0:00
21 listopada 2021

Białe rękawiczki. Jak Europa uwierzyła w "zabijanie uchodźców dobrocią"

Europejscy politycy wygodnie uwierzyli, że pomoc uchodźcom działa jak magnes, zachęca tysiące ludzi do podejmowania niebezpiecznej przeprawy, przez co ostatecznie zwiększa liczbę ofiar. Ci, którzy pomagają, to zatem "pożyteczni idioci". Z tą opowieścią jest zasadniczy problem: jest oderwana od faktów

Wydrukuj

Są filmy, w których kibicuje się bohaterom: uciekaj! dasz radę! Masz jeszcze pół godziny.

Inaczej ogląda się filmy, których zakończenie znamy. Trzymanie kciuków za chłopców z „Aidy”, (premiera 25 lat po Srebrenicy, w Polsce akurat tej jesieni) nie ma większego sensu. Można czekać, przepraszać, próbować odwracać wzrok.

„To, co ja zobaczyłem, to był zimny, niemal biurokratyczny brak zainteresowania, zdrada, której dopuścili się wykształceni i według wszelkich standardów inteligentni ludzie. Ludzie, którzy w tamtych dniach nie odważyli się lub też nie chcieli takimi być” – napisał Emir Suljagić, ocaleniec w „Pocztówkach z grobu”.

Choć w Srebrenicy, ok. 1000 km od polskiej granicy (jeden dłuższy dzień w samochodzie), na coś najgorszego zanosiło się od miesięcy, to nikt do końca w to nie wierzył.

A gdy już nadeszło, wszyscy postanowili zachować się zgodnie z prawem. Dlatego, zdaniem niektórych, napis namalowany na ścianie bazy wojskowej („UN – United Nothing”) był niesprawiedliwy.

Zamieszanie

Ze stenogramu przesłuchania pułkownika batalionu pokojowego ONZ Thoma Karemansa w Międzynarodowym Trybunale do spraw byłej Jugosławii, Haga 1996:

- Czy mieliście świadomość, co się dzieje z uchodźcami, których zabrano?

- Nie, wydaje mi się, że nie.

- Czy twój batalion zapytał Serbów, gdzie ich zabierają?

- Mieliśmy swoje hipotezy, ale nie podejmowaliśmy żadnych działań.

- Kiedy egzekucji dokonywano na waszym terenie, czy jakkolwiek sprzeciwiliście się Serbom? Czy zwróciliście w ogóle na to uwagę?

- Mieliśmy pełne ręce roboty, było takie zamieszanie, że nic nie dało się zrobić.

Miary bezwzględne

W sierpniu 2017 przywódcy Włoch, Niemiec, Francji i Hiszpanii gratulowali sobie w Pałacu Elizejskim. Pierwszy raz od trzech lat mieli powody do zadowolenia: liczba uchodźców i migrantów dopływających do Europy Centralnym Szlakiem Śródziemnomorskim (Libia-Włochy) właśnie zaczęła spadać. W sierpniu wyniosła tylko 3 082 – niemal czterokrotnie mniej niż miesiąc wcześniej. W porównaniu z danymi z czerwca (ponad 23 500 osób) i z tego samego okresu w poprzednim roku (powyżej 21 000 w każdym miesiącu letnim), trend był ewidentnie korzystny.

Politycy z dumą podkreślili fakt, że spada też liczba utonięć. W sierpniu ofiar było zaledwie 23. W lipcu i w czerwcu — odpowiednio dziesięć i dwadzieścia razy więcej. Wyglądało na to, że po tragicznym roku 2016 (ponad 4500 ofiar), tendencja wreszcie zaczęła się odwracać.

„Im mniej osób podejmuje ryzyko przeprawy, tym mniej ginie”, zauważyła Angela Merkel.

Faktycznie – w latach 2014-2016 do Włoch docierało średnio 150 000-180 000 osób rocznie, ginęło nie mniej niż 3 000. W kolejnych latach wszystkich było mniej – na przykład, w 2019 roku mniej ludzi przypłynęło (dziesięciokrotnie) i zginęło (dwukrotnie). Choć niektórzy szeptali, że odsetek utonięć nie zachowuje się tak, jak powinien, inni tłumaczyli im, że śmierci najlepiej liczyć w miarach bezwzględnych.

Z ponad 3 000 do 1 260. Ten sukces, zdaniem unijnych liderów, to efekt polityki migracyjnej, która znacząco zredukowała ryzyko śmierci przez utonięcie.

Troska

Dokładnie trzy lata wcześniej, dziennikarz Nicholas Farell martwił się na łamach „The Spectator”, że śródziemnomorska kuchnia nie smakuje już tak, jak dawniej. Europejczycy boją się, że jedząc ryby, narażają się na „zjedzenie Somalijczyka, Libijczyka, Irakijczyka lub Syryjczyka”. Bezpieczniej dla wszystkich, jeśli chwilowo przerzucą się hodowlane pangi.

Tym filuternym wstępem dziennikarz chciał tylko zwrócić uwagę czytelników na palący problem. Rosnące zjawisko migracji na Morzu Śródziemnym generuje koszty. Nie chodzi wcale o te, którą przytacza tylko mimochodem (utrzymanie jednego migranta to 43 euro dziennie, co przy średniej z 2014 roku daje 4,3 miliony dziennie) tylko o cenę najwyższą. W 2014 roku na Centralnym Szlaku Śródziemnomorskim utonęło ponad 3000 osób. Jako Europejczyk, Farell ma obowiązek przeciwko temu zaprotestować.

Jak? Z głową. Dziennikarz sugeruje, że za katastrofę humanitarną (która, jak błyskotliwie ciągnie, jest „koszmarem dla Europy, choć świetną wiadomością dla populacji ryb”) odpowiada bezmyślna polityka migracyjna. A dokładnie – „zabijanie uchodźców dobrocią”, którego od roku dopuszczają się Włochy w ramach operacji ratunkowej „Mare Nostrum”.

Ratownicy do bicia

„Nie wiadomo kiedy ta kontrowersyjna opinia, służąca likwidacji operacji ratunkowych stała się powszechnie akceptowalna i weszła do europejskiego mainstreamu”, napisała Maria Gabrielsen z norweskiego Peace Research Institute.

Być może już miesiąc po publikacji w „The Spectator”, gdy brytyjski departament rządowy oświadczył, że Wielka Brytania nie będzie już popierać „Mare Nostrum”. Operacja ratunkowa „działa jak magnes, zachęcając tysiące ludzi do podejmowania niebezpiecznej przeprawy, przez co zwiększa liczbę ofiar”. W opublikowanym przez departament oświadczeniu przeczytamy, że tę opinię podziela „wielu europejskich polityków”.

Być może w kolejnych latach, gdy w słowniku debaty politycznej na dobre zadomowił się termin „pull factor”.

Czynnikiem przyciągającym uchodźców nagle stało się wszystko – wyławianie ludzi z morza, podawanie im zupy w lesie, a, zdaniem niektórych, także chodzenie z transparentem „Refugees Welcome” i publikowanie solidarnościowych treści w mediach społecznościowych.

Pewien prawicowy dziennikarz, publikujący swoje analizy na portalach typu „defence24.pl”, tłumaczy mi, że aktywiści stwarzają fałszywe pozory gościnności i będą odpowiedzialni za masowe zgony migrantów w okresie zimowym. On sam w ostatnich latach wyliczał za zachodnimi mediami grzechy operacji ratunkowych: zachęcają kolejne tysiące do podejmowania niebezpiecznej przeprawy, zwiększają liczbę ofiar i usprawniają biznes przemytników. Te tezy przytoczył w 2015 roku niemal słowo w słowo portal Interia.pl

Z całą pewnością teoria o „zabijaniu dobrocią” była już dobrze ugruntowana, gdy na początku kryzysu humanitarnego na polskich granicach przytaczał ją na łamach „Gazety Wyborczej” Szczepan Twardoch, W swoim tekście przytoczył główne argumenty teorii „pull factor”, pointując je stwierdzeniem, że „szlachetne odruchy moralne i wynikające z nich działania nie zawsze prowadzą ku moralnie akceptowalnym efektom”.

