0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Fot . Robert Robaszewski / Agencja Wyborcza.plFot . Robert Robasze...

W 2022 roku w Szpitalu Powiatowym im. Jana Pawła II w Bartoszycach (woj. warmińsko-mazurskie) urodziło się 401 dzieci. W 2023 – 328. W 2024 jedynie 306, z czego drogami natury 171. 95 kobietom nacięto krocza. Żadna nie otrzymała znieczulenia.

W 2025 roku padł kolejny rekord: w placówce urodziło się 226 dzieci.

I choć kryzys ten pokrywa się z sytuacją wielu porodówek w Polsce, personel szpitala twierdzi, że można było go uniknąć.

Przez ostatnie lata w bartoszyckiej porodówce zmieniło się niewiele. Władze placówki natomiast, zdaniem położnych, zdają się jednak nie widzieć swoich błędów i nie rozumieć, że odpływ pacjentek nie musi wynikać jedynie z ogólnopolskiej spadkowej tendencji urodzeń.

Dane migracyjne potwierdzają odpływ pacjentek do innych ośrodków. Kobiety z Kętrzyna wybierają Mrągowo, z Braniewa – Elbląg, a z Lidzbarka Warmińskiego – Olsztyn. Wszystkie z wymienionych porodówek charakteryzują się niższym od bartoszyckiego odsetkiem nacięć krocza oraz dostępnością znieczulenia zewnątrzoponowego.

Przeczytaj także:

Cierp ciało, coś chciało

Bartoszyce leżą około 70 km od Olsztyna. Olsztyńskie szpitale oferują rodzącym dostęp do znieczulenia zewnątrzoponowego – na co w Bartoszycach nie można liczyć.

Oczywiście – nie wszystkie pacjentki chcą rodzić w sposób zmedykalizowany – a takim jest poród z użyciem ZZO. Części kobiet zależy na porodzie naturalnym; w intymnych, komfortowych warunkach. I tu jednak mieszanki Bartoszyc od lat zderzały się ze ścianą.

Dyrekcja szpitala twierdzi, że zarówno przed rokiem 2024, jak i w latach 2024-2025 (po zmianie dyrektora) rozważano wprowadzenie dostępności znieczulenia. Okazało się to niemożliwe, ze względu na trudności kadrowe. Argumentuje, że mimo stosowania różnorodnych zachęt i prowadzenia intensywnych działań rekrutacyjnych, zainteresowanie podjęciem pracy w Bartoszycach przez wykwalifikowaną kadrę medyczną pozostaje znikome.

Zarządzający placówką dodają jednak, że w oddziale ginekologiczno-położniczym są prowadzone szkolenia dla personelu położniczego. Od 2024 roku osoby zatrudnione w szpitalu miały być szkolone m.in. z przyjmowania porodów w pozycjach wertykalnych, wsparciu zarówno w karmieniu piersią jak i zatrzymywaniu laktacji oraz zgodnych z aktualną wiedzą medyczną metodach preindukcji i indukcji porodu.

Informacjom tym przeczy przewodnicząca Zakładowej Organizacji Związkowej. Twierdzi, że żadne ze szkoleń nie było w rzeczywistości przeprowadzone.

Dziesiątki lat bez remontu

Jak zauważa Joanna Mogilewska, położna z bartoszyckiego szpitala, oddział od kilkudziesięciu lat nie był remontowany – mimo że w tym samym czasie pozostałe części szpitala zdążyły przejść renowację nawet kilkukrotnie. „Gdy muszę zaprowadzić pacjentkę do łazienki, śmieję się czasem, że już na dworcu w Olsztynie są lepsze warunki niż u nas. Tyle, że to śmiech przez łzy. Pacjentki widzą, jak jest, i nie chcą rodzić w takim miejscu. Nie ma w tym nic dziwnego” – mówi.

Dodaje: – "Razem z innymi położnymi od dawna byłyśmy świadome problemu. Robiłyśmy, co w naszej mocy, by zachęcić pacjentki do rodzenia w Bartoszycach. Starałyśmy się uzyskać prezenty od firm, ale dyrekcja się nie zgodziła, bo to lokowanie produktu. Nie zniechęciło nas to. Starałyśmy się znaleźć inne rozwiązanie. Koleżanka zaczęła własnoręcznie szyć dla noworodków czapeczki i koce w ramach prezentów.

Oferujemy, co możemy, ale przecież nie skujemy same ścian i nie wybudujemy oddziału na nowo.

To wszystko nie powinno być naszą odpowiedzialnością".

Dyrekcja szpitala potwierdza świadomość problemu w mailu do OKO.press. Wspomina, że pracownicy informowali zarządzających placówką o potrzebie pilnego remontu w 2015 oraz 2023 roku.

Dodaje, że po zmianie dyrektora, we współpracy ze starostwem powiatu bartoszyckiego, szpital przystąpił do programu szwajcarskiego z projektem „Modernizacja oddziału ginekologiczno-położniczego, noworodkowego wraz z traktem porodowym”. Projekt nie uzyskał jednak dofinansowania.

Podobnie było z kierowanymi w 2025 roku do różnych podmiotów zewnętrznych prośbami o wsparcie finansowe. Kluczowy może okazać się rok 2026, na który zaplanowano ograniczone prace remontowe oddziału i ujęto je w planie budżetowym.

Karne przeniesienie

Joanna Kupczyk jest położną z ponad 30-letnim stażem. Całe swoje zawodowe życie poświęciła pracy na oddziale ginekologiczno-położniczym z patologią ciąży i onkologii ginekologicznej.

Kilkanaście miesięcy temu charakter pracy Joanny się zmienił. Została bowiem – jak twierdzi – karnie przeniesiona na salę porodową. To dość niecodzienna sytuacja. Dla wielu położnych byłby to raczej rodzaj nagrody. Tylko że Kupczyk od momentu rozpoczęcia pracy ani razu nie przyjmowała porodów.

Położna tłumaczy: „W wielu powiatowych szpitalach działa – czy to z konieczności, czy z rozsądku – system rotacyjny. Wszystkie położne pracują na wszystkich odcinkach i zmieniają je co miesiąc czy kwartał. Wiadomo – nie każdemu to odpowiada. Część osób nie czuje się najlepiej na sali porodowej; część woli położnictwo, jeszcze inne uwielbiają ginekologię. W realiach placówek o I stopniu referencyjności jest to jednak rozsądne, bezpieczne – i dla personelu, i dla pacjentek – rozwiązanie. Dzięki temu wszyscy wiedzą, jak działać w określonych sytuacjach i nie ma ryzyka, że gdy koleżanki z sali porodowej się rozchorują, to nie będzie komu przyjmować dzieci na świat”.

W Bartoszycach jednak, jak twierdzi położna, rotacja dotyczyła wyłącznie części personelu.

Zagrożenie bezpieczeństwa pacjentek

Przez trzy dekady Joanna Kupczyk nie przyjęła więc na świat ani jednego dziecka. O przeniesieniu dowiedziała się podczas urlopu, po powrocie z którego miała z dnia na dzień zacząć opiekować się rodzącymi. Sama. Na pojedynczych dyżurach.

W odpowiedzi na zadane przez OKO.press pytania dyrekcja szpitala zaprzecza, jakoby doszło do tej sytuacji. Podkreśla, że w oddziale ginekologiczno-położniczym standardowo dyżur pełnią trzy położne. W sytuacjach wyjątkowych – dwie. Pracę oddziału ma wtedy wspierać pielęgniarka oddziałowa.

Problem w tym, że pielęgniarka nie zastąpi położnej. Nie ma ani umiejętności, ani nawet odpowiednich uprawnień do pracy na sali porodowej czy odcinku położniczym. Mamy do czynienia z luką prawną, dzięki której na oddziale świadczącym opiekę między innymi ginekologiczną pracować mogą również pielęgniarki – mimo że przy rozdzieleniu poszczególnych odcinków możliwe byłoby to jedynie na oddziale ginekologicznym.

Co więcej: oddziałowa pracuje jedynie w dni powszednie przez nieco ponad siedem godzin. Jej wsparcie w sytuacjach awaryjnych, wymagających szybkiego reagowania na przykład w godzinach nocnych, mogłoby w związku z tym być co najmniej utrudnione.

Joanna Kupczyk nie zwlekała z działaniem. Wystosowała do dyrekcji placówki pismo, w którym zauważyła, że tak nagła, drastyczna zmiana mogłaby skutkować narażeniem pacjentek na niebezpieczeństwo. Czym innym jest ciążący na położnych obowiązek aktualizowania wiedzy, a czym innym rzeczywiste umiejętności praktyczne.

W odpowiedzi na wysłane przez położną pytania, wojewódzka konsultantka w dziedzinie pielęgniarstwa ginekologiczno-położniczego, mgr Beata Binek przyznała, że obawy położnej są uzasadnione.

O ile w przypadku umowy o pracę dotyczącą ogólnie wykonywania zadań na oddziale ginekologiczno-położniczym do obowiązków położnych wlicza się również przyjmowanie porodów, o tyle po trzydziestoletniej przerwie pozostawienie pacjentek pod opieką wyłącznie położnej bez aktualnego doświadczenia na sali porodowej może powodować ryzyko niewłaściwego udzielania świadczeń.

Zapytaliśmy dyrekcję szpitala, czy rzeczywiście osoby zarządzające oddziałem podjęły decyzję o oddelegowaniu położnej bez doświadczenia zawodowego w przyjmowaniu porodów do pracy na odcinku porodowym. W odpowiedzi władze placówki podkreślają, że położna posiada doświadczenie, ma tytuł magistra, specjalizację, ukończony kurs resuscytacji noworodków oraz 30-letni staż w zawodzie. Nie dodały jednak, że przez wspomniane trzy dekady nigdy nie przyjmowała porodów.

W skutek pisemnej interwencji zdecydowano, że przejście Kupczyk do pracy na sali porodowej ma zostać poprzedzone miesięcznym okresem adaptacyjnym.

W czym problem? Ponownie: w brakach kadrowych i oszczędnościach. Miesięczne wdrożenie miało bowiem przyjąć formę dodatkowych zadań w codziennej pracy i lawirowania między poszczególnymi odcinkami szpitala. W momencie, gdy na sali porodowej pojawiała się pacjentka, położna miała przechodzić z części ginekologiczno-położniczej, by uczyć się przyjmowania porodów. Przebywające na oddziale położnice zostawałyby w tej sytuacji bez opieki położnej.

Joanna Kupczyk opowiada:

„Od tamtego momentu minęło prawie półtora roku. Przez ten czas przyjęłam dokładnie siedem porodów. To mniej niż studentki położnictwa na praktykach. To nie jest bezpieczne”.

2 stycznia 2026 roku położna uczestniczyła w wyjątkowo trudnym porodzie. Urodzone dziecko zostało ocenione na 1 punkt w skali Apgar, po czym zmarło. Kupczyk ponownie poprosiła o przeniesienie na inny odcinek. Zgody nie otrzymała.

Niewygodny związek zawodowy

Nagła zmiana miała być wynikiem działalności związkowej położnej – jest przewodniczącą Zakładowej Organizacji Związkowej w Szpitalu Powiatowym w Bartoszycach.

Joanna Kupczyk: „Zaczęło się od tego, że dostawaliśmy od personelu zgłoszenia dotyczące sytuacji oddziałów, na których stanowiska oddziałowych są obsadzane od kilkunastu, a czasem i kilkudziesięciu lat przez te same osoby. Pielęgniarki i położne podkreślały, że ten system nie działa. Kierownictwo w ich ocenie nie tylko nie wnosiło żadnych korzystnych zmian, ale wręcz szkodziło. Zbiegło się to z końcem kadencji oddziałowych. Wystosowaliśmy więc – jako związek – pismo do dyrekcji szpitala, w którym zauważyliśmy, że trzeba przeprowadzić wybory”.

W wyniku głosowania większość oddziałów zyskała nowe oddziałowe. Jednym z dwóch wyjątków był oddział ginekologiczno-położniczy.

Joanna Mogilewska komentuje: „Oddziałowa od dawna jest w konflikcie z dużą częścią zespołu. Sama, gdy tylko nadarzyła się okazja, poprosiłam o przeniesienie na oddział noworodkowy, żeby pod nią nie podlegać. Jej zmiana nie byłaby jednak na rękę dyrekcji – a winę zawsze łatwiej przerzucić na szeregowe położne”.

Podkreśla:

„To nie jest konflikt na linii dyrekcja-związek zawodowy. Przewodnicząca związku stała się tutaj po prostu łatwym celem, bo tak naprawdę broni całego personelu”.

Dodaje, że sama do organizacji związkowej nie należy.

Z pustego i Salomon nie naleje

Widząc brak inicjatywy ze strony dyrekcji, położne postanowiły wziąć sprawy w swoje ręce i – w miarę możliwości – same spróbować poprawić sytuację oddziału.

Joanna Kupczyk opowiada: – „W obecnych realiach niełatwo jest przekonać pacjentki do porodu w konkretnym miejscu. W małych miejscowościach bywa to jeszcze trudniejsze. Wysłałam pisma chyba do wszystkich świętych. Dyrektor, burmistrz, wójt. Udało nam się otrzymać środki, zorganizować salę, materiały dydaktyczne, prowadzących. Wszystko pro bono, w wolnym czasie – tylko i aż po to, żeby kobiety po zajęciach w szkole rodzenia uznały, że to właśnie w Bartoszycach chcą powitać swoje dzieci na świecie”.

Szkoła rodzenia nie wystartowała. Powód? Zdaniem położnych: brak zgody dyrekcji.

Zarządzający szpitalem twierdzą, że nie wydali nigdy odmownej decyzji w tej sprawie. Dodają, że dzień po poinformowaniu o takich planach zwrócili się do inicjatorki z prośbą o doprecyzowanie zakresu oczekiwanego wsparcia. Odpowiedzi mieli nie otrzymać do dziś.

Tymczasem Joanna Kupczyk argumentuje, że posiada dokumenty, z których jasno wynika, że wszystkie odpowiedzi zostały niezwłocznie udzielone.

Położne podkreślają, że kierowały się troską o oddział. Proponowały również zorganizowanie dni otwartych i utworzenie stowarzyszenia, które umożliwiłoby otrzymywanie darowizn czy składanie wniosków o granty. Żadne z tych działań nie doszło jednak do skutku.

Sól w oku ginekologów

Jak zauważa Joanna Kupczyk, trudności w bartoszyckim szpitalu pojawiają się również na linii położne-lekarze.

Położna opowiada: – "Dla mnie nie jest problemem przyjmować poród na podłodze. Dla moich koleżanek z oddziału też nie. Problem mają z tym natomiast lekarze. I o ile w sytuacji fizjologicznego porodu, gdy dziecko rodzi się praktycznie samo, można na ich zachowanie machnąć ręką, o tyle gdy przy trudniejszym porodzie lekarz stoi położnej za plecami i krzyczy »Co ty tu, kurwa, robisz? Do niczego się nie nadajesz«, robi się zdecydowanie bardziej stresująco.

To nie są pojedyncze sytuacje. Dyrekcja nic sobie z tego nie robi. W odpowiedziach na zgłoszenia twierdzi, że to »błąd komunikacyjny«".

Dalsze losy bartoszyckiej porodówki

Położne alarmują, że otrzymały informacje, jakoby zarówno oddział ginekologiczno-położniczy jak i noworodkowy miały niebawem zostać zamknięte lub przynajmniej zawieszone. Władze szpitala twierdzą jednak, że nigdy nie podjęły takiej decyzji. Nie wystąpiły nawet z wnioskiem w tej sprawie do wojewody. Podkreślają, że oddziały funkcjonują normalnie i nie są planowane w tej kwestii jakiekolwiek zmiany, mimo że rzeczywiście rozważano taki pomysł.

Argumentują, że w przypadku zmiany planów zapewnią odpowiednie rozwiązania gwarantujące pacjentkom ciągłość i bezpieczeństwo opieki.

Dodają, że to po zorganizowanej w połowie grudnia 2025 roku pikiecie w przestrzeni publicznej zaczęły pojawiać się informacje sugerujące zawieszenie pracy oddziałów. Mowa o wydarzeniu, w którym wzięli udział m.in. Iwona Arent, Robert Gontarz i Adrian Chojecki – posłowie Prawa i Sprawiedliwości.

Na pikiecie pojawiła się także starosta bartoszycka, Elżbieta Zabłocka. Nie dementowała jednak informacji o zawieszeniu odcinków. Tłumaczyła, że chodzi o trzymiesięczne wstrzymanie pracy oddziałów, spowodowane bardzo trudną sytuacją finansową szpitala, jaką zastała nowa dyrekcja po przejęciu szpitala od poprzedników z ramienia PiS.

30 grudnia, podczas sesji Rady Powiatu, dyrektorka szpitala również przyznała, że na posiedzeniu grudniowej Rady Społecznej placówki przedstawiono argumenty za czasowym zawieszeniem funkcjonowania jednego z oddziałów. Nie zaprzeczyła tym planom.

Nierówne traktowanie personelu

Dyrektorką szpitala jest Beata Deka, pielęgniarka specjalizująca się w pielęgniarstwie onkologicznym. Stanowisko objęła w sierpniu 2024 roku. Na swoim fanpage na Facebooku regularnie podkreśla, jak istotne jest dla niej dobro pacjentów i jak ważną rolę odgrywa w jego zapewnianiu personel medyczny. Deklaracje te – w oczach personelu – mają jednak niewiele wspólnego z rzeczywistością.

Joanna Kupczyk:

"Solidarność zawodowa w naszym szpitalu nie ogranicza się do jednej, uprzywilejowanej grupy pracowników. Związki zawodowe działają dziś prężniej niż kiedykolwiek i jesteśmy z tego dumni.

Dyrekcja najwyraźniej zakładała, że respektowanie praw tylko części załogi wystarczy, by rozwiązać narastające problemy. Owszem, respektowana jest siatka płac pielęgniarek i położnych, ale jednocześnie wobec pracowników administracji dochodzi do niewywiązywania się z obowiązującej umowy, czyli z ustawy o najniższym wynagrodzeniu w ochronie zdrowia.

Oczywiste było, że nie możemy się na to zgodzić. Trudno zrozumieć takie podejście, bo wszyscy mamy te same podstawowe potrzeby – rachunki do zapłacenia i kredyty do spłacenia. Milczenie w tej sprawie byłoby zwyczajnie wstydliwe, choć – co trzeba przyznać – bardzo wygodne, gdy widzi się tylko czubek własnego nosa".

PIP potwierdza nieprawidłowości

Zarzut nierównego traktowania w zatrudnieniu w szpitalu w Bartoszycach potwierdziła przeprowadzona pod koniec 2025 roku kontrola Państwowej Inspekcji Pracy. Ustalono wtedy, że w czerwcu 2025 roku dyrekcja szpitala zawarła z 101 pracownikami, zaliczonymi do 5 i 6 grupy zawodowej z tzw. siatki płac, ugody pozasądowe.

W ramach zawartych ugód władze szpitala podwyższyły od lipca 2025 roku ich wynagrodzenie zasadnicze do wysokości 9155 zł brutto (dla 6 grupy zawodowej) i 9855 zł brutto (dla 5 grupy zawodowej).

Ugód nie zawarto z 9 pracownikami zaliczanymi do 5 lub 6 grupy zawodowej. Otrzymują oni wynagrodzenie w wysokości 7691,00 zł brutto dla 6 grupy zawodowej i 8346,00 zł brutto dla 5 grupy zawodowej. Znacznie niższe od pracowników, którzy takie ugody zawarli.

W odpowiedzi na zadane przez OKO.press pytania dyrekcja twierdzi, że szpital kieruje się zasadą niedyskryminowania oraz zapewnienia jednakowych warunków wynagradzania pracownikom wykonującym jednakową pracę lub pracę o jednakowej wartości, przy uwzględnieniu obiektywnych kryteriów, takich jak kwalifikacje, doświadczenie zawodowe, zakres odpowiedzialności oraz jakość i efektywność wykonywanej pracy.

Dodaje, że po zapoznaniu się z ustaleniami kontroli Państwowej Inspekcji Pracy podjęto działania mające na celu uporządkowanie kwestii kadrowo-płacowych oraz zapewnienie zgodności stosowanych rozwiązań z obowiązującymi przepisami.

Obecnie, zgodnie z zapewnieniami dyrekcji, szpital pracuje nad wdrożeniem działań, których celem jest ujednolicenie zasad wynagradzania, zwiększenie transparentności stosowanych rozwiązań oraz zapobieganie występowaniu podobnych sytuacji w przyszłości.

Los powiatowych porodówek w rękach rządzących

Niepewna przyszłość sali porodowej w Bartoszycach nie jest odosobnionym przypadkiem. Decyzje o zamykaniu lub zawieszaniu porodówek zapadają na terenie całego kraju.

Z jednej strony może wydawać się to rozsądne: likwiduje się miejsca, w których personel, z powodu niewielkiej liczby porodów, niejednokrotnie nie miał możliwości aktualizowania swoich umiejętności. Mowa zarówno o reagowaniu w sytuacjach nagłych jak i – choćby ze względu na trudności w wykorzenieniu kilkudziesięcioletnich przyzwyczajeń – o holistycznym wsparciu fizjologii bez wprowadzania zbędnej medykalizacji, którą – zgodnie z danymi NFZ – paradoksalnie spotkać można właśnie w oddziałach o I stopniu referencyjności.

Jednak, zdaniem krytyków, takie działanie może dodatkowo pogłębić kryzys demograficzny w Polsce. Uderza w pacjentki wykluczone komunikacyjnie, które nie mogą pozwolić sobie na turystykę porodową.

Co więcej – w tej sytuacji kobiety przyzwyczajone do polskiego systemu, w którym nawet najbardziej bezproblemowo przebiegającą ciążę prowadzi zazwyczaj lekarz (mimo że pełne kompetencje ku temu posiadają położne!), ostatecznie trafiać będą często do specjalistycznych placówek. W nich natomiast wewnętrzne procedury niejednokrotnie prowadzić mogą do kaskady interwencji medycznych.

Ciąg dalszy – z pewnością – nastąpi.

Jesteś położną i nie godzisz się z tym, czego doświadczasz w swoim miejscu pracy? Napisz na [email protected]. Porozmawiajmy.

;
Na zdjęciu Oliwia Gęsiarz
Oliwia Gęsiarz

Absolwentka położnictwa, logopedka, pedagożka. Na co dzień marketing managerka OKO.press. Poza pracą propaguje położnictwo, w którym każda osoba ma prawo zakończyć swoją ciążę wtedy, kiedy chce i tak, jak chce.

Komentarze