0:00
0:00

0:00

W połowie grudnia ukazał się w OKO.press wywiad z Robertem Szymanem, dyrektorem Polskiego Związku Przetwórców Tworzyw Sztucznych, który przekonywał, że ekologicznie plastik jest lepszy od szkła. Niektóre wypowiedzi były mocno kontrowersyjne i wzbudziły bardzo silne emocje części czytelników i czytelniczek OKO.press, np.:

  • "Powiedzmy wprost – wszystkie materiały jednorazowego użytku powodują zaśmiecanie środowiska, niezależnie od tego, czy są wykonane z plastiku, szkła czy papieru".
  • "Nie ma dobrych i złych tworzyw sztucznych, są tylko dobre i złe zachowania konsumentów".
  • "Żółw w oceanie udusi się torbą biodegradowalną równie szybko co plastikową, bo procesy rozkładu tworzyw biopochodnych w wodzie są mocno spowolnione".

Dla równowagi, przedstawiamy stanowisko przedstawicieli organizacji domagających się m.in. wprowadzenia systemu kaucyjnego i większych opłat od producentów plastiku. O kłamstwach wokół plastiku, sposobach ograniczania jednorazowości i rewolucyjnych zmianach w prawie z Piotrem Barczakiem z EEB (European Environmental Bureau) i Joanną Kądziołka z Polskiego Stowarzyszenia Zero Waste dla OKO.press rozmawiał Stanisław Łubieński, autor m.in. "Książki o śmieciach".

Przeczytaj także:

„Nie ma dobrych i złych tworzyw sztucznych, są tylko dobre i złe zachowania konsumentów” - mówi w wywiadzie dla OKO.press Robert Szyman. Mam poczucie, że to zdanie wpisuje się w długą tradycję przerzucania na konsumentów odpowiedzialności za zaśmiecenie świata plastikiem. Już w latach 70. robiły to koncerny petrochemiczne (tworzywa powstają z ropy) w Stanach Zjednoczonych sponsorowaną kampanią „Keep America Beautiful”: „Ludzie zaczęli śmiecić, ludzie mogą przestać to robić”.

Piotr Barczak: To faktycznie stara śpiewka branży petrochemicznej. O tym, że będzie problem z przemysłem opartym na ropie było wiadomo od lat 70. Już wtedy decydenci z Exxon Mobile dysponowali raportami mówiącymi, że wydobycie ropy i jej spalanie będzie prowadziło do ocieplania planety i katastrofy ekologicznej.

Od kilkudziesięciu lat było wiadomo, że plastik zanieczyści oceany. Od początku wiadomo, że recykling jest niewydolny, koncerny sponsorują różne organizacje, które opóźniają reformy albo aktywnie zaprzeczają zmianom klimatu. Do płacenia za naprawę systemu się nie garną.

Naturalnie śmiecenie też zasługuje na krytykę. Konsumenci jednak nie muszą się znać na odpadach, nie wszyscy jesteśmy chemikami i zwyczajnie nie potrafimy ocenić jakie plastik przynosi zagrożenie dla środowiska.

Dlatego tak ważna jest rola regulatora, czyli instytucji państwowych. Do regulatora należy stworzenie przepisów, w myśl których producenci tworzyw będą wytwarzać ich mniej, a te wyprodukowane będą łatwiej poddawane recyklingowi. Gdyby nie regulacje na przestrzeni ostatnich lat, ciągle mielibyśmy w ścianach azbest, na dachu eternit, a w baku benzynę z ołowiem.

Joanna Kądziołka: Na marginesie polecam film „Kampania przeciwko klimatowi”, który opowiada właśnie o odpowiedzialności przemysłu za kryzys klimatyczny i zanieczyszczenia, a także jak wielkie koncerny ukrywały swoją odpowiedzialność.

Mam poczucie, że ogromny postęp ludzkości, który się dokonał w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat, to również zasługa tworzyw sztucznych. Kłopot polega jednak na tym, że w dużej części tworzywa służą do wytwarzania rzeczy jednorazowych, które służą przez chwilę. Zostaliśmy przyzwyczajeni do tej jednorazowości, a niechętnie rezygnujemy z wygody.

JK: Niestety tu dobrze widać konsekwencje braku edukacji. Czy znasz jakąś kampanię, która uświadamiałaby ludziom, jakie są konsekwencje bezmyślnego brania jednorazówek? Ludzie się nad tym nie zastanawiają, a nawet jeżeli czują, że to nie jest dobre, to i tak wolą iść na łatwiznę. Często myślę, że przydałyby się lekcje na ten temat w szkole.

PB: W Polsce edukuje się na temat segregowania odpadów, ale jak mówi raport Najwyższej Izby Kontroli, nie ma żadnych kampanii dotyczących zapobiegania powstawaniu śmieci. Zresztą nie tylko konsumenci potrzebują edukacji, w znacznie większym stopniu potrzebują jej producenci i decydenci, czyli władze krajowe czy lokalne. Konsument jest tylko jednym z ogniw tego łańcucha.

Problem z zanieczyszczeniem plastikiem zaczyna się na samym początku procesu produkcyjnego, a nie w momencie, kiedy ktoś wyrzuci butelkę w krzaki.

Konsument nie ma żadnego wpływu na warunki wydobycia ropy, na szczelność tankowców czy rurociągów, nie ma wpływu na przedostawanie się drobin plastiku, granulatu z zakładów produkcyjnych do środowiska. A na końcu –

nawet jeżeli konsument wyrzuci grzecznie plastik do żółtego worka, to najczęściej nie wie, że wbrew informacji na opakowaniu nikt go nie zrecyklinguje. Dlatego, że to zbyt skomplikowane, kosztowne i zwyczajnie nieopłacalne. To oczywiście nie jest jego wina, to wina producentów, że ich tworzywo jest trudne do przetworzenia i że mało kto korzysta z recyklatu.

Wiele trudnych plastików wysyłano do tej pory poza Europę, od tego roku to będzie niemożliwe (dzięki zmianom w konwencji bazylejskiej). Miejmy nadzieję, że to spowoduje rozwój lokalnej infrastruktury zbiórki i recyklingu tworzyw. Należy się też spodziewać, że więcej odpadów trafi do Polski jako kraju, który ma słabą legislację, kontrolę i nie radzi sobie z własnymi odpadami.

W tym roku wchodzi w życie dyrektywa ograniczająca rynek jednorazowych przedmiotów plastikowych. Mamy je zastępować bardziej ekologicznymi odpowiednikami. Jak to osiągnąć, szczególnie teraz, w epoce wynosów i wielkiej recydywy jednorazówek?

JK: O takich ekologicznych alternatywach można przeczytać w raporcie "Rethink Plastic Alliance i Break Free From Plastic". Tam jest na przykład propozycja, by opakowania, w których przechowuje się produkty z krótkim terminem przydatności, były wykonane z materiałów kompostowalnych. W wielu krajach inwestuje się w rozwiązania wielorazowe. W Szwajcarii działa na przykład firma reCIRCLE, która organizuje system opakowań wielokrotnego użytku - korzysta z nich już ponad 1300 restauracji.

W Polsce też powstają takie inicjatywy. Na przykład firma Nicknack robi wielorazowe kubki na eventy, za które wpłaca się kaucję. Takie naczynia wytrzymują setki cykli mycia. Firma chce robić kubki na kawę i pojemniki na jedzenie, ale narzeka, że państwo w żaden sposób nie wspiera ich rozwoju. Obecnie szukają funduszy na szczeblu lokalnym. Działa również firma Take!Cup, produkująca wielorazowe kubki na kawę. Kaucję za kubek możemy odzyskać u każdego partnera firmy. Oczywiście takie pozytywne inicjatywy są bardzo zagrożone przez pandemię, zamykanie się branży spożywczej czy imprez masowych.

Zwróćmy też uwagę, że świadomość ludzi jest coraz większa – informacja, że produkcja tworzyw sztucznych wzrośnie czterokrotnie do 2050 roku robi na ludziach wrażenie. Widzimy, że społeczeństwo zaczyna rozumieć potrzebę ograniczania.

Akcja Stowarzyszenia Zero Waste Polska, by kupować w kawiarniach czy barach napoje do własnego kubka zadziałała – dołączyło do niej około 600 punktów w całym kraju.

Chyba dyrektywa uderzająca w plastikowe jednorazówki jest bardzo nie po myśli branży. Robert Szyman mówi, że „zamiast promować produkty wielokrotnego użytku, skupiliśmy się na tworzywie, z jakiego wykonane są jednorazowe sztućce. Wycinanie drzew w Azji na potrzeby produkcji drewnianych sztućców tylko pogorszy stan środowiska”. Skąd ta wizja, że ta dyrektywa, która ma zahamować zaśmiecenie, przyczyni się do wylesienia Azji?

PB: Ten niepokój przemysłu bierze się stąd, że zmienia się trend konsumpcji sprzyjający do tej pory plastikowi i jednorazowości. A te historie o wycinaniu lasów to są clickbaitowe hasła, chodzi o postraszenie takim apokaliptycznym krajobrazem karczowanej dżungli, w której umierają orangutany. To są ważne tematy, ale drewno na jednorazowe sztućce w Europie nie pochodzi z Azji. Pochodzi z naszych lasów. To oczywiście nie jest idealne, ale ważne jeżeli chcemy trzymać się faktów, a nie manipulować.

Odwrót od jednorazówek nie polega na tym, że zestąpimy jeden materiał drugim, chodzi o to, by używać wielorazowych przedmiotów.

Klasyczna strategia przemysłu to takie właśnie odwracanie uwagi. Będą mówić o wycince lasów, ale nie wspomną o wojnach o złoża ropy, czy choćby o tym, jak w ubiegłym roku Chevron zalał ropą dżunglę w Ekwadorze. Takie katastrofy bardzo mocno dotykają lokalne społeczności, prowadzą do zatrucia źródeł wody i zanieczyszczenia gleby. Warto zauważyć, że Polska nie ma ropy, chyba że liczyć te historyczne szyby koło Jasła. Ropę musimy sprowadzać, a taki transport to dodatkowe emisje dwutlenku węgla i oczywiście niebezpieczeństwa wycieków.

Wiele opakowań na żywność jest jednorazowych. Czy planowane są ograniczenia dla opakowań wielomateriałowych, z którymi właściwie nic się nie da zrobić?

PB: Zapisy zmierzają do tego, by w 2030 roku nie było na rynku opakowań niezdatnych do ponownego użycia bądź recyklingu. Wcześniej Komisja Europejska przewiduje nałożenie minimalnych wymagań dla opakowań, czyli obowiązku lepszego projektowania, który nazywamy ekodizajnem. Będzie też sprzyjać wielorazowości, trwałości i takiemu projektowaniu, które umożliwia naprawę np. sprzętów AGD.

Warto wspomnieć o strategii „Od pola do stołu”, która kładzie duży nacisk na ograniczanie marnowania żywności, ale także ograniczanie opakowań w produkcji i dystrybucji żywności.

Ważnym elementem jest wspieranie lokalnego rolnictwa, a więc krótkich łańcuchów dostaw. To będzie sprzyjało wielorazowości.

Plastik i jednorazowe opakowania przez ostatnie kilkadziesiąt lat przyczyniły się do rozwoju globalnej dystrybucji żywności. Naprawdę łatwo jest zapakować produkty hermetycznie i przesłać nawet bardzo daleko. W przypadku bardziej lokalnych sieci zaopatrzenia, wielorazowe opakowania mogą wracać do producenta żywności, a to ograniczy emisje i zredukuje ilość odpadów. Mniej odpadów opakowaniowych to mniejsze koszty zbiórki i przetwarzania dla gmin. Ta strategia to czysty zysk dla lokalnych producentów i rolników, ale też samorządów i mieszkańców.

JK: Dobrym przykładem lokalności w działaniu są kooperatywy spożywcze. W Krakowie jest Farma Miejska, na której możesz sobie zebrać warzywa czy owoce. To jest niestety droższe i konkurencją dla takiego modelu jest tanie jedzenie z supermarketów, które przyjeżdża do nas na przykład z Hiszpanii. Dla ludzi wciąż liczy się cena, ale świadomość rośnie, rosną zarobki, miejmy nadzieję, że to kooperatywy są przyszłością.

Producenci często mówią, że ekologiczne opakowania są droższe i dlatego nikt nie pali się do tego, by je wprowadzać.

PB: W obecnym systemie ekonomicznym najtańsze są niestety nieekologiczne rozwiązania. Jeżeli doliczymy do kosztów opakowania na przykład konieczność ich kilkusetletniego składowania, albo emisję dwutlenku węgla ze spalania, to okaże się, że bardziej opłacalne jest opakowanie ekologiczne.

Tworzywa tylko pozornie są tanie, cenę za nie zapłacą przyszłe pokolenia.

Na szczęście od tego roku będzie obowiązywał podatek w wysokości 800 euro za tonę plastiku, który nie został poddany recyklingowi. Producenci będą się musieli przyłożyć, żeby tworzywo było zdatne i trafiało do recyklingu. Państwo będzie zobowiązane do ściągania tego podatku.

A odpowiadając trochę ironicznie, to tak - ochrona środowiska kosztuje, bo przecież najtaniej jest spalić śmieci w domowym piecu. Albo zakopać w ogródku. Ale lepsze projektowanie opakowań i przedmiotów codziennego użytku jest niezbędne, by ratować planetę. Ekologiczne opakowania staną się tańsze, jeżeli obejmie je modulowana opłata produktowa. Produkty wykonane bez dbałości o środowisko staną się wtedy droższe.

JK: Ekodizajn służy nie tylko temu by opakowania były bardziej przyjazne dla środowiska, ale też by jak najlepiej wykorzystać surowiec. To może ograniczyć ilość odpadów.

To chyba idą ciężkie czasy dla plastiku. Jak to się ma do opowieści, że plastik jest lepszy od szkła? W wywiadzie, który komentujemy, Robert Szyman sugeruje, że tworzywo PET przetwarza się łatwiej niż szkło.

JK: Tak, plastik jest lepszy, ale tylko kiedy wyjmiemy parę ważnych elementów z układanki. Robert Szyman zwraca uwagę, że szkło można przetopić w ogromnej temperaturze i jest to bardzo kosztowne energetycznie. To prawda. Ten argument ma sens, kiedy mówimy o jednorazowej, szklanej butelce.

Butelka plastikowa nie ma natomiast żadnej przewagi nad wielorazową butelką szklaną. Jeżeli zrobimy badania, które będą brały pod uwagę nieco więcej czynników – na przykład zubażanie zasobów, toksyczność, wpływ na klimat, czy środowisko morskie, to wnioski będą inne.

Raport Zero Waste Europe, Reloop i Uniwersytetu w Utrechcie, wyraźnie faworyzuje takie właśnie butelki. Wielorazowość drastycznie obniża emisje, a butelki po piwie w Niemczech napełnia się czterdziestokrotnie.

Kłopot jednak w tym, że w Polsce niewiele butelek szklanych jest wielorazowych – mamy np. jednorazowe butelki na piwo. To jest faktycznie bulwersujące.

PB: Rzeczywiście, ilość szklanych butelek wielorazowych spada, ale Komisja Europejska przewiduje wsparcie finansowe i legislacyjne, dla powrotu wielorazowych opakowań. Żeby była jasność, jeżeli branża tworzywowa wymyśli opakowania wielorazowe, które będą dobrą alternatywą, to my nie jesteśmy przeciwko.

JK: Myślę że w ostatnich latach temat zanieczyszczenia morza bardzo pomógł ludziom zrozumieć skale zjawiska i wszechobecność plastiku.

Co tydzień połykamy tyle tworzywa, ile waży karta kredytowa, mikroplastik znajduje się w śniegu i noszą go w sobie nawet ludzkie płody. To są wiadomości przerażające i to nie jest przypadek, że przedstawiciele branży nie chcą specjalnie ich komentować.

Najczęściej firmy zajmujące się produkcją tworzyw powołują się na badania LCA (Life Cycle Assesment), czyli badania cyklu życia, oparte ma modelach matematycznych. Wiele aspektów życia przedmiotów jest jednak niepoliczalnych. Bo jak wyliczyć wpływ rozpadającego się opakowania na środowisko morskie i jego wędrówkę w łańcuch pokarmowym do ludzkiego żołądka? Czy jest jakaś alternatywna metoda oceny wpływu na otoczenie?

PB: Life Cycle Assesment jak każde narzędzie wymaga umiejętności, by się nim posłużyć. Jak każde narzędzie może być użyte na różne sposoby. Możesz ominąć niektóre niewygodne dane, by potwierdzić swoją tezę. Inną metodą jest badanie Product Environmental Footprint, które jest jeszcze bardziej skomplikowane. Oba są wykorzystywane w analizach Komisji Europejskiej.

Pandemia wydaje się jest dobrym pretekstem do tłumaczenia słabych wyników zbiórki selektywnej.

PB: Wczesną wiosną 2020 branża odpadów była w panice, zwyczajnie zakłady bały się odbierać odpady, nie było jasne, jak rozprzestrzenia się wirus. Apelowano, aby anulować obowiązek selektywnej zbiórki, ale Komisja Europejska odmówiła.

Ten niepokój był w dużym stopniu zrozumiały, nie wiedziano jak wirus się przenosi, nie było badań, że wektorem transmisji jest przede wszystkim człowiek, a nie przedmioty (chociaż na tworzywach i metalu może przetrwać dłużej). Obawiano się, że pracownicy firm odbierających śmieci zaczną chorować, trzeba będzie zamykać zakłady i po prostu zasypią nas śmieci. Kilka gmin zrezygnowało z selektywnej zbiórki, wszystkie śmieci trafiły do zakładów mechaniczno-biologicznego przetwarzania odpadów (przez które przechodzą śmieci zanim trafią na wysypisko). Zmieszane odpady zatkały te instalacje, a ich poziom zanieczyszczenia był taki, że praktycznie nie dało się z nich odzyskać materiałów.

JK: Covid-19 to był w gruncie rzeczy wygodny pretekst, by znieść obowiązek recyklingu 50 proc. odpadów komunalnych. Ta sytuacja wynika z wieloletnich zaniedbań. Cały system wymaga gruntownej reformy. Ale zaraz już nie będzie wygodnych usprawiedliwień, kary za nieosiągnięcie poziomów recyklingu, które nałoży na nie Unia mogą wynieść nawet miliard złotych w skali kraju.

Stąd chyba ta presja, by budować spalarnie. Otacza nas mnóstwo śmieci i poszukuje się prostego wyjścia z sytuacji. Co sądzicie o spalarniach?

JK: Jesteśmy bardzo krytyczni wobec idei spalarni. Paweł Głuszyński, ekspert w tej kwestii, zwraca uwagę, że władze próbują się pozbyć odpadów, a nie szukają sposobu, by ograniczać ich ilość, czy inwestować w lepszy recykling. Najprostsze wydaje się zbudowanie spalarni i problem sam zniknie.

Wypełnianie zobowiązań co do zbiórki i recyklingu, minimalizowanie emisji i konieczność wdrażania Gospodarki o Obiegu Zamkniętym powodują, że powinniśmy protestować przeciw spalarniom. One tylko zacementują obecny stan, a koszty niewywiązania się ze zobowiązań zapłacimy my – mieszkańcy.

Spalarnie są plastikożerne, żeby podtrzymać temperaturę w piecu, wymagają wysokiej kaloryczności odpadów. Spalanie tworzyw przy rosnących progach zbiórki to będzie czyste marnotrawstwo surowca.

Paweł Głuszyński mówi, że w Polsce do recyklingu trafia niecałe 20 proc. odpadów, tymczasem w 2020 roku powinniśmy osiągnąć 50 proc. Niestety, rząd i odpowiedzialne ministerstwo bardzo niewiele robią, by te wyniki się poprawiły.

PB: Spalarnie są bardzo drogie i sprawa wydaje się łatwa tylko, kiedy gmina zdobędzie finansowanie z zewnątrz – np. z Unii Europejskiej. Inwestycja amortyzuje się przez 20-30 lat. Ale nie będzie już na to unijnych pieniędzy, ponieważ taki sposób zagospodarowania śmieci uważa się za szkodliwy dla środowiska. Niewykluczone, że spalarnie będą też płacić podatek za ogromne emisje dwutlenku węgla, które generują. Niestety, trzeba pracować nad lepszą zbiórką i to jest do zrobienia. Są przykłady gmin we Włoszech i Słowenii, gdzie w ciągu kilku lat podniesiono dwukrotnie wyniki selektywnej zbiórki.

Pamiętajmy też, że spalone nie znika, tylko zmniejsza masę o 75 proc. i zamienia odpady w chmurę dwutlenku węgla i innych szkodliwych gazów. Dla przyszłych pokoleń Polaków pozostają popioły i żużle, które są trudnym, niestabilnym odpadem i muszą mieć specjalne miejsca do składowania.

Nawet Dania, kraj który słynie ze spalania śmieci, ma 23 spalarnie i w najbliższych latach planuje zamknięcie 7.

Czy recykling może być perpetuum mobile i każdy materiał może wracać w obiegu zamkniętym?

JK: Szymon Dziak-Czekan, szef Stowarzyszenia Polski Recykling mówi, że branża jest w fatalnym stanie. Wiele firm się zamknęło, branża recyklingu jest w takim kryzysie, że nie wiadomo czy w ogóle przetrwa. Powodem jest bardzo niska cena ropy na rynkach, a więc bardzo tanio jest produkować nowy plastik. Materiał z recyklingu jest teraz droższy, a przecież taka sytuacja w ogóle nie powinna mieć miejsca.

Niestety, to znowu wina rządu, który nie śpieszy się z potrzebnymi decyzjami, jak chociażby podniesieniem opłat za wprowadzanie tworzyw sztucznych na rynek.

W tym momencie producenci płacą 0,6 euro za tonę - dla porównania w Czechach to 206, w Hiszpanii 377, w Austrii 610 euro. Z tych pieniędzy finansowana jest lepsza zbiórka. Ciągle też nie możemy się doczekać wprowadzenia systemu kaucyjnego. Producenci tworzyw nie ponoszą praktycznie żadnej odpowiedzialności za to, co wprowadzają na rynek. Kto ponosi? Nie tylko konsumenci, którzy kupują bezsensowne opakowania i jednorazówki, ale my wszyscy. Bo wszyscy płacimy za odbiór odpadów.

PB: Włochy, Hiszpania i Austria planują dodatkowy podatek dla nowego plastiku wprowadzanego na rynek. Czyli nie na końcu, a na samym początku łańcucha.

Stale pojawiają się nowe pomysły, co nas uratuje. Ostatnio ciągle słyszę o recyklingu chemicznym, czy on jest realną alternatywą dla tego tradycyjnego?

PB: Kłopot w tym, że on wymaga dużo energii – szczególnie w przypadku trudnych tworzyw i zanieczyszczonych. Recykling chemiczny to ma być wunderwaffe, lek na całe zło i usprawiedliwienie dla zalewania rynku plastikiem w jeszcze większych ilościach. Nakręcanie hype'u wokół recyklingu chemicznego ma sprawić, że znowu przestaniemy się przejmować nadmierną produkcją tworzyw.

Słowem trzeba zachować dystans wobec tych nowych pomysłów.

JK: Do tej grupy rewolucyjnych rozwiązań można dopisać też bajkę o specjalnych bakteriach zjadających plastik. Media to podchwytują, ale nikt nie myśli chociażby o tym, jaki to będzie miało wpływ na inne organizmy.

Jedynym, skutecznym sposobem jest zakręcenie kurka z plastikiem, przemysł się przed tym broni i inwestuje w różne inicjatywy.

Na przykład start-upy sprzątające oceany. Renew Oceans start-up finansowany przez największe giganty petrochemiczne - Shella, Exxon, Chevron i Dow - właśnie się rozwiązał. Jego technologia, która miała przechwytywać plastik z Gangesu zwyczajnie nie działała. Za to dobrze wyglądała na zdjęciach. Warto zwrócić uwagę, że takie piarowe akcje niewiele kosztują, bo koncerny wydają na te cele miliony, żeby bez przeszkód zarabiać miliardy na produkcji nowych tworzyw. To jest czysty greenwashing.

Jedyne prawdziwe, skuteczne rozwiązanie to inwestowanie w wielorazowość, naprawialność i powolne odchodzenie od plastiku.
;
Stanisław Łubieński

Dziennikarz, publicysta i pisarz. Autor książek "Pirat stepowy", "Dwanaście srok za ogon" (nominacja do Nagrody Literackiej "Nike" 2017) i "Książki o śmieciach". Pisze m.in. do "Wyborczej" i "Tygodnika Powszechnego"

Komentarze