16 lipca 2021

Czy UE zatrzyma prawny polexit PiS? Sprawdzamy, jakie ma narzędzia i ile to potrwa

Rząd PiS zamierza zignorować wyrok TSUE i podważa unijne traktaty, zasłaniając się marionetkowym TK Julii Przyłębskiej. Co teraz, Komisjo Europejska?

"Podważanie decyzji europejskiego trybunału, to podważanie samej Unii" - oświadczył 15 lipca 2021 w wywiadzie dla belgijskiego dziennika "Le Soir" unijny komisarz ds. sprawiedliwości Didier Reynders.

Za nami jeden z najgorętszych tygodni konfliktu na linii rząd PiS - Komisja Europejska o niezależność polskiego sądownictwa i poszanowanie wartości UE. Jak pisaliśmy w OKO.press, 14 i 15 lipca Trybunał Sprawiedliwości UE dwukrotnie wziął stronę Komisji:

  • wydał postanowienie mrożące Izbę Dyscyplinarną Sądu Najwyższego
  • oraz wyrok w innej sprawie, w którym uznał polski system dyscyplinarny dla sędziów za niezgodny z prawem UE.

Dla rządu PiS decyzje TSUE oznaczają konieczność wycofania się z kolejnych elementów "reformy" sądownictwa i ogromny polityczny blamaż. Dlatego partia Kaczyńskiego wykorzystuje Trybunał Konstytucyjny Julii Przyłębskiej, by z jego pomocą "zdelegalizować" wyroki Luksemburga. W orzeczeniu z 14 lipca 2021 marionetkowy TK uznał, że środki tymczasowe zarządzane przez TSUE są niezgodne z polską konstytucją.

W kolejnym wyroku, zapowiadanym na 3 sierpnia 2021, TK może posunąć się nawet dalej i orzec o wyższości konstytucji nad unijnymi traktatami. Wszystko po to, by politycy PiS (oraz ich koalicjanci z Solidarnej Polski) dostali do ręki argument, by zignorować decyzje TSUE. Ruszyli też z medialną ofensywą, tłumacząc, że bronią polskiej "suwerenności".

W piątek 16 lipca Małgorzata Manowska, pierwsza prezes SN z rekomendacji PiS, wprost rzuciła rękawicę unijnemu Trybunałowi: odmroziła Izbę Dyscyplinarną SN, powołując się na środowy wyrok TK, na przekór czwartkowemu wyrokowi TSUE i unijnym traktatom.

Wszystko wskazuje, że rząd Morawieckiego idzie na wojnę z Brukselą i Luksemburgiem. Czy Komisja Europejska ma narzędzia, by go powstrzymać?

Kary pieniężne? To może potrwać

Orężem KE, a zarazem jak dotąd najbardziej skuteczną metodą na PiS, są kary finansowe.

W przypadku niewykonania ostatecznego wyroku TSUE Komisja na podstawie art. 260 Traktatu o Funkcjonowaniu UE ma prawo po raz kolejny zaskarżyć Polskę w Trybunale.

Procedura z art. 260 TFUE jest jednak długotrwała - Komisja musi najpierw poinformować dane państwo członkowskie o takim zamiarze i poczekać na odpowiedź rządu. Dopiero potem może wnieść skargę do TSUE, wnioskując przy tym o kary finansowe. Potem jednak sprawa będzie musiała przejść przez powolną machinę samego Trybunału.

Nawet przy dużym pośpiechu i woli politycznej po stronie KE (wcale nie tak oczywistej), na ew. kary TSUE trzeba byłoby zaczekać około roku.

Niewykluczone, że Małgorzata Manowska i PiS pozwolą więc Izbie Dyscyplinarnej swobodnie działać, przyglądając się, co zrobi Komisja. A opinię publiczną karmić będą opowieściami o prymacie polskiej konstytucji i znaczeniu wyroku TK.

W przypadku postanowień TSUE o środkach tymczasowych procedura wygląda nieco inaczej. Ponieważ środek jest tymczasowy, liczy się czas. Dlatego wniosek o kary finansowe za niezastosowanie się do niego Komisja może nałożyć od razu. Polska ma prawo się do niego ustosunkować, ale całość nie powinna trwać dłużej niż trzy miesiące.

W przypadku Puszczy Białowieskiej Trybunał po dwóch i pół miesiąca od wniosku KE postanowił zasądzić Polsce karę w wysokości 100 tys. euro dziennie za każdy dzień kontynuowania wycinki.

Postanowienie o środku tymczasowym z 14 lipca dotyczy m.in. działania Izby Dyscyplinarnej w sprawach o uchylenie sędziowskich immunitetów (wyrok z 15 lipca dotyczył innej sprawy - dyscyplinarek). Rząd PiS i sędzia Manowska zapewne zignorują je, ponownie powołując się na TK, w którym stwierdzono, że takie postanowienia są sprzeczne z konstytucją. Będą grać na zwłokę i czekać na ruch KE.

W razie zasądzenia przez TSUE kar pieniężnych Komisja będzie mogła potrącić je Polsce z puli środków z budżetu UE.

Pieniądze za praworządność? Tylko kiedy

Skuteczną bronią przeciwko tak jawnemu podważaniu traktatów byłoby całkowite zakręcenie Polsce kurka z unijnymi funduszami. UE ma już narzędzia, by to zrobić: rozporządzenie "pieniądze za praworządność", które obowiązuje od 1 stycznia 2021. O tym, że Komisja może z niego skorzystać, mówił w "Le Soir" 15 lipca komisarz Reynders.

"Jeżeli w danym kraju nie mamy gwarancji niezależności wymiaru sprawiedliwości i kraj ten nie przystąpił do Prokuratury Europejskiej [tak jak m.in. Polska i Węgry - red.], czy możemy założyć, że istnieją w nim wystarczające zabezpieczenia budżetu UE?" - podpowiadał.

"Jeśli dane państwo nie stosuje się do decyzji TSUE i nie respektuje pierwszeństwa prawa UE, weźmiemy to pod uwagę podczas badania możliwości użycia mechanizmu warunkowości" - zapowiedział.

Rozporządzenie "pieniądze za praworządność", zwane też właśnie "mechanizmem warunkowości", pozwala KE wnioskować o zawieszenie wypłat z budżetu (oraz Funduszu Odbudowy) dla krajów, które łamią rządy prawa, np. ograniczając niezależność sądów i prokuratury.

Bo takie ograniczenie powoduje, że dany kraj nie jest w stanie pilnować właściwego wydawania unijnych środków. Mechanizm ma skłonić państwa członkowskie do jak najszybszego przywrócenia praworządności.

Problem w tym, że choć rozporządzenie działa, Komisja jak dotąd nie zrobiła z niego użytku. Jak pisaliśmy w OKO.press, KE, na prośbę Rady Europejskiej, wciąż czeka, aż TSUE potwierdzi, że prawo to jest zgodne z unijnymi traktatami. Wnioskowały o to Polska i Węgry.

Parlament Europejski domaga się, by KE nie zwlekała i jak najszybciej przeszła do badania stanu praworządności. Zwłaszcza na Węgrzech, gdzie już wiosną 2022 roku mają odbyć się wybory parlamentarne.

PE grozi, że w innym wypadku pozwie Komisję za zaniechanie obowiązków. Komisja zapewniała, że pierwsze sprawy będzie wszczynać jesienią 2021 roku.

Niewykluczone, że zrobi to także w przypadku Polski.

Samo uruchomienie mechanizmu nie oznacza jednak, że Polska od razu straci hojne dotacje. Rząd PiS będzie miał czas na ustosunkowanie się do wniosku KE, a potem zawieszenie funduszy będzie musiała zatwierdzić Rada UE, większością kwalifikowaną. Potrzeba będzie 15 głosów spośród 27 państw członkowskich reprezentujących co najmniej 65 proc. ludności Unii. Niekoniecznie musi się udać, bo Rada - złożona z szefów rządów państw członkowskich - to najbardziej zachowawcza z instytucji Unii.

Ale nawet gdyby udać się miało, decyzja zapadnie nie wcześniej niż w połowie 2022 roku.

Komisja zablokuje KPO? Raczej wstrzyma

Sposobem na natychmiastową reakcję mogłoby być natomiast wstrzymanie Polsce wypłat z Funduszu Odbudowy UE. W ramach Funduszu mamy dostać 23,9 mld euro z puli grantów i 12,1 mld euro tanich pożyczek.

Warunkiem przyznania tych pieniędzy jest przygotowanie Krajowego Planu Odbudowy. W KPO rządy państw członkowskich wyjaśniają Komisji, jak zamierzają wydać pieniądze z Funduszu. Aby pomoc mogła popłynąć, KE, a potem Rada UE, muszą zaakceptować plany.

Jak na razie Komisja odroczyła np. zgodę na KPO Węgier. Rząd Orbána dopiero niedawno miał dosłać Brukseli ostatnie zmiany, w tym te dotyczące mechanizmów antykorupcyjnych czy gwarantujących niezależność prokuratury.

Dla Węgier oznacza to opóźnienie wypłat z Funduszu.

Na ocenę polskiego Planu Komisja ma czas do końca lipca, a Rada mogłaby zaakceptować Plan jeszcze w sierpniu. Czy KE wykorzysta KPO jako narzędzie politycznej presji?

Jeszcze w poniedziałek wydawało się, że nie będzie chciała mieszać walki o praworządność z postpandemiczną pomocą. Decyzje TK i wypowiedzi polityków PiS z tego tygodnia mogły jednak to zmienić.

"Wydarzenia dotyczące pierwszeństwa prawa Unii spowodują, że dwa razy dokładniej przyjrzymy się polskiemu KPO" - zapowiedział komisarz Reynders w "Le Soir" 15 lipca.

Wciąż jednak mówimy raczej o opóźnieniu pomocy z UE o kilka miesięcy, a nie o jej zupełnym zablokowaniu.

Ostateczna decyzja, jak daleko posunie się UE i z jakich narzędzi skorzysta w sprawie polskiej, będzie zależała do woli politycznej państw członkowskich.

Tej brakować ma zarówno w Paryżu, jak i Berlinie. Przeciwniczką "kursu kolizyjnego" jest podobno również przewodnicząca KE Ursula von der Leyen. W takiej konfiguracji trudno liczyć, że to UE powstrzyma PiS przed ostateczną destrukcją państwa prawa.

Udostępnij:

Maria Pankowska

Dziennikarka śledcza OKO.press, absolwentka ILS UW i College of Europe. Wcześniej pracowała m.in. w Komisji Europejskiej, na Uniwersytecie Narodów Zjednoczonych w Tokio oraz w Polskim Instytucie Dyplomacji.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne