Prawa autorskie: Agata KubisAgata Kubis
19 października 2022

Codziennie robimy aborcje, których nie robią w Polsce lekarze. Polemika z Graff i Iwasiów

"Nie chcemy filmów, w których lekarze występują w roli ekspertów. Chcemy szacunku, chcemy zmiany. Nie możemy czekać, aż nagrodzony Tusk wygra wybory i być może łaskawie dotrzyma obietnicy. My się boimy być w ciąży, boimy się szpitali tu i teraz" - piszą aktywistki z Aborcji Bez Granic

"Każdego dnia zastanawiamy się, czy osoba, z którą właśnie rozmawiamy, nie podzieli losu Izy z Pszczyny czy Agnieszki z Częstochowy. Codziennie zastanawiamy się, czy znowu trzeba będzie złamać prawo" - piszą Natalia Broniarczyk i Kinga Jelińska z Aborcji Bez Granic.

"Lekarze stoją na straży antykoncepcji, aborcji, porodów i wszelkich procesów reprodukcyjnych. I nie chcą tej kontroli odpuścić. W Polsce nigdy nie wybrzmiała feministyczna krytyka środowiska lekarskiego - tego, jak jest antyaborcyjne i patriarchalne.

Lekarze mają ogromną władzę i odpowiedzialność. I mogliby interpretować prawo zgodnie z najnowszą wiedzą medyczną i stawiać w centrum opieki pacjentki - tak się dzieje między innymi w Wielkiej Brytanii, gdzie przesłanka o ochronie zdrowia traktowana jest zgodnie z najnowszą wiedzą medyczną, bo zdrowie to nie tylko brak choroby, ale ogólny dobrostan".

"W Polsce lekarze mówią, że od razu za taką interpretacje prawa poszliby siedzieć.

Wiedza medyczna dla medyka powinna być o wiele ważniejsza niż ustawa. Brzmi rewolucyjnie? Tak ma brzmieć".

O filmie "O tym się nie mówi" piszą dwie działaczki Aborcji Bez Granic.

Zrealizowany przez Fundację Damy Radę film dokumentalny „O tym się nie mówi” jest odpowiedzią na wyrok Trybunału Julii Przyłębskiej z 22 października 2020 roku. Autorzy piszą o nim tak: „Film jest społecznym głosem sprzeciwu wobec wyroku, jaki zapadł. W filmie zobaczysz prawdziwe historie kobiet i ich rodzin. Zobaczysz, jak bolesny był dla Nich ostatni rok”.

Autorzy i autorki przeprowadzili internetową zbiórkę na realizację filmu, obraz pokazano m.in. na Kongresie Kobiet, jego premiera dla szerszej publiczności odbędzie się 20 października.

Podczas pokazu na Kongresie film wywołał burzę i kilkugodzinną dyskusję. Opisywała ją „Gazeta Wyborcza”. W wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” Natalia Broniarczyk i Marta Lempart mówiły: „Film ma nas utwierdzać w przekonaniu, że do wyroku pseudotrybunału w 2020 roku wszystko było dobrze”.

Krytykując film wskazywały, że „od lat lekarze masowo posługiwali się klauzulą sumienia, kobiety musiały wyjeżdżać na aborcję także wtedy, gdy miały wady płodu, kiedy ich życie i zdrowie były zagrożone”. Decyzja TK - ich zdaniem - tylko pogorszyła sytuację, „m.in. dlatego, że lekarze zaczęli stawiać się w roli pierwszej ofiary orzeczenia”.

Agnieszka Graff i Inga Iwasiów w tekście opublikowanym w OKO.press przekonywały, że film jest „głęboko empatyczny wobec kobiet, którym przydarzyło się nieszczęście i proponujący to, co dziś w walce o prawo do aborcji chyba najbardziej potrzebne: sojusz lekarzy z pacjentkami oparty na mocnych etycznych podstawach, głębokiej niezgodzie na niepotrzebne cierpienie”:

Dziś publikujemy odpowiedź na tę recenzję autorstwa działaczek Aborcji Bez Granic.: Natalii Broniarczyk i Kingi Jelińskiej

System medyczny, czyli lekarze stoją na straży antykoncepcji, aborcji, porodów i wszelkich procesów reprodukcyjnych. I nie chcą tej kontroli odpuścić. W Polsce, w przeciwieństwie do Włoch (1970), Francji (1970), Hiszpanii (1980) czy USA (1960) nigdy nie wybrzmiała feministyczna krytyka środowiska lekarskiego - tego, jak jest antyaborcyjne i patriarchalne.

