Korzenie choroby, która toczy USA, sięgają głębokiej, nieprzepracowanej mentalności rasistowskiej, która odsłoniło groźną twarz przemocy wobec wszystkich, którzy nie mieszczą się w kulturowym projekcie białego nacjonalizmu chrześcijańskiego – pisze prof. Stanisław Obirek.
Tytuł poniższych rozważań to rezultat wielu lektur, z których wyłania się dość ponury obraz dzisiejszego krajobrazu polityczno-religijnego Stanów Zjednoczonych. Został odmalowanych głównie przez historyków, politologów, socjologów i religioznawców. Stanowi bezpośrednie nawiązanie do książki Stevena Levitsky’ego i Daniela Ziblatta to uznani politolodzy z Uniwersytetu Harwardzkiego, znawcy mechanizmów powstawanie reżimów autorytarnych. Do tej pory interesowali się głównie historią faszyzmu i komunizmu oraz dyktatur południowoamerykańskich. Nie przypuszczali, że ich kompetencje okażą się przydatne do zrozumienia zmian zachodzących w ich własnym kraju.
Tak więc, jak piszą, książka zrodziła się z zaskoczenia: „Przez ostatnie dwa lata przyglądaliśmy się politykom mówiącym i robiącym rzeczy, które dotąd w Stanach Zjednoczonych były nie do pomyślenia, a w innych miejscach na świecie zwiastowały kryzys demokracji”.
Co więcej, zuchwałe i powtarzające się ataki Trumpa na tradycyjne bezpieczniki demokracji amerykańskiej (przypomnijmy, książka została opublikowana w 2018 roku, a więc w połowie pierwszej kadencji Trumpa) potwierdzają pewien wzór zagrożeń wyrosłych z wnętrza samej demokracji. Powstanie nowych dyktatur skłania ich do stwierdzenie, że „demokracje mogą umierać z rąk nie tyle generałów, ile demokratycznie wybranych przywódców – prezydentów i premierów, którzy znoszą dokładnie ten sam proces, który doprowadził ich do władzy”.
Tak więc choć brutalna siła faszyzmu i komunizmu nie zagraża dzisiejszemu światu, to pojawiły się nowe zagrożenia, które znaczenie trudniej zdemaskować. Dzisiaj diagnoza amerykańskich politologów wydaje się jeszcze bardziej aktualna niż w momencie jej powstania. Choroba, jaka toczy USA, jest znacznie groźniejsza. Jej korzenie sięgają głębokiej, i jak się wydaje, nigdy do końca nieprzepracowanej mentalności rasistowskiej i poczucia wyjątkowości, które odsłoniło groźną twarz przemocy wobec wszystkich, którzy nie mieszczą się w kulturowym projekcie białego nacjonalizmu chrześcijańskiego.
Być może to nie przypadek, że prawdziwą obsesją Donalda Trumpa i to jeszcze na długo przed objęciem urzędu w Białym Domu stał się czarny prezydent Barack Obama. W tej obsesji nie był odosobniony.
Robert Reich, amerykański wpływowy polityk demokratów, blisko współpracujący z prezydentem Billem Clintonem, ekonomista i komentator polityczny, na łamach „The Guardian”, komentując wydarzenia w Minneapolis napisał 27 stycznia artykuł zatytułowany „Ameryka osiągnęła punkt krytyczny w kwestii faszyzmu – i sprzeciwu wobec niego”, w którym zwrócił uwagę nie tylko na postępująca faszyzację kraju pod rządami Trumpa, ale również na rosnący sprzeciw, i to również wśród zwolenników obecnego prezydenta.
Pisze Reich: „Na to, co wydarzyło się w Minneapolis, można spojrzeć z dwóch stron – to dwa różne punkty zwrotne dla Ameryki. Pierwsza to wizja kraju pogrążającego się coraz głębiej w faszystowskim państwie policyjnym Trumpa. ICE (Immigration and Customs Enforcement) i straż graniczna stały się narzędziami terroru państwowego. Dokonują pozasądowych zabójstw, ciesząc się pozorną bezkarnością. (…) Ale jest drugi sposób, by spojrzeć na to, co wydarzyło się w Minnesocie – punkt zwrotny innego rodzaju. To punkt zwrotny prowadzący do masowej odrazy do Trumpa i ludzi wokół niego”.
Reich dodaje: „To także punkt zwrotny w kierunku zjednoczenia się Amerykanów w walce z faszyzmem Trumpa. Zjednoczyli się tak, jak zjednoczyli się w Minneapolis – niezależnie od rasy, klasy i pochodzenia etnicznego”.
Wspomniana przez Reicha instytucja kryjąca się pod skrótem ICE, nie dla wszystkich jest jasna więc warto skorzystać z wyjaśnienia jakie 1 lutego na łamach OKO.press przedstawił Radosław Korzycki. Otóż jego zdaniem, po 11 września 2001 r. wraz z powstaniem ICE doszło do zmiany systemowej choć z pozoru wydawało się, że chodzi o zamiany czysto techniczne.
Pisze Korzycki: „Formalnie miała zajmować się egzekwowaniem prawa imigracyjnego i celnego, faktycznie jednak od początku funkcjonowała w logice zagrożenia dla bezpieczeństwa narodowego. Imigracja — zjawisko dotąd społeczne, ekonomiczne i demograficzne — została połączona w jednym akcie prawnym z terroryzmem, przemytem broni i działalnością wywiadowczą".
O tym warto pamiętać, że Trump nie wymyślił ICE, on tylko jego użycie doprowadził do absurdu a dokładniej rzecz ujmując, by wprowadzać w życie wizje państwa całkowicie podporządkowanego jego fantazjom i kaprysom.
A wracając do Reicha to myślę, że ma racje i pojawiające się głosy o zbliżającej się USA wojnie domowej wydają się mało uzasadnione. Natomiast wszystko zależy od tego jak rodzący się opór wobec dyktatury Trumpa zostanie spożytkowany przez główne siły polityczne kraju. Ten sprzeciw wobec notorycznych kłamstw, nieprzewidywalnej, irytującej a często wprost odrażające retoryki Trumpa zaczyna obejmować coraz szersze kręgi społeczne, choć jak na razie nie dotyka najwierniejszych i jak dotąd bezkrytycznych i entuzjastycznych wręcz wyborców, czyli religijnych fundamentalistów.
To oni właśnie stanowią rdzeń jego administracji i ciągle dyktują narrację MAGA w prawicowych mediach i mediach społecznościowych. Oni też rozpoczęli radykalną rozprawę z amerykańskimi uniwersytetami. Dlaczego tak wiernie stoją przy Trumpie, to jak dotąd nierozwiązana zagwozdka i jak dotąd nie ma przekonującej odpowiedzi. Wielu analityków zadaje sobie pytanie, co skłoniło tak wielu pobożnych Amerykanów by popierać człowieka raczej nie wykazującego nadmiernego zainteresowania religia i proponowanymi przez nią normami moralnymi.
Tak więc łączenie obecnego kryzysu tylko z osobą prezydenta nie do końca pozwala uchwycić istotę tego, co się w USA naprawdę dzieje. Jeden z najbardziej uważnych i wnikliwych obserwatorów zmian religijnych w USA Mark Silk z Trinity College (jest redaktorem kilku książek na temat przyszłości religii w USA), gdy go o to zapytałem, odpowiedział mi mailowo: „O ile mi wiadomo, nie ma jak dotąd pełnej oceny miejsca religii w prezydenturze Trumpa. Podejrzewam, że częściowo wynika to z faktu, że sam Trump jest swego rodzaju czarną dziurą. Oczywiście starał się zdobyć poparcie ewangelików, a jego zwolennicy (w tym obecnie Russell Vought, dyrektor ds. Budżetu deklarujący się jako nacjonalistyczny chrześcijanin) mają znaczące pomysły dotyczące religii. Jednak w przeciwieństwie do, powiedzmy, Jimmy'ego Cartera, sam Trump jest głębokim ignorantem kwestii religijnych”.
Wskazał też całą listę autorów i książek, których niestety nie mogę wykorzystać w tym z konieczności skrótowym przeglądem tego, co na ten temat dotąd napisano. Zainteresowanym polecam stałą rubrykę Marka Silka w Religion News Service (pod tytułem „Spiritual Politics”), gdzie na bieżąco komentuje sytuację. Ważnym dla mnie źródłem informacji jest również portal National Catholic Reporter, do którego zresztą będę się często odwoływał w tym eseju.
Większość komentatorów i analityków politycznych i medialnych skupia się na osobowości Donalda Trumpa. Moim zdaniem dzieje się tak z dużą szkodą dla zrozumienie głębszych procesów społecznych i mentalnościowych dla których Trump jest tylko katalizatorem. Trafnie zdiagnozowała je polska badaczka Magda Teter, od lat pracująca na jezuickim Uniwersytecie Fordham w Nowym Yorku, w wydanej w 2023 roku książce „Supremacja chrześcijańska. Rozliczenie z korzeniami antysemityzmu i rasizmu”. („Christian Supremacy: Reckoning with the Roots of Antisemitism and Racism”).
