewne: ani siła zaangażowania na rzecz Ukrainy nie może przełożyć się automatycznie na wzrost znaczenia Polski w UE, ani też partnerskie traktowanie (cokolwiek by ono znaczyło) przez inne kraje nie bierze się tylko z podzięki za nasze racje polityczne i moralne. Aby jedno i drugie było możliwe, konieczne są – obok dobrej reputacji i wznoszącej fali – nasze własne działania: propozycje, inicjatywy, pomysły i strategie.

To one mogą zmusić naszych partnerów (zwłaszcza tych silniejszych i bardziej wpływowych) do tego by zamiast obchodzić Polskę szerokim łukiem, zmierzyli się z naszymi poglądami i interesami. I sprawić, że siły ciążenia zaczną działać na naszą korzyść.

Przeczytaj także:

Morawiecki miał szansę w Heidelbergu

Niewątpliwą szansą nie tylko, by sprawdzić, jak sprawy stoją, lecz także popchnąć je we właściwą stronę, było wystąpienie premiera Mateusza Morawieckiego na uniwersytecie w Heidelbergu w miniony wtorek 21 marca. [Pełny tekst – zachęcamy do przeczytania – tutaj]

Renomowana uczelnia zaprosiła polskiego premiera do wygłoszenia programowego wykładu o Europie – podobnie jak kilka lat temu na paryskiej Sorbonie przemawiał Emmanuel Macron, a w zeszłym roku w Pradze, na uniwersytecie Karola, niemiecki kanclerz Olaf Scholz.

Morawiecki znalazł się w formacie, do którego Polska słusznie aspiruje: nieformalnej debaty przywódców największych krajów UE poświęconej wizji przyszłości integracji europejskiej i rozwiązań najważniejszych problemów nurtujących Europę.

To właśnie na Sorbonie we wrześniu 2017 roku kreślił Macron swoją koncepcję „Europy, która chroni” – w wymiarze wojskowym wyposażonej w siły interwencyjne i współpracę przemysłów zbrojeniowych, a gospodarczym w różne instrumenty osłaniające europejski model społeczny. Mówił o autonomii strategicznej, o zmniejszeniu liczby komisarzy w Komisji Europejskiej, postulował wybór połowy posłów do Parlamentu Europejskiej z list ponadnarodowych. Przedstawił też pomysły reformy polityki azylowej i migracyjnej i wiele innych.

Na niemiecką odpowiedź na te pomysły Macron – ku swojej często nieskrywanej irytacji – czekał całe pięć lat. Angela Merkel nigdy nie zdobyła się na sformułowanie kompleksowej wizji UE. Dopiero Olaf Scholz zaprezentował swoje przemyślenia w Pradze.

Mówił dużo o konieczności budowy suwerenności europejskiej w dziedzinie rozwoju technologii i przetwarzania danych, opowiadał się za wspólnymi inwestycjami w tym zakresie i budową gospodarki o obiegu zamkniętym, by zredukować zależności od importu surowców (np. metali rzadkich).

Dużo miejsca poświęcił kwestii wolności handlu i budowania przez UE nowych partnerstw w tym zakresie. Przedstawił też pomysły na reformy instytucjonalne: utworzenie Rady ds. Obronnych, by budować europejską synergię w tej dziedzinie, poparł ideę zmniejszenia liczby komisarzy oraz ograniczenia weta w sprawach zagranicznych, by jeden kraj (jak np. Węgry) nie mógł sam blokować sankcji unijnych.

Zaproponował utworzenie europejskiej tarczy antyrakietowej, której Niemcy byłyby głównym filarem. Podobnie jak Macron mówił o obronie wartości europejskich – praworządności, praw człowieka i demokracji – i przede wszystkim o największym wyzwaniu, jakim jest konieczność wzmocnienia UE i pogłębienia współpracy jej państw.

Te przemówienia – niezależnie od oceny zawartych w nich pomysłów – wzbudziły sporo kontrowersji i komentarzy. Stały się punktami odniesienia w dyskusji o tym, w jakim kierunku powinna zmierzać Unia, w której głos zabrał teraz Mateusz Morawiecki w Heidelbergu.

Polski premier słusznie wskazywał, że przemawia w historycznym momencie zwrotnym – przede wszystkim ze względu na wojnę w Ukrainie i jej znaczenie dla porządku bezpieczeństwa Europy i przyszłości kontynentu w ogóle.