Filary

Faktem jest, że od czasu wojny domowej w Libii, liczba migrantów i uchodźców wypływających do Włoch rosła z każdym rokiem. Po dwóch katastrofach łodzi w pobliżu Lampedusy jesienią 2013 Europa zdecydowała, że trzeba „coś z tym zrobić” - kolejnej takiej tragedii opinia publiczna mogła już nie znieść.

W listopadzie Włochy powołały do życia operację „Mare Nostrum”. Na pięć statków, dwie łodzie podwodne, pięć samolotów, helikopter i personel liczący 900 osób wydawano przez rok 9 milionów euro miesięcznie (20 proc. środków pochodziło z funduszy unijnych). Mandat operacji opierał się na dwóch filarach: monitorowania 70 000 km kwadratowych w okolicach Włoch, Malty i Libii i ratowania życia, oraz aresztowania osób podejrzanych o przemyt.

Gdy po roku podsumowano jej bilans – ok. 100 000 uratowanych, od 300 do 500 zatrzymanych przemytników, większość europejskich polityków zadecydowała, że filary te należy nieco przemeblować.

Komisja Europejska uznała, że Mare Nostrum” („nasze morze”), mimo oczywistych zalet, przyniosła też niepożądane skutki uboczne, w postaci tysięcy migrantów. W listopadzie 2014 w działania na Morzu Śródziemnym zaangażował się Frontex. Nowy program „Tryton” (od władcy morza, który wzniecał fale i zmuszał olbrzymów do ucieczki), przemianowany w 2018 na „Temidę” (od bogini prawa, sprawiedliwości i porządku) miał skorygować błędy dotychczasowego podejścia. Choć tym razem do operacji włączyły się wszystkie kraje członkowskie, łącznie wysupłano na nią tylko jedną trzecią budżetu „Mare Nostrum”. Mimo okrojonych finansów udało się zwiększyć liczbę łodzi. Umieszczono je tylko w nieco innych miejscach, by lepiej odpowiadały na nowe priorytety.

Z fragmentu raportu Frontexu o założeniach taktycznych nowego programu:

„Fakt, że akcje ratunkowe będą prowadzone jedynie na wąskim obszarze operacyjnym, zniechęci migrantów do podejmowania przepraw przy niekorzystnej pogodzie i na złej jakości łodziach. Będą musieli wziąć pod uwagę, że łodzie będą nawigować przez kilka dni, zanim dotrą do obszaru pomocy”.

Europa wreszcie miała odetchnąć z ulgą, a śródziemnomorskie ryby — smakować jak dawniej.

Pożyteczni idioci

Jednak rok później, liczba ofiar była niemal taka sama. Przeprawę z Włoch do Libii podjęło ponad 153 000 osób, wzrosła też liczba uchodźców i migrantów wybierających Szlak Zachodni z Maroka na Wyspy Kanaryjskie. Politycy z niepokojem wyczekiwali efektów nowej strategii, jednak rok 2016 roku przyniósł kolejne rozczarowania: do Włoch przypłynęło ponad 180 000 osób, utonęło co najmniej 4580. Organizacje humanitarne i UNHRC protestowały, a ówczesny przewodniczący Komisji Europejskiej, Jean-Claude Juncker, publicznie przyznał, że zakończenie „Mare Nostrum” było błędem, który kosztował życie setki osób.

Ale inni politycy doszli do wniosku, że nie zaadresowano jeszcze wszystkich przyczyn kryzysu.

Analizy statystyk z 2015 roku pokazały im, że sytuacja na Morzu Śródziemnym wygląda inaczej, niż zakładano. „Tryton”, który miał być główną operacją search and rescue odpowiadał za mniej niż 10 proc. udanych akcji ratunkowych na Szlaku Centralnym. Ponad 20 proc. z nich zostało przeprowadzonych przez organizacje pozarządowe, w tym Lekarzy Bez Granic. W przeciwieństwie do „Trytona”, który patrolował jedynie wąski pas w okolicach Włoch i Malty, statki NGOsów podpływały blisko wybrzeży libijskich i aktywnie wypatrywały ludzi w niebezpieczeństwie.

Politycy doszli do wniosku, że działalność NGOsów ma charakter sabotażowy. Podważa nie tylko przewodnią rolę operacji „Tryton” w ratowaniu życia (choć pech chciał, że łodzie Frontexu patrolowały akurat rzadko uczęszczaną część szlaku), ale i sens likwidacji „Mare Nostrum”.

Gdy w 2016 roku proporcje ludzi uratowanych przez NGOsy (26 proc.) i przez Frontex (8 proc.) jeszcze bardziej się rozjechały, a zarówno liczba przypływających, jak i ofiar, była największa w historii, Unia zaczęła odświeżać zarzuty sprzed dwóch lat. Działania NGOsów, podobnie jak „Mare Nostrum”, generują „pull factor”, który zwiększa nie tylko liczbę ofiar, ale i zyski przemytników. Licząc na obecność łodzi ratunkowych, przemytnicy nie martwią się o los pasażerów i tną koszty, wysyłając ich w morze na najtańszych, gumowych pontonach.

Aktywistów wkrótce zaczęto ciągać po sądach, a lokalne władze upoważniono do odmowy przyjmowania ich statków w portach.

W czerwcu 2017 roku wszystkim organizacjom pozarządowym kazano podpisać „Kodeks dobrych praktyk”, który zabraniał im wpływania na obszar przybrzeżny Libii, ograniczał możliwości komunikowania się z łodziami migrantów i nakazywał wpuszczenie na pokład służb bezpieczeństwa i żołnierzy celach kontroli. Ratowanych uchodźców nie można było, tak jak wcześniej, eskortować na większe statki komercyjne, ale osobiście odstawiać ich do portów. Te znowu mogły odmówić ich przyjęcia – koło się zamyka.

Miesiąc później politycy gratulowali sobie w Pałacu Elizejskim. Liczba ofiar zaczęła widocznie spadać.

Nowe filary

Lekarze Bez Granic oraz zespół Oceanografii Kryminalistycznej londyńskiego Goldsmith University nie miały tylu odbiorców, co „The Spectator”, bo mimo chwytliwych tytułów („Blaming the Rescuers”, „Death by Rescue”, „Defending Humanity at the Sea”), ich raporty nie przebiły się do szerszej debaty.

Oprócz kwestii trywialnych – operacje ratunkowe nie stworzyły przemytu, wojen, katastrof humanitarnych i nierówności ekonomicznych – raporty omawiają czynniki wpływające na decyzję o przeprawie przez morze: od wydarzeń w kraju pochodzenia, przez warunki pogodowe, do sytuacji na innych szlakach migracyjnych (np. podpisany w rekordowym 2016 roku pakt o odsyłaniu uchodźców z Grecji do Turcji mógł zmusić tysiące do poszukiwania innej drogi). Operacje ratunkowe w okolicach Wysp Kanaryjskich i południowej Hiszpanii są bardzo ograniczone, mimo tego, liczba osób wybierających ten szlak stale rośnie.

W raporcie „Lekarzy Bez Granic” porównano też statystyki z okresu listopad-kwiecień z trzech kolejnych lat. W czasie trwania „Mare Nostrum” próbę przepłynięcia do Włoch podjęło w ciągu tych sześciu miesięcy nieco ponad 30 000 osób. Dwa lata później, gdy morze patrolowały już statki NGOsów, liczba ta wynosiła prawie 45 000. Jednak od listopada 2014 do kwietnia 2015 – już po zakończeniu włoskiej operacji i jeszcze zanim zastąpiły ją organizacje pozarządowe – takich osób było niemal 44 000.

Źródło: Defending Humanity at Sea, Jovana Arsenijevic, Marcel Manzi/, Rony Zachariah, (Médecins Sans Frontières), źródło

Jedyną miarą, która faktycznie wyróżniała się w tym okresie, był odsetek śmierci, ponad dwukrotnie większy, niż w dwóch pozostałych latach

Źródło: Defending Humanity at Sea, Jovana Arsenijevic, Marcel Manzi/Rony Zachariah, (Médecins Sans Frontières), źródło

Przekonując opinię publiczną, że likwidacja operacji ratunkowych zmniejszyła liczbę przypłynięć i ofiar, oraz ugodziła w biznes przemytniczy, politycy pomijają najczęściej dwa wątki.