Jest to oczywiście tylko jedna z wielu prób opisu wzmożenia rasistowskiego grup zbliżonych do Trumpa. Precyzyjne analizy wyborców, którzy dali zwycięstwo Donaldowi Trumpowi, zarówno w 2016 jak i w 2025 roku jednoznacznie wskazują, że decydująca grupę stanowili gorliwi chrześcijanie, zwłaszcza ci ewangelikalni, i konserwatywni katolicy.
Wykazali to w bardzo szczegółowych badaniach Andrew Whitehead i Samuel Perry. Ci sami autorzy opublikowali w 2020 roku niezwykle ciekawe studium na temat związków polityki z chrześcijańskim nacjonalizmem. Zaś Whitehead trzy lata później w książce „Amerykańska Idolatria” sformułował zarzut tytułowej idolatrii właśnie pod adresem chrześcijańskiego nacjonalizmu, który jego zdaniem jest zagrożeniem dla samego Kościoła.
Bez przesady można powiedzieć, że po objęciu urzędu prezydenta przez Donalda Trumpa na książkowym rynku USA dokonał się prawdziwy wysyp prac poświęconych chrześcijańskiemu nacjonalizmowi i tylko drobna ich część została przełożona na język polski. Takim wyjątkiem jest dzieło dziennikarki Katherine Stewart, „Wyznawcy władzy. Religijny fundamentalizm i polityka w USA”, która ukazała się po angielsku w 2019 roku, zaś w polskim przekładzie w 2025 roku.
Książka Stewart jest przede wszystkim wynikiem jej obserwacji uczestniczącej i dziennikarskiego śledztwa. Każdy z przytoczonych dowodów na destrukcyjne działania chrześcijańskich nacjonalistów są zebrane w ciągu kilku lat uważnej obserwacji konkretnych ludzi i organizacji, które w sposób niezwykle przemyślany niszczą słynną zasadę bezpieczników demokracji amerykańskiej.
A ostatecznym zwornikiem tych wielokierunkowych działań jest nacjonalizm chrześcijański: „Nacjonalizm chrześcijański to nie wyznanie religijne, ale – w moim przekonaniu – ideologia polityczna. Propaguje mit, zgodnie z którym republika amerykańska u swego zarania była państwem chrześcijańskim. Kieruje się założeniem, że legalność rządu opiera się nie na przyzwoleniu rządzonych (consent of the governed), lecz na wierności doktrynom istniejącym w obrębie konkretnego dziedzictwa religijnego, etnicznego czy kulturowego”.
Interesującym przykładem analizy chrześcijańskiego nacjonalizmu jest książka historyczki Kristin Kobes Du Mez z 2020 roku, w której pokazuje jak biali ewangelikalni chrześcijanie wykorzystują ikonę popkultury Johna Wayne’a by niszczyć wiarę i dzielić naród.
Przywoływanie autorów i tytułów zupełnie w Polsce nie znanych może się wydawać zupełnie bezużytecznym popisem erudycji eksperta zajmującego się religijnym pejzażem USA. Chcę wierzyć, że tak nie jest, gdyż zależało mi na wskazaniu jak bardzo, zaskakujące dla wielu, zachowania i prezydenta Trumpa i jego administracji jest zakorzenione w ideologii białego chrześcijańskiego nacjonalizmu, który z chrześcijaństwem nie ma żadnego związku.
Wskazują na to głosy sprzeciwu coraz większej grupy chrześcijan, którzy dystansują się wobec tej ideologii.
Zanim przejdę do ich omówienia chciałbym zaproponować definicję tego zjawiska. Otóż moim zdaniem
biały chrześcijański nacjonalizm jest nową wersją faszyzmu, który po pierwszej wojnie światowej stał się prawdziwą obsesją niemal wszystkich krajów europejskich. Jego mutacja w XXI wieku wskazuje na wiele podobieństw, ale też zasadniczo się od niego różni.
Podobieństwa dotyczą jasno określonego wroga. Dla faszystów byli to Żydzi i komuniści, dla chrześcijańskich nacjonalistów to lewacy, homoseksualiści, a szerzej grupy LGBTQ+, zwolennicy aborcji i dialogu międzyreligijnego. Podstawowa różnica polega na tym, że faszyści nie uznawali chrześcijaństwa jako religii wyznaczającej ich tożsamość, zaś nacjonaliści wybrali je jako własny sztandar. Problem polega na tym, że to
ich chrześcijaństwo stało się karykaturą religii, do której się odwołują.
Najłatwiej można określić jego istotę poprzez wskazania na konkretne osoby. Są one tak różne jak Viktor Orbán, Grzegorz Braun, Władimir Putin, J.D. Vance, Marco Rubio czy sam Donald Trump. Spoza świata polityki można tu wymienić długą listę duchownych na której obok Tadeusza Rydzyka i Marka Jędraszewskiego znajdzie się patriarcha Rosji Cyryl i najbliższy krąg duchownych ewangelikalnych wokół prezydenta Trumpa, którzy widzą w nim nowe wcielenie mesjasza, który przybliży nadejście nowego królestwa bożego.
Według Andrew Whiteheada, biały chrześcijański nacjonalizm łączy silny tradycjonalizm moralny oparty na tworzeniu i utrzymywaniu hierarchii społecznych. Często dotyczą one płci i seksualności.
Drugim elementem jest akceptacja autorytarnej kontroli społecznej. Świat jest miejscem chaotycznym i czasami społeczeństwo potrzebuje silnych zasad i władców, którzy będą stosować przemoc lub przynajmniej groźbę przemocy, aby utrzymać porządek.
Ostatnim elementem jest pragnienie ścisłych granic wokół tożsamości narodowej, uczestnictwa obywatelskiego i przynależności społecznej, które przebiegają wzdłuż linii etnicznych i rasowych.
„Naród chrześcijański” jest rozumiany jako taki, w którym biali, będący obywatelami z urodzenia, są uważani za ideał, a wszyscy inni są traktowani jako mniej wartościowi.
I to właśnie ta karykatura religii Jezusa budzi największy sprzeciw, o którym będzie mowa poniżej.
Z tym większym zaciekawieniem należy odnotować rosnący dystans między przedstawicielami różnych wyznań chrześcijańskich, którzy coraz bardziej zdecydowanie występują przeciw polityce Trumpa i jego administracji.
Niektórzy wręcz mówią, że należy wybrać czy służyć Trumpowi czy ewangelii, jak napisał na łamach National Catholic Reporter 26 stycznia John Grosso. Dotyczy to zarówno kontrowersyjnej polityki zagranicznej, jak i bulwersujących zachowań urzędników Trumpa w kraju, zwłaszcza rosnącej brutalności służb imigracyjnych.
W istocie sami Republikanie są coraz bardziej zaniepokojeni z powodu działań służb imigracyjnych (ICE) w Minneapolis. Chodzi o zastrzelenie Alexa Prettiego na ulicy w Minneapolis niecały miesiąc po tym, jak funkcjonariusz służby imigracyjnej i celnej zastrzelił 37-letnią Renee Good. Miejsca strzelanin dzieliło ok. 3 km, a po obu zdarzeniach protestujący wypełnili ulice.
W chwili obecnej to właśnie pogwałcenie podstawowych praw moralnych budzi największe sprzeciwy organizacji religijnych. Na razie tych liberalnych, którym nigdy nie było po drodze z Trumpem, ale tak jednoznacznie jak dzisiaj go wcześnie nie krytykowano.
Prym wiodą hierarchowie katoliccy odwołując się do pierwszego amerykańskiego papieża, Leona XIV.
Jest to o tyle ciekawe, że najważniejsi katolicy z ekipy Trumpa, wiceprezydent J.D. Vance i sekretarz stanu Marco Rubio spotkali się z papieżem 19 maja 2025 roku. Jak się wydaje to spotkanie nie wpłynęło na ocieplenie czy zmianę wzajemnych stosunków.
Wprost przeciwnie, ze strony Watykanu pojawiają się głosy jednoznacznego potępienia brutalnych zachowań służb migracyjnych, które watykański Sekretarz Stanu kardynał Pietro Parolin, nazwał nieakceptowalnymi, a pytany o stanowisko Watykanu w sprawie zabójstw w Minneapolis odpowiedział: „Stanowisko Stolicy Apostolskiej zawsze polega na unikaniu wszelkiego rodzaju przemocy, więc nie możemy akceptować takich sytuacji”.
Nawiasem mówiąc, Parolin pytany również o to, jak Watykan odpowie na zaproszenie od Trumpa do udziału w Radzie Pokoju odpowiedział, że musi to przemyśleć i że jest wiele krytycznych kwestii, które należy uwzględnić.
W samej Ameryce biskupi są znacznie bardziej otwarci w ocenie działań prezydenckiej administracji. W jezuickim opiniotwórczym piśmie America 28 stycznia pojawił się przeglądowy artykuł „Po zabójstwach w Minneapolis amerykańscy biskupi dostrzegają ‘oczywiste podobieństwa’ do nazistowskich Niemiec”, w którym są cytowane wypowiedzi kilku biskupów. Ich zdaniem podobieństwa do nazistowskich Niemiec są wręcz oczywiste.
Oto niektóre z tych głosów przywoływanych przez America. To arcybiskup José H. Gomez z Los Angeles, biskup Anthony B. Taylor z Little Rock w Arkansas i arcybiskup Paul D. Etienne z Seattle wyrazili swoje zdanie na temat najnowszych niepokojów i podziałów w amerykańskim społeczeństwie.
Arcybiskup Etienne wydał 26 stycznia list pasterski zatytułowany „Dobrze zorganizowane społeczeństwo zakorzenione w prawdzie, sprawiedliwości i pokoju”. Pisze w nim, że „polaryzacja i partyjnictwo zatruwają tkankę społeczną naszego kraju”.
Z kolei biskup Taylor w felietonie opublikowanym 24 stycznia w „Arkansas Catholic”, diecezjalnym serwisie informacyjnym, napisał: „Mamy powody, by martwić się kierunkiem, w jakim podążało nasze społeczeństwo w ostatnich latach. I mamy powody, by działać na rzecz wzmocnienia naszej demokracji, zanim będzie za późno.”
„Kraj nie może dalej tak funkcjonować” – napisał arcybiskup Gomez w artykule opublikowanym 27 stycznia przez Angelus, serwis informacyjny archidiecezji Los Angeles.
Co ciekawe, biskup Taylor odwołał się do doświadczeń swojej rodziny podczas II wojny światowej, kiedy jego dziadek „stracił 20 kuzynów pierwszego stopnia w Holocauście”. Taylor precyzował: „Chcę jasno powiedzieć, że obecne czasy nie są identyczne, a Trump nie jest Hitlerem, ale moralny upadek naszego kraju jest realny. I jesteśmy skazani na powtarzanie błędów przeszłości, jeśli nie będziemy gotowi o nich pamiętać i wyciągać z nich wniosków”.
Zauważył, że jest „wiele oczywistych podobieństw do lat 30., które powinny dać nam do myślenia” – a konkretnie chodzi o odchodzenie niemieckiego społeczeństwa w tamtym czasie „od poszanowania godności ludzkiej, pokoju i moralnej powściągliwości”.
W swoim liście arcybiskup Etienne zauważył, że przemówienie papieża Leona XIV z 9 stycznia 2026 r. — które, jak powiedział, zainspirowało jego duszpasterstwo — „ujęło wyzwania naszych czasów w świetle «Państwa Bożego» św. Augustyna”.
Traktat, napisany przez świętego na początku V wieku, przedstawiał trwającą walkę dobra ze złem w historii ludzkości. Arcybiskup zauważył, jak papież wykorzystał go, aby zaoferować „głęboko chrześcijańską wizję pokoju, sprawiedliwości i właściwego porządku”.
„Błagam każdego katolika, aby przeczytał przemówienie papieża Leona XIV z 9 stycznia” — powiedział również biskup Taylor, podkreślając, że „przełomowe dzieło św. Augustyna oferuje mapę drogową do „bardziej sprawiedliwego i pokojowego współistnienia między narodami”, jednocześnie ostrzegając przed „poważnymi niebezpieczeństwami dla życia politycznego wynikającymi z fałszywych przedstawień historii, nadmiernego nacjonalizmu i wypaczania ideału przywódcy politycznego”.
Wspomniani hierarchowie nie są w swej krytyce odosobnieni.
Trzech amerykańskich kardynałów Blase Cupich z Chicago, Robert McElroy z Waszyngtonu D.C. i Joseph Tobin z Newark wydali 19 stycznia oświadczenie, w którym zdecydowanie potępili ostatnie działania administracji Donalda Trumpa na arenie międzynarodowej. Odnieśli się w nim również, jak wspomniany wyżej biskup Paul D. Etienne z Seattle, do przemówienia papieża Leona XIV z 9 stycznia do Korpusu Dyplomatycznego w Watykanie, w którym amerykański papież w formie dyplomatycznej zrobił to samo.
Amerykańscy hierarchowie swoje oświadczenie zatytułowali „Nakreślenie moralnej wizji amerykańskiej polityki zagranicznej”. Warto przywołać z niego kilka najważniejszych sformułowań.
Oto początek tego ciekawego dokumentu wskazującego, że jednak istnieją granice również dla Trumpa: „W roku 2026 Stany Zjednoczone wkroczyły w najgłębszą i najbardziej palącą debatę na temat moralnych podstaw działań Ameryki na świecie od zakończenia zimnej wojny. Wydarzenia w Wenezueli, na Ukrainie i Grenlandii postawiły fundamentalne pytania dotyczące użycia siły militarnej i znaczenia pokoju. Suwerenne prawo narodów do samostanowienia wydaje się zbyt kruche w świecie coraz większych konfliktów.
Równoważenie interesu narodowego z dobrem wspólnym jest ujmowane w kategoriach skrajnie spolaryzowanych. Moralna rola naszego kraju w przeciwstawianiu się złu na świecie, ochronie prawa do życia i godności ludzkiej oraz wspieraniu wolności religijnej jest poddawana w wątpliwość. Budowanie sprawiedliwego i trwałego pokoju, tak kluczowego dla dobrobytu ludzkości teraz i w przyszłości, jest sprowadzane do kategorii partyjnych, które sprzyjają polaryzacji i destrukcyjnej polityce”.
Nie trzeba dodawać, że uważają takie działania za głęboko niemoralne.
Następnie biskupi przywołują kluczowe stwierdzenia ze wspomnianego przemówienia amerykańskiego papieża: „W naszych czasach słabość multilateralizmu jest szczególnym powodem do niepokoju na arenie międzynarodowej. Dyplomacja, która promuje dialog i dąży do konsensusu między wszystkimi stronami, jest zastępowana dyplomacją opartą na sile, stosowanej przez jednostki lub grupy sojuszników. Wojna wraca do mody, a zapał wojenny szerzy się. Zasada ustanowiona po II wojnie światowej, która zabraniała narodom używania siły do naruszania granic innych państw, została całkowicie podważona. Pokoju nie poszukuje się już jako daru i pożądanego dobra samego w sobie ani w dążeniu do ustanowienia uporządkowanego wszechświata, zamierzonego przez Boga, z doskonalszą formą sprawiedliwości między ludźmi. Zamiast tego, pokoju poszukuje się za pomocą broni jako warunku ustanowienia własnego panowania”.
Sam Trump czuje się zwolniony z trosko o pokój, bo jak się wyraził w liście do premiera Norwegii, skoro nie dostał nagrody Nobla, to nie jest zobowiązany do dbania o pokój.
Na koniec biskupi mówią już we własnym imieniu: „Jako pastorzy i obywatele, popieramy tę wizję ustanowienia autentycznie moralnej polityki zagranicznej dla naszego narodu. Dążymy do zbudowania prawdziwie sprawiedliwego i trwałego pokoju, tego pokoju, który Jezus głosił w Ewangelii. Wyrzekamy się wojny jako narzędzia realizacji wąskich interesów narodowych i głosimy, że działania militarne należy postrzegać jedynie jako ostateczność w sytuacjach ekstremalnych, a nie jako normalne narzędzie polityki narodowej. Dążymy do polityki zagranicznej, która szanuje i promuje prawo do życia ludzkiego, wolność religijną i umacnia ludzką godność na całym świecie, zwłaszcza poprzez pomoc ekonomiczną. Debata w naszym kraju na temat moralnych podstaw polityki amerykańskiej jest obciążona polaryzacją, partyjnością oraz wąskimi interesami gospodarczymi i społecznymi. Papież Leon XIV dał nam pryzmat, przez który możemy wznieść ją na znacznie wyższy poziom. W nadchodzących miesiącach będziemy głosić, nauczać i orędować, aby ten wyższy poziom był możliwy”.
Gdy czytam powyższe słowa zastanawiam się, gdzie byli polscy biskupi, gdy w latach 2015-2023 PiS na czele zjednoczonej prawicy demolował polskie państwo prawa i odmawiał wszelkich praw imigrantom z granicy białorusko-polskiej.
Można by powiedzieć, że tych trzech kardynałów to nominaci poprzedniego papieża, Franciszka, który był zdecydowanym przeciwnikiem Trumpa. Jednak ich głos nie jest odosobniony. Również arcybiskup polowy Timothy Broglio, były przewodniczący episkopatu, wypowiedział się zdecydowanie przeciwko możliwej interwencji militarnej na Grenlandii.
Broglio jest znany ze swych konserwatywnych poglądów i wielokrotnie wyrażał swój sprzeciw wobec papieża Franciszka, więc jego głos dla wielu może być zaskoczeniem. 18 stycznia powiedział, że inwazja na Grenlandię byłaby moralnie niesprawiedliwa i dodał: „Grenlandia jest terytorium Danii. Dania jest sojusznikiem. Należy do NATO. Nie wydaje się rozsądne, aby Stany Zjednoczone atakowały i okupowały przyjazny kraj”, dodając, że groźby działań militarnych wobec sojusznika USA „szkodzą wizerunkowi Stanów Zjednoczonych na świecie”.
W tym kontekście wyjątkowo brutalnie zabrzmiały komentarze niedawno nawróconego na katolicyzm wiceprezydenta JD Vance’a, którego katolicyzm ma charakter wyjątkowo agresywnego nacjonalizmu chrześcijańskiego. Otóż Vance w mediach społecznościowych usprawiedliwiał zamordowanie 7 stycznia 37-letniej działaczki Renee Good, matki trojga dzieci i obywatelki USA. Jest pewne, że przypisywane Good działania terrorystyczne to czysty wymysł.
JD Vance napisał 7 stycznia na Twitterze: „Zgadza się. Możesz zaakceptować, że śmierć tej kobiety to tragedia, jednocześnie przyznając, że to tragedia, którą sama sobie zafundowała. Nie ingeruj nielegalnie w działania federalnych organów ścigania i nie próbuj przejechać naszych funkcjonariuszy swoim samochodem. To naprawdę takie proste”.
Tymczasem z dostępnego nagrania jasno wynika, że żadnego niebezpieczeństwa nie było, a samochód Good przyspieszył po jej zastrzeleniu.
Vance jest równie aktywny w mediach społecznościowych i podobnie jak Trump nie ma żadnych wątpliwości i murem stoi za coraz bardziej brutalnymi działaniami funkcjonariuszy: „Chcę, żeby każdy funkcjonariusz ICE wiedział, że jego prezydent, wiceprezydent i cała administracja stoją za nimi murem. Do radykałów, którzy ich atakują, ujawniają ich dane osobowe i grożą im: gratulacje, będziemy pracować jeszcze ciężej, aby egzekwować prawo”.
Co więcej w kolejnym wpisie na Twitterze przechodzi do ataku: „Każdy demokrata w Kongresie i każdy demokrata kandydujący na prezydenta powinien otrzymać proste pytanie: Czy uważasz, że ten funkcjonariusz popełnił błąd, broniąc swojego życia przed obłąkanym lewakiem, który próbował go przejechać? Ci ludzie będą próbowali aresztować naszych funkcjonariuszy za wykonywanie swojej pracy. Media mogłyby co najmniej zapytać ich o to”.
Na zasadzie kontrapunktu chcę na koniec przywołać stanowisko kościoła prezbiteriańskiego z Minneapolis, do którego Good należała, wyrażone w oświadczeniu z 12 stycznia.
Stanowisko to jest jednoznaczne: „Opłakujemy stratę pani Good, wdowy po weteranie, żony i matki, która naraziła się na niebezpieczeństwo nie z chęci wyrządzenia krzywdy, ale po to, by obserwować i świadczyć o działaniach ICE. Potwierdzamy prawo wszystkich Amerykanów do pokojowych protestów i legalnej obserwacji, bez groźby represyjnych lub śmiertelnych reakcji ze strony rządu i organów ścigania. Razem z panią Good wspominamy George'a Floyda, którego życie zostało odebrane przez organy ścigania w 2020 roku, w odległości jednej mili od miejsca, w którym pani Good została zamordowana przez funkcjonariuszy organów ścigania – to dotkliwe i trwałe przypomnienie o śmiertelnych konsekwencjach niesprawiedliwości i niedokończonym dziele prawdy, pokuty i przemiany, do którego Bóg nieustannie nas wzywa. Jako prezbiterianie łączy nas dwojaka więź z Renee Good. Po pierwsze, łączy nas wspólna wiara w Boga sprawiedliwości, który wzywa nas do walki z siłami tego świata i do przeciwstawiania się nienawiści miłością. Nasza tradycja nakazuje nam przeciwstawiać się niesprawiedliwości proroczym słowem Pana i uczestniczyć w przemianie świata, który Bóg umiłował”.
Następnie oświadczenie nawiązuje do zabójstwa Martina Lutra Kinga i innych ofiar przemocy: „W nadchodzącym tygodniu będziemy wspominać życie i świadectwo męczennika, pastora Martina Luthera Kinga Jr., który wezwał ten naród do »radykalnej rewolucji wartości«. Wartości, które wymagają odejścia od rasizmu, materializmu i militaryzmu. Życie i śmierć pani Good odzwierciedlają to samo moralne wezwanie. Jej pamięć jest również częścią świętego rodu wiernych świadków, którzy ryzykowali i tracili życie w obronie ludzkiej godności. Wspominamy cztery siostry katolickiego ruchu misyjnego Maryknoll – siostry Itę Ford i Maurę Clarke, siostrę urszulankę Dorothy Kazel i misjonarza świeckiego Jeana Donovana – które zostały porwane, wykorzystane i zamordowane w Salwadorze w 1980 roku za to, że stanęły po stronie narodu salwadorskiego”.
