Sprawy obronne są zawsze związane z ryzykiem. Najczęściej myślimy o tym, jak na nasze działania odpowie przeciwnik. Do tego musimy jednak dodać teraz „czynnik amerykański”. Co będzie, jeśli Amerykanie z ekipy Trumpa nie dotrzymają umów zbrojeniowych? Czy mogą nam „wyłączyć” sprzedany już sprzęt? Co z amunicją? częściami zamiennymi?
Na zdjęciu: polskie F-16 na defiladzie 15 sierpnia 2025 r. Fot . Robert Kowalewski / Agencja Wyborcza.pl
Rynek uzbrojenia, o czym warto pamiętać, jest rynkiem specyficznym i daleko mu do zasad wolnorynkowych.
Przede wszystkim jest on ściśle regulowany – do tego stopnia że władze państwowe w ogóle decydują, czy dany podmiot ma prawo produkować uzbrojenie, jego części lub sprzęt wojskowy, a także kto ma prawo takowy asortyment nabywać. Przy czym podstawowym odbiorcą zawsze są siły zbrojne, w drugiej kolejności – inne służby państwowe takie jak policja czy straż graniczna, a rynek cywilny jest niszą. Podobnie zmienia się także zakres asortymentu oferowanych dla poszczególnych odbiorców wyrobów.
Przykładowo w zakresie pojazdów opancerzonych siły zbrojne mogą kupowaćczołgi, działa samobieżne, bojowe wozy piechoty, transportery opancerzone, pojazdy inżynieryjne. Policja kupuje mniej – przede wszystkim pojazdy dla oddziałów specjalnych (jak nasze pododdziały kontr terrorystyczne czy amerykańskie oddziały SWAT). Na rynku cywilnym, jeśli ktoś potrzebuje samochodu opancerzonego, to bankowozu, ewentualnie opancerzonej limuzyny. Rynek kolekcjonerski i muzealny jest jeszcze mniejszą niszą i rynkiem wtórnym. Obejmuje pojazdy wycofane z wojska i pozbawione zdolności bojowych.
Natomiast broń palna, czyli asortyment, który przede wszystkim przeznaczony jest dla służb policyjnych i podmiotów cywilnych, i tak podlegająca regulacjom. Pozostaje też w cieniu wielkich zamówień.
Dla przykładu, Bundeswehra zawarła niedawno ramową umowę na dostawy pistoletów. Maksymalna liczba zakupionej broni może wynieść 203 tysiące sztuk za cenę 65 milionów euro. Zakup dwudziestu myśliwców Eurofighter to 3,75 miliarda euro. Z kolei Polska niedawno zawarła dużą umowę na 45 tysięcy karabinków, 13 tysięcy pistoletów i ponad tysiąc granatników – co pozwala z naddatkiem uzbroić dwie dywizje piechoty. Kontrakt opiewa na sumę ponad miliarda złotych. Umowa na same samoloty F-35 (bez uzbrojenia) z 2020 r. opiewała na 17,8 miliarda złotych
Podobnie sytuacja wygląda na rynku nielegalnym, gdzie przedmiotem obrotu z reguły jest właśnie broń strzelecka oraz inne lekkie (przenośne) środki walki – a nie czołgi czy myśliwce.
Nabycie broni, zwłaszcza skomplikowanej – a taką są choćby samoloty bojowe czy systemy obrony przeciwlotniczej – nie jest bowiem nabyciem tylko i wyłącznie produktu, nawet drogiego i skomplikowanego, czy produkowanego w dużej liczbie. Aby broń mogła zostać efektywnie wykorzystana, potrzebna jest choćby amunicja. O ile do pistoletu strzelającego popularnym nabojem 9mm Parabellum można załadować każdy nabój spełniający standardy dla tej amunicji, niezależnie od producenta, to w przypadku choćby myśliwców czy wyrzutni rakietowych sprawa się komplikuje.
Przede wszystkim bomba czy rakieta musi dać się fizycznie połączyć z nosicielem – a więc załadować na wyrzutnie czy podwiesić pod samolotem. Trzeba zapewnić kontrolowane odpalenie uzbrojenia. Jeśli zaś mowa o broni kierowanej, to sytuacja komplikuje się jeszcze bardziej – urządzenia celownicze i sterowania zarówno nosiciela jak i pocisku muszą się wzajemnie „widzieć” i współpracować.
To oznacza, że sposób uzbrojenia samolotu ograniczają założenia producenta.
W najlepszym razie może być standaryzowana w ramach państw sojuszniczych – i najczęściej dotyczy ona właśnie uzbrojenia najprostszego, jak amunicja do działek, bomby czy rakiety niekierowane.
Z tego powodu, gdy weszliśmy do NATO, używaliśmy samolotów radzieckiej produkcji – bo przenosiły one skonstruowane w ZSRR uzbrojenie. Nie dało się tak po prostu pod Su-22 czy MiG-29 podwiesić amerykańskiej bomby Mk82 zamiast radzieckiej FAB250. Nie zdecydowano się na modernizację, choćby z powodu kosztów. Takie rozwiązanie Ukraińcy przetestowali jednak podczas pełnoskalową wojny z Rosją. Wówczas samoloty produkcji radzieckiej zostały dostosowane do przenoszenia niektórych zachodnich typów rakiet i bomb kierowanych.
Podobnie w przypadku obrony przeciwlotniczej, choć proponowano rozwiązania polegające na adaptacji radzieckich wyrzutni do odpalania zachodnich rakiet, na przykład wyrzutni Kub do amerykańskich Sea Sparrow – to dopiero podczas wojny pełnoskalowej w Ukrainie pojawiły się zestawy określane zbiorczo jako „FrankenSAM”, łączące poradzieckie wyrzutnie z amerykańskimi rakietami.
Z zasady jednak konwersje tego rodzaju mają miejsce w sytuacjach szczególnych, najczęściej właśnie zmiany sojuszy czy wręcz przejęcia sprzętu zdobycznego. Samolot czy okręt kupuje się już przystosowany do używania określonych typów uzbrojenia. Jeśli zaś klient oczekuje rozszerzenia pakietu, na przykład o własnej produkcji pociski – wymaga to integracji nowej broni z nosicielem. A wiec zgody dostawcy oraz pokrycia kosztów takiego procesu. Analogicznie sytuacja wygląda z całym kosztem eksploatacji. To producent (i państwo, w którym ma siedzibę) kontroluje dostawy części zamiennych. Te zaś najczęściej produkowane są przez jednego poddostawcę.
Z reguły zgoda producenta ( i jego, oczywiście odpłatny udział) jest niezbędny, by dokonać modyfikacji czy modernizacji, a więc zmian lub unowocześnienia sprzętu. Oprócz samych kwestii prawnych, istotne znaczenie mają sprawy techniczne. Trudno jest bowiem bez współpracy z producentem wymienić ważny element (np. radar) czy rozbudować system uzbrojenia o nowe części.
Finalnie, często państwo będące producentem zapewnia także pakiet szkoleniowy – wstępny, lub też długotrwały.
Ten rodzaj uzależnienia długo nie był dla Europy problemem. Przeciwnie, korzystanie z amerykańskich dostaw miało szereg zalet.
Oczywiście taka „złota klatka” oznaczała jednak zostawianie ogromnych pieniędzy w amerykańskim budżecie, stąd też w czasie zimnej wojny Europa nie pozbyła się własnego przemysłu zbrojeniowego. A „kontrakt stulecia” – czyli zakup F-16 przez grupę państw europejskich w latach 70. – wiązał się z ofertą współpracy przemysłowej, włącznie ze stworzeniem linii montażowych myśliwców w europejskich zakładach. Taka współpraca miała swój dalszy ciąg – F-35 powstał w ramach programu międzynarodowego.
Obecnie, wraz z każdą tyradą Trumpa, zaufanie w relacjach transatlantyckich słabnie. Zasadne jest wiec postawienie pytania:
co się stanie w razie osłabienia więzi sojuszniczych?
Co jeśli Amerykanie nagle ograniczą dostawy, lub zażądają dużo wyższych cen albo ustępstw politycznych? W tle oprócz bieżącej polityki jest także długotrwała ewolucja polityki USA, a zwłaszcza zwiększenie zaangażowania na Pacyfiku kosztem Europy, lub ograniczenie aktywności międzynarodowej w ogóle. Także sytuacja wewnętrzna może sprawić, że Amerykanie zajmą się rozwiązywaniem wewnętrznych kryzysów a sprawy międzynarodowe zejdą na dalszy plan.