Zadania do rozwiązania

Ale patrząc na spory i dyskusje organizujące dzisiaj zarówno agendę polityczną Unii jak i wyobraźnię o czekających ją zadaniach, tych dylematów jest – niestety – znacznie więcej.

Unia szuka sposobów na zabezpieczenie swoich interesów w wyścigu technologicznym z Chinami i USA oraz właściwej odpowiedzi na amerykańską politykę subsydiowania zielonego przemysłu. Jak dozować elementy protekcjonizmu, by nie wywrócić do góry nogami wspólnego rynku? Jak wspierać europejski przemysł bez popadania w gospodarkę planową? To kluczowe pytania także dla Polski.

Fundamentalne decyzje czekają UE w polityce energetycznej i surowcowej. Ważą się losy reformy rynku energii, UE uniezależnia się od surowców z Rosji, ale może uwikłać się w zależności od innych dostawców. Palącą kwestią jest zaopatrzenie w inne surowce: metale ziem rzadkich, które są niezbędne dla trwającej rewolucji technologicznej i zielonej transformacji. Wojna w Ukrainie przyspieszyła te procesy, ale pytań, jak kształtować ma je UE, jest nadal więcej niż odpowiedzi.

W przyszłym roku Amerykanie wybiorą nowego prezydenta, a perspektywa ewentualnego republikańskiego (Trump?) następcy Joe Bidena spędza Europejczykom sen z powiek. Jeśli nowy przywódca USA wstrzyma lub ograniczy pomoc Ukrainie, pełna odpowiedzialność za tę pomoc spadnie na Europę. W jaki sposób powinniśmy starać się jej sprostać? Wspólne zakupy amunicji dla Kijowa uzgodnione przez UE to ważny przełom, ale co dalej?

Wkrótce przewodnicząca Komisji Europejskiej i prezydent Francji wybierają się ze wspólną wizytą do Chin. Czy będą tam reprezentowali wspólny europejski interes? Jak powinniśmy go zdefiniować i gdzie jest wspólny mianownik?

To, w jaki sposób Unia Europejska ułoży swoje relacje z wykazującymi coraz większą aktywność i asertywność Chinami, będzie miało fundamentalne znaczenie dla przyszłości kontynentu. W tym także dla relacji z naszym głównym sojusznikiem – Stanami Zjednoczonymi. To problem, który wygląda na kwadraturę koła – ale niestety nie da się go uniknąć.

Nieustannym wyzwaniem jest niekontrolowana migracja do Europy, będąca źródłem erozji stabilności systemów politycznych w wielu krajach i destrukcji solidarności europejskiej. Unia bezradnie patrzy, jak jej własne wartości deptane są przez nią samą na jej zewnętrznych granicach, a budowane kolejne płoty i mury nie zapewniają bezpieczeństwa i porządku. Co robić?

Ta lista mogłaby być o wiele dłuższa. Na pewno trzeba by na niej umieścić kwestię rozszerzenia Unii. Zgoda na status kandydacki dla Ukrainy i Mołdawii, przyznana tym krajom w czerwcu zeszłego roku, to symboliczny przełom, ale niczego nie rozwiązuje. W jaki sposób skutecznie integrować te kraje z UE przez długi zapewne okres, kiedy nie będą mogły stać się jej pełnoprawnymi członkami? A jednocześnie nie budzić frustracji ich społeczeństw spowodowanej przeciąganiem się negocjacji akcesyjnych?

To są problemy, którymi żyje dzisiaj Europa i rozpaczliwie szuka pomysłów na ich rozwiązanie.

Komisja Europejska przedkłada niemal co tydzień nowe propozycje legislacyjne, a UE w wielu wymiarach przeobraża się w sposób, jaki był dotąd nie do przedstawienia (choćby w dziedzinie współpracy obronnej).

To doskonały moment, by wsłuchać się w propozycje i poglądy kraju o wzmocnionym autorytecie i aspirującego do przywódczej roli w Europie, jakim jest Polska. Jaka jest polska wizja UE i pomysły jej wzmocnienia w tym kluczowym momencie?

A polski premier o „urzędniczej dyktaturze" UE i...

Ale w przemówieniu polskiego premiera w Heidelbergu nie ma odniesienia do większości tych lub jakichkolwiek innych dylematów zaprzątających dzisiaj uwagę europejskich decydentów.

Największą jego część Morawiecki poświęcił idei państwa narodowego jako fundamentu cywilizacji europejskiej oraz przestrogom przed „utopią technokratyczną, którą wyobrażają sobie chyba niektórzy w Brukseli, albo neoimperializmem, który historia nowożytna już zdyskredytowała”.

Morawiecki podkreślał, że „potrzebujemy Europy silnej siłą państw narodowych, a nie Europy zbudowanej na ich gruzach”. Zaś obronę wartości narodowych w Unii Europejskiej umieścił w kontekście „zbrodni dokonywanych w imię ideologii antynarodowej” przez Putina w Ukrainie, których „Europa jest dziś świadkiem”.

Wielokrotnie powracał w swoim wystąpieniu do groźby centralizacji stanowiącej śmiertelne zagrożenie dla narodów europejskich i ostrzegał: „Przez ostatnie dekady wielu Europejczyków uwierzyło, że konsumpcja podlana sosem rytualnych twierdzeń o »europejskich wartościach« to ostatni etap historii. Jesteśmy przeciwni takiemu podejściu. Smaganie innych batem »europejskich wartości« bez uzgodnienia ich definicji i bez zrozumienia, który kraj, jakich zmian potrzebuje, jest właśnie po Mann’owsku – autodestrukcyjne dla Unii Europejskiej”.

Premier nie zdefiniował jednak, jakie konkretne przedsięwzięcia czy inicjatywy w UE stanowią „prostą drogę” do tego, by stała się ona „urzędniczą dyktaturą”, „centralistyczną strukturą” i „superpaństwem zarządzanym przez wąską elitę”, która „funkcjonuje w alternatywnej rzeczywistości”, ignorując różnice kulturowe.

...tworzeniu nowego wykorzenionego człowieka

Twierdził za to z głębokim przekonaniem, że „podejmowana dziś w Europie próba likwidacji tej różnorodności, stworzenia nowego człowieka, wykorzenionego ze swojej narodowej tożsamości jest podcinaniem korzeni i piłowaniem konaru, na którym wszyscy siedzimy”. I zadawał retoryczne pytanie: "Czy chcielibyśmy, żeby wszyscy Europejczycy zapomnieli o swoich językach i mówili wyłącznie w wolapiku?".

Chochoł europejskiego superpaństwa i antynarodowej krucjaty, którego stworzył sobie Morawiecki, by rozjechać go następnie walcem swoich argumentów, jest wygodną figurą retoryczną. Ale nie służy ona dyskusji nad problemami Unii, lecz stanowi unik przed nią.

Dużo prościej sugerować, że Komisja Europejska dokonuje zamachu na władzę w Unii Europejskiej niż ustosunkować się do konkretnych problemów, np. kto ma decydować i w jaki sposób o odpowiedzi UE na przymus ekonomiczny stosowany przez inne potęgi.

Jak zorganizować wspólne zakupy amunicji, szczepionek czy surowców, by zapewnić UE niezależność, uszanować interesy poszczególnych członków i zadbać o skuteczność procedur?

Jak zagwarantować wysoki poziom solidarności finansowej i innej w Unii Europejskiej bez uzgodnienia znaczenia fundamentalnych zasad takich jak rządy prawa oraz mechanizmów wzajemnej kontroli instytucji i państw członkowskich?

Morawiecki chce cofnąć proces integracji

Odpowiedzią Morawieckiego na te pytania jest postulat cofnięcia procesu integracji. Premier mówi tak: „Dokonajmy przeglądu obszarów podległych Brukseli i w duchu zasady subsydiarności, przywróćmy właściwe proporcje. Więcej demokracji, więcej konsensusu, więcej równowagi między państwami a instytucjami UE. Zmniejszmy liczbę obszarów podległych kompetencjom unijnym, a wtedy Unia nawet z 35 państwami będzie bardziej sterowna i demokratyczna”.

Unia 27 (a w przyszłości może 35) państw „bardziej sterowana” dzięki poluźnieniu integracji i ograniczeniu głosowań większościowych dziedzinach już nimi objętych? Wolne żarty. A w jakich obszarach UE miałaby stracić swoje kompetencje? Polityki klimatycznej czy energetycznej? A może budżetowej? W jakich obszarach przywrócić weto i jakim kosztem?

Morawiecki nie przedstawia ani jednej konkretnej propozycji, która pozwoliłaby na ustosunkowanie się do jego rewolucyjnego pomysłu.

Powrót do Europy państw narodowych czy zahamowanie lub nawet odkręcenie integracji może być teoretycznie jakąś poważną rekomendacją. Ale taka wizja pozbawiona jakichkolwiek sugestii praktycznych oraz refleksji nad skutkami jej realizacji jest infantylna, a wystąpienie ją promujące klasycznym przykładem populizmu.

Ale Morawiecki twierdzi, że „proeuropejskość” wyraża się dziś nie w skupianiu się na samym sobie i – znowu – „centralizowaniu UE”, lecz w naszym stosunku do polityki rozszerzenia. Przyjęcie Ukrainy i Mołdowy do UE to konieczny i jedyny jego zdaniem sposób na wzmocnienie globalnej roli UE.

Jak się rozszerzać, by się nie osłabiać

Także tutaj pozostaje na tym stwierdzeniu, nie rozwijając dalej tematu, w jaki sposób do tego doprowadzić i rozwiać obawy wielu państw, że rozszerzenie bez reform wewnętrznych mogłoby osłabić Unię. W istocie jedyna konstruktywna propozycja w przemówieniu Morawieckiego to sugestia, by wydatków na obronę nie wliczać do limitu deficytu budżetowego według kryteriów z Maastricht, czyli 3 procent.

Przemówienie Morawieckiego wzbudziło ciekawość, bo Europa jest dziś zainteresowana głosem Polski i jak kania dżdżu potrzebuje nowych pomysłów i inicjatyw.

Ale poza ideologicznymi wywodami Morawiecki nie miał w Heidelbergu wiele do powiedzenia.

Owszem, tym językiem mówi dziś, niestety, rosnąca w siłę część europejskiej prawicy – we Francji Marine Le Pen, w Niemczech Alternatywna dla Niemiec, a w Hiszpanii partia Vox. Część z nich to sojusznicy PiS.

Niewątpliwie Unia państw narodowych zgodna z wyrażanymi przez te partie emocjami i postulatami byłaby zupełnie innym tworem niż obecna UE. Morawiecki, który lubi krytykować np. Niemcy czy Francję za kierowanie się egoizmem w UE i nadużywaniem swojej potęgi, nie zaprząta sobie głowy pytaniem, jak bardzo możliwości takich działań poszerzyłyby się w Unii, którą proponuje.

Ale to nic dziwnego, bo nie chodzi mu w gruncie rzeczy o poważną dyskusję nad tym, co dalej z Unią, lecz o prowadzenie swojej własnej politycznej krucjaty.

Jeśli przemówienie Morawieckiego nie poruszy Europy (a trudno, by tak się stało), to dla zwolenników opowieści o tym, jak Europa Zachodnia ignoruje Polskę, będzie to kolejny dowód na jej niewzruszoną prawdziwość. I tak to będzie dalej się toczyć.

Tymczasem przemówienie w Heidelbergu pokazuje, że król jest nagi – Polska zyskała renomę w Europie, ale niestety nie ma jej nic do powiedzenia.

Do przesunięcia punktu ciężkości w naszą stronę jeszcze wiele brakuje.

;

Udostępnij:

Piotr Buras

Dyrektor Warszawskiego Biura Europejskiej Rady Spraw Zagranicznych (ECFR). Publicysta i ekspert do spraw polityki europejskiej i Niemiec. W latach 2008–2012 stały współpracownik „Gazety Wyborczej” w Berlinie. Ostatnio opublikował m.in. Nowy rozdział. Transformacja Unii Europejskiej a Polska (z Szymonem Ananiczem i Agnieszką Smoleńską, Warszawa 2021), Partnerstwo dla Rozszerzenia: nowa oferta UE dla Ukrainy i nie tylko (z Kaiem-Olafem Langiem, Warszawa 2022), Zeitenwende. Jak wojna w Ukrainie zmienia Niemcy (Warszawa 2023). Redaktor i współautor opublikowanego niedawno raportu Fundacji Batorego Powrót do Europy. Rekomendacje dla polskiej polityki w UE

Komentarze