0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Fot. Marta Blazejowska / Agencja Wyborcza.plFot. Marta Blazejows...

Podejście rządu do transformacji energetycznej jest tak niekonsekwentne, że łatwo można się w jego działaniach pogubić. W ostatnich miesiącach z zalewu informacji wyłoniło się jednak coś czytelnego: przedwyborcze ambicje wyrzucono do kosza. Rewolucji nie będzie, czeka nas co najwyżej ewolucja. Wśród ofiar nowego podejścia znajdą się m.in. polskie lasy.

Rząd powolnej transformacji

Zgodnie z unijnymi wytycznymi rządy muszą przedstawić w Brukseli dwa scenariusze transformacji:

  • bazowy, czyli WEM (With Existing Measures – z istniejącymi środkami)
  • i ambitniejszy, czyli WAM (With Additional Measures – z dodatkowymi środkami).

Początkowo plany dla Brukseli opracowywało Ministerstwo Klimatu i Środowiska. Resort ten jako główną ścieżkę w tzw. Krajowym Planie w dziedzinie Energii i Klimatu (KPEiK) przedstawił ambitniejszy scenariusz. Oznaczało to szybsze odejście od paliw kopalnych i biomasy oraz większe postawienie na odnawialne źródła energii i elektryfikację.

Przeczytaj także:

Premier Donald Tusk uznał jednak, że plany warto opracować raz jeszcze.

Tym razem zlecił to nowo utworzonemu ministerstwu energii, które do podstaw przyszłego systemu energetycznego włączyło ryzykowne z perspektywy terminów i kosztów budowy elektrownie jądrowe. Do tego resort Miłosza Motyki uznał, że węgiel ma posłużyć dłużej, a znaczenie gazu ziemnego i biomasy jako „paliw przejściowych” wyraźnie wzrosło. Za główny scenariusz, który ma realizować Polska, uznano zaś ten bazowy, czyli o wiele wolniejszy.

„Stawiamy na bezpieczny i zrównoważony miks energetyczny” – tłumaczył Motyka podczas prezentacji nowych założeń.

Tak wyraźna zmiana podejścia mocno zdziwiła ekspertów. I trudno się temu dziwić, bo nawet w komunikacie ministerstwa energii zwrócono uwagę, że… więcej korzyści przyniósłby ambitniejszy scenariusz. „Wyższe nakłady w WAM oznaczają szybszą modernizację systemu, niższe ceny energii w długim okresie i większą odporność gospodarki” – przekazał resort.

Polskie lasy w zagrożeniu

Co ten zwrot oznacza dla polskich lasów? Że wywierana na nie presja będzie o wiele większa. Lub pisząc inaczej: że o wiele większa będzie presja, by lasy te wyciąć i spalić.

Zawartym w różnych scenariuszach danych przyjrzał się dokładnie Augustyn Mikos z Pracowni na rzecz Wszystkich Istot, ekspert specjalizujący się w biomasie. I tak ambitniejszy i preferowany przez MKiŚ scenariusz zakładał, że do 2040 r. produkcja krajowej biomasy stałej spadnie o 26,5 proc. (względem roku 2020). W opracowanym przez resort energii ambitniejszym scenariuszu przyjęto spadek już tylko o 12,6 proc. – a do tego jest to wersja niechciana.

Bazowy plan, który forsuje ministerstwo energii, zakłada zaś zmniejszenie produkcji… zaledwie o 1,5 proc.

„Polska nie ma wystarczających zasobów biomasy, aby zaspokoić dodatkowe zapotrzebowanie. Tak więc większy popyt na biomasę zagrozi krajowemu przemysłowi drzewnemu konkurującemu o biomasę z energetyką. Ponadto narazi to Polskę na konieczność importu biomasy, ograniczając naszą suwerenność energetyczną, a co za tym idzie bezpieczeństwo energetyczne” – komentuje Mikos dla OKO.press.

50 mld na import drewna?

Przedstawiciele rządu od wielu miesięcy zapowiadali, że plany wobec biomasy trzeba będzie zaktualizować. Dlatego jeszcze przed oficjalnym ogłoszeniem nowych scenariuszy ponad 50 organizacji pozarządowych apelowało o wycofanie się z tych planów.

„W coraz mniej stabilnych geopolitycznie czasach nie powinniśmy opierać polskiej energetyki na źródłach energii, wymagających sprowadzania paliw z państw oddalonych o wiele tysięcy kilometrów, a tylko takie państwa (np. Kanada, Stany Zjednoczone czy państwa Ameryki Południowej) dysponują zasobami, które mogłyby pokryć zwiększony popyt w Polsce” – napisali sygnatariusze, w tym m.in. Pracownia na rzecz Wszystkich Istot, Greenpeace Polska, Fundacja Sendzimira i Klub Myśli Ekologicznej.

Eksperci powoływali się przy tym na raport „Biomasa drzewna w energetyce”. Według zawartych w nim szacunków jeżeli Polska mocniej postawi na spalanie drewna, to w ciągu zaledwie dekady wydatki na import biomasy mogą wynieść nawet 50 mld zł.

"Patrząc na kraje takie jak Wielka Brytania, Dania, Holandia czy Japonia i Korea, które zwiększyły produkcję energii z biomasy widać wyraźnie, że wiąże się to z uzależnieniem od importu pelletu drzewnego i wystawieniem na fluktuacje cen. Taki ryzykowny scenariusz groziłby także Polsce.

To byłby krok wstecz wobec celu, jakim jest budowa krajowej, niezależnej i odpornej na kryzysy energetyki"

– ocenia Mikos, który jest też autorem wspomnianego raportu.

Jak odnotowuje Mikos, Polska w ostatnich 20 latach wydała na dopłaty do spalania biomasy w energetyce ponad 20 mld zł. „To pieniądze, które wspierają nieefektywne formy produkcji energii i zawyżają ceny drewna, szkodząc innym branżom, w szczególności przemysłowi drzewnemu. Zwiększenie roli biomasy w KPEiK zwiększy to zagrożenie” – przestrzega.

Eksperta Pracowni spytaliśmy też o to, czy już po oficjalnym przedstawieniu strategii transformacji przez ministerstwo energii zawarte w opracowaniu szacunki pozostają aktualne. „Jak najbardziej pozostają” – odpowiedział.

Biomasa czy węgiel?

Ministerstwo energii przekonuje, że scenariusz transformacji ciepłownictwa to scenariusz „zrównoważony”. Mocniejsze postawienie na biomasę jest konsekwencją tego, że wiele samorządów podjęło już decyzje o inwestycjach właśnie w tym kierunku, a elektryfikacja ciepłownictwa to opcja trudno dostępna, kosztowna i niepewna.

„Zgadzamy się, że transformacja ciepłownictwa w stronę elektryfikacji jest oczywiście potrzebna, ale ona dzisiaj jest technologicznie niezwykle trudna dla samorządu. Kosztowałaby bardzo dużo, a często byłoby niemożliwe ze względu na brak dostępności technologii na rynku” – komentuje Motyka.

Według ministra niewystarczające wykorzystanie prądu w ciepłownictwie przy jednoczesnym 'kasowaniu„ biomasy sprawiłoby, że alternatywą byłby po prostu węgiel. ”Na tę alternatywę, tak realnie, w praktyce, zwracali nam uwagę samorządowcy" – tłumaczy Motyka.

Szef ministerstwa energii przekonuje przy tym, że prognozy wzrostu zapotrzebowania na biomasę „nie wywrócą rynku”. „Nie ma istotnego wzrostu, który polegałby na masowej wycince czy na wykorzystywaniu masowego importu. Uważamy, że na rynku jest wystarczająca ilość odpowiednio zrównoważonej biomasy. Nie ma tutaj ryzyka, że zagrozi to stabilności rynku czy transformacji tego sektora” – zapewnia przedstawiciel rządu.

Wystarczy jednak przyjrzeć się oficjalnym analizom, by w te zapewnienia zwątpić.

Biomasa, czyli niebezpieczna pułapka

Gdy za przygotowywanie KPEiK odpowiadało jeszcze ministerstwo klimatu i środowiska, na stronie resortu opublikowano analizę potencjału zasobów biomasy na cele energetyczne.

„Nieuniknioną konsekwencją znaczącego zwiększenia zużycia biomasy drzewnej w transformacji sektora elektroenergetycznego i ciepłownictwa w Polsce byłby drastyczny wzrost popytu na drewno i wynikająca z tego presja gospodarcza na lasy i przemysł drzewny” – stwierdzono w dokumencie.

I dodano: "Rysuje się poważne niebezpieczeństwo zaburzeń na istniejącym krajowym rynku biomasy, w szczególności na rynku drewna.

Presja na przemysł drzewny jest obserwowana już dziś.

Przy obecnym rozwoju krajowego przemysłu drzewnego, drewno – w szerokim ujęciu – nie może stanowić podstawy funkcjonowania rynku ciepłowniczego w Polsce, co najwyżej jedynie lokalnie może być uzupełniającym elementem małych systemów ciepłowniczych".

W opracowaniu wyraźnie stwierdzono, że transformacja oparta na biomasie może okazać się „niebezpieczną pułapką”, bo uzależni przedsiębiorstwa energetyczne od importu. Zwrócono też uwagę, że ze względu na niestabilną sytuację geopolityczną może to wpłynąć negatywnie na:

  • konkurencyjność firm,
  • końcowych odbiorców energii i ciepła,
  • suwerenność energetyczną i bezpieczeństwo energetyczne Polski.