Środowiska kobiece ciągle z pewną czułością spoglądają w stronę lekarzy i chcą ich nagradzać na zachętę.

Nie potrafimy tej czułości zrozumieć. Nie potrafimy zrozumieć, gdy ekipa filmu "O tym się nie mówi" wskazuje na ginekologów i mówi: „oto najodważniejsi aktywiści w Polsce” [takie zdanie ze strony jednej z autorek filmu padło podczas debaty na Kongresie Kobiet]. Nie potrafimy zrozumieć, gdy aktywistki kobiece mówią, że nie można krytykować lekarzy, bo się obrażą i przestaną nas wspierać. Jeśli lekarze nas leczą i badają dlatego, że jesteśmy grzeczne i potulne, to na czym opiera się to sojusznictwo?

Jeden z ginekologów występujących w filmie mówił podczas festiwalu Pol'and'Rock, że aborcja w drugim i trzecim trymestrze to dla niego zabójstwo i, że "zdrowych ciąż nie przerywa". Czy kiedy w końcu prawo zmieni się na bardziej liberalne, ten lekarz przestanie tak myśleć? Zacznie robić dozwolone prawem aborcje?

Posłuchaj także:

Aborcja to władza, a nie opowieści o płodach

Trudno nie odnieść wrażenia, że twórcy i twórczynie filmu “O tym się nie mówi” mieli i mają nadzieję na powtórkę sukcesu braci Sekielskich. W maju 2019 roku za sprawą Sekielskich pojawił się film o pedofilii w polskim Kościele. Był również samo finansowany i ogólnodostępny na platformie YouTube.

“Tylko nie mów nikomu” Sekielskich wzmógł falę odchodzenia z Kościoła i ogólnopolską debatę na temat molestowania seksualnego przez księży. Z pierwszej części biła siła i odzyskiwanie kontroli przez osoby, które doświadczyły gwałtów jako dzieci. Wszyscy czekali też na głos partii rządzącej i episkopatu. Zatrzymają się czy przejdą jak zwykle obojętnie wobec ofiar?

Druga część filmu Sekielskich ”Zabawa w chowanego”, naszym zdaniem, zniszczyła zapoczątkowaną ważną debatę. Tak oto ekspertem od pedofili w polskim Kościele stał się znany prawicowy publicysta Tomasz Terlikowski, który w filmie stwierdza, że problemem jest tak zwane “lawendowe lobby”, czyli homoseksualni księża.

Diagnoza dziennikarki Agaty Kowalskiej była trafna: problemem jest władza, niekwestionowana pozycja i wiążące się z nią nadużycia, a nie orientacja seksualna.

Posłuchaj także:

Naszym zdaniem oba filmy wiele łączy: obrazując bez wątpienia poważne problemy, które zasługują na debatę, stawiają błędną diagnozę. Piszemy tę polemikę, bo uważamy, że konieczna jest reakcja i postawienie prawidłowej diagnozy.

Aborcja nie jest o płodach, tak jak pedofilia w Kościele nie jest o orientacji seksualnej. Aborcja to władza.

Aborcja jest o nas, o naszych życiach, o decydowaniu o sobie. To my - osoby mogące zajść w ciążę - musimy stać w centrum tej dyskusji. Nie politycy, nie lekarze i nie płody. Mamy prawo wymagać, mamy prawo rozliczać. Mamy prawo być wkurwione.

Kobiety i ich los w rękach lekarzy

Zgodnie z zamysłem film miał oddać głos Polkom, lekarkom, lekarzom i położnej, którzy każdego dnia w swoich gabinetach widzą skutki nieprawomocnego oświadczenia Trybunału Julii Przyłębskiej, zagrażające zdrowiu i życiu kobiet. Wyrok pseudo-trybunału z 22 października 2020 wysłał kolejne 1000 osób rocznie na aborcje poza oficjalny polski system ochrony zdrowia.

Po zdiagnozowaniu wad płodu polskie szpitale dosłownie zamykają im drzwi przed nosem, deklarując “Teraz jesteś sama”. Aborcje z przyczyn embriopatologicznych wszędzie na świecie stanowią jedynie niewielki procent wszystkich aborcji, bo najczęściej osoby robią aborcje nie ze względów medycznych, ale po prostu, gdyż nie chcą być w tym momencie w ciąży.

Czy to, że aborcje z tych przyczyn stanowią znaczną mniejszość sprawia, że nie warto o nich mówić? Absolutnie nie.

Zdecydowanie warto mówić o aborcyjnej rzeczywistości osób z takim doświadczeniem. Jako Aborcja Bez Granic z tą rzeczywistością obcujemy codziennie, gdyż jeszcze przed wyrokiem pseudotrybunału wysyłałyśmy wiele osób z wadami płodu za granicę.

W 2021 roku, czyli po decyzji TK, 40 proc. osób, których wyjazd wsparłyśmy finansowo, powiedziało nam o wadach płodu. W tym samym roku polskie państwo zapewniło aborcje raptem 107 osobom, a zatem dostęp do tego podstawowego świadczenia medycznego w tym momencie jest prawie całkowicie zależny od nieformalnych grup, feministycznych kolektywów oraz zagranicznych klinik.

Film “O tym się nie mówi” miał na celu właśnie pokazanie kawałka rzeczywistości aborcyjnej osób ze zdiagnozowanymi wadami płodu. Naszym zdaniem, niestety, nie odzwierciedla on tej rzeczywistości w sposób wiarygodny i szczery.

Główną linią narracyjną filmu są historie zdesperowanych kobiet w kontrapunkcie do pięciu lekarzy i lekarek, którzy przed pseudowyrokiem takie aborcje wykonywali/ły, a teraz mają związane ręce, mimo że może chcieliby tym osobom pomóc.

Jedna z lekarek, psychiatra, mówi o kryzysie psychicznym, którego doświadczają osoby w ciąży ze zdiagnozowanymi wadami płodu. Jak wiemy z badań naukowych, każda niechciana ciąża i odmowa aborcji mogą prowadzić do kryzysu psychicznego, niezależnie od przyczyny dla której ktoś chce aborcji.

"Aborcja to sprawa pomiędzy lekarzem a pacjentką, nie sprawa społeczna czy polityczna”, mówi jeden z lekarzy.

Takie postulaty nie tylko oddają aborcje (a zatem i władzę) w ręce lekarzy, medykalizując praktyki, ale również są niezgodne z najnowszymi wytycznymi Światowej Organizacji Zdrowia, gdyż w rozmowie o aborcji w centrum należy postawić osobę w ciąży i jej preferencje.

A osoba w ciąży może wcale nie chcieć lekarzy widzieć, może woleć zrobić aborcję z przyjaciółką lub osobą na infolinii tabletkami z mifepristonem i misoprostolem uzyskanymi na przykład z womenhelp.org.

Taki dogmat jest także politycznie bardzo nieefektywny, wnioskując z historycznej analizy regulacji aborcyjnych na świecie, które jedynie lekarzy uczyniły gwarantem dostępu do aborcji.

W rzeczywistości aborcyjnej XXI wieku lekarzy i lekarek potrzebujemy najbardziej do leczenia komplikacji oraz robienia aborcji w późniejszych ciążach. W pierwszym trymestrze od dawna radzimy sobie same.

Boją się wrogości polskiego szpitala

Dla nas film “O tym się nie mówi” to wybielanie grupy zawodowej lekarzy, bez pogłębionej diagnozy ani refleksji, jak przemocowe i pełne stygmy są w Polsce położnictwo i ginekologia.

Pacjentki z tego systemu uciekały jeszcze przed pseudowyrokiem. Słusznie mówi się (również słowami jednego z lekarzy w filmie), że w Polsce osoby w ciąży boją się w niej być. Tak naprawdę boją się niemocy i wrogości polskiego szpitala, boją się systemowego porzucenia i wymazywania ich potrzeb i doświadczeń, bycia zdaną na samą siebie, boją się wysokich kosztów aborcji.

Przypomnijmy, że pani Izabela z Pszczyny oraz pani Agnieszka z Częstochowy zmarły w polskich szpitalach, gdyż lekarze bali się im udzielić pomocy, mimo zagrożenia życia i zdrowia związanych z ciążą.

Jeden z lekarzy mówi w filmie, że “ostrzegał, że to się tak skończy”. Czy oznacza to, że ciężar odpowiedzialności w filmie przełożony jest jedynie na okrutny Trybunał i literę prawa?

Jeśli nawet taka właśnie jest percepcja tych paru bohaterów i bohaterek filmu, z pewnością nie może być to prawdą dla większości osób w placówkach ochrony zdrowia w Polsce.

Może “ostrzec”, a co więcej pociągnąć do odpowiedzialności, należałoby kolegów i koleżanki po fachu, żeby nauczyli się metod aborcji i postępowania w przypadkach poronień, przestali szprycować ludzi oksytocyną zamiast użycia misoprostolu, masowo podawać osobom w ciąży progesteron w tabletkach, nawet gdy są już w trakcie poronienia (często sztucznego), torturować osoby w ciąży w imię płodu, ryzykując infekcje, utratę zdrowia, a nawet śmierć?

Aborcje wykonywane w polskich szpitalach nie są bezpieczne, gdyż nie są wykonywane najnowszymi metodami, a pacjentkom nie zapewnia się bezpieczeństwa psychospołecznego.

Tej perspektywy edukacji własnej grupy zawodowej, odpowiedzialnego i ważnego koleżeństwa bardzo nam w filmie brakuje.

Wiedza ważniejsza niż ustawa. Rewolucyjne?

Lekarze powinni przede wszystkim ufać najnowszej wiedzy medycznej, a dopiero potem kierować się ideologicznym prawem. To lekarze są specjalistami w swojej działce, albo chociaż powinni być. To za nimi stoi ogrom badań naukowych, a aborcja jest przebadana wzdłuż i wszerz.

Lekarze mają ogromną władzę i należy podkreślić, że mają przede wszystkim odpowiedzialność. Mogą interpretować prawo zgodnie z najnowszą wiedzą medyczną i stawiać w centrum opieki pacjentki - tak się dzieje między innymi w Wielkiej Brytanii, gdzie przesłanka o ochronie zdrowia traktowana jest zgodnie z najnowszą wiedzą medyczną, bo zdrowie to nie tylko brak choroby, ale ogólny dobrostan.

Lekarze muszą się o to upominać. Muszą chcieć. W Polsce lekarze mówią, że od razu za taką interpretacje prawa poszliby siedzieć.

Wydaje się nam, że wiedza medyczna dla medyka powinna być jednak o wiele ważniejsza niż ustawa. Brzmi rewolucyjnie? Tak ma brzmieć.

Ginekologia i położnictwo w Polsce potrzebują rewolucji, bo na razie pełne są systemowej przemocy wobec osób, które się o ten system ocierają. I to nie dotyczy tylko aborcji, choć akurat aborcja jak w soczewce skupia największe nadużycia, ale ta przemoc pojawia się na etapie zachodzenia w ciąże, w przypadku poronień, porodów czy zwykłych wizyt ginekologicznych.

I to nie jest tak, że te koszmary fundują nam tylko lekarze pokroju Chazana. Także lekarze uważający się za sojuszników kobiet potrafią straszyć swoje pacjentki, że umrą po aborcji farmakologicznej z wykrwawienia (bzdura), albo przekonywać, że nie zrobiliby aborcji zdrowej ciąży.

I nie dlatego, że nie pozwala im wiara, ale dlatego, że to dla nich nieetyczne. Są po prostu przeciwnikami aborcji i prawo karne nie ma tu nic do rzeczy.

Nie mamy kasy? Zostajemy same

Oczekujemy od środowiska medycznego samokrytyki i samoorganizacji. Nie tylko w kwestii aborcji, ale wszystkich praw reprodukcyjnych.

W Polsce realnym problemem pozostaje przemoc na oddziałach położniczych, opieka ginekologiczna jest wciąż mocno uklasowiona. Im więcej mamy kasy, tym lepszy mamy dostęp do usług - do antykoncepcji, godnej opieki okołoporodowej i in vitro.

Prawda jest taka, że jeśli tylko możemy, to zatrudniamy prywatną położną albo doulę, która nie tylko nas wspiera i towarzyszy w porodzie, ale też pilnuje, żebyśmy zostały dobrze potraktowane. Nie mamy kasy? Zostajemy same i często bezbronne wobec systemu, w którym ronimy, rodzimy, prowadzimy ciąże.

Jesteśmy uchodźczyniami i nie mówimy po polsku? Jesteśmy kobietami z niepełnosprawnościami? Spadamy na sam dół drabiny. Lekarz albo nas nie przyjmie, bo fizycznie nie dostaniemy się do placówki, albo będzie traktował nas z góry, podejmując za nas decyzje reprodukcyjne. Mamy do czynienia z systemową przemocą wobec kobiet, osób niebinarnych i trans w systemie ochrony zdrowia.

Od lekarzy oczekujemy, że będą to krytykować, że będą dążyć do zmiany. Muszą zacząć sobie zdawać sprawę z własnego przywileju, a potem zacząć go dobrze wykorzystywać. Oczekujemy od nich, że będą dbać o nasze zdrowie i życie, że nie będą się bać wykonywać swój zawód, że nie będą ryzykować naszym życiem, że będą godni zaufania i aktywnie włączą się w walkę o zmianę społeczną.

Nie chcemy filmów, w których lekarze występują w roli ekspertów. Chcemy szacunku, chcemy zmiany.

Bohaterem dla polskich lekarzy nie powinien być prof. Dębski, który odmówił aborcji Alicji Tysiąc, ale Henry Morgentaler - lekarz urodzony w Łodzi, który po wojnie wyemigrował do Kanady. W 1969 roku otworzył w Montrealu pierwszą klinikę aborcyjną. Przez był lata zaangażowany w walkę o dostęp do aborcji i zadeklarowanym lekarzem pro-choice.

Jako jeden z pierwszych ginekologów wykorzystywał metodę próżniową do aborcji, uczył innych lekarzy i lekarki posługiwać się tą metodą. W czasie swojej praktyki lekarskiej otworzył ponad 20 klinik aborcyjnych, oraz przyczynił się do dekryminalizacji aborcji.

Morgentaler był wielokrotnie sądzony za nielegalne aborcje, czyli łamanie kanadyjskiego prawa. Kilka razy siedział nawet za to w więzieniu. Za każdym razem uzasadniał to wyższą koniecznością, czyli niesieniem pomocy potrzebującym kobietom. Takich lekarzy i takich lekarek potrzebujemy!

Czy ktoś pamięta zmasowaną reakcję ginekologów i ginekolożek po wyroku pseudo-trybunału?

Mogli napisać manifest, taki jak ten francuski, opublikowany w Le Nouvel Observateur w 1973 roku, podpisany przez 331 lekarzy broniących prawa kobiet do aborcji i przyznających się jednocześnie do ich praktykowania.

Mogli na wzór belgijskiego ginekologa otworzyć Lekarskie Towarzystwo Legalizacji Aborcji. W 1970 roku Willy Peers otwiera takie stowarzyszenie, a w 1973 jest aresztowany za robienie aborcji. Jego uwięzienie doprowadza do ogromnej mobilizacji, a kampania na rzecz uwolnienia go jest kamieniem milowym na drodze do legalizacji aborcji w Belgii.

Płodocentryzm

Jest on również jaskrawie widoczny w filmie, który wzmacnia przekonanie, że aborcje dzieją się tylko w bardzo trudnych sytuacjach, a kobiety są zdane całkowicie na swoich lekarzy, którzy znają okropną rzeczywistość wad płodowych i nawołują do chrześcijańskiego miłosierdzia i unikania cierpienia.

Znów kobieta stawiana jest jedynie w pozycji ofiary, a jej emocje względem płodu są już nieważne. Gdy ciąża jest embriopatologiczna, to kobieta ma rozpaczać, a lekarz może wykazać się współczuciem i pomóc, bo kobieta nosi w brzuchu “potworka”(cytat z filmu, szczęśliwie usunięty z najnowszej wersji).

Gdy natomiast kobieta jest w ciąży zdrowej, ale niechcianej, to jej emocje nie mają żadnego znaczenia.

Jeden z lekarzy mówi w filmie, że “aborcja to sprawa rodziców”, i tu znów musimy się nie zgodzić. Aborcja to sprawa osoby w ciąży, a decyzję dotyczącą jej kontynuacji podejmuje tylko ona i ewentualnie te osoby, które ona do tego procesu zaprosi.

Para nie zawsze jest zgodna co do tego, czy ciąża powinna być kontynuowana. Z naszych doświadczeń wynika, że partnerzy często są kolejną barierą w dostępie do aborcji, kolejną osobą, przed którą kobieta musi się tłumaczyć.

Co mamy robić?

Najbardziej bolesne jest to, że z filmu nie wybrzmiewa żaden pozytywny przekaz, nie zobaczymy żadnych odniesień lub namiarów do organizacji pomocowych.

Film nie podpowie nam, że do szpitala najlepiej jest iść z numerem telefonu do prawniczki Federacji na Rzecz Kobiet i Planowania Rodziny, która zareaguje, gdy lekarze nas zwodzą, nadinterpretują prawo antyaborcyjne, odmawiają nam tego, co nam się należy.

Z filmu wynika, że lekarze w tej sytuacji nic nie mogą, mają związane ręce, mogą jedynie współczuć kobietom. Taki przekaz jest dla nas nie do przyjęcia.

Polscy lekarze mówią do aktywistek „idźcie głosować i zmieńcie prawo”, a my odpowiadamy, że nie możemy czekać, aż nagrodzony Tusk wygra wybory i być może łaskawie dotrzyma obietnicy. My się boimy być w ciąży, boimy szpitali tu i teraz. Wyjeżdżamy z kraju do Holandii, by przerywać ciąże zagrażające naszemu życiu. Lekarki z Holandii łapią się za głowę tu i teraz widząc pacjentki z Polski.

Czas powiedzieć to wprost: nie ma bezpiecznej aborcji w polskich szpitalach. To, co polscy lekarze nazywają aborcją, jest de facto wywołaniem porodu po podaniu oksytocyny.

Pokazuje to historia Pani Mariny, ujawniona w reportażu TVN24: najpierw mamy zatajenie wady płodu, potem w 30. tygodniu przyznanie, że płód ma jednak wadę. Pani Marina dostaje zaświadczenie od psychiatry uprawniające ją do legalnej aborcji.

“Przyjazny” warszawski szpital odmawia, “bo u nas się nie robi”, aż tu nagle zwrot akcji. Gdy pani Marina jest w 33. tygodniu dyrektor wraca z urlopu i zmienia decyzje i ogłasza: jednak się robi. I teraz najważniejsze pytanie: jak się robi aborcje w Polsce w trzecim trymestrze? Pacjentka otrzymuje oksytocynę i leży ponad dobę w łóżku szpitalnym, by urodzić martwe dziecko.

To nie jest bezpieczna aborcja, ani w ogóle aborcja, tylko tortury, które wynikają z połączenia kryminalizacji aborcji z jej stygmatyzacją.

To dowód na to, że w Polsce lekarze nie wiedzą, jak robić aborcje w pierwszy, drugim i trzecim trymestrze zgodnie z najnowszą wiedzą medyczną. W Holandii, Anglii, Belgii, Francji czy USA taka aborcja trwałaby kilkadziesiąt minut - pacjentka byłaby w znieczuleniu a lekarz wykonałby aborcję chirurgiczną odpowiednimi do tego narzędziami. Ale w Polsce się tak nie robi, bo płód dla lekarzy to przede wszystkim pacjent i trzeba o niego dbać.

