0:000:00

0:00

Prawa autorskie: Fot. Brendan Smialowski / AFPFot. Brendan Smialow...

6 czerwca 2024 Europa będzie świętować 80. rocznicę lądowania w Normandii, które w 1944 roku rozpoczęło wyzwolenie Europy Zachodniej. Ale tego lata przypada jeszcze jedna okrągła rocznica, której nie będziemy obchodzić, ponieważ przypomina wielką porażkę.

30 sierpnia 1954 roku francuskie Zgromadzenie Narodowe odrzuciło projekt Europejskiej Wspólnoty Obronnej (EWO). Od tego czasu integracja europejska poszła w kierunku wspólnoty gospodarczej, która do dziś pozostaje rdzeniem UE, a bezpieczeństwo europejskie zostało oparte na NATO z dominującą rolą USA.

Ale gdy Rosja Władimira Putina naciera ze wschodu, a z zachodu kandydat na prezydenta Stanów Zjednoczonych Donald Trump grozi wycofaniem się z Sojuszu, czas ponownie rozważyć ideę, by Europa była w stanie sama się obronić.

Przeczytaj także:

Problem z Rosją i z USA

Okoliczności historyczne siedemdziesiąt lat temu były zupełnie inne, ale można dostrzec interesujące podobieństwa. Tak wtedy, jak i teraz, kluczowym czynnikiem zmuszającym do budowania europejskiej inicjatywy obronnej była agresywna Rosja. Tak wtedy, jak i teraz, kolejnym czynnikiem było dążenie Stanów Zjednoczonych, by skupić się bardziej na zagrożeniach ze strony Chin w Azji – w tym przypadku na wojnie koreańskiej, która rozpoczęła się w 1950 roku. (Traktat EWO został podpisany w 1952 roku, gdy ta wojna wciąż trwała).

Tak wtedy, jak i teraz, centralną kwestią była Zeitenwende [punkt zwrotny – niem.] obejmująca dozbrojenie Republiki Federalnej Niemiec.

Premier Francji Pierre Mendès-France tak podsumował wtedy z doskonałą francuską precyzją powody, dla których francuski parlament odrzucił EWO: „Za dużo integracji i za mało Anglii”.

Lekcja dla Europy

Czy nie powinniśmy w tym dostrzec lekcję dla nas?

Dziś nie będzie to osobna wyodrębniona instytucja Unii Europejskiej. To droga, której nie obrano 70 lat temu. Dziś będzie to europejska wspólnota obronna przez małe „w” i „o”, łącząca możliwości europejskie, dwustronne i narodowe z funkcjonującym wojskowym rdzeniem operacyjnym NATO.

Na pytanie, jakie są dziś struktury europejskiego bezpieczeństwa, odpowiedź jest jednocześnie niepokojąco skomplikowana i doskonale prosta. Rezultatem wielu inicjatyw mających na celu wzmocnienie europejskiej obronności jest nieprzenikniona dżungla akronimów i nazw.

Jak SHAPE będzie współpracować z CJEF i JEF, biorąc pod uwagę St. Malo, „Berlin Plus”, PESCO, EDF, EPF, ASAP i EDIRPA? (Czy naprawdę chcecie wiedzieć?)

Jednocześnie to wszystko bardzo proste: po 80 latach Europa w kwestii obrony jest nadal zależna od Stanów Zjednoczonych. W nieco bardziej rozwiniętym wywodzie: Europa jest uzależniona od NATO w zakresie obrony, a NATO jest uzależnione od wiarygodności gwarancji z Artykułu 5 ze strony USA.

Wiarygodność jest słowem kluczowym dla odstraszania, podobnie jak zaufanie dla rynków finansowych.

Ściślej rzecz ujmując, artykuł 5 zobowiązuje członka NATO jedynie do podjęcia takich „działań, jakie uzna za konieczne, łącznie z użyciem siły zbrojnej”, jeżeli sojusznik zostanie zaatakowany.

Gdzie więc byłaby Europa, gdyby prezydent Trump nie „uznał za konieczne” obrony Estonii? Lub, gdyby Putin przestał wierzyć – być może błędnie kalkulując, tak jak w przypadku Ukrainy – że Waszyngton stanie w obronie Estonii?

Trump zostawi Ukrainę na lodzie

Najbardziej prawdopodobnym ruchem ze strony Trumpa, gdyby został wybrany, będzie pozostawienie Ukrainy na lodzie, bez amerykańskiego wsparcia militarnego. Europa musi zatem pilnie zwiększyć zarówno dostawy amunicji i broni, jak i szkolenie ukraińskiej armii, aby Kijów mógł nie tylko obronić terytorium, które obecnie kontroluje, ale także odwrócić losy wojny w 2025 roku.

Powinno to być celem Europy, nawet jeśli Trump zaciągnie hamulec ręczny dla wsparcia Ukrainy i spróbuje wynegocjować porozumienie z Putinem ponad Ukrainą.

Po drugie, Europa musi zacząć robić więcej dla własnej obrony konwencjonalnej. W przeciwieństwie do pierwszej prezydentury Trumpa jego druga kadencja jest starannie przygotowywana, ze szczegółowymi planami opracowanymi przez zaprzyjaźnione think tanki. Projekt Fundacji Heritage definiuje cel drugiej prezydencji w następujący sposób:

„Przekształcić NATO w taki sposób, aby sojusznicy USA byli w stanie wystawić zdecydowaną większość sił konwencjonalnych wymaganych do odstraszania Rosji, polegając na Stanach Zjednoczonych głównie w zakresie odstraszania nuklearnego i wybranych innych możliwości, przy jednoczesnym zmniejszeniu sił USA w Europie”.

Inwestować we własną obronę

Jeśli mamy być szczerzy, czy nie jest to rozsądne podejście? Dlaczego osiemdziesiąt lat po lądowaniu w Normandii kontynent o gospodarce podobnej wielkości miałby nadal w tak dużym stopniu polegać na Stanach Zjednoczonych w kwestii swojego bezpieczeństwa?

W gospodarce rynkowej producenci broni potrzebują dużych, konkretnych zamówień, zanim rozkręcą produkcję, europejski przemysł obronny nie otrzymuje zamówień ani dużo, ani szybko.

Jak przekonali się ukraińscy żołnierze na własnym przykładzie, jest to również szalona zoologiczna mieszanka najróżniejszych typów broni. W 2016 roku w badaniu dla Monachijskiej Konferencji Bezpieczeństwa w armiach europejskich zidentyfikowano 178 typów głównych systemów uzbrojenia w porównaniu do 30 w USA.

W praktyce wzrost wydatków na obronę w Europie oznaczałby również więcej zamówień dla Ameryki. Jak wskazał sekretarz generalny NATO Jens Stoltenberg w niedawnym przemówieniu w fundacji Heritage, amerykańscy producenci broni w ostatnich dwóch latach otrzymali z Europy zamówienia o wartości 120 miliardów dolarów – argument, który powinien przemówić do biznesmena Trumpa.

A co, jeśli Trump spowoduje wstrząs sejsmiczny o sile 9 stopni, gdy podważy wiarygodność amerykańskiego odstraszania nuklearnego w obronie państw bałtyckich? Choć taka ewentualność jest mało prawdopodobna, musimy zacząć myśleć o europejskim odstraszaniu nuklearnym.

Kto będzie chciał umierać za Narwę?

Zgodnie z porozumieniem z Nassau z 1962 roku, brytyjskie siły odstraszania nuklearnego, raczej mocno przestarzałe — zostały oddane do dyspozycji NATO. Co teoretycznie oznacza również gotowość ich użycia w obronie państw bałtyckich – choć ostateczna decyzja należy do brytyjskiego premiera.

Francuska doktryna nuklearna nie precyzuje, nad kim dokładnie prezydent Francji może rozciągać nuklearny parasol.

„Mourir pour Dantzig?” brzmiał słynny nagłówek artykułu we francuskiej gazecie z 1939 roku, w którym argumentowano, że francuscy żołnierze nie powinni być nakłaniani do umierania za ówczesne Wolne Miasto Gdańsk.

Dzisiaj to pytanie brzmiałoby „Mourir pour Narva?” – Narwa to estońskie miasto tuż przy granicy z Rosją.

Żadna inna europejska potęga nie dysponuje środkami odstraszania nuklearnego.

Wymieniam te trzy poziomy wstrząsów, które może przynieść prezydencja Trumpa w porządku ich narastającej wagi, ale także i prawdopodobieństwa. Priorytety Europy powinny to przewidywać: po pierwsze, Ukraina, po drugie większe i lepiej przemyślane wydatki na obronę konwencjonalną; po trzecie, pomyśleć o stopniowaniu odstraszania nuklearnego.

Nie lękaj się, bądź przygotowany

Aby osiągnąć którykolwiek z tych celów, każdy kraj, instytucja i kierunek muszą przekroczyć własne ograniczenia. Choć będzie to trudne politycznie, europejskie zamówienia obronne muszą porzucić swój źle ukierunkowany nacjonalizm.

Wielka Brytania i jej kontynentalni partnerzy muszą ze sobą ściślej współpracować. Dwaj giganci z siedzibą w Brukseli, NATO i UE, potrzebują lepszych relacji roboczych. Gaulliści i atlantyści powinni szukać wspólnej płaszczyzny, rozumiejąc, że bardziej europejskie NATO jest dziś jedynym wiarygodnym wojskowym rdzeniem skutecznej europejskiej wspólnoty obronnej.

Być może ktoś chciałby zorganizować konferencję, aby przedyskutować wszystkie te kwestie w 70. rocznicę historycznej porażki?

Motto konferencji: Nie lękaj się, bądź przygotowany.

Tłumaczyła Anna Halbersztat

Cykl „SOBOTA PRAWDĘ CI POWIE” to propozycja OKO.press na pierwszy dzień weekendu. Znajdziecie tu fact-checkingi (z OKO-wym fałszometrem) zarówno z polityki polskiej, jak i ze świata, bo nie tylko u nas politycy i polityczki kłamią, kręcą, konfabulują. Cofniemy się też w przeszłość, bo kłamstwo towarzyszyło całym dziejom. Rozbrajamy mity i popularne złudzenia krążące po sieci i ludzkich umysłach. I piszemy o błędach poznawczych, które sprawiają, że jesteśmy bezbronni wobec kłamstw. Tylko czy naprawdę jesteśmy? Nad tym też się zastanowimy.

Udostępnij:

Timothy Garton Ash

brytyjski historyk, profesor na Uniwersytecie Oksfordzkim, wykłada też na Uniwersytecie Stanforda. Europejczyk. Świadek i uczestnik przemian demokratycznych w Europie Środkowej i Wschodniej. Ostatnio po polsku ukazało się wznowione wydanie jego "Wiosny obywateli".

Przeczytaj także:

Komentarze