Wskazano przy tym, że elektryfikacja ciepłownictwa pozwoliłoby na zagospodarowanie rosnących nadwyżek energii elektrycznej z OZE. „Ciepłownictwo wyposażone w kotły elektrodowe, pompy ciepła i magazyny ciepła mogłoby czerpać korzyści z synergii obu systemów. Niezbędne jest stworzenie warunków promujących rozwój tego typu rozwiązań” – czytamy w analizie.

„Biomasa nie jest rozwiązaniem”

Z kolei opublikowany w 2024 r. raport Narodowego Centrum Badań i Rozwoju zwraca uwagę na koszty. W dokumencie stwierdzono, że transformacja ciepłownictwa w oparciu o spalanie biomasy jest o 216 mld zł droższa niż w oparciu o elektryfikację (perspektywa do 2040 r.). Dlatego przyszłość ciepłownictwa to OZE, magazynowanie energii elektrycznej i cieplnej, wykorzystanie wysokosprawnych pomp ciepła i powszechna termomodernizacja budynków.

„Transformacja energetyczna to wyzwanie finansowe dla kraju, wymagające ogromnych nakładów w najbliższych dekadach. Aby zapewnić możliwie niskie ceny energii odbiorcom i rozsądnie wykorzystywać publiczne środki, konieczne jest stawianie na możliwie najbardziej efektywne kosztowo rozwiązania. Biomasa takim rozwiązaniem nie jest” – zwracają uwagę autorzy wspomnianego apelu do rządu.

Zdaniem organizacji pozarządowych największą niespójność widać jednak w zestawieniu rządowego planu z nową strategią Polskich Sieci Elektroenergetycznych. PSE zakładają przygotowanie systemu elektroenergetycznego na bezemisyjny miks już w 2035 r. To istotne również dla ciepłownictwa, bo nowoczesne ogrzewanie to pompy ciepła, magazyny energii i inteligentne sieci. „Elektryfikacja jest nieunikniona” – deklaruje PSE, który słynie z ostrożności.

„Wyraźny wpływ lobbystów”

Nowy plan zakłada, że jeszcze w 2040 r. system ciepłowniczy ma w dużej mierze opierać się na spalaniu węgla, gazu i biomasy. Eksperci przestrzegają, że w praktyce oznacza to uzależnienie cen ciepła od importowanych surowców i sytuacji na rynkach międzynarodowych, a nie od krajowej, taniej energii odnawialnej.

„Nie ma tu elektryfikacji, nie ma pomp ciepła. To myślenie z minionej epoki. Jeśli nie elektryfikujemy, jesteśmy skazani na spalanie. Biomasy mamy ograniczoną ilość, a wodór pozostaje drogim i nieefektywnym paliwem” – komentuje Marcin Popkiewicz, analityk megatrendów i ekspert ds. transformacji energetycznej.

Popkiewicz, który był jednym z ważniejszych ekspertów doradzających przy opracowaniu wcześniejszej wersji KPEiK, nie ukrywa rozczarowania nowym podejściem. „To nie jest kierunek na tanią energię. To nie jest innowacyjna gospodarka. To nie jest ochrona klimatu. Mówienie o scenariuszu spowolnionej transformacji WEM jako »zrównoważonym« jest aż niesmaczne” – uważa. I podsumowuje, że na wzmocnienie roli węgla, atomu i biomasy kosztem m.in. wiatru i fotowoltaiki można zareagować w jeden sposób: opadnięciem rąk. „To pokazuje brak zrozumienia nowej energetyki i myślenia systemowego oraz wyraźny wpływ lobbystów” – twierdzi Popkiewicz.

Z kolei zdaniem Mikosa podążanie scenariuszem WEM stoi w sprzeczności z ideą KPEiK. „Scenariusz ten ma być jedynie punktem odniesienia dla oceny działań na rzecz transformacji energetycznej realizowanych na podstawie KPEiK. Pokazuje, co by się stało, gdyby rząd nie zmieniał nic w obecnej polityce. Podążanie tym scenariuszem to dowód na to, że ministerstwo energii pod wodzą ministra Motyki nie ma pomysłu na szybką dekarbonizację gospodarki i uniezależnienie od paliw kopalnych” – podsumowuje ekspert dla OKO.press.

;
Na zdjęciu Szymon Bujalski
Szymon Bujalski

Redaktor serwisu Naukaoklimacie.pl, dziennikarz, prowadzi w mediach społecznościowych profile „Dziennikarz dla klimatu”, autor tekstów m.in. dla „Wyborczej” i portalu „Ziemia na rozdrożu”.

Komentarze