Gdy mowa o uzbrojeniu kupowanym w Stanach Zjednoczonych, pierwszym scenariuszem, który przychodzi na myśl, jest ten najbardziej spektakularny. Zakłada on groźbę zdalnego wyłączenia uzbrojenia, uczynienia go niezdatnym poprzez wpisanie polecenia na komputerze w Pentagonie.
Jest to zarazem scenariusz najmniej dziś prawdopodobny. O ile współczesne uzbrojenie jest często zależne od poprawnej pracy komputerów, to wbudowanie w sprzęt luki pozwalającej na zdalną ingerencję byłoby niebezpieczne. Mógłby to przecież wykryć i wykorzystać przeciwnikpodczas konfliktu zbrojnego.
Możliwe są jednak inne scenariusze.
Im bardziej bowiem skomplikowany i bardziej nasycony elektroniką sprzęt, tym istotniejsze jest znaczenie systemów komputerowych wspomagających jego eksploatację.
W przypadku samolotów F-35 są to systemy wspomagania logistyki i eksploatacji – starszy ALIS i nowszy ODIN. Oraz systemy planowania misji (Mission Data Files).
Pierwsze dwa wspomagają bieżącą eksploatację. Chodzi o ciągłe zbieranie informacji o pracy podzespołów poszczególnych maszyn, co w założeniu pozwala efektywnie planować prace obsługowe czy zamawiać na czas części zamienne. Te dane dają oczywiście wgląd w to, jak wykorzystywane są samoloty – co może być wykorzystane do szpiegowania sojuszników.
Z kolei system MDF pozwala generować dane na potrzeby planowania misji bojowych, zwłaszcza uzupełniając je o znane informacje na temat przeciwnika (na przykład charakterystyki pracy radarów rosyjskich czy chińskich).
Plik te generowane są w Stanach Zjednoczonych i według dostępnych informacji, generowane są w różny sposób dla różnych państw.
To kolejny czynnik ryzyka.
Zależność od takich systemów – czy po prostu od konieczności „zwykłej” aktualizacji oprogramowania – może więc zostać wykorzystana w sposób nieprzyjazny. Możliwe jest, że pliki generowane przez Amerykanów będą tworzone w sposób celowo ograniczający możliwość wykonywania określonych zadań. Na przykład będą przewidywać tylko zadania defensywne i nie pozwolą na operacje na terytorium Rosji.
Nie trzeba do tego nawet samej ingerencji w oprogramowanie, po prostu samoloty nie dostaną określonych plików. Można sobie także wyobrazić, że w razie pogorszenia relacji USA z Europą, niektórzy użytkownicy otrzymaliby aktualizację ze szkodliwymi elementami.
To nie jest jednak potrzebne – odczulibyśmy już samo wstrzymanie dostępu do wsparcia amerykańskiego. Uzbrojenie byłoby z czasem coraz mniej efektywne. Misje bojowe byłyby coraz bardziej ryzykowne, gdyż bazy danych nie byłyby aktualizowane. To tak jak z korzystającym z internetu komputera, którego oprogramowanie nie jest na bieżąco aktualizowane.
Brak wsparcia byłby odczuwalny także w inny sposób. Zatrzymanie dostaw części zamiennych spowodowałoby, że samoloty i czołgi mogłyby być eksploatowane tylko do wykorzystania istniejącego zapasu. Potem pozostałaby kanibalizacja, a więc wymontowywanie części z innych maszyn. Można byłoby jednak szukać komponentów w innych państwach. Pula do wzięcia byłaby ograniczona. A kraje te mogłyby być objęte amerykańską decyzją o wstrzymaniu wsparcia. A gdyby nie – to mogłyby się obawiać amerykańskiej reakcji, w razie gdyby takiej pomocy udzieliły.