Pierwszym jest fakt, że przemytnicy zaczęli na wielką skalę używać tanich, gumowych pontonów dopiero w roku 2016. Jeśli skłoniła ich do tego obecność operacji ratunkowych NGOsów, to czemu w trakcie trwania wielkiej „Mare Nostrum” inwestowali w solidniejsze, drewniane łodzie? Odpowiedzi można szukać w raportach z mniej znanej operacji „Sophia”, którą Unia Europejska uruchomiła niemal równolegle z „Trytonem”. Głównym celem „Sophii” jest walka z przemytem, a od kwietnia 2015 jej personel kładzie wyjątkowy nacisk na niszczenie łodzi i konfiskatę silników. „Czy to może wyjaśniać, dlaczego przemytnicy zaczęli używać niemal wyłącznie najtańszych pontonów?”, pytają autorzy raportu.

Drugim, często pomijanym wątkiem jest „Memorandum of Understanding”, pakt zawarty w lipcu 2017 roku między Libią a Włochami. Jego filarami miała być współpraca w celu ochrony granic i wspierania rozwoju w krajach afrykańskich. Na razie dynamicznie wdrażany jest punkt pierwszy.

Już na początku współpracy, Unia Europejska wyposażyła libijską straż przybrzeżną w 16 motorówek, przeszkoliła ponad 470 osób, wysłała też do Libii własny personel cywilny i wojskowy. Wszystko po to, jak zapewniano, by służby w rządzonej przez zbrojne milicje Libii mogły skuteczniej ratować ludzi przed utonięciem.

Organizacje humanitarne od dawna zwracają uwagę, że Libia nie podpisała Konwencji Genewskiej z 1951 roku, nie zgadza się na oficjalną obecność wysokiego komisarza ONZ do spraw uchodźców i ma w tej kwestii własne prawodawstwo: uchwalona w 2010 roku Ustawa o Zwalczaniu Nielegalnej Migracji definiuje jako „nielegalnego migranta” każdą osobę, która nielegalnie weszła na teren kraju, nie przewidując wyjątków dla uchodźców wojennych, czy ofiar handlu ludźmi.

W Libii nie obowiązują procedury azylowe, a migracja jest zarządzana w sposób nieformalny: uchodźcy i migranci spędzają nieokreślony czas w centrach detencji, obozach i aresztach, nie mają jednak możliwości obrony, lub podważenia zarzutów, bo żadna instytucja im ich nie stawia.

Po kilku miesiącach lub latach, niektórych deportuje się do krajów pochodzenia.

Organizacje pozarządowe i UNHCR sugerują, że Unia Europejska ma środki, by poprawić sytuację uchodźców w Libii. Na razie oferuje jej tymczasowym rządom i milicjom regularną, bezwarunkową pomoc. W kwietniu 2020 Włochy przekazały Libii patrol złożony z 6 statków o wspólnej wartości 1,6 miliona euro. Dwa miesiące później włoska ministra spraw wewnętrznych odwiedziła Tripolis, przekazała libijskim władzom nowe pojazdy i podkreśliła szczególną współpracę obu krajów. Pomimo protestów, w 2020 „Memorandum of Understanding” zostalo przedluzone o kolejne trzy lata.

W odpowiedzi na krytykę, włoski rząd zasugerował Libii, że porozumienie mogłoby zostać udoskonalone. Przydałoby się więcej jasności w kwestiach nieformalnych obozów, statusu więźniów i praw człowieka,

Libijskie milicje jeszcze się do tych propozycji nie odniosły.

Procent winy

W 2014 roku europejski sąd po raz pierwszy orzekł winę w procentach.

W procesie wytoczonym batalionowi ONZ przez stowarzyszenie „Matki Srebrenicy” Sąd Okręgowy w Hadze uznał, że holenderski batalion pokojowy Dutchbat ponosi 30 proc. winy za śmierć 350 Boszniackich chłopców i mężczyzn. W 2019 roku, po apelacjach, holenderski Sąd Najwyższy zmniejszył winę Dutchbatu do 10 proc.

Procenty określają prawdopodobieństwo ocalenia tych ludzi, gdyby nie zostali wydani w ręce serbskich żołnierzy. Dutchbat wyprosił ich z obozu, w którym się schronili, choć było wiele przesłanek, że za bramą odbywają się egzekucje. Pomimo powtarzających się w obronie argumentów („siła wyższa”, „i tak nie udałoby się uratować wszystkich”), sąd orzekł, że na przeżycie tych akurat kilkuset osób, holenderscy żołnierze mieli pewien wpływ.

Resztę winy Europa rozdzieliła w Hadze pomiędzy serbskich generałów.

„Gdy elastyczność instrumentów legislacyjnych jest niewystarczająca”

Od kilku lat pojawiają się głosy, że obecne prawo migracyjne Unii Europejskiej nie odpowiada na jej aktualne potrzeby. Rok temu Komisja Europejska opublikowała wstępny projekt nowego paktu migracyjnego. Czytamy w nim, że:

"Nawet najlepiej przygotowany i dobrze zarządzany system musi posiadać ramy pozwalające na radzenie sobie z sytuacjami kryzysowymi lub spowodowanymi działaniem siły wyższej, w przypadku gdy elastyczność dostępna w ramach różnych instrumentów legislacyjnych jest niewystarczająca. Państwom członkowskim potrzebne są narzędzia pozwalające im radzić sobie z różnymi i odmiennymi przyczynami migracji oraz natychmiast dostępne środki pozwalające im radzić sobie ze skrajną presją wynikającą z takich sytuacji".

Projekt paktu nie precyzuje „siły wyższej”, choć wspomina o pandemii i „celowym działaniu państw trzecich, które mogą doprowadzić do paraliżu krajowego systemu azylowego”. Precyzyjna jest natomiast sugestia zmian prawnych: w razie potrzeby, system przyjmowania wniosków azylowych może zostać „zawieszony” na okres czterech tygodni. Jeśli wymaga tego sytuacja, okres ten można przedłużyć o kolejne cztery tygodnie (nie dłużej niż do dwunastu).

Projekt został opublikowany we wrześniu 2020 roku. Pomysł czterotygodniowego „zawieszenia” prawa azylowego, artykułowanego m.in. w Konwencji Genewskiej, wzbudził wiele skojarzeń z wydarzeniami pół roku wcześniej.

Gdy w marcu 2020 granicę grecko-turecką próbowało przekroczyć ponad 25 tysięcy osób, Grecja całkowicie wstrzymała na cztery tygodnie przyjmowanie wniosków, choć Konwencja Genewska nie zakłada, że można ją „wyłączać”, gdy powołuje się na nią zbyt wiele osób. Precedens został przyjęty przez Unię Europejską z cichą aprobatą.

Choć nieuregulowane przekroczenie granicy nie może być traktowane jak przestępstwo, reporterzy Balkan Investigative Reporting Network (BIRN) donieśli, że co najmniej 103 zostało skazanych na karę więzienia w pierwszych dwóch tygodniach „zawieszonego” prawa. Całkowita liczba ukaranych nie jest znana, bo brakuje oficjalnych danych.

Reporterzy BIRN przeprowadzili też wywiady z kilkoma urzędnikami unijnymi, prawnikami i działaczami na rzecz praw człowieka, którzy potwierdzili, że szkic nowego prawa migracyjnego Unii był omawiany w kontekście wydarzeń na granicy turecko-greckiej. W czerwcu 2020 roku, ministrowie spraw wewnętrznych Polski, Łotwy, Estonii, Słowacji, Węgier, Słowenii i Czech wysłali do unijnych komisarzy odpowiedzialnych za kształt nowego paktu wspólny list. Zaznaczyli w nim, że system musi zapewniać państwom Unii możliwość wprowadzania elastycznej, doraźnej polityki migracyjnej. Pomysł czterotygodniowego okresu bez przyjmowania wniosków azylowych spodobał się wielu państwom członkowskich. W toku dyskusji zdecydowano tylko zastąpić „zawieszenie” bardziej neutralnym „opóźnieniem”.

Aktualna wersja projektu jest dostępna na stronie Komisji Europejskiej. Unijne procedury trwają długo i na finalny kształt paktu poczekamy być może jeszcze kilka lat. W tym czasie z pewnością pojawi się wiele propozycji prawnych, które sprawdziły się wcześniej w terenie.

Z daleka od naszych plaż

Na argumenty, że rozwiązania na Centralnym Szlaku Śródziemnomorskim zmniejszyły liczbę ofiar, ich krytycy uściślają, że zmniejszyła się co najwyżej liczba utonięć u wybrzeży Europy. Nie jest to zresztą pewne – szlak patroluje coraz mniej europejskich statków, więc o wielu śmierciach możemy po prostu nie wiedzieć.

Ci sami krytycy sugerują, że Europa powinna przyjrzeć się innym danym.

Choć mniej prób przeprawy faktycznie oznacza mniejszą liczbę utonięć, to już odsetek śmierci wzrósł ponad dwukrotnie – z ok. 2 proc. w 2015 roku do prawie 5 proc. w 2019.

Od czterech lat rośnie też liczba osób, których od utonięcia ratuje libijska straż przybrzeżna. Losy kilkudziesięciu z nich opisało Amnesty International w swoim raporcie z 2020 roku. Większość uchodźców i migrantów trafia do Departamentu Zwalczania Nielegalnej Migracji, a następnie – do oficjalnych, lub nieoficjalnych obozów, aresztów i centrów detencji. Tam część z nich dostaje możliwość opłacenia grzywny, a po zakończeniu odbywania „kary” (zazwyczaj ok. 3 lat, choć libijskie władze są w tym zakresie elastyczne), są deportowani.

Problem w tym, że liczba „osadzonych” w placówkach od pewnego czasu się zmniejsza, choć zatrzymań na morzu jest coraz więcej. Między 2018 a 2019 rokiem z centrów detencji „zniknęło” ok. 1000 osób. Informacje podawane przez libijskie władze są bardzo wybiórcze: można się z nich dowiedzieć, że część osób została przeniesiona do „nieoficjalnych placówek”, deportowana do kraju pochodzenia lub uciekła. Język organizacji humanitarnych ma na to swój termin: enforced disappearance, wymuszone zniknięcie.

Od początku tego roku u wybrzeży Libii zatrzymano co najmniej 24 000. Międzynarodowa Organizacja do Spraw Migracji podaje, że do oficjalnych centrów detencji trafiła jedynie co czwarta osoba. W sprawie pozostałych 18 000, ONZ wyraziło poważne zaniepokojenie.

Papiery

Nikt z zewnątrz nie chciał nic z tym zrobić. Wyjątki potwierdzające regułę były dla nas światełkiem w ciemnościach, światełkiem jedynym (...) Ogrom ofiar najlepiej świadczy, jak mało było takich osób.

W przeddzień masakry w Srebrenicy tłumacz Emir Surjaglic pracował nad dwiema listami.

Na pierwszej – liście upoważnionych do odjechania z obozu w bezpiecznym konwoju – chciał umieścić nazwisko kolegi. Ponieważ mogli znajdować się tam tylko pracownicy ONZ, wpisał Mohammeda jako niedawno zatrudnionego sprzątacza.

Nie wiadomo kto wpadł na pomysł drugiej listy, ale Surjaglic tworzył ją, jakby zależało od tego i jego życie. Umieścił na niej 239 imion i nazwisk pełnoletnich Boszniaków, którzy przebywali wtedy jeszcze w obozie ONZ. Komuś wydawało się, że jeśli ich nazwiska zostaną gdzieś zapisane, to Serbowie nie odważą się do nich strzelać. Co innego anonimowy tłum, a co innego legalne, zarejestrowane już gdzieś osoby. Jeden z dowódców, major Franken, zapewniał Surjaglica, że lista jest bardzo ważna, „wysłał ją faksem do Nowego Jorku i Genewy, a oryginał trzyma w gaciach”.

W „Pocztówkach z grobu” Surjaglic opisał, co stało się z nazwiskami. Major Franken poprawił pierwszą listę – niestety, musiał wykreślić Mohammeda, dopisywanie nowych osób było niezgodne z rozkazem.

Lista 239 nazwisk odnalazła się 10 dni po masakrze. Jakiś urzędnik wcisnął ją między mało ważne papiery.

Udostępnij:

Małgorzata Tomczak

Socjolożka, kulturoznawczyni i dziennikarka freelance. Publikowała m.in. w "Gazecie Wyborczej", "Newsweeku" i "Balkan Insights". Na stałe mieszka w Madrycie.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne