Centralny Ośrodek Informatyki chce budować rozwiązania dla polskiej administracji na otwartym oprogramowaniu. Projekt ma mieć poparcie ministra cyfryzacji. Świetnie! Czas najwyższy na uniezależnienie od usług i produktów monopolistów z USA. Diabeł jednak tkwi w szczegółach.
Dyrektor Centralnego Ośrodka Informatyki Robert Maćkiewicz w niedawnym wywiadzie dla Pulsu Biznesu mówi o współpracy z polskimi firmami i budowaniu cyfrowego ekosystemu. To ważne, bo celem takiego projektu nie może być tylko stworzenie samego oprogramowania.
Pakiet biurowy jest przecież tylko jednym z wielu elementów systemów informatycznych, z których korzystają polskie urzędniczki i urzędnicy, i musi z innymi elementami płynnie współpracować. Konieczne jest myślenie perspektywiczne: zagwarantowanie interoperacyjności, umożliwienie dalszego swobodnego rozwoju, zapewnienie długoterminowego wsparcia, zadbanie o szkolenia.
Ponieważ zaś polska administracja od dekad opiera się w zasadzie wyłącznie na produktach i usługach Microsoftu, ekosystem ten trzeba zbudować niemal od zera.
Rynek oprogramowania jest wyjątkowo podatny na monopolizację. Ma to między innymi związek z korzyściami skali: koszt stworzenia danego pakietu oprogramowania co do zasady nie zależy od liczby jego użytkowników, a koszt jego dystrybucji jest pomijalny. Raz napisane oprogramowanie może być kopiowane w nieskończoność, w zasadzie bez dodatkowych kosztów.
To w oczywisty sposób odróżnia oprogramowanie od produktów fizycznych, w przypadku których każdy egzemplarz musi być oddzielnie wyprodukowany i przetransportowany do klienta.
Łatwiej więc na raz stworzonym oprogramowaniu zarabiać, łatwiej też wygospodarować środki na jego dalszy rozwój. Tym łatwiej, w istocie, im więcej osób z niego korzysta – koszt stworzenia danego programu rozkłada się na więcej pojedynczych licencji.
Konkurencji, startującej od zera, znacznie trudniej jest to nadgonić. W pewnym istotnym sensie Microsoftowi na rękę było, gdy ktoś korzystał z jego produktów nielegalnie. Dodatkowy koszt dla firmy był zerowy, ale jej oprogramowanie stawało się bardziej popularne.
Nic dziwnego, że modelem biznesowym Doliny Krzemowej jest monopol.
Na szczęście istnieje tu wytrych: wspomniane przez dyrektora Maćkiewicza otwarte oprogramowanie.
Ogólnie rzecz biorąc wolne (jak w „wolności”) i otwarte oprogramowanie, to programy komputerowe, których kod źródłowy jest dostępny dla osób z nich korzystających, które dostają też prawo do ich swobodnego wykorzystywania, ulepszania, i współdzielenia się tymi ulepszeniami. O tym, jak ważne to jest w kontekście suwerenności cyfrowej, pisałem w OKO.press przy okazji omawiania Strategii Cyfryzacji Polski.
Kod źródłowy to przepis na program komputerowy. Bez dostępu do kodu źródłowego danego pakietu oprogramowania w zasadzie niemożliwy jest jego dalszy rozwój i naprawa błędów. W przypadku oprogramowania zamkniętego, jak produkty Microsoftu, kod źródłowy dostępny jest wyłącznie osobom pracującym dla producenta, i w wyjątkowych okolicznościach (np. zewnętrzny audyt) dla wybranych podmiotów zewnętrznych. Jeśli chodzi o poprawki błędów i ulepszenia, zdani jesteśmy więc wyłącznie na łaskę i niełaskę producenta.
W przypadku wolnego i otwartego oprogramowania dostęp do kodu źródłowego ma każdy, kto z danego programu korzysta – a często po prostu każdy, kto ma na taki dostęp ochotę. Ale to nie wszystko. Dużo ważniejsze jest to, że w przypadku takich programów ich licencje jednoznacznie pozwalają też na ich swobodne wykorzystywanie w dowolnym celu, ulepszanie, i udostępnianie naszych ulepszeń.
Każdy może więc, o ile ma wystarczającą wiedzę, stworzyć własną, ulepszoną wersję danego programu, i ją legalnie, niezależnie dystrybuować.
Spokojnie, to nie oznacza, że każdy może złośliwie zmodyfikować popularne projekty wolnego oprogramowania – to wymagałoby również dostępu do ich kanałów dystrybucji (stron internetowych itp.), a te są zwykle dobrze chronione.
Centralny Ośrodek Informatyki nie musi więc startować od zera. Może oprzeć się na już istniejących wolnych i otwartych pakietach biurowych – jak LibreOffice – i je ulepszyć, dostosować do swoich potrzeb i dystrybuować własnymi kanałami. Biorąc pod uwagę słowa dyrektora Ośrodka, taki chyba jest plan.
Można (i warto) jednak pójść dalej. Jeśli do tematu własnej, ulepszonej wersji oprogramowania podejdzie się mądrze, koordynując swoje zmiany z ulepszeniami wprowadzanymi przez inne podmioty, które korzystają i rozwijają ten pakiet biurowy – np. z Danii, Francji, Austrii, Niemiec – koszty utrzymania, rozwoju i usprawnień rozłożą się na wiele instytucji. W ten sposób tworzone będzie dobro wspólne w postaci oprogramowania lepiej odpowiadającego na europejskie potrzeby.
Ostatecznie to dość oczywista idea: by środki publiczne służyły budowaniu dobra publicznego. Również w kontekście oprogramowania.
Jednocześnie środki publiczne związane z wykorzystywanym przez administrację pakietem biurowym trafiać będą – zamiast za ocean – do lokalnych, europejskich firm zajmujących się rozwojem oprogramowania. Jeśli zaś wystarczająco wiele instytucji zainwestuje w rozwój takiego dobra publicznego, Microsoft będzie musiał uczciwie konkurować jakością (z którą firmie ostatnio nie po drodze).
Rozwijanie oprogramowania w modelu otwartym ma też dodatkowe zalety: więcej zupełnie niezależnych podmiotów może oferować związane z nim usługi, łatwiejsze są audyty bezpieczeństwa, a obywatelki i obywatele mogą upewnić się (przy pomocy organizacji eksperckich) czy oprogramowanie faktycznie działa zgodnie z oczekiwaniami. W cyfrowym świecie „kod źródłowy jest prawem”, a prawo musi być przejrzyste.
Drugim elementem wydatnie wspierającym monopole w oprogramowaniu jest interoperacyjność – lub jej brak. Interoperacyjność to kwestia współpracy z innymi pakietami oprogramowania. To wymaga ustalenia tego, w jaki sposób konkretne dane (na przykład: dokumenty tekstowe) mogą być wymieniane między różnymi pakietami oprogramowania, i dodania takiej funkcjonalności oddzielnie przez każdy z tych pakietów.
Jeżeli ja używam LibreOffice'a, a mój urząd pakietu biurowego Microsoftu, oba pakiety muszą móc poprawnie zapisywać i odczytywać przynajmniej jeden wspólny format pliku, bym mógł wysłać pismo i odczytać na nie odpowiedź.
Jeśli jeden z producentów danego rodzaju oprogramowania ma dominującą pozycję na rynku, w jego interesie jest, by formaty plików używane przez jego oprogramowanie nie były interoperacyjne, i by konkurencja nie była w stanie ich łatwo zaimplementować. Jeśli konkurencyjny pakiet biurowy nie jest w pełni interoperacyjny, łatwo wtedy udawać, że jest niedopracowany i pełen błędów.
Microsoftowi udało się ustawić się w Polsce właśnie w takiej w sytuacji.
Konkurencyjne pakiety biurowe muszą płynnie współpracować z produktami Microsoftu, ale ich producenci nie mają dostępu do informacji niezbędnych do zagwarantowania takiej płynnej współpracy. To wynik wpisania ponad dekadę temu zamkniętych, własnościowych formatów plików biurowych stworzonych przez Microsoft – DOC, XLS, PPT – do Krajowych Ram Interoperacyjności. Do dziś się w nich znajdują.
Na szczęście dziś wszystkie pakiety biurowe wspierają otwarty format OpenDocument. Dla powodzenia projektu uniezależnienia się polskiej administracji od rozwiązań amerykańskiego giganta konieczne jest, by format ten został uznany za podstawowy format wymiany dokumentów w polskiej administracji, jednoznacznie preferowany wobec zamkniętych formatów Microsoftu.
Przejścia na rozwiązania niezależne od amerykańskiego monopolisty nie ułatwia fakt, że polskie szkoły w przeważającej większości prowadzą zajęcia, korzystając z pakietu biurowego Microsoftu właśnie. Uczennice i uczniowie nie są zaznajamiani z oprogramowaniem innych producentów – w tym z oprogramowaniem wolnym i otwartym, mimo że często dostępne jest za darmo (co pozwoliłoby odciążyć często ledwo spinający się budżet placówek edukacyjnych).
Czego Jaś się nie nauczy, tego Jan nie będzie umiał. Jeśli cały świat cyfrowy w szkole sprowadza się do produktów jednego lub dwóch gigantów technologicznych, młodzi urzędnicy i urzędniczki będą podchodzić nieufnie do innych rozwiązań. To tworzy potężne tarcie i wymaga porządnego zaopiekowania się, w tym w postaci szkoleń i solidnego wsparcia technicznego. Tym bardziej że bardziej doświadczeni urzędnicy i urzędniczki też często nie mieli okazji poznać rozwiązań spoza stajni Microsoftu czy Google.
Jednocześnie trzeba się zastanowić, jak realnie wesprzeć inicjatywy wdrażania wolnego i otwartego oprogramowania w szkołach. Pojawiają się one regularnie od lat – na przykład już w 2009 r. szkoły w Jaworznie wdrażały takie rozwiązania. Są to jednak odosobnione przypadki, w dużej mierze z powodu braku centralnego wsparcia i woli politycznej.
I wreszcie: nie sposób nie wspomnieć tu o rozwiązaniach chmurowych, takich jak Microsoft 365. Tworzą one kolejną barierę – dane za ich pomocą przetwarzane przechowywane są poza urządzeniami osób z nich korzystających.
Arkusz kalkulacyjny na dysku naszego laptopa możemy łatwo otworzyć za pomocą dowolnego zainstalowanego pakietu biurowego, zapisać, po czym otworzyć ponownie w innym programie. W przypadku arkusza bezpośrednio w chmurze Microsoftu, jeśli chcemy dany plik zmodyfikować za pomocą innego oprogramowania, musimy go wpierw pobrać na dysk, po czym znów wrzucić do „chmury”.
O ile mamy dziś interoperacyjne formaty plików pakietów biurowych, pozwalających nam w miarę swobodnie wymieniać się dokumentami niezależnie od tego, z którego pakietu korzystamy, o tyle taka interoperacyjność nie istnieje w kontekście rozwiązań chmurowych gigantów technologicznych. Użytkowniczka Microsoft 365 nie jest w stanie edytować wspólnie arkusza czy dokumentu z użytkownikiem Google Docs.
To oczywiście działanie celowe: gigantom technologicznym ten brak podstawowej interoperacyjności jest na rękę. Podobnie jak na rękę Microsoftowi był brak interoperacyjności jego zamkniętych formatów plików biurowych.
Rozwiązania otwarte – jak Nextcloud – przecierają tu szlak, implementując otwarty standard wymiany danych między chmurami biurowymi, podobnie, jak ponad dekadę temu otwarte pakiety biurowe przecierały szlak, implementując otwarte formaty plików.
Mamy dziś więc okazję nie popełnić w kontekście rozwiązań chmurowych błędu, który popełniliśmy wtedy w odniesieniu do formatów biurowych. Pytanie, czy znajdzie się polityczna wola.
Specjalista ds. bezpieczeństwa informacji, administrator sieci i aktywista w zakresie praw cyfrowych. Studiował filozofię, był członkiem Rady ds. Cyfryzacji, jest współzałożycielem warszawskiego Hackerspace’a. Pracował jako Dyrektor ds. Bezpieczeństwa Informacji w OCCRP – The Organised Crime and Corruption Reporting Project, konsorcjum ośrodków śledczych, mediów i dziennikarzy działających w Europie Wschodniej, na Kaukazie, w Azji Środkowej i Ameryce Środkowej. Współpracuje z szeregiem organizacji pozarządowych zajmujących się prawami cyfrowymi w kraju i za granicą. Współautor „Net Neutrality Compendium” oraz “Katalogu Kompetencji Medialnych”.
Specjalista ds. bezpieczeństwa informacji, administrator sieci i aktywista w zakresie praw cyfrowych. Studiował filozofię, był członkiem Rady ds. Cyfryzacji, jest współzałożycielem warszawskiego Hackerspace’a. Pracował jako Dyrektor ds. Bezpieczeństwa Informacji w OCCRP – The Organised Crime and Corruption Reporting Project, konsorcjum ośrodków śledczych, mediów i dziennikarzy działających w Europie Wschodniej, na Kaukazie, w Azji Środkowej i Ameryce Środkowej. Współpracuje z szeregiem organizacji pozarządowych zajmujących się prawami cyfrowymi w kraju i za granicą. Współautor „Net Neutrality Compendium” oraz “Katalogu Kompetencji Medialnych”.
Komentarze