Innym czynnikiem ryzyka jest blokada dostaw amunicji. Może ona polegać na odmowie sprzedaży lub przesunięciu w czasie terminu dostaw. Uzasadnieniem mogłoby być – tak jak w czasie obecnej wojny z Iranem – pierwszeństwa dostawom dla własnych wojsk. Znaczne zużycie pocisków systemu Patriot (PAC-3) w konflikcie z Iranem oznacza, że może wystąpić poważny problem z dostawami tych pocisków dla Polski. A w roku 2023 podpisano umowy na dostawy rakiet dla drugiej fazy programu Wisła – czyli sześciu baterii Patriot, dopełniających dwie zamówione wcześniej. I w ramach tych umów znalazła się ta, dotycząca rakiet. Pociski w liczbie ponad 600 mają zostać dostarczone w latach 2026-2029 Może się więc okazać, że dostaniemy przeciwlotnicze zestawy rakietowe – ale bez rakiet…
Jeśli zaś sytuacja w obszarze Azji Wschodniej i Pacyfiku pogorszy się i dojdzie do wojny Chin z USA (choćby o Tajwan), to dostawy dla Europy ustaną lub będą niewielkie. Co gorsza, już teraz pojawiły się informacje, że Amerykanie dostarczą Japonii zamówione przez nią pociski Tomahawk z opóźnieniem. Z powodu wojny z Iranem chcą najpierw uzupełnić swoje zapasy.
Oznacza to, że nasze zapasy uzbrojenia będą mniejsze niż powinny być. Co gorsza Rosjanie mogą być tego świadomi i podjąć decyzję o użyciu siły lub zaostrzyć groźby jej użycia.
Innym powodem ograniczenia dostaw może być prawdziwy lub nie argument – choćby „problemy techniczne”. Taki nacisk może być szczególnie bolesny w sytuacji, gdy dane państwo nie ma jeszcze zapasu uzbrojenia lub też doszło do jego zużycia podczas konfliktu zbrojnego. W przypadku wojsk lądowych sytuacja była by jeszcze do uratowania. Zakupione w USA czołgi Abrams potrzebują amunicji czołgowej 120mm oraz karabinowej 12,7 i 7,62mm. Wszystkie trzy typy są standardową amunicją NATO i amerykański przemysł nie ma na nią monopolu.
Z uzbrojeniem choćby samolotów myśliwskich F-16 czy F-35 sytuacja wygląda gorzej. Ich podstawową broń do walki powietrznej, czyli pociski AIM-120, produkują jedynie Amerykanie. Wówczas pomocy mogłyby nam udzielić państwa mające zapas tych pocisków. Tak było w przypadku Ukrainy. Trzeba jednak pamiętać, że Ukraina miała szczęście. Dostawała broń albo z nadwyżek państw sojuszniczych. Albo bez nadwyżek – bo sojusznicy uznali, że skuteczna obrona ukraińska da im czas na uzupełnienie luk w sprzęcie. W razie konfliktu w Europie i wycofania się USA – takiego szczęścia możemy nie mieć. Bo na przykład wszystkie państwa NATO będą potrzebowały danego typu rakiet.
Ostatnim elementem jest proces szkolenia. Zerwanie współpracy w tym zakresie nie przynosi odczuwalnych skutków od razu. Można próbować prowadzić szkolenia z własną kadrą instruktorską w kraju lub w sojuszniczym państwie (o ile taka kadra jest). Mogą jednak pojawić się tu ograniczenia, których nie da się obejść.
Czy można próbować przezwyciężyć inne, wspomniane wcześniej czynniki ryzyka?
Jedną z opcji jest dążenie do zbudowania jak największych własnych zapasów amunicji i części zamiennych. To mogłoby przynajmniej zmniejszyć konsekwencje hipotetycznego ograniczenia czy wręcz zerwania relacji sojuszniczych. Jest to jednak rozwiązanie kosztowne. Ponadto realizacja zamówienia zajmuje czas. Przykładowo, w roku 2025 Polska zamówiła w USA partię 200 pocisków AIM-120D z czasem dostawy w latach 2030-31. A w roku 2024 – 445 pocisków AIM-120C z dostawą w latach 2029-33.
Można jednak poszukiwać alternatyw. Niektóre już są dostępne, przykładowo europejski pocisk powietrze-powietrze Meteor obecnie przechodzi proces integracji z F-35. Gdyby polskie myśliwce mogły używać takich pocisków – istniałoby alternatywne źródło zaopatrzenia w środki walki. Celowe jest więc dążenie, aby kupowany i już kupiony sprzęt amerykański był przystosowany do innych niż tylko amerykańskie pocisków, bomb i rakiet. Oczywiście wymagać to może wysiłku negocjacyjnego, jak również nakładów finansowych.
Mogą też pojawić się inne problemy.
