0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Il. Iga Kucharska / OKO.pressIl. Iga Kucharska / ...

Lato, czyli truskawki, maliny, czereśnie oraz poziomki i jagody. Bywają i wcześniej, importowane z cieplejszych krajów, jednak to nie to samo. Nic nie dorówna smakowi krajowych owoców, choćby dlatego, że jesteśmy właśnie do ich smaku przyzwyczajeni.

Żeby jednak trafiły na nasz stół w dobrym stanie, rolnicy muszą stosować środki ochrony roślin przeciw chwastom, szkodnikom i patogenom. Gdy owoce zostaną zebrane trafiają przeważnie do chłodni, gdzie również traktowane są preparatami biobójczymi (tym razem głównie przeciw grzybom: pleśniom i drożdżakom). Z całym tym bogactwem trafiają do supermarketów i lokalnych warzywniaków.

Żeby pozbyć się tych związków trzeba, jak twierdzi wiele źródeł w internecie: moczyć w wodzie z octem, moczyć w wodzie z sodą, moczyć przez kwadrans w czystej wodzie, dokładnie myć przez dwie minuty pod bieżącą wodą.

Otóż nie, nie trzeba uciekać się do żadnych specjalnych sposobów. Oczywiście, owoce warto umyć, ale ze względu na ewentualny brud i bakterie.

Nie na pestycydy. Bo ich tam po prostu nie ma.

Parszywa dwunastka

Amerykańska organizacja ekologiczna Environment Working Group co roku ogłasza „parszywą dwunastkę” („dirty dozen”). Są to produkty rolne o największej zawartości pestycydów. W tym sezonie są to w kolejności: szpinak, jarmuż, truskawki, winogrona, nektarynki, brzoskwinie, czereśnie, jabłka, jeżyny, gruszki i borówki amerykańskie. Tyle że to zestawienie dotyczy rynku amerykańskiego (oparte na danych tamtejszego Departamentu Rolnictwa, USDA).

W Stanach Zjednoczonych przepisy dotyczące żywności są bardziej liberalne, a stosowanie środków chemicznych bardziej powszechne. To rozległy kraj, a w produkcji żywności specjalizuje się kilka stanów. Dwa z nich, Kalifornia i Floryda, dostarczają prawie 90 procent owoców (jak podaje USDA). Zanim żywność trafi z amerykańskiej farmy na stół, pokonuje przeciętnie nawet 1500 mil, czyli 2400 kilometrów (twierdzi „Connect for Climate”, ale podobne szacunki podaje wiele innych źródeł).

Średnia odległość od farmy do stołu jest w Europie o połowę niższa, przy czym zawyżają ją takie produkty jak oliwa z oliwek, czy pomarańcze (oraz oczywiście warzywa i owoce importowane z południa na północ poza sezonem). Krajowe owoce i warzywa pokonują częściej kilkadziesiąt niż kilkaset kilometrów.

Co najważniejsze jednak w Unii Europejskiej są dużo ostrzejsze przepisy dotyczące dopuszczalnej zawartości pestycydów w żywności.

Przeczytaj także:

99 procent owoców i warzyw spełnia rygorystyczne normy

Co roku Europejski Urząd do spraw Bezpieczeństwa Żywności (European Food Safety Authority, czyli EFSA) publikuje raport dotyczący zawartości pestycydów w produktach rolnych.

Według ubiegłorocznego raportu ponad 98 procent próbek spełniało rygorystyczne unijne przepisy dotyczące dopuszczalnych limitów zawartości pestycydów. Można to śledzić na specjalnej mapie, którą EFSA stworzyła, ostatnie dane pochodzą z 2024 roku.

Przeważająca większość, bo ponad 70 procent z ponad 13 tysięcy próbek owoców, warzyw i zbóż badanych w Europie, nie zawiera żadnych wykrywalnych śladów pestycydów. Pozostałe 28 procent mieści się w dopuszczalnych limitach, 2 procent jest na górnej granicy. Możliwe przekroczenie limitów stwierdzono jedynie w przypadku 1 procenta badanych próbek („możliwe”, bowiem każde badanie ma pewien zakres dokładności).

Warto podkreślić, że do takich badań próbki przydzielane są losowo, a podobne wyniki przyniosły kontrole prowadzone w poprzednich latach. Na tej podstawie można stwierdzić, że europejska żywność jest w przeważającej większości wolna od pestycydów.

Stąd też EFSA twierdzi, że ryzyko zdrowotne związane z ewentualnym spożyciem pestycydów jest w Europie bardzo niskie, a unijne produkty rolne, w tym owoce i warzywa bezpieczne dla zdrowia.

Prawda czy fałsz?

Na owocach i warzywach znajdują się resztki chemicznych środków ochrony roślin.

Sprawdziliśmy

Nieprawda. W Europie większość tych produktów jest wolna od takich zanieczyszczeń, na mniejszości wykrywane są w ilościach uważanych za bezpieczne dla zdrowia.

Uważasz inaczej?

Stworzony zgodnie z międzynarodowymi zasadami weryfikacji faktów.

Co to jest dopuszczalne dzienne spożycie?

Jak pisał już Paracelsus: „Wszystko jest trucizną i nic nie jest trucizną. Tylko dawka czyni, że dana substancja jest trucizną” (łac. Omnia sunt venena, nihil est sine veneno. Sola dosis facit venenum).

Zatruć się można wodą (jej nadmiar może wywołać hipernatremię), życiodajny tlen też jest toksyczny (w stężeniach dużo wyższych od atmosferycznego). Często nawet niewielki szkodliwy efekt kumuluje się z czasem. Po latach nadmiar soli może uszkodzić nerki i ściany tętnic.

Dlatego dla wielu związków chemicznych podejrzewanych o możliwe szkodliwe działanie na organizm ustalane jest tak zwane dopuszczalne dzienne spożycie (acceptable daily intake, ADI). To ilość, która zdaniem naukowców jest dla człowieka nieszkodliwa (określa się to po wielu latach szczegółowych badań).

Na przykład dla soli kuchennej ustalono, że bezpieczną dzienną dawką jest 5 gramów. Nie powinno się jej przekraczać, bo grozi to nadciśnieniem i uszkodzeniem ścian naczyń wieńcowych i kłębuszków nerek. Zwiększa się też ryzyko nowotworów, zwłaszcza żołądka.

Dopuszczalne dzienne spożycie jednego z pestycydów, glifosatu, określa się najczęściej w miligramach (tysięcznych części grama) na kilogram masy ciała dziennie.

Według Europejskiej Agencji ds. Bezpieczeństwa Żywności (EFSA) wynosi 0,5 mg/kg masy ciała dziennie. Amerykańskie normy są wyższe, agencja ochrony środowiska EPA (Environment Protection Agency) określiła go na poziomie 1,75 mg/kg masy ciała dziennie. Dla ważącej 60 kg osoby europejski limit dziennego spożycia glifosatu wynosi 30 mg, amerykański 105 mg.

Bez paniki. Nawet w USA nie jest źle

W lutym tego roku na łamach OKO.press opisywałem wojnę administracji Donalda Trumpa z produktami zbożowymi. Właśnie w lutym na Florydzie w pieczywie odkryto glifosat. Żona republikańskiego gubernatora Florydy, Casey DeSantis, napisała wtedy (cytuję za „Food Safety Magazine”): „Wyniki badań pieczywa przeprowadzone przez Departament Zdrowia Florydy wskazały niepokojące poziomy glifosatu”. To popularny pestycyd.

W pieczywie na Florydzie faktycznie wykryto wówczas od 10 do 190 cząsteczek na miliard innych (parts per billion, ppb), podawał „Food Safety Magazine” za tym oto dokumentem. Tu musimy przeliczyć ppb na miligramy.

Najłatwiej będzie tak: w kilogramie jest milion miligramów, zatem jedna część na milion (part per million, ppm) to 1 mg/kg. Jedna część na miliard (part per billion, ppb) to jedna tysięczna miligrama na kilogram: 0,001 mg/kg.

Na Florydzie wykryto między 10 a 190 ppb, czyli między 0,01 mg a 0,19 mg glifosatu w kilogramie pieczywa. Teraz podzielmy dzienną dopuszczalną dawkę przez te liczby.

Żeby przekroczyć europejską dopuszczalną dzienną dawkę, człowiek musiałby zjeść ponad 150 kilogramów najbardziej zanieczyszczonego glifosatem chleba z Florydy jednego dnia.

Warto sięgać po źródła i spojrzeć na liczby. Zwłaszcza gdy ktoś próbuje wzbudzić w nas niepokój.

Bez paniki, w Europie jest jeszcze lepiej

W 2023 roku organizacja Foodwatch w swoim raporcie (do pobrania na tej stronie) wskazywała, że nie ma żadnych przekrojowych analiz dotyczących zawartości pestycydów w produktach zbożowych w Europie.

Zebrała jednak dane EFSA dane z próbek oznaczonych jako pochodzące z pszenicy i żyta — i ogłosiła, że w 37 proc. z nich wykryto ślady przynajmniej jednego pestycydu (w sumie wykryto ślady aż 65 różnych). Najwięcej pozostałości pestycydów zawierało pszenne pieczywo, bo aż 90 proc. chlebów i bułek.

Te wyniki w nieco alarmistycznym tonie chętnie cytowały media i (jak politycy w USA) nieco przesadziły. Spośród przeanalizowanych 2234 próbek produktów zbożowych limity zawartości pestycydów przekroczyło zaledwie 14 takich produktów (patrz strony 29. i następne raportu Foodwatch), czyli 0,62 procent.

Aż 99,37 procent produktów zbożowych mieściło się w normach lub pozostałości pestycydów w ogóle w nich nie wykryto.

To, że w pewnej niewielkiej ilości dowolnie analizowanych próbek wykryje się ślady szkodliwych zanieczyszczeń, jest statystycznie niemal pewne. Jeśli czytacie gdzieś, że w czymś wykryto pestycydy (lub jakiekolwiek inne potencjalnie szkodliwe związki chemiczne), zawsze warto pytać, ile i w jakiej części produktów.

Bez paniki po raz trzeci, czyli jak jest w Polsce

Jak pisze dr hab. Paweł Struciński, prof. NIZP PZH, na stronie Narodowego Centrum Edukacji Żywieniowej w tekście „Pozostałości pestycydów w owocach i warzywach – fakty i mity” w Polsce w 2021 roku przebadano ponad 3,7 tysiąca próbek, z czego ponad 2,6 tysiąca to owoce i warzywa.

W 1/3 próbek owoców i warzyw nie stwierdzono pozostałości, a w 60,3% próbek stwierdzono obecność pozostałości co najmniej jednego pestycydu na poziomie poniżej najwyższej dopuszczalnej pozostałości (w skrócie NDP).

Jedynie w 6,4% próbek stwierdzono przekroczenie limitu NDP co najmniej jednego pestycydu, natomiast po uwzględnieniu niepewności pomiaru, za niezgodne uznano 112 próbek (4,7%).

Najczęściej wykrywanymi pestycydami były środki grzybobójcze, czyli fungicydy (boskalid, azoksystrobina, fluopiram, i fludioksonil) oraz środek owadobójczy, czyli insektycyd (acetamipryd).

Najczęściej (w przeliczeniu na próbkę) stwierdzano je w grejpfrutach, winogronach, truskawkach, bananach, rukoli, mandarynkach i selerze łodygowym.

Jak dodaje ekspert, jest to jednak wyłącznie informacja o charakterze statystycznym, bowiem średnie poziomy pestycydów stwierdzane w różnych produktach stanowią na ogół ułamek procenta wartości NDP, czyli maksymalnej dopuszczalnej pozostałości tych środków w żywności.

Potem następują dość skomplikowane wyjaśnienia dotyczące tego, jak wyliczane jest narażenie na maksymalne dopuszczalne dawki pestycydów. Zamieszczam je poniżej, niecierpliwi mogą ten fragment tekstu pominąć i przejść od razu do wniosków.

Jak bada się ryzyko narażenia na pestycydy

Jak wyjaśnia dr hab. Paweł Struciński, ryzyko długoterminowe oceniano dla tych par produkt/pestycyd, w których pozostałości danego pestycydu wykryto w co najmniej 20% analizowanych próbek danego produktu. To znaczy, jeżeli w roku 2021 zbadano np. 50 próbek danego owocu i w 10 lub więcej próbkach wykryto obecność pestycydu X, to oceniano ryzyko związane z narażeniem na pestycyd X w tym owocu.

Ogółem wśród badanych owoców i warzyw zidentyfikowano 90 takich par. Przypomnijmy, z ponad 2,6 tysiąca, czyli takie pary stanowiły około 3,35 procent wszystkich próbek.

W przypadku tych próbek, w których nie stwierdzono pozostałości danego pestycydu, założono, że zawierają tyle pestycydu, ile wynosi połowa granicy oznaczalności metody. To pewnego rodzaju zabezpieczenie na wypadek, gdyby „czyste” próbki jednak zawierały ślady chemicznych związków.

Narażenie oszacowano, uwzględniając dane na temat średniego spożycia poszczególnych owoców i warzyw w Polsce i w krajach o zbliżonym modelu żywienia zgromadzone przez Europejski Urząd ds. Bezpieczeństwa Żywności (EFSA). Przyjęto przy tym średnie stężenia pozostałości danego pestycydu w danym produkcie oraz, dodatkowo, wartości 95 percentyla (gdyby ktoś jadł mnóstwo owoców i warzyw właśnie tego, badanego rodzaju).

Śladowe ilości dużo poniżej norm

Z tych polskich badań wynika, że spożywając warzywa i owoce dostarczamy organizmowi zupełnie śladowe ilości pestycydów, dużo niższe od norm dopuszczalnego dziennego spożycia.

„Wartości szacowanego średniego dziennego spożycia (estimated daily intake, EDI) wynikające z tych polskich badań stanowiły w większości przypadków niewielki odsetek odpowiedniej wartości dopuszczalnego dziennego spożycia (accepted daily intake, ADI). Jedynie w 1 przypadku oszacowane narażenie długoterminowe przekroczyło 10% dopuszczalnego dziennego spożycia” (czyli nadal jedynie jedną dziesiątą dopuszczalnej normy).

Jeśli ciekawi państwa, w czym jest najwięcej śladowych ilości pestycydów (dużo niższych od norm), to są to jabłka. Jednak i w ich przypadku były to wartości poniżej (25-52 procent) dopuszczalnego dziennego spożycia. Jest to przy tym wynik prawdopodobnie przeszacowany, bo wynikający z przyjęcia konserwatywnego scenariusza zakładającego, że oznaczony disiarczek węgla pochodził wyłącznie z rozkładu ziramu, który jest pestycydem o najniższych wartościach dopuszczalnego dziennego spożycia (mógł pochodzić także z innych związków o wyższych wartościach dopuszczalnego spożycia).

„Uzyskane wyniki charakteryzowania ryzyka długoterminowego oparte na dostępnych w 2021 r. danych toksykologicznych wskazują na szeroki margines bezpieczeństwa dla konsumentów”, konkluduje ekspert Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego-Państwowego Zakładu Higieny. A ja ponownie załączam link.

Jest to jeden z powodów, dla których powinniśmy cieszyć się, że mieszkamy w Europie. Jak dwa lata temu donosiła organizacja „Consumer Report” w Stanach Zjednoczonych około 20 procent owoców i warzyw zawiera pozostałości pestycydów w ilościach potencjalnie zagrażających zdrowiu (opisywał „The Guardian”).

To myć te owoce i warzywa czy nie?

Zatem jeśli mieszkamy w Polsce (lub innym kraju Unii Europejskiej) wystarczy, że warzywa i owoce starannie wypłuczemy pod bieżącą wodą. Co zapewne większość z nas robi i tak.

Zapewne ciekawi Państwa i tak, czy są jakieś domowe metody usuwania pestycydów z warzyw i owoców. Naukowcy badali to w dziesiątkach prac. A w kwietniu tego roku na łamach „Frontiers in Environmental Health” ukazał się przegląd kilkudziesięciu takich badań. W większości z nich porównywano skuteczność płukania pod bieżącą wodą, moczenia w czystej wodzie oraz namaczania w wodzie z dodatkiem sody kuchennej lub dodatkiem octu.

Średnia skuteczność tych metod w usuwaniu pozostałości pestycydów wyniosła odpowiednio 30,2 proc. w przypadku płukania, 33,7 proc. w przypadku namaczania w wodzie, 50,9 proc. w przypadku wody z sodą i 54,2 proc. w przypadku wody z octem. Jednak średnia jest bardzo niedoskonałą miarą.

W tym przypadku zbyt wiele zależy od rodzaju użytego środka ochrony roślin oraz gatunku owocu lub warzywa. Pojawiające się w pracach procentowe wartości wyrażające skuteczność danej metody w usuwaniu pestycydów wynosiły od 10 do powyżej 90 procent — to spory rozrzut. Po prostu niektóre pestycydy łatwiej usunąć, inne trudniej, podobnie z niektórych owoców i warzyw łatwiej je zmyć, z innych usuwanie jest trudniejsze.

Badacze przestrzegali natomiast przed używaniem metod i środków do mycia owoców i warzyw. Na przykład środki uwalniające tlen (wybielacze) sprawiają, że ze stosunkowo niegroźnych związków mogą powstawać bardziej szkodliwe.

Wskazywali na to badacze w innej, wcześniejszej pracy, opublikowanej w „Journal of Chromatography A” w 2004 roku. Z tej pracy wynika też, że najskuteczniejszą metodą usuwania pestycydów z nektarynek (bowiem tylko te owoce badali autorzy publikacji) jest umycie ich alkoholem, gliceryną lub roztworem laurylosiarczanu sodu. Pod tą ostatnią nazwą ukrywa się detergent, który jest składnikiem większości płynów do mycia naczyń.

Wszystkie te trzy metody usuwały połowę obecnych na powierzchni owoców związków chemicznych. Pozostałe metody, według autorów tej pracy (moczenie w roztworach octu, sody, innych związków) nie były wcale skuteczniejsze niż mycie pod bieżącą wodą.

Jak wynika z tych badań, nie ma żadnej prostej metody, by skutecznie usunąć wszystkie pozostałości pestycydów (lub przynajmniej większość).

Prawda czy fałsz?

Moczenie owoców i warzyw w wodzie z dodatkiem sody lub octu usuwa z ich powierzchni pestycydy.

Sprawdziliśmy

Nie jest to doskonała metoda (usuwa około połowę takich związków) i jest niewiele lepsza od mycia płynem do mycia naczyń i bieżącą wodą.

Uważasz inaczej?

Stworzony zgodnie z międzynarodowymi zasadami weryfikacji faktów.

Magiczny środek jednak istnieje

W kwietniu tego roku badacze z University of British Columbia donieśli, że znaleźli jednak sposób na usunięcie większości, bo prawie od 86 do 94 procent, pestycydów z owoców i warzyw.

Przy okazji ten sam środek zapobiega też ich psuciu, bo wypełnia mikrouszkodzenia, przez które wnikają bakterie i grzyby. Oraz chroni przed wysychaniem, co pozwala przechowywać produkty bez warunków chłodniczych przez wiele dni. Pokryte nim nie tracą na sprężystości nawet przez dwa tygodnie.

To kapitalny wynalazek, bo nawet jedna czwarta owoców i warzyw psuje się, zanim zostanie sprzedana, jak szacuje Organizacja Narodów Zjednoczonych ds. Wyżywienia i Rolnictwa, czyli FAO.

Pracę naukową opisującą odkrycie opublikowali w „ACS Nano”.

Roztwór ten składa się ze skrobi, kwasu taninowego i jonów żelaza. Ich połączenie tworzy coś w rodzaju molekularnej gąbki, która chłonie z powierzchni chemiczne środki. Wszystkie te składniki są naturalne: ze skrobi składa się obecna w każdej kuchni mąka ziemniaczana, kwas taninowy występuje w korze wielu gatunków drzew (dębu, orzecha włoskiego, czy sekwoi).

W domu takiego roztworu raczej nie przygotujemy (i dobrze, czysty kwas galusowy działa drażniąco na skórę, układ pokarmowy i może uszkodzić oczy). Jest jednak nadzieja, że w sklepach znajdziemy kiedyś „płyn do mycia owoców i warzyw w sprayu (przedłuża trwałość nawet o dwa tygodnie, w 100 procentach ekologiczny)”.

Można domyślać się, że najszybciej stanie się to w Stanach Zjednoczonych. Na razie autorzy tego pomysłu zastrzegają, że trzeba poczekać na dalsze testy i ewentualne pozwolenia.

My zaś delektujmy się wolnymi od pestycydów krajowymi truskawkami (to już ich ostatnie tygodnie) i czereśniami. Oczywiście, warto je umyć pod bieżącą wodą, żeby usunąć zanieczyszczenia. Pestycydami nie powinniśmy się martwić. Woda z octem albo sodą naprawdę nie jest potrzebna.

Cykl „SOBOTA PRAWDĘ CI POWIE” to propozycja OKO.press na pierwszy dzień weekendu. Znajdziecie tu fact-checkingi (z OKO-wym fałszometrem) zarówno z polityki polskiej, jak i ze świata, bo nie tylko u nas politycy i polityczki kłamią, kręcą, konfabulują. Cofniemy się też w przeszłość, bo kłamstwo towarzyszyło całym dziejom. Rozbrajamy mity i popularne złudzenia krążące po sieci i ludzkich umysłach. I piszemy o błędach poznawczych, które sprawiają, że jesteśmy bezbronni wobec kłamstw. Tylko czy naprawdę jesteśmy? Nad tym też się zastanowimy.

Na zdjęciu Michał Rolecki
Michał Rolecki

Rocznik 1976. Od dziecka przeglądał encyklopedie i słowniki. Ukończył anglistykę, tłumaczył teksty naukowe i medyczne. O nauce pisał m. in. w "Gazecie Wyborczej", Polityce.pl i portalu sztucznainteligencja.org.pl. Lubi wiedzieć, jak jest naprawdę. Uważa, że pisanie o nauce jest rodzajem szczepionki, która chroni nas przed dezinformacją. W OKO.press najczęściej wyjaśnia, czy coś jest prawdą, czy fałszem. Czasem są to powszechne przekonania na jakiś temat, a czasem wypowiedzi polityków.

Komentarze