Nie zaczęło się od pseudowyroku

Powiedzmy sobie szczerze: problem nie zaczął się w październiku 2020 roku. Nie zaczął się też w styczniu 1993, kiedy zaczęła obowiązywać polska ustawa antyaborcyjna. Zmiany ustawowe i zaostrzenie regulacji dotyczących aborcji to tylko kolejne warstwy tego problemu, a jest nim patriarchat w medycynie, w tym w ginekologii.

Prawo z 1993 roku odebrało nam - osobom mogącym zajść w ciążę - możliwość przerwania ciąży i wpłynęło też na antyaborcyjne postawy wśród lekarzy i lekarek, utrudniło im zdobywanie wiedzy i doświadczenia.

Ale znowu nie jest tak, że przed 1993 rokiem wszystko było dobrze. O tym, jak lekarze zwracali się do pacjentek, jak straszyli aborcją i jej konsekwencjami pisze dr hab. Agata Ignaciuk w artykule „Ten szkodliwy zabieg”.

Lekarze ginekolodzy w Polsce - również ci z filmu - stygmatyzują aborcję, a naszym zdaniem z taką postawą nie da się wywalczyć sprawiedliwego do niej dostępu.

Nie zgadzamy się z autorkami pozytywnej recenzji filmu, że to ważne, żeby o aborcji mówić. Znaczenie ma to, co i jak mówimy.

Po wyroku pseudotrybunału nie nastąpił wszechogarniający marazm i jęk, lecz fala protestów w całym kraju i oddolnego organizowania się w sieci samopomocy.

Telefon Aborcji bez Granic 22 29 22 597 rozdzwonił się siłą i poparciem ulicy i zwykłych ludzi, oprócz wcześniej działających organizacji, lokalne kolektywy zaczęły informować gdzie i jak praktycznie aborcje zrobić. Powstały programy ratunkowe takie jak poselskie sieci monitorujące lekarzy, bo ufać im z założenia nie należy.

Narracją przewodnią tych miesięcy nie było błaganie o powrót do aborcyjnej żenady, tak zwanego “kompromisu”, czy błaganie o ratunek ze strony lekarzy, czy ustawodawcy.

Z każdej strony słyszałyśmy brak zgody na dyscyplinowanie naszych cip oraz hasło “wypierdalać” skierowane do opresyjnego systemu politycznego i medycznego.

Jedna z bohaterek filmu mówi, że wyjechała do Holandii, gdzie spotkała inną kobietę, która wypisała się sama na żądanie ze szpitala w 28 tygodniu w stanie zagrażającym jej życiu i uciekła po aborcję do Holandii.

Wiemy od holenderskich klinik, że zdarza się, że osoby przyjeżdżają tam również na aborcje ratujące życie i zdrowie, aborcje, które teoretycznie powinny wydarzyć się w Polsce, ale kobiety nie mają za grosz zaufania do lokalnych szpitali i boją się o własne życie. To o tym się nie mówi.

Gdyby ten film miał pokazać prawdę, to....

Gdyby twórcy i twórczynie filmu “O tym się nie mówi” chcieli naprawdę pokazać skutki wyroku TK, pojechaliby do holenderskiej kliniki aborcyjnej, gdzie każdego dnia przyjeżdża od 3 do 6 Polek w okolicy 22 tygodnia.

Gdyby twórcy i twórczynie filmu “O tym się nie mówi” chcieli naprawdę pokazać skutki pseudowyroku, to w filmie mogłybyśmy zobaczyć rozmowę z holenderskimi lekarkami i pielęgniarkami, które odpowiedziałyby, że muszą ratować polskim pacjentkom życie i mają do czynienia z coraz trudniejszymi przypadkami, takimi jak ciąża pozamaciczna, ciąża zagnieżdżona w szwie po cesarce czy ciąża zaśniadowa.

To są ciąże nierokujące i zagrażające życiu, ale łatwe do zdiagnozowania już w pierwszym USG i wtedy powinny być od razu przerywane. Polskie pacjentki słyszą od polskich ginekologów, że należy czekać i obserwować. Słyszą, że nic się nie da zrobić.

Gdyby twórcy i twórczynie filmu “O tym się nie mówi” chcieli naprawdę pokazać skutki pseudowyroku, to pojechaliby do kliniki aborcyjnej pod Amsterdamem i sfilmowaliby symboliczny cmentarz, który powstał dzięki działaczkom feministycznym z Aborcji Bez Granic.

Od wyroku pseudo - TK każda kobieta po aborcji w tej klinice może pożegnać się z dzieckiem, a pochówek jest w stałej ofercie kliniki. My nigdy nie powiedziałybyśmy do kobiety w ciąży z wadami, że mamy nadzieje, że do następnej wizyty jej dziecko samo umrze (cytat z filmu), albo, że to co nosi w brzuchu, to nawet nie jest człowiek (znowu cytat z filmu), tylko zapytałybyśmy, czy chce porozmawiać z naszą psycholożką i dałybyśmy jej kontakt ([email protected]) oraz poinformowałybyśmy o wszystkich możliwych opcjach.

Film “O tym się nie mówi” jest niereprezentatywnym wycinkiem rzeczywistości, filmem rozgrzeszającym grupę zawodową lekarzy, bez szerszej czy dociekliwszej diagnozy przyczyn obecnego stanu rzeczy w Polsce, zwalającym za wiele na pseudotrybunał, co jest historycznie szkodliwe.

Szkoda, bo temat jest ważny, przede wszystkim w kontekście innego “O tym się nie mówi’ - a mianowicie jak bardzo lekarze i lekarki od lat nie są sojusznikami osób w ciąży w tym kraju, i jak bardzo potrzebna jest głęboka, strukturalna, pro-pacjencka zmiana w kulturze medycznej w Polsce.

Polska ginekologia jest przepełniona aborcyjną stygmą: nie lubi aborcji, nie chce jej robić, nie robi jej nawet, gdy musi, i co najgorsze: nie uczy się nowoczesnych metod. Żeby nie mówić pacjentce “życzę pani, żeby dziecko umarło do następnej wizyty” [red. - jedna z bohaterek filmu przytacza takie zdanie lekarza, u którego była], polscy lekarze muszą się wiele nauczyć, a nie tylko czekać z założonymi rękami na zmianę prawa. Przede wszystkim czas uderzyć się w pierś.

Wbrew temu, co pisze Agnieszka Graff i Inga Iwasiów - nie wymagamy radykalnego feministycznego filmu. My przede wszystkim nie wymagamy filmów. Wymagamy prawidłowej diagnozy, nazwania i zmierzenia się z problemem, jakim jest systemowa przemoc na oddziałach ginekologicznych.

Wymagamy zmierzenia się z płodocentryzmem, wymagamy podmiotowości, wymagamy wewnątrzśrodowiskowej krytyki medyków, a nie zachęcania do poklepywania się po plecach.

Wymagamy mówienia o rozwiązaniach. Wymagamy od lekarzy szacunku i dbania o nasze zdrowie. I wymagamy tego nie tylko jako kobiety i feministki, ale przede wszystkim jako działaczki aborcyjne, które od lat robią redukcję szkód. Każdego dnia jako Aborcja Bez Granic zastanawiamy się, czy osoba, z którą właśnie rozmawiamy nie podzieli losu Izy z Pszczyny czy Agnieszki z Częstochowy. Codziennie zastanawiamy się, czy znowu trzeba będzie złamać prawo. Nie mamy czasu na sprawdzanie, czy Tusk dotrzyma obietnicy albo, czy zaplanowane objazdówki “O tym się nie mówi” po Polsce przyniosą coś więcej poza współczuciem dla lekarzy.

Codziennie robimy aborcje, których nie robią w Polsce lekarze.

Autorki Natalia Broniarczyk i Kinga Jelińska są aktywistkami zespołu Aborcja bez Granic

Udostępnij:

Kinga Jelińska

Działaczka inicjatywy Aborcja Bez Granic i Aborcyjnego Dream Teamu

Natalia Broniarczyk

Działaczka inicjatywy Aborcja Bez Granic i Aborcyjnego Dream Teamu

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne