07 kwietnia 2020

"Panicznie boję się biedy, po nocach śnią mi się koszmary". Jak epidemia dobija pracownika na śmiecówce

"Pracodawca zadzwonił i powiedział, że nie będzie w stanie zapłacić za kwiecień. Za marzec dostanę wypłatę, ale z potrąceniem. Nie mam pretensji. Firma przeżyje kwiecień, jeśli zredukują koszty, czyli głównie zatrudnienie" - mówi OKO.press Zofia. "Skoro rząd nie potrafi zrobić porządnej tarczy antykryzysowej, to niech się skupi się na walce z wirusem"

Epidemia dobija pracowników na całym świecie. Najszybciej tych, którzy pracują w zamrożonych sektorach gospodarki - gastronomia, branża eventowa, turystyka - a także tych, którzy mają najmniejszą gwarancję zatrudnienia, czyli osoby pracujące na umowach cywilno-prawnych.

W OKO.press opisujemy historie tych, którym rządowa „tarcza antykryzysowa” nie pomoże, a także zwracamy uwagę, że patologie rynku pracy nie zaczęły się wczoraj.

„Ciąć koszty” w małej firmie to często „zwalniać pracowników”

„Sprzątam w szufladzie, do której nie zaglądałam sześć lat. Pierwszy dzień na bezrobociu" — mówi Zofia, trzydziestolatka, która właśnie straciła pracę. Ostatnie dwa lata była zatrudniona na umowie o dzieło w małym tytule prasowym.

Epidemia wpędziła firmę w spiralę problemów. Dystrybucja papierowego wydania padła już dwa tygodnie temu. Po decyzji rządu o zacieśnieniu lockdownu wycofali się też drobni reklamodawcy, którzy utrzymywali gazetę. „Po co zachęcać do korzystana z usług fryzjerów czy kosmetyczek, skoro do odwołania nie mogą prowadzić działalności?” — opowiada Zofia.

„Pracodawca zadzwonił i powiedział, że nie będzie w stanie zapłacić za kwiecień. Za marzec dostanę wypłatę, ale z potrąceniem. Nie mam pretensji. Firma przeżyje kwiecień, jeśli zredukują koszty, czyli w tym przypadku głównie koszty zatrudnienia. Reszta pracowników, będzie miała ścięte pensje o 40 proc.

Koledzy pocieszają mnie, że w maju wrócę, ale nie sądzę, żeby epidemia tak szybko puściła. A wtedy firma padnie".

Z danych GUS z 2018 roku wynika, że śmieciowe zatrudnienie w Polsce to rzeczywistość ponad 1,3 mln z 16 mln polskich pracowników. Do tego 1,3 mln osób jest samozatrudnionych, z czego - jak wynika z badań Instytutu Badań Strukturalnych - co dziesiąta jednoosobowa działalność to fikcja.

W praktyce nie różni się ona od etatu – większość przychodów pochodzi od tego samego zatrudniającego.

Suma, 2,6 mln osób na samozatrudnieniu i umowach cywilno-prawnych, to najwyższy wynik od 2012 roku, gdy dyskusja o prekariacie w Polsce była gorąca. Oznacza to, że przez te wszystkie lata zmieniło się niewiele.

„Ratuje mnie 1/3 etatu w budżetówce”

„Moje bezrobocie, to quasi-bezrobocie. Od 10 lat pracuję w instytucji publicznej jako obsługa, na 1/3 etatu. Zarabiam 899,56 zł miesięcznie i mam ubezpieczenie zdrowotne. To nie raz mnie ratowało” — mówi Zofia.

Mimo zamknięcia szkół i urzędów, część pracowników jest na posterunku. „Są placówki, gdzie wciąż przychodzi 100 proc. obsługi. A panie sprzątające 16 razy dziennie myją jeden parapet” — wylicza. - „Ja z nikim się nie stykam, mogę siedzieć przy biurku. W administracji zawsze jest co robić. W piku epidemii wezmę urlop, za te pieniądze nie warto się narażać".

W kwietniu do wynagrodzenia z budżetówki - niespełna 900 zł - Zofia może doliczyć 500 zł z marca poprzedniej firmy. Poszukiwanie pracy, gdy nie można wyjść z domu, uważa za bezsensowne. Zresztą nie czuje, że ma najgorzej. „Nasze miasto utrzymuje się z turystyki.

Już dziś zamykają się restauracje, a pracownicy gastronomii tracą pracę. Widzę ich rozpaczliwe poszukiwania zarobku.

Nawet jak zwolnią męża, to przeżyjemy rok z oszczędności. Może zadłużymy mieszkanie, zaciśniemy pasa, ale jakoś przetrwamy".

Rynek pracownika w pigułce

Dziesięć lat na polskim rynku pracy nauczyło Zofię drobiazgowego oszczędzania i gromadzenia.

"Panicznie boję się biedy, po nocach śnią mi się koszmary, że nie mam czego włożyć do garnka".

Gdy pytam o doświadczenia zawodowe, wracamy do 2012 roku, kiedy Zofia kończy studia. "Wtedy to się zarabiało" — śmieje się do słuchawki. "Miesięcznie: 4 200 zł. Więcej, bo na umowy cywilno-prawne. Zaczęłam robić doktorat, poszłam do pracy w zawodzie, w prywatnej szkole. Do tego sprzedawałam ubezpieczenia".

Ten okres Zofia wspomina jednak najgorzej. „W szkole spotkał mnie mobbing. Nie wytrzymałam, zwolniłam się. 13 miesięcy dochodziłam do siebie. Najpierw szukałam odpowiedzi, co ze mną nie tak, potem dowiedziałam się, że to przemoc".

Później pracowała z bezrobotnymi w projekcie, którego celem było przywracanie osób na rynek pracy. „W moim wykonaniu to było trochę śmieszne. Mieliśmy wspólne doświadczenia. Uczyłam ich tworzyć CV i robiłam zdjęcia portretowe, ale razem żartowaliśmy, że najgorsze na bezrobociu jest wybieranie potrawy na obiad".

Od pracy na czarno do kodeksu pracy

A najdziwniejsza praca? „Na czarno w galerii. W szufladzie leżał wypełniony kwitek na wypadek kontroli ZUS. Zawsze był mój pierwszy dzień.

Właściciel płacił mi przedmiotami. Lustro, które dostałam, do dziś trzymam w mieszkaniu.

Były też figurki porcelanowe i trochę śmieci. Żeby było zabawniej, z tej nobliwej pracy wygryzł mnie student, który zgodził się pracować za darmo. Komiczne, ale też upokarzające doświadczenie".

Zofia kodeks pracy odkryła po kilku latach na rynku, gdy była zatrudniona na umowę o pracę w organizacji pozarządowej. „Może nie była to praca tysiąclecia, ale dowiedziałam się, jakie prawa mi przysługują. Pracodawca przestrzegał, żebyśmy nie pracowali więcej niż 12 godzin na dobę, skrupulatnie obliczano nadgodziny i dni urlopowe. Brzmi jak podstawa, ale mało kto w ogóle to wie. Myślę, że pokoleniowo jesteśmy już przyzwyczajeni do śmieciowego rynku pracy, a jak złapiemy etat, to nie zastanawiamy się, co to w zasadzie oznacza".

Czego oczekuje od państwa? Dziś już prawie niczego

„Przez te wszystkie lata chowałam pieniądze w kieszeniach. Znasz takie uczucie - jak przy sepsie - masz wodę w płucach i nie możesz oddychać? Tak się czuję, jak nie mam 52 słoików sosu pomidorowego i 10 kg mąki na półkach” — mówi Zofia

Gdy pytam, czy czegoś oczekuje od państwa, mówi, że kiedyś napisała tekst o tym jak pokolenie "Solidarności" zostawiło dzisiejszych trzydziesto- i dwudziestolatków samych sobie. "I jedynym, co dostałam w odpowiedzi, był hejt".

"Personel medyczny powinien mieć najwyższy standard ochrony osobistej i tylko rząd może go wprowadzić. Podobnie, jak tylko rząd może zmusić obywateli do chodzenia w maseczkach" - mówi Zofia.

"Skoro dziś nie potrafi zrobić porządnej tarczy antykryzysowej, to niech się chociaż skupi na walce z wirusem".

Imię bohaterki zmienione, nazwisko znane redakcji.

Udostępnij:

Anton Ambroziak

Dziennikarz i reporter. W OKO.press od 2017 roku. Wcześniej pracował w kulturze i współtworzył trzeci sektor. Za pracę dziennikarską uhonorowany nagrodami: Amnesty International „Pióro Nadziei” (2018), Kampanii Przeciw Homofobii “Korony Równości” (2019). Najchętniej pisze o usługach publicznych i prawach człowieka. Entuzjasta data journalism i human stories

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne