0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Fot. Michal Borowczyk / Agencja Wyborcza.plFot. Michal Borowczy...

Obóz PiS nasila kampanię wymierzoną w Unię Europejską i rząd Donalda Tuska. Jej najnowszą odsłoną był zorganizowany 20 maja 2026 r. w Warszawie protest NSZZ Solidarności, na który zjechały dziesiątki tysięcy osób z całej Polski. Do stolicy przyjechali przedstawiciele wielu zawodów, każdy ze swoimi zarzutami i bolączkami.

Jednym z głównych elementów była jednak krytyka Europejskiego Zielonego Ładu. Zdaniem sporej części protestujących, przepytywanych podczas marszu przez TV Republika, to właśnie ten program odpowiada za rosnące ceny energii i koszty życia w Polsce. Taki przekaz podbija prawica, która głównego chłopca do bicia chce uczynić z ETS, czyli unijnego systemu opłat za emisje CO2.

Niedawno prezydent Karol Nawrocki zaproponował referendum z kuriozalnym manipulacyjnym pytaniem o ocenę polityki klimatycznej UE.

Przeczytaj także:

Wniosek o referendum prezydent skierował do Senatu, który zdecydowanie go odrzucił.

Teraz ponownie w natarciu jest Przemysław Czarnek. Polityk wyśmiewający „OZE-sroze”, który sam ma panele fotowoltaiczne zainstalowane na dachu swego domu, wciąż podtrzymuje swą tezę. By jej bronić, musi jednak ignorować koszty drogiego węgla (w tym społeczne i zdrowotne) i fakt, że opłaty pobierane w ramach ETS zasilają budżet Polski, a nie UE.

Czarnek, ETS i uczciwe rachunki

„Składamy projekt ustawy »Uczciwy rachunek za prąd«. Kolegom ze wszystkich innych stronnictw politycznych mówimy: jeżeli nie chcecie nas posłuchać, to przynajmniej pokażcie Polakom, dlaczego rachunki za prąd są tak wysokie. Pokażcie składową tych rachunków i ile wynosi koszt absurdalnej, lewicowej, lewackiej polityki klimatycznej Unii Europejskiej, czyli opłaty dotyczące ETS. Tego wymaga uczciwość. Jeśli chcecie komuś wciskać cokolwiek, to powiedzcie, co im wciskacie” – przemawiał Czarnek, gdy zapraszał ludzi na środowy protest w stolicy.

Sam kandydat PiS in spe na premiera nie zdecydował się jednak, by pokazać Polakom „składowe”. Ograniczył się jedynie do stwierdzenia, że w starszych elektrociepłowniach opłaty za CO2 odpowiadają za „prawie połowę” rachunków za energię, a w przypadku gospodarstw domowych to „kilkadziesiąt” procent.

Można się zastanawiać, czemu polityk nie pokazał konkretnych danych, skoro są tak druzgocące i oparte na faktach. Można się również zastanawiać, czemu wciąż nie pokazał projektu ustawy o wyjściu z ETS, którą zgodnie z własnymi obietnicami miał zaprezentować dwa miesiące temu.

Skoro kandydat na premiera in spe potrafi powiedzieć „A”, a mówienie „B” przysparza mu już problemy, postanowiliśmy zareagować na jego apel.

18.05.2026 Warszawa , ul. Modlinska , most nad Kanalem Zeranskim przy Elektrocieplowni Zeran , wiceprezes PiS Przemyslaw Czarnek podczas konferencji prasowej .  
Fot. Michal Borowczyk / Agencja Wyborcza.pl
18.05.2026 Warszawa, ul. Modlińska, most nad Kanałem Żerańskim przy Elektrociepłowni Żerań, wiceprezes PiS Przemysław Czarnek podczas konferencji prasowej. Fot. Michal Borowczyk / Agencja Wyborcza.pl

Zdajemy sobie przy tym sprawę, że wniosek o pokazanie Polakom, dlaczego rachunki za prąd są tak wysokie, skierowany był do rządzącej koalicji. Choć w niej nie jesteśmy, to jednak przyznajemy Czarnkowi rację: warto mieć tę świadomość.

A więc…

To nie ETS kosztuje najwięcej

Jak wylicza Bartłomiej Derski z portalu Wysokie Napięcie, w przypadku przeciętnej polskiej rodziny opłaty związane z ETS wynoszą na rachunku za prąd ok. 300 zł rocznie. „Te 300 zł, to koszt wynikający z wysokiej emisyjności produkcji prądu w Polsce. Koszt generowany przez energetykę węglową i gazową” – pisze w swej analizie.

Dużo? Na tle innych „składowych”, które podaje Derski – niekoniecznie.

I tak kolejne 600-800 zł rocznie to dopłaty do górnictwa, które w tym roku wyniosą ok. 7,5 mld zł. W kwocie tej znajduje się też 2 mld zł na programy osłonowe dla pracowników. To m.in. odprawy w wysokości 170 tys. zł dla młodych górników z przynajmniej trzyletnim stażem i płatne, nawet czteroletnie urlopy na poziomie 80 proc. dla górników w wieku przedemerytalnym.

Derski na rachunku za prąd wymienia też 200 zł za budowę i utrzymanie elektrowni węglowych i gazowych. To tzw. rynek mocy, który utworzono przy akceptacji UE, by Polska w okresie transformacji energetyki miała zapewnioną odpowiednią ilość mocy ze źródeł konwencjonalnych.

Jak oszacowało w lutowym raporcie Forum Energii, w latach 2021–2046 mechanizm ten pochłonie łącznie ok. 200 mld zł (w cenach bieżących). W rezultacie „będzie stanowił znaczącą pozycję na rachunku wszystkich odbiorców”.

„Choć deklaratywnie mechanizm ten ma wspierać transformację, to w praktyce w dużej mierze utrwalił status quo polskiej elektroenergetyki, podtrzymując pracę starych i mało elastycznych bloków konwencjonalnych” – stwierdza Forum Energii.

Derski w swej analizie uwzględnia też inne wydatki na energię (a więc nie tylko prąd), czyli 1000 zł, jakie przeciętna polska rodzina przeznacza co roku na import ropy naftowej, benzyny, diesla i LPG (gazu skroplonego). „To pieniądze, które bezpowrotnie co roku wypływają z naszych kieszeni i są dosłownie przepalane, zamiast inwestowane w krajową produkcję energii elektrycznej i ładowanie aut elektrycznych czy zasilanie elektrycznych autobusów. Auta na prąd, choćby z polskiego węgla, są znacznie lepszą opcją ekonomiczną i zdrowotną” – komentuje dziennikarz Wysokiego Napięcia.

Wracając jednak do rachunków za prąd, na liście Derskiego znajduje się jedna pozycja. To opłata za OZE, która w zaokrągleniu wynosi 20 zł.

Ile kosztuje nas ETS?

Analiza eksperta Wysokiego Napięcia to oczywiście pewne publicystyczne uproszczenie. Tak naprawdę trudno dokładnie oszacować, ile przeciętna rodzina płaci za ETS. Zależy to od przyjętej przez gospodarstwo domowe lub przedsiębiorstwo taryfy, zmieniających się cen uprawnień do emisji, zależnych od cen paliw kopalnych na giełdzie, warunków pogodowych wpływających na wykorzystanie potencjału OZE i wielu innych czynników.

Różne dostępne analizy wskazują jednak na przedział pomiędzy 10 a 20 proc.

Na przykład Demagog podawał, że w pierwszej połowie 2024 r. ETS odpowiadał za 15 proc. ceny na rachunkach. Portal Mam Prawo Wiedzieć, opierając się na wyliczeniach z wcześniejszego okresu, pisał o 11 proc. Z kolei Michał Grabka, ekspert fundacji Instrat, wymienia odsetek dwukrotnie wyższy. „ETS ma w Polsce podobny wpływ na rachunek jak podatek VAT, stanowi około 20 proc. rachunku za energię elektryczną dla gospodarstwa domowego” – informuje Grabka.

Za rządów PiS było drożej

Gdybyśmy chcieli manipulować ludźmi, moglibyśmy bardzo łatwo wykazać, że za rządów PiS opłaty za ETS były wyraźnie wyższe, niż są za rządów obecnej koalicji. Wykres z portalu Trading Economics pokazuje, że w latach 2022-23 cena uprawnień do emisji niemal bez przerwy mieściła się w przedziale 80 -100 euro za tonę CO2. Gdy prawica przegrała wybory w Polsce, w zaledwie cztery miesiące spadła z ok. 85 do ok. 55 euro. Od tego czasu próg 80 euro został przekroczony tylko dwukrotnie, a dziś ETS wciąż jest tańszy niż kilka lat temu.

Wielka kompromitacja PiS, wielki sukces Donalda Tuska? Nic z tych rzeczy.

Rekordowo wysokie ceny za rządów prawicy to efekt wybuchu wojny w Ukrainie. Po wybuchu wojny w Iranie podobnych skoków nie odnotowano nie tylko dlatego, że kryzys z perspektywy Europy jest mniejszy. Wpłynęło na to również to, że dziś Europa jest mniej zależna od paliw kopalnych, sprowadza energię z bardziej zróżnicowanych źródeł, jest lepiej przygotowana na „szoki energetyczne”, a przede wszystkim – ma wyraźnie więcej odnawialnych źródeł energii.

Jak wynika z niedawnego raportu Ember, 2025 był pierwszym rokiem w historii Unii Europejskiej, gdy energia z wiatru i słońca dostarczyła więcej prądu niż paliwa kopalne. Od 2020 r. udział wiatru i słońca wzrósł z 20 do 30 proc., a udział paliw kopalnych spadł z 37 do 29 proc.

I tak oto dochodzimy do sedna: im więcej paliw kopalnych, tym drożej. Również dla Polski, również za prąd.

Czy Czarnek tęskni za czasami Gomułki?

Marcin Popkiewicz to jeden z najważniejszych ekspertów ds. energetyki w Polsce, który pomagał rządowi w opracowaniu krajowych planów w tym zakresie. Jak tłumaczy, zdecydowanie najtańszą energię w Polsce możemy pozyskiwać z fotowoltaiki i wiatru. W przypadku tych źródeł koszty wytwarzania energii elektrycznej (tzw. LCOE) mogą wynosić nawet 130-140 zł za megawatogodzinę (MWh). Dla węgla kamiennego i to jeszcze bez ETS to ok. 470 zł/MWh.

Gdyby politycy postawili na szybką transformację, mielibyśmy w Polsce dużo najtańszej możliwej energii z OZE. Do tego byłby to prąd mocno odporny na zewnętrzne wojny i kryzysy, bo produkowany lokalnie i bez konieczności corocznego wydawania pieniędzy na import paliw. A te są ogromne, bo – jak podaje Forum Energii – w latach 2015-24 wydaliśmy na ten cel 1,2 biliona złotych. Do tego w tym czasie niezależność energetyczna Polski wręcz zmalała, bo import nośników energii wzrósł z 29 do 45 proc. (obecnie sprowadzamy do kraju prawie 100 proc. ropy, ponad 80 proc. gazu i ok. 10 proc. węgla).

W Polsce od lat najskuteczniejszy jest lobbing węglowy. Prezydent Karol Nawrocki swoim wetem zablokował rozbudowę wiatraków na lądzie i wraz z resztą prawicy oraz znaczną częścią obecnego rządu broni węglowego status quo. W rezultacie wspierana jest opcja, która potrafi utrzymać się na rynku tylko dzięki obfitym dotacjom rządowym. I nie odpowiada za to ETS, tylko fakt, że płace w górnictwie znacząco wzrosły, a jednocześnie wydobywamy spod ziemi węgiel coraz gorszej jakości i coraz trudniej dostępny.

„W czasach rządów Władysława Gomułki i Edwarda Gierka w latach 60. i 70. XX wieku byliśmy potęgą węglową i znaczącym eksporterem »czarnego złota«. Tyle że było to w czasach, gdy górnik zarabiał w przeliczeniu na współczesne pieniądze ok. 100 dolarów miesięcznie. Gdy kraj się wzbogacił, a koszty pracy wzrosły, cała zabawa zrobiła się mocno deficytowa, nawet bez uwzględnienia coraz trudniejszych i głębiej położonych złóż, po które sięgamy” – wyjaśnia Popkiewicz.

Najdroższy węgiel na świecie

Ekspert w rozmowie z OKO.press podnosi wprost: Polska wydobywa najdroższy węgiel na świecie. „Koszty z tym związane wynoszą blisko 1000 zł za tonę – i są to same koszty wydobycia, bez marży, transportu, ubezpieczenia itp. Tymczasem przy cenie na rynku międzynarodowym z dostawą do portu w Gdańsku wynosi ok. 400 zł za tonę – już z marżą, transportem, ubezpieczeniem itd. Dlatego Polska importuje węgiel z innych kontynentów, a tego naszego nie chcą nawet sąsiadujące z nami Niemcy” – tłumaczy Popkiewicz.

Uwagę na rosnące koszty pracy zwraca też Jakub Gogolewski z fundacji Mission Possible. Ekspert ds. energetyki w komentarzu dla OKO.press zwraca uwagę, że pomiędzy 2020 a 2025 r. przeciętny miesięczny koszt pracy na jednego zatrudnionego w przemyśle w Polsce wzrósł o 52 proc. W tym samym czasie cena uprawnień ETS wzrosła trzykrotnie, bo ze średniej 25 euro w grudniu 2020 do średniej 75 w grudniu 2025.

„I o ile koszty zatrudnienia będą rosły, koszty energii elektrycznej będą zależeć od rodzaju energii kupowanej przez daną firmę, a istnieje możliwość inwestycji we własne źródła czy długoterminowe umowy na dostawę energii odnawialnej. Pod tym względem kosztami energii elektrycznej dużo łatwiej jest zarządzać niż kosztami pracy – także z powodu coraz większych braków wykwalifikowanych pracowników czy też pracowników w ogóle. Nawet więc zniesienie opłat za EU ETS nie cofnie nas do sytuacji przed jego wprowadzeniem, bo, jak pokazuje przykład polskich kopalni, to nie ceny węgla, a koszty osobowe czynią wydobycie zupełnie nieopłacalnym. I to się nie zmieni” – tłumaczy Gogolewski.

Właśnie dlatego węgla kamiennego nie wydobywa już żaden inny kraj w Unii Europejskiej, a rośnie znaczenie OZE. „O ile węgiel bezdyskusyjnie był przeszłością Polski, to na pewno nie jest jej przyszłością. Świat zmienia się bardzo szybko i sposób myślenia sprzed dziesięcioleci nie przystaje już do nowej rzeczywistości” – podsumowuje Popkiewicz.

Miliardy dla Polski, nie Brukseli

Warto też wspomnieć, że ETS nie jest unijnym podatkiem klimatycznym, jak lubi przedstawiać go prawica. To opłata, którą wysokoemisyjne przedsiębiorstwa płacą do budżetu naszego państwa. W latach 2013-2025 było to blisko 140 mld zł, które wydano niemal w całości na inne cele niż odchodzenie od paliw kopalnych.

„Według unijnych zasad obowiązujących do 2023 roku połowa kwoty zysków ETS powinna być wydana na rozwój bezemisyjnych źródeł energii. Po 2023 roku regulacje wymagają już wydatkowania 100 proc. środków na cele proklimatyczne” – pisaliśmy w kwietniu w OKO.press.

Mimo to ignorują to wszystkie kolejne rządy. Za drugiej kadencji rządów PiS Polska zarobiła na ETS 95 mld zł, a na cele bezpośrednio związane z klimatem wydano 1,2 mld. Czyli 1,75 proc. Z kolei w dwóch pierwszych pełnych latach obecnego rządu koalicyjnego wpływy z ETS do budżetu wyniosły 32,5 mld i… 32 mln zł wydane bezpośrednio na cele klimatyczne. Czyli 0,01 proc.

„Polska od lat uzyskuje wielomiliardowe dochody z aukcji uprawnień do emisji CO2, które miały finansować transformację. Niestety kolejne rządy — także łącznie z tym, w którym zasiadał minister Czarnek — przeznaczały te środki na bieżące potrzeby zamiast na inwestycje ograniczające koszty energii” – zauważa Marta Anczewska, kierowniczka ds. polityki energetycznej w Instytucie Reform.

I dodaje: „Apelujemy więc o powiązanie wpływów z ETS z inwestycjami transformacyjnymi, zamiast zasilania budżetu państwa. O to powinien zabiegać też kandydat na premiera, jeśli chce zabrać merytoryczny głos w dyskusji”.

Czy lepsze życie to koszt?

Na koniec warto wspomnieć o często pomijanym aspekcie. Przede wszystkim prawica, ale dość często również obecny rząd, przedstawiają politykę klimatyczną wyłącznie jako koszty. Zupełnie tak, jakbyśmy nie otrzymywali nic w zamian, a jedynym celem działań było uprzykrzenie życia Polakom.

„Wniosek jest taki, że kupowanie i liczenie kosztów to sposób, w jaki oceniamy rzeczywistość. Ale przecież Polacy mają też rodziny i chcą zadbać o ich szczęście. Chcą mieć zachowany work-life balance, chcą czuć się bezpiecznie, chcą żyć w otoczeniu przyrody. Pieniądze oczywiście są ważne, ale przecież to nie jedyny argument, na który zwracamy uwagę” – mówi w rozmowie ze SmogLabem prof. Bożena Ryszawska z Uniwersytetu Ekonomicznego we Wrocławiu.

Ekspertka Polskiej Sieci Ekonomii uważa więc, że uczciwe postawienie sprawy wymaga całościowej oceny – i to zarówno po stronie kosztów, jak i zysków. „Alternatywą jest tupanie nogami niczym dziecko i budowanie negatywnej narracji, a wręcz obrzydzanie Polakom rzeczy, które są dla nich pozytywne. Takie zawężanie perspektywy jest bardzo nieuczciwe” – uważa prof. Ryszawska.

Na zdjęciu Szymon Bujalski
Szymon Bujalski

Redaktor serwisu Naukaoklimacie.pl, dziennikarz, prowadzi w mediach społecznościowych profile „Dziennikarz dla klimatu”, autor tekstów m.in. dla „Wyborczej” i portalu „Ziemia na rozdrożu”.

Komentarze