Na przykład zamówione przez Polskę śmigłowce Apache wykorzystują amerykańskie pociski AGM-114 oraz AGM-179. Mogą jednak używać pocisków Spike NLOS – armia amerykańska przeprowadziła testy ich integracji, a taką zdolność zaprezentowano na polskim poligonie.
Problem? Pociski Spike są bronią izraelską. Alternatywą, choć wymagającą integracji z zamówioną przez Polskę wersją śmigłowców są pociski Brimstone produkcji brytyjskiej. Niestety przy okazji zamówienia przegapiono szansę, by doprowadzić do uzbrojenia śmigłowców w pociski przeciwlotnicze Piorun – wraz z Apache kupujemy amerykańskie Stingery. Jest to o tyleż istotne, że może się okazać ze jedną z ważniejszych misji śmigłowców bojowych będzie zwalczanie dronów – a więc zapotrzebowanie na broń przeciwko nim będzie istotne.
Gdyby wydarzyło się najgorsze, istnieją jeszcze inne opcje – choć tutaj wkraczamy już w sferę właściwą powieści political fiction (z drugiej strony, czyż nie tak wygląda obecna polityka USA?).
Są bowiem znane przypadki, gdy użytkownikami amerykańskiego uzbrojenia okazywali się przeciwnikami USA. Takim państwem jest Iran, który za czasów szacha importował znaczne ilości sprzętu, w tym ówczesną supertechnikę lotniczą – myśliwce F-14. Mimo embarga, udało się utrzymać niewielką część ich floty – z 79 dostarczonych do 2024 zachowało się dziesięć maszyn. Przez ten czas zdołano jednak wykorzystać je bojowo podczas wojny iracko-irańskiej a później próbowano uzbrajać je w miejscowe kopie pocisków Phoenix i Hawk.
Można bowiem, posiadając własny przemysł zbrojeniowy, próbować przynajmniej utrzymywać w służbie posiadane samoloty, śmigłowce czy inny sprzęt, stosując rozwiązania improwizowane i doraźne. Ich wadą będzie zawsze tymczasowość i ograniczenie zdolności tak modyfikowanego sprzętu (na przykład ograniczenie asortymentu przenoszonego uzbrojenia). Ale, zwłaszcza w sytuacji kryzysowej, najważniejszą zaletą jest to, że w ogóle są. Lepszy bowiem jest sprzęt mający 30% pierwotnych możliwości niż żaden. Pokazała to zwłaszcza obrona Ukrainy w czasie pełnoskalowego najazdu Rosji.
To oczywiście ostateczność. Rozwiązanie do wykorzystania w przypadku zbiegu dwóch nieszczęć: zerwania więzi Europy z USA (np wyjścia Amerykanów z NATO) oraz wybuchu konfliktu zbrojnego.
Bardziej optymistycznym rozwiązaniem – pryz założeniu, że mamy czas na jego zastosowanie – jest dywersyfikacja umów. Wiele rodzajów sprzętu amerykańskiego ma swoje europejskie odpowiedniki. Są także obszary, w których silny jest polski przemysł obronny. Wykorzystanie tych atutów, by ograniczyć ryzyko związane z trudną do przewidzenia polityką amerykańską, jest racjonalnym kierunkiem naszej polityki obronnej.
Adiunkt w Instytucie Studiów Międzynarodowych Uniwersytetu Wrocławskiego, zajmuje się problematyką bezpieczeństwa narodowego, w szczególności zagrożeń hybrydowych, militarnych oraz kultury strategicznej Polski. Autor książki "Ewolucja Sił Zbrojnych Rzeczypospolitej Polskiej w latach 1990-2010 w kontekście kultury strategicznej Polski" (2022), stały współpracownik magazynu „Frag Out” członek Polskiego Towarzystwa Bezpieczeństwa Narodowego
Adiunkt w Instytucie Studiów Międzynarodowych Uniwersytetu Wrocławskiego, zajmuje się problematyką bezpieczeństwa narodowego, w szczególności zagrożeń hybrydowych, militarnych oraz kultury strategicznej Polski. Autor książki "Ewolucja Sił Zbrojnych Rzeczypospolitej Polskiej w latach 1990-2010 w kontekście kultury strategicznej Polski" (2022), stały współpracownik magazynu „Frag Out” członek Polskiego Towarzystwa Bezpieczeństwa Narodowego
Komentarze