Żarówki, samochody, pończochy. Co je łączy? Ich producenci stwierdzili, że sprzedawanie trwałych egzemplarzy się nie opłaca, bo klienci rzadziej będą je kupować. Umyślnie produkowali więc w niższej jakości, by móc je sprzedawać częściej.
Przez większość ludzkiej cywilizacji zachód słońca wyznaczał koniec pracy. O zmierzchu trudno było już czytać, szyć, czy nawet sprzątać. Oliwne lampy dawały mało światła i sporo dymu, świece z pszczelego wosku były drogie. Parafinowe świece i lampy naftowe, które znacząco ułatwiły pracę i czytanie nocą, wynaleziono dopiero z końcem XIX wieku.
Żarówki i świece z parafiny są rówieśniczkami. Metodę otrzymywania parafiny z łupków opracował szkocki chemik John Young w 1850 roku. W tym samym roku angielski fizyk i chemik Joseph Swan (1828–1914) postanowił umieścić węglowe włókno w szklanej bańce.
Niewiele młodsza od nich jest lampa naftowa, wynaleziona w 1853 roku we Lwowie przez farmaceutę Ignacego Łukasiewicza i majstra blacharskiego Adama Bratkowskiego.
Pierwsze żarówki z czasem czerniały od wewnątrz, bo włókno się w nich powoli spalało. Tu pomógł dopiero Charles Stearn, który udoskonalił pompy próżniowe. W żarówce próżniowej, którą Swan opracował w 1878 roku, włókno żarzyło się dłużej i nie pokrywało wnętrza żarówki kopciem.
W połowie stycznia kolejnego roku Stearn zaprezentował swoją żarówkę członkom Towarzystwa Literacko-Filozoficznego w Newcastle upon Tyne. Pokaz trwał jedynie kilka minut, jednak już dwa tygodnie później, w pierwszych dniach lutego, zebranie siedmiuset uczestników Towarzystwa rozświetliły już wynalazki Stearna. Był to pierwszy budynek publiczny oświetlony żarówkami. W kolejnym, 1880 roku, Stearn otrzymał patent i w Wielkiej Brytanii rozpoczęła się ich masowa produkcja.
W tym samym czasie za oceanem nad żarówkami pracował Thomas Edison. Swój patent zgłosił z końcem 1879 roku, jednak w cztery lata później urząd patentowy stwierdził, że jego wynalazek oparty był na wcześniejszym, Williama Sawyera, więc patent był nieważny. Sprawa ta toczyła się kolejne pięć lat, w 1889 sąd orzekł, że jednak edisonowe ulepszenie sawyerowego wynalazku zasługiwało na osobny patent.
Życie pierwszych żarówek nie było jednak zbyt długie. Węglowe włókna przepalały się po kilkunastu, kilkudziesięciu godzinach. Wszystko zmieniło dopiero włókna metalowe, które w 1897 roku w amerykańskim urzędzie opatentował Aleksandr Nikołajewicz Łodygin, rosyjski elektrotechnik i wynalazca. Metalem najczęściej był wolfram (rzadziej drogi osm), do masowej produkcji żarówki wolframowe wypełniano azotem, później argonem, trafiły w pierwszej dekadzie dwudziestego wieku.
Żarówki wolframowe wypełnione obojętnym gazem mogły świecić tysiące godzin, a nie setki. Ta ich żywotność stała się problemem dla producentów (w latach dwudziestych ubiegłego stulecia było już wielu). Z prostego powodu: im dłuższe jest życie produktu, tym mniej można takich produktów sprzedać.
W styczniu 1925 roku przedstawiciele siedmiu firm produkujących żarówki (Associated Electrical Industries, Companie des Lampes, General Electric, Osram, Philips, Tokyo Electric oraz Tungsram) spotkali się w Genewie. Ustalili, że przez kolejne trzy dekady będą sprzedawać żarówki zaprojektowane tak, by świeciły średnio przez tysiąc, a nie około dwóch i pół tysiąca godzin (oczywiście bez obniżenia cen).
Trzeba przyznać, że krótsze życie żarówek przekładało się także na więcej światła przy tym samym poborze mocy. Niemniej bezpośrednim motywem tego „spisku żarówkowego” była chęć zwiększenia sprzedaży: skrócono trwałość żarówek do niespełna połowy poprzedniej, a sprzedaż mogła wzrosnąć dwuipółkrotnie.
Członkowie kartelu wysyłali swoje żarówki do centrum testowego w Szwajcarii, a gdy żywotność ich produktu przekraczała tysiąc godzin, kartel nakładał na nie finansowe kary. Ten żarówkowy spisek w praktyce zakończyła druga wojna światowa. Z powodu wojny firmom trudno było komunikować się i kontrolować się nawzajem. Zawarte w Genewie porozumienie rozwiązano w 1940 roku.
W 1949 roku amerykański sąd ukarał General Electric za naruszenie prawa antymonopolowego. Choć uznał argument, że krótsze życie żarówek przekładało się na większą jasność, orzekł, że głównym motywem udziału firmy w tym kartelu był zysk.
Ta zmowa rynkowa nie wszędzie została ukarana. Inaczej orzekła brytyjska komisja antymonopolowa (Monopolies and Restrictive Practices Commission) w 1951 roku. Uznała, że standardy jakości „muszą uwzględniać kompromis pomiędzy rozbieżnymi czynnikami”, zaś producenci żarówek „przedstawili dowody, że tysiąc godzin było najlepszym kompromisem” i „nie znalazła dowodów świadczących przeciwnie”. Innymi słowy, stanęła po stronie producentów, wierząc im na słowo. Inna sprawa, że po drugiej wojnie kartel już nie istniał.
Przytaczam tę historię za opisem prof. Markusa Krajewskiego na łamach „Spectrum” (periodyku międzynarodowego stowarzyszenia inżynierów elektryków i elektroników, IEEE) z 2014 roku.
Mniej więcej to samo, co spotkało żarówki, przydarzyło się także nylonowym pończochom.
Długo były luksusem, bowiem produkowano je z drogiego jedwabiu. W 1912 roku zaczęto produkować je ze sztucznego jedwabiu, czyli wiskozy. Wiskozowe pończochy nie były jednak aż tak wygodne, poza tym szybko traciły urok i praktyczny walor z powodu mechacenia.
Rewolucją było wynalezienie nylonu. Pierwsze nylonowe pończochy wyprodukowała i zaprezentowała na Wystawie Światowej w Nowym Jorku w 1939 roku firma DuPont. Amerykanki mogły je kupić dopiero w maju kolejnego roku. W ciągu czterech pierwszych dni sprzedano ich cztery miliony par (opisuje „Smithsonian Magazine”).
Nylon wkrótce okazał się bardzo przydatny do zadań wojennych: produkcji zbiorników na paliwo, lin, sznurowadeł, hamaków, siatek maskujących i mundurów (w tych ostatnich w mieszance 50/50 z bawełną). Nazwano go „włóknem, które wygrało wojnę”. Nic dziwnego, bo nylon jest wyjątkowo odporny na przerwanie i ścieranie.
Ta trwałość nylonu sprawiła, że z czasem zaczęto podejrzewać, że producenci nylonowych pończoch celowo produkują je z gorszej jakości materiału. Pończochy często, czasem bez zauważalnego powodu, puszczały „oczka” i trzeba było je cerować (co wymagało odpowiednich narzędzi i wprawy; jeszcze do lat dziewięćdziesiątych istniały punkty „repasacji pończoch”).
Przedwcześnie przepalające się żarówki i pończochy puszczające oczka są przykładem praktyki, która w języku angielskim nazywana jest „planned obsolescence”, po polsku najczęściej „planowanym postarzaniem produktu”. Żarówki mogły świecić dłużej, to producenci zadbali o ich krótszą trwałość (i to aż o 60 procent).
Z pończochami, choć ten przykład zaplanowanej mniejszej trwałości przedstawiał w 2009 roku „The Economist”, sprawa nie jest aż tak jednoznaczna. Kobiety po prostu wolały pończochy cienkie i przejrzyste niż grube i matowe. Do produkcji cienkich nylonowych pończoch stosowano cieniutkie włókna, które łatwiej „puszczały”.