Na zakończenie glos zabrała żona Renee Good, Rebecca Good, która napisała: „W środę, 7 stycznia, zatrzymaliśmy się, aby wesprzeć naszych sąsiadów. Mieliśmy gwizdki. Oni mieli broń. Wychowywaliśmy naszego syna w przekonaniu, że niezależnie od pochodzenia i wyglądu, wszyscy zasługujemy na współczucie i życzliwość. Renee żyła tą wiarą każdego dnia. Jest czystą miłością. Jest czystą radością. Jest czystym słońcem. Renee była chrześcijanką, która wiedziała, że wszystkie religie nauczają tej samej fundamentalnej prawdy: Jesteśmy tu, aby się kochać, troszczyć o siebie nawzajem i dbać o swoje bezpieczeństwo i zdrowie”.
Na zakończenie pojawia się komentarz do obecnych działań administracji Trumpa: „Stoimy po stronie tych, którzy zostali zatrzymani lub zabici przez ICE, traktowani niesprawiedliwie i zniesławieni, a których Bóg broni jako nosicieli boskiego obrazu. Głosimy Boga, który ceni wszystkich ludzi i który wzywa nas raz po raz, abyśmy przypominali światu, aby cenił życie każdego”.
Pewnie najbliższe miesiące przyniosą odpowiedz w jakim kierunku pójdzie społeczeństwo amerykańskie. Czy zaakceptuje coraz bardziej brutalne i coraz mniej przewidywalne działania prezydenta i jego najbliższego otoczenia, czy też powie basta i zmusi polityków do zmiany. A może po prostu zdecyduje, że należy zmienić samych polityków, którzy wyraźnie się pogubili.
Na koniec warto przytoczyć głos jezuity Thomasa Reese’a, który 28 stycznia napisał w „Religion News Service”: „Trump okazał się katastrofą dla Stanów Zjednoczonych, a przed nami jeszcze trzy lata jego rządów. Przejdzie do historii jako najgorszy prezydent w historii. Ale nie tylko on jest za to odpowiedzialny. To my go wybraliśmy. I siedzimy z założonymi rękami, dopóki jego działania nie dotykają nas osobiście. Mamy taki rząd, na jaki zasługujemy.
Kraj musi się zjednoczyć i powstrzymać głupotę i tyranię Trumpa. Uniwersytety muszą się zjednoczyć i jednym głosem opowiedzieć się za wolnością akademicką. Naukowcy muszą sprzeciwiać się wykorzystywaniu złej nauki do celów politycznych i gospodarczych. Kancelarie prawne muszą wykazać się kręgosłupem moralnym. Wszystkie rasy, grupy etniczne i religijne nie mogą pozwolić mu podzielić nas na walczące frakcje.
Chrześcijanie muszą potwierdzić, że mamy tylko jednego króla: Jezusa.
W kabinach wyborczych i na ulicach musimy pokazać, że pokojowe działania zbiorowe są nadal żywe w Ameryce. Stawką jest dusza naszego narodu”.
Teolog, historyk, antropolog kultury, profesor nauk humanistycznych, profesor zwyczajny Uniwersytetu Warszawskiego, były jezuita, wyświęcony w 1983 roku. Opuścił stan duchowny w 2005 roku, wcześniej wielokrotnie dyscyplinowany i uciszany za krytyczne wypowiedzi o Kościele, Watykanie. Interesuje się miejscem religii we współczesnej kulturze, dialogiem międzyreligijnym, konsekwencjami Holocaustu i możliwościami przezwyciężenia konfliktów religijnych, cywilizacyjnych i kulturowych.
Teolog, historyk, antropolog kultury, profesor nauk humanistycznych, profesor zwyczajny Uniwersytetu Warszawskiego, były jezuita, wyświęcony w 1983 roku. Opuścił stan duchowny w 2005 roku, wcześniej wielokrotnie dyscyplinowany i uciszany za krytyczne wypowiedzi o Kościele, Watykanie. Interesuje się miejscem religii we współczesnej kulturze, dialogiem międzyreligijnym, konsekwencjami Holocaustu i możliwościami przezwyciężenia konfliktów religijnych, cywilizacyjnych i kulturowych.
Komentarze