„SS też nosiło na mundurach hasło »Gott mit uns«” – mówi ks. prof. Adam Świeżyński, komentując porównywanie się prezydenta USA do Jezusa. Na linii Donald Trump – Leon XIV iskrzy tak, że Waszyngton już nawet groził papieżowi – zauważa prof. Arkadiusz Stempin
Donald Trump jako Mesjasz, sam Jezus Chrystus – w białej szacie i czerwonym płaszczu pochyla się nad chorym, z jego rąk wystrzeliwują świetliste promienie, sugerujące boską moc, a nad nim żołnierze unoszący się na niebie niczym anioły. Wokół klęczący lud, a nad głową powiewająca amerykańska flaga.
Taką grafikę, stworzoną przez AI, zamieścił prezydent USA na swoim koncie w Truth Social, czym wywołał nie tylko oburzenie, ale wręcz szok, choć wydawało się, że do tego drugiego już nie jest zdolny – świat przywykł, że amerykański prezydent potrafi przekraczać nieprzekraczalne granice.
To była zresztą reakcja prezydenta USA na dezaprobatę wobec wojny w Iranie, jaką wyraził publicznie papież Leon XIV. Trump najpierw przyznał, że zrobił to obejrzeniu programu w telewizji, w którym usłyszał o krytyce papieża. Potem jednak dość niemądrze się tłumaczył, że zupełnie nie wiedział, że to tak oburzy świat i nie wiedział, że grafika ta będzie interpretowana, jakoby Trump wcielił się w Jezusa. Podał ją dalej w mediach społecznościowych dlatego, że myślał, że jest tam przedstawiony jako lekarz Czerwonego Krzyża.
„Ja jako lekarz mam pomagać ludziom. I rzeczywiście pomagam ludziom. Sprawiam, że ludziom robi się o wiele lepiej” – dodał.
Ale ta dziwaczna interpretacja niewiele zmienia, bo to nie pierwszy raz, kiedy Donald Trump próbuje ocierać się o boskość.
Zaledwie przed Wielkanocą, podczas uroczystości w Białym Domu, Paula White-Cain – duchowa doradczyni prezydenta USA, porównała go z Jezusem, a jej słowa ewidentnie spodobały się gościom, wywołując entuzjazm. Sam Trump zresztą lubi powtarzać, że „Bóg jest z niego dumny”.
A teraz jeszcze ten obrazek. Riley Gaines, była pływaczka akademicka, która stała się znana na całym świecie jako aktywistka występująca przeciwko udziałowi transpłciowych kobiet w konkurencjach sportowych dla kobiet, a która pojawiała się na wiecach Trumpa, udzielając mu poparcia, napisała, że zupełnie nie może zrozumieć, dlaczego Donald Trump opublikował to zdjęcie. „Czy on naprawdę tak myśli?" – pytała.
No właśnie, czy Donaldowi Trumpowi naprawdę wydaje się, że jest Synem Bożym?
„Jeżeli Donald Trump naprawdę myśli, że jest Bogiem albo Synem Bożym, to znaczy, że mamy do czynienia z przypadkiem chorobowym. Oczywiście wykluczyć się tego nie da, ale wydaje mi się, że jest to jednak świadome działanie. Aby stworzyć wrażenie, iż sposób działania prezydenta USA, jego decyzje, mają głębsze znaczenie i bardziej dalekosiężne skutki, niż może się to wydawać włącznie ludzkiej perspektywy. By stworzyć wrażenie, że za tymi decyzjami stoi jeszcze większa siła niż siła ludzka, czyli mówiąc wprost – Bóg” – mówi OKO.press ks. Adam Świeżyński, filozof, profesor Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie.
„Przepraszam, że użyję tego porównania i podkreślam konieczność zachowania pewnych proporcji, ale jak wszyscy wiemy, żołnierze SS mieli na naszywkach swoich mundurów hasło »Gott mit uns«. Teraz mamy do czynienia z tym samym mechanizmem. Też instrumentalnie używa się Boga i religii, żeby uwiarygodnić swoje działania i nadać im dodatkowego znaczenia” – dodaje.
Przy czym, zdaniem ks. prof. Świeżyńskiego, ten przekaz adresowany jest przede wszystkim do kręgów – ogólnie mówiąc – chrześcijańskich w Stanach Zjednoczonych, a nie do całego świata. Trump jego zdaniem wszystko to mówi na użytek lokalny i to dla pewnego specyficznego kręgu chrześcijan typowego dla USA. „Myślę, że po tych wypowiedziach wobec papieża i na temat papieża, mało kto z katolików przyjmie narrację, że oto Trump jest narzędziem Boga” – uważa ks. prof. Świeżyński.
Jednak, mimo że przekaz jest lokalny, to jednak ma kontekst międzynarodowy. W Iranie przecież walczą żydzi i muzułmanie. Donald Trump postanowił więc zaprząc do tego chrześcijaństwo.
„To jest strategia znana od dawna, bo odniesienia religijne są bardzo silnym katalizatorem ludzkich emocji, a jednocześnie uwiarygadniają podejmowane działania. Więc czysto instrumentalne wprzężenie religii w działania wojenne (co skądinąd jest zupełnym absurdem, zwłaszcza jeśli chodzi o chrześcijaństwo) ma stworzyć wrażenie, że ta walka toczy się o coś więcej niż o ropę, dolary i utrzymanie się przy władzy, bo niby walczymy o kwestie najwyższe, a może wręcz o przetrwanie środowisk religijnych rzekomo zagrożonych ze strony przedstawicieli innych religii” – uważa ks. prof. Adam Świeżyński.
W działaniu Donalda Trump w gruncie rzeczy nie ma nic nieracjonalnego. Pytanie tylko, do czego nas to zaprowadzi?
Na pewno nie do pokoju – uważa ks. prof. Świeżyński – skoro użycie argumentu religijnego z przeciwnika robi wroga, który czyha na to, co jest najdroższe i najświętsze w naszym życiu. A przecież takie zagrożenie trzeba koniecznie zneutralizować i użyć do tego wszelkich możliwych środków, w tym, jak powiedział Trump: „zniszczyć ich cywilizację”.
Niszczenie cywilizacji – ani tej, ani zapewne każdej innej – nie podoba się jednak papieżowi Leonowi XIV, czemu dał wyraz. Konflikt prezydenta USA i papieża Leonem XIV nie zaczął się jednak teraz i nie z powodu jednej grafiki w social mediach.
„Jeszcze przecież przed Wielkanocą (styczeń '26) do Pentagonu, nie do Sekretariatu Stanu, został wezwany nuncjusz amerykański w Waszyngtonie kard. Chrisophe Pierre. Spotkał się z wiceministrem wojny, Elbridgem Colby, nr 3 w departamencie obrony – notabene katolikiem z rodzinnego domu, nie konwertytą – i został zrugany. Powód: wrogie wobec Trumpa noworoczne przemówienie papieża Leona do korpusu dyplomatycznego w Watykanie z przekazem pokojowym” – mówi OKO.press prof. Arkadiusz Stempin, historyk, politolog i watykanista, prof. na Uczelni Korczaka w Warszawie i Uniwersytecie we Freiburgu.
Wyjaśnia, że z przecieków z tego spotkania wynika, że przywołano kardynałowi historię „niewoli awiniońskiej” papiestwa z XIV w. Wtedy król francuski Filip IV Piękny trzymał papieża na krótkiej smyczy, na zamku we francuskim Awinionie. „Jednym słowem, zorganizowano nuncjuszowi pokaz siły i użyto gróźb” – mówi prof. Stempin. Jego zdaniem próbę zastraszania nuncjusza można powiązać z jeszcze bardziej dosadną wypowiedzą biskupa polowego w USA Tomothy’ego Broglio. Kilka dni temu w BBC stwierdził, że „byłoby moralnie dopuszczalne, by żołnierze nie wykonywali niemoralnych rozkazów”. Na myśli miał zbijanie cywili przez armię USA.
"Wszystko to uwypukla, że Trump porusza się na parkiecie dyplomatycznym jak słoń w składzie porcelany i jest realnym obciążeniem dla polityki amerykańskiej” – uważa prof. Stempin.
„Istotne jest to, że Donald Trump na arenie politycznej dokonuje aktów, które obnażają jego niekompetencję, a to jest obciążeniem dla polityki Stanów Zjednoczonych. Widać to nie tylko w przypadku dyplomatycznego konfliktu z Watykanem, ale też, a może przede wszystkim, w przypadku militarno-politycznego konfliktu z Iranem” – mówi prof. Stempin.
I dodaje: „Wzrost cen ropy naftowej niewkalkulowany w rachubę polityczną, nierozwiązany konflikt z Iranem, niezakończenie najazdu Rosji na Ukrainę, powodują, że Trumpowi brakuje dla jego chełpliwej ekwilibrystyki słowem substancjonalnego fundamentu. On ciągle ponosi porażki, więc reaguje jak zraniony i silnie rozdrażniony zwierz”.
Ostatecznie, zdaniem prof. Stempina, właściwie nawet już nie ma znaczenia, czy Trump uważa się za Mesjasza, czy tylko ta figura jest mu potrzebna do prowadzenia międzynarodowej polityki.
„Czy Trump rzeczywiście uwierzył w siebie jak kiedyś Girolamo Savonarola, że ma pełnić rolę Mesjasza białej cywilizacji czy dla Stanów Zjednoczonych? Czy to wynika z jego psychogramu psychologicznego, który czyni z niego politycznego szaleńca, który ulega instynktowi politycznemu, i to takiemu atawistycznemu? To nie jest tak bardzo istotne, jak sam fakt, że on tę rolę publicznie wyartykułował” – uważa prof. Stempin.
I kontynuuje krytykę prezydenta USA: „On nie jest przygotowany do pełnienia urzędu prezydenta USA i w ogóle do urzędu politycznego. A jego archetyp osobowościowy wyklucza go jako negocjatora. Brakuje mu zaplecza intelektualnego, językowego, nie przypadkowo sięga po pismo obrazkowe, czyli takie, które charakteryzuje społeczeństwo pierwotnie albo wtórnie zanalfabetyzowane. Jak teraz z grafiką przedstawiającą go jako Mesjasza. Albo wpisy na Truth Social, gdzie naprzemiennie grozi Iranowi, uznaje wojnę za wygraną, zaraz potem to relatywizuje, to prosi o pomoc, to obraża sojuszników, by finalnie pogubić się w chaosie całkowicie sprzecznych wypowiedzi".
„Wszystko to świadczy, że kompletnie nie posiada strategii w wojnie z Iranem, obnaża swoją bezradność, ale jednocześnie osłabia NATO” – dodaje prof. Stempin.
A bezradność z kolei rozsierdza Trumpa. Nakładając na to wspomniane szaleństwo zamienne z atawizmem, można się bać. Ale papież Leon XIV powiedział, że się nie boi. 13 kwietnia w samolocie w czasie podróży do Algierii, powiedział, że będzie dalej apelował o pokój i wypowiadał się przeciwko wojnie. Oznajmił też, że „nie boi się administracji USA”.
Ale co to właściwie znaczy? Czy papież mógłby się bać prezydenta USA? W jakim sensie?
„Całkiem niedawno – jeśli uznamy, że II wojna światowa to nie jest odległy czas – Hitler planował porwanie papieża Piusa XII i internowania go w Lichtensteinie.
A Colby przypomniał papieżowi niewolę awiniońską. Próby użycia przemocy wobec papieża są wyobrażalne" – podkreśla historyk.
Czy to znaczy, że Trump mógłby zastosować wobec papieża Leona ten sam rodzaj przemocy co wobec prezydenta Wenezueli? Raczej nie. Ale wezwania Trumpa do katolików amerykańskich, zmierzające do delegitymizacji autorytetu papieża, można by sobie wyobrazić – uważa prof. Stempin.
„Ostatni papieże, jak Benedykt XVI czy Franciszek, nie weszli w rolę gracza politycznego. Byli duchowymi zwierzchnikami Kościoła, posługującymi się namaszczonym, zawoalowanym językiem. Leon przemawia jako pełnokrwisty gracz polityczny, młody, bo 60-letni, który na arenie politycznej potrafi rzucić rękawicę Trumpowi. Także dzięki temu, że jest Amerykaninem i w tym wymiarze rozumie Trumpa” – wyjaśnia watykanista.
Połowa Amerykanów to protestanci, katolicy to ok. 20 proc. Czy więc konflikt prezydenta USA z głową Kościoła katolickiego może doprowadzić do wewnętrznej świętej wojny w chrześcijaństwie?
Prof. Arkadiusz Stempin jest przekonany, że ta polaryzacja w Stanach Zjednoczonych będzie rosła. Ona już istnieje i w obrębie samego katolicyzmu, i w obrębie szerokich ruchów prawicowych wokół MAGA, które zasilają katolicy, protestanci czy ewangelikanie.
„Również Episkopat amerykański jest podzielony. Grupa kardynałów, którzy pochodzą z namaszczenia papieża Franciszka, jest liberalna. Ale gros biskupów jest bardziej prawicowa i populistyczna. Działania Trumpa będą środowisko katolickie polaryzować – żądając od nich lojalności albo wobec papieża, albo wobec Donalda Trumpa. A teraz między jednym a drugim obozem pojawia się Rów Mariański” – wyjaśnia prof. Stempin.
Ks. prof. Adam Świeżyński ma więcej optymizmu.
„Do wewnętrznej wojny chrześcijańskiej raczej (mam nadzieję) nas to nie doprowadzi, choć rzeczywiście środowiska te są bardzo zróżnicowane. Najbardziej konserwatywne i najbardziej tradycyjnie nastawione mogą upatrywać w Donaldzie Trumpie szansy dla siebie albo traktować go jako obrońcę swoich ideałów i wartości. Jednak jestem przekonany, że większość chrześcijan podchodzi do Trumpa z bardzo dużym dystansem czy – ostatnio – wręcz z oburzeniem” – mówi ks. prof. Świeżyński.
A może, na wszelki wypadek, papież Leon XIV nie powinien ryzykować polaryzacji środowiska chrześcijan i nie angażować się w politykę? Przypomnijmy, że kiedy papież Franciszek wypowiedział się na temat wojny w Ukrainie, rozmywając, kto tu jest ofiarą, a kto agresorem, to świat nie był tym zachwycony. Spora część katolików również.
„Moim zdaniem Kościół katolicki i jego głowa stoją tam, gdzie powinni w obecnej sytuacji międzynarodowej. I przyznaję, że mi brakowało takiego jednoznacznego głosu, który nie idzie po linii podziałów politycznych czy sporów światopoglądowych, tylko idzie po linii prawdy i kłamstwa, i nazywa te rzeczy po imieniu" – mówi ks. prof. Świeżyński.
"Dzięki temu papież Leon jednoznacznie wskazuje, gdzie jest zło. I do takich wypowiedzi papież ma absolutnie prawo, a powiedziałbym nawet, że obowiązek. I bardzo mnie to cieszy, bo te wypowiedzi świadczą o tym, że w końcu w Watykanie zerwano ze stylem albo milczenia albo powściągliwego wypowiadania się w kwestiach, w których trzeba jak najczęściej i jak najgłośniej zabierać głos. Milczenie i brak jednoznaczności tworzą atmosferę przyzwolenia” – dodaje.
Dziennikarka ekonomiczna, absolwentka Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej na Uniwersytecie Jagiellońskim oraz podyplomowych Studiów Systemu Finansowego i Polityki Monetarnej Instytutu Nauk Ekonomicznych Polskiej Akademii Nauk. Publicystka, producentka wideo online, autorka podcastów, host w studio TV na żywo. Byłam przywiązana do tematyki gospodarczej od kilkunastu lat, głównie w zakresie makroekonomii, finansów i bankowości oraz rynku mieszkaniowego. Obecnie gospodarka jest dla mnie interesująca przede wszystkim w połączeniu z kontekstem społecznym oraz politycznym. Wcześniej byłam związana ze Spidersweb.pl, Money.pl i Onetem, a jeszcze wcześniej z „Gazetą Giełdy Parkiet”. Współpracowałam także z „Dziennikiem Gazetą Prawną” i „Gazetą Wyborczą”.
Dziennikarka ekonomiczna, absolwentka Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej na Uniwersytecie Jagiellońskim oraz podyplomowych Studiów Systemu Finansowego i Polityki Monetarnej Instytutu Nauk Ekonomicznych Polskiej Akademii Nauk. Publicystka, producentka wideo online, autorka podcastów, host w studio TV na żywo. Byłam przywiązana do tematyki gospodarczej od kilkunastu lat, głównie w zakresie makroekonomii, finansów i bankowości oraz rynku mieszkaniowego. Obecnie gospodarka jest dla mnie interesująca przede wszystkim w połączeniu z kontekstem społecznym oraz politycznym. Wcześniej byłam związana ze Spidersweb.pl, Money.pl i Onetem, a jeszcze wcześniej z „Gazetą Giełdy Parkiet”. Współpracowałam także z „Dziennikiem Gazetą Prawną” i „Gazetą Wyborczą”.
Komentarze