Niemniej względnie niewielka trwałość „nylonów” (jak je w ich początkach nazywano), przekładała się na wyższą sprzedaż. DuPont miał mniejszą motywację (motywacje firm są wszakże finansowe) do poszukiwania trwalszych alternatyw.
Elastyczny spandex, zwany lycrą, wynaleziono w laboratoriach DuPontu w roku 1958. Technologię dodawania tych poliuretanowych nici do nylonu, co zwiększyło elastyczność i trwałość rajstop (pończochy w międzyczasie straciły popularność) opracowano dopiero z początkiem lat osiemdziesiątych.
Pewnym rodzajem zachęcania konsumentów do kupna nowych produktów jest sprawienie, że starsze wydadzą się przestarzałe. Pionierem tej strategii w przemyśle motoryzacyjnym był prezes General Motors, Alfred P. Sloan.
Przypisuje mu się stworzenie koncepcji „roczników” modeli samochodów: nowszy był zawsze nieco lepszy od poprzedniego. To sprawiało, że starsze roczniki tych samych modeli stawały się w oczach właścicieli (oraz potencjalnych kupców na rynku wtórnym) mniej cenne.
Sloan zaprojektował zresztą też strukturę cenową portfolio modeli: od najtańszego Chevroleta, przez Pontiaca, Oldsmobile’a i Buicka, po najdroższego Cadillaca. Wszystko po to, by starzejący się i coraz zamożniejszy klient (co w tamtych czasach było w Stanach raczej regułą niż wyjątkiem) wymieniał samochód na coraz droższy model. Wymyślił również sprzedaż ratalną samochodów.
Pod jego rządami GE stało się największą firmą w historii kapitalizmu.
Od przemysłu samochodowego pilnie uczył się jednak przemysł mody, który w każdym sezonie przedstawia nowe kolekcje — żeby to, co kupione w sezonie ubiegłym, trąciło myszką. Dziś mamy modę z sieciówek i z Temu.
Producenci celowo postarzają swoje produkty i skracają trwałość urządzeń.
Stworzony zgodnie z międzynarodowymi zasadami weryfikacji faktów.
Co do zasady (ale do czasu) prawo nie zabraniało takiego projektowania produktów, by miały ograniczoną trwałość. Producent może wyprodukować żarówkę, która świeci sto, a nie tysiąc godzin, czy rajstopy, które nie przeżyją drugiego założenia na nogi. Mamy wszakże wybór, czy kupować będziemy dobra mniej, czy bardziej trwałe.
Sęk w tym, że ten wybór jest zwykle ograniczony. Rzadko jest to wynikiem spisku. Logika kapitalizmu sprawi, że firma, która robi rzeczy trwalsze, będzie musiała sprzedawać je drożej. Sprzeda ich więc mniej.
Producenci, którzy chcą maksymalizować zysk i zmniejszać koszty, wybierają tańsze i mniej trwałe alternatywy. Urządzenia zaś mają taką trwałość, jak najmniej trwały ich element. Po jego uszkodzeniu wymagają naprawy.
Z naprawami jest zaś różnie. Wszakże to producent dyktuje ceny części zamiennych i może ustawić je na takim poziomie, by naprawa była nieopłacalna. Może też z taką myślą zaprojektować urządzenie.
Wszyscy to znamy. Psuje się pralka, a wezwany fachowiec mówi „no wie pan, mogę to naprawić za sześć stówek, nie wiem, czy to ma sens”.
Nie ma, bo nową pralkę można mieć, dokładając połowę kosztu naprawy starej. To dlatego, że zwykle łożyska są dziś umieszczane w trwały sposób wewnątrz pokrywy bębna pralki. Zamiast łożyska trzeba wymienić o wiele droższy bęben.
Takich przykładów jest wiele. Koszt wymiany głowicy drukarki jest na tyle wysoki, że zwykle opłaca się kupić nowe urządzenie. W 2017 roku we francuskim sądzie złożono zbiorowy proces przeciwko kilku producentom drukarek o celowe projektowanie nietrwałych głowic (opisywał „Forbes”) i wyświetlanie komunikatów o konieczności wymiany kartridża na pełny, gdy był jeszcze w nim zapas atramentu.
Silniki sprężarek klimatyzatorów mają zwykle uzwojenie montowane tak, by niemożliwa była wymiana samego uzwojenia silnika (co byłoby najtańsze), silnika (co byłoby tańsze), w zasadzie wymienić trzeba całą jednostkę zewnętrzną.
Smartfony mają lite obudowy, co sprawia, że gdy z czasem pada bateria, łatwiej jest kupić na raty nowy smartfon, niż kłopotać się z wymianą baterii w serwisie.
Planowane starzenie dotyczy także oprogramowania. Smartfony wytrzymują zwykle kilka aktualizacji systemu Android do najnowszych wersji, potem już okazują się za słabe, by móc instalować na nich kolejne.
System operacyjny Windows 10 nie jest już wspierany, czyli obsługiwany przez Microsoft. Można go jedynie wymienić na nowszy system, Windows 11. Nie każdy komputer spełnia wymagania sprzętowe do jego instalacji.
Pionierem sprzeciwu przeciwko temu zjawisku była Francja, gdzie w 2014 roku uchwalono prawo pozwalające nałożyć grzywnę do 300 tysięcy euro i karę dwóch lat pozbawienia wolności za planowanie uszkodzenia produktów przez producenta.
Było to o tyle istotne, że po raz pierwszy uznano termin „planowanej obsolescencji” prawnie. Zdefiniowano ją jako „rozmyślne wprowadzenie wad, słabości, zaplanowanego zatrzymania, ograniczenia technicznego, niekompatybilności lub innych przeszkód w naprawie”.
W kolejnej ustawie, rok później, Francuzi nakazali producentom i sprzedawcom sprzętów deklarować, jaki jest zaplanowany czas życia urządzenia oraz informować nabywców, jak długo będą produkowane części zamienne.
W 2016 roku zaś uchwalono, że producenci sprzętu muszą za darmo naprawić lub wymienić niesprawne urządzenie w ciągu dwóch lat od jego zakupu.
We Francji nie opłaca się sprzedawać bubli. Ba, można za to dostać dwa lata więzienia.
Wróćmy jednak do tego, dlaczego tak drogo jest coś naprawić. Jak przekonuje w tekście na łamach „The Conversation” prof. Oana Godeanu-Kenworthy, winić powinniśmy Hollywood i amerykański przemysł filmowy.
Gdy pojawiły się pierwsze magnetowidy, producenci filmowi i telewizyjni byli zaniepokojeni tym, że każdy będzie mógł nagrać emitowany w telewizji film na kasetę wideo i odtwarzać go sobie za darmo (za emisję w telewizji płacił producentom właściciel danej stacji telewizyjnej).
Magnetowidy otworzyły co prawda również nowy rynek sprzedaży filmów na kasetach wideo, ale studia filmowe były świadome, że zamiast kupić film na kasecie, będzie można sobie skopiować od właściciela legalnej kopii.
W 1976 roku studia filmowe pozwały do sądu Sony, w pozwie domagały się zaprzestania produkcji i sprzedaży magnetowidów. Sprawa oparła się o Sąd Najwyższy, który w 1984 roku orzekł, że nagrywanie na własny użytek nie narusza praw autorskich.
Studia filmowe wymyśliły zatem format DVD (digital versatile disc). Płyty DVD były trudniejsze do nagrania niż kaseta wideo. W 1996 roku wszystkie studia filmowe zrzeszone w Motion Picture Association of America przystąpiły do DVD Forum, przyjęły nowy format i rozpoczęły wycofywanie kaset wideo.
Pozostała do rozwiązania jeszcze kwestia cyfrowych praw autorskich w dobie rozwijającego się w latach 90. ubiegłego wieku internetu.
Cyfrowe prawa autorskie odnoszą się do całego zakresu technologicznych zabezpieczeń. Chodzi o rozwiązania, które ograniczają możliwość przesłania, ściągnięcia, otwarcia i modyfikacji pliku.
W 1998 roku prezydent Bill Clinton podpisał The Digital Millennium Copyright Act (DMCA), który zezwolił na stosowanie takich technologicznych zabezpieczeń także w przypadku oprogramowania.
Ustawa zwiększyła też kary za naruszenie praw autorskich w sieci i penalizowała rozwiązania technologiczne mające na celu obchodzenie cyfrowych zabezpieczeń. Co do zasady pliki i programy na naszym urządzeniu miały pozostać na zawsze własnością producentów filmów, gier czy oprogramowania.
Prawo to przyjęto, choć eksperci ostrzegali, że może to stłumić innowacyjność i zwiększyć koszty ponoszone przez konsumentów. Tak się też stało. Dziś nabywamy urządzenia wykorzystujące oprogramowanie, ale kupujemy jedynie urządzenie, a na korzystanie z oprogramowania otrzymujemy jedynie licencję.
Ma to dalekosiężne skutki, bo elektronikę i oprogramowanie mają dziś samochody, pralki, zmywarki, samochody, ciągniki i maszyny rolnicze, samoloty cywilne i wojskowe oraz wojskowe pojazdy, wyrzutnie i pociski.
Jeśli chcemy dziś naprawić samochód, autoryzowana stacja obsługi musi posiadać legalne oprogramowanie do diagnostyki i obsługi samochodów danej marki. Rolnik nie naprawi dziś sam ciągnika. Nawet amerykańska armia musi płacić za autoryzowany serwis producentom i nic nie może naprawić sama.
Nieautoryzowany serwis nie może nic naprawić, bo od czasu Digital Millennium Copyright Act oprogramowanie pozostaje własnością intelektualną producenta, majstrowanie przy nim jest zwykle niemożliwe z powodu zabezpieczeń, a jeśli ktoś potrafi je złamać — łamie prawo.
To znacząco winduje koszt naprawy. I dlatego, zamiast naprawić pralkę, w której zepsuł się programator, lub klimatyzator, w którym siadł czujnik temperatury, musimy kupić nowe urządzenie.
Nic dziwnego, że wyrzucamy elektronikę na potęgę. Przeciętny Amerykanin produkuje prawie dwadzieścia kilo (19,5 kg) odpadów elektronicznych rocznie, jedynie jedna czwarta z nich jest poddawana recyklingowi, pisze prof. Oana Godeanu-Kenworthy.
W USA są dwa projekty ustaw, złożone przez republikanów i demokratów, które pozwalałyby na samodzielną naprawę elektroniki (z oprogramowaniem). Oba projekty są wściekle zwalczane przez lobby przemysłowe.
W Europie jest pod tym względem lepiej. W 2023 roku na przeciętnego obywatela Unii przypadało 11,6 kg elektronicznych śmieci. Polska świeciła przy tym przykładem, bo odebrała aż 85 procent elektrośmieci.
Jest w tym duża zasługa unijnych regulacji. Dyrektywa Ecodesign (Directive 2009/125/EC) pozwala wprowadzać w Unii ekologiczne wymogi wpływające na zużycie energii (jak okna), przede wszystkim jednak urządzeniom zużywającym prąd lub wodę.
Dzięki regulacji wprowadzonej w 2023 roku w ramach tej dyrektywy od czerwca 2025 roku tablety, smartfony, telefony komórkowe oraz bezprzewodowe sprzedawane na unijnym wspólnym rynku muszą być odporne na upadek z wysokości metra (z wyjątkiem tabletów), mieć zagwarantowane minimum pięć lat aktualizacji systemu operacyjnego, mieć opcję ograniczenia ładowania baterii do 80 procent jej pojemności (co przedłuża jej życie).
Muszą też mieć wymienialną baterię lub — jednocześnie — baterię o wysokiej trwałości oraz być odporne na zanurzenie w wodzie. Na etykiecie musi być też informacja o miejscu w rankingu naprawialności (długości okresu wsparcia technicznego), odporności na kurz i wodę, przewidywanej przez producenta ilości cykli ładowania baterii oraz czasie pracy na jednym jej ładowaniu.
Przede wszystkim powstała również w 2024 roku unijna dyrektywa o prawie do naprawy urządzeń, którą kraje członkowskie muszą ją wdrożyć do końca lipca tego roku.
„Nowa dyrektywa wymaga od producentów udostępnienia części zamiennych do zepsutego sprzętu, co znacznie ułatwi naprawę. Do tej pory często było to niemożliwe właśnie ze względu na brak części zamiennych oraz fakt, że urządzenia były projektowane w taki sposób, że nie nadawały się one do naprawy – były plombowane lub miały baterie wbudowane na stałe”, wyjaśniała PARP-a.
Dyrektywa zapewnia również konsumentom prawo do przedłużenia gwarancji o 12 miesięcy, jeśli zdecydują się oni na naprawę wadliwego produktu zamiast jego wymiany przez sprzedawcę.
Najlepszą informacją jest jednak chyba to, że naprawa ma być dostępna także po upływie okresu gwarancji. Producent będzie wówczas zobowiązany do naprawy produktu „za rozsądną cenę” i w „jak najkrótszym czasie”.
Krajowa internetowa platforma napraw to z kolei specjalny portal internetowy, w którym konsumenci będą mogli znaleźć warsztat lub serwis, w którym zreperują produkt.
Komisja UE utworzy ogólnoeuropejską bazę punktów napraw (europejska platforma internetowa napraw) wraz z opcjami promocji naprawy oraz informowaniu o sprzedawcach odnowionych towarów.
Kraje członkowskie muszą prowadzić krajowe platformy napraw. Mogą albo skorzystać z podstrony dedykowanej na takiej platformie Komisji UE, albo stworzyć własną. Platforma musi zacząć działać najpóźniej do 31 lipca 2027 r.
Na „planowane postarzanie” urządzeń i produktów niewiele da się zrobić.
Stworzony zgodnie z międzynarodowymi zasadami weryfikacji faktów.
Ekonomiści zakładają, że człowiek, jako istota działająca racjonalnie, dąży zawsze do maksymalizacji osiąganych zysków i dokonywania wyborów ze względu na wartość ekonomiczną rezultatów tych wyborów.
Pojęcie homo oeconomicus oznacza człowieka działającego zgodnie z tą zasadą. Warto jednak zauważyć, że nasze rozsądne, zdaniem ekonomistów, wybory, okazują się mało rozsądne w świetle „planowanego postarzania” produktów.
Zjawisko to jest możliwe przez brak informacyjnej równowagi. Producent dobrze wie lub może rozsądnie oszacować, ile pożyje jego produkt. My możemy o tym dowiedzieć się jedynie z własnego doświadczenia, użytkując produkt — a po fakcie, gdy już się zepsuje, wiedza o tym, jak długo działał, jest nam zbędna.
Europejskie próby — na przykład normy spalania samochodów, klasy energooszczędności sprzętu AGD, czy najnowsze etykietowanie smartfonów i tabletów — zmierzają ku przechyleniu tej informacyjnej nierównowagi, mocno wychylonej na stronę przedsiębiorców, z powrotem w stronę konsumentów. Mogą na podstawie tych informacji głosować nogami.
Warto jednak spojrzeć na francuskie rozwiązanie, czyli prawne sankcje przeciw praktykom planowego postarzania. Wydają się solidniejszym narzędziem dyscyplinowania nieuczciwych producentów. Choć kto wie, może etykiety również okażą się skuteczne.
Rocznik 1976. Od dziecka przeglądał encyklopedie i słowniki. Ukończył anglistykę, tłumaczył teksty naukowe i medyczne. O nauce pisał m. in. w "Gazecie Wyborczej", Polityce.pl i portalu sztucznainteligencja.org.pl. Lubi wiedzieć, jak jest naprawdę. Uważa, że pisanie o nauce jest rodzajem szczepionki, która chroni nas przed dezinformacją. W OKO.press najczęściej wyjaśnia, czy coś jest prawdą, czy fałszem. Czasem są to powszechne przekonania na jakiś temat, a czasem wypowiedzi polityków.
Rocznik 1976. Od dziecka przeglądał encyklopedie i słowniki. Ukończył anglistykę, tłumaczył teksty naukowe i medyczne. O nauce pisał m. in. w "Gazecie Wyborczej", Polityce.pl i portalu sztucznainteligencja.org.pl. Lubi wiedzieć, jak jest naprawdę. Uważa, że pisanie o nauce jest rodzajem szczepionki, która chroni nas przed dezinformacją. W OKO.press najczęściej wyjaśnia, czy coś jest prawdą, czy fałszem. Czasem są to powszechne przekonania na jakiś temat, a czasem wypowiedzi polityków.
Komentarze