0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: AP Photo/Emilio MorenattiAP Photo/Emilio More...

Dzień 15 maja 2026 roku może przejść do historii praw człowieka w Europie. Tego dnia 46 ministrów spraw zagranicznych państw członkowskich Rady Europy przyjęło tzw. deklarację kiszyniowską – dokument wyraźnie podważający prawa człowieka osób migrujących i stanowiący słabo zawoalowaną próbę wywarcia politycznej presji na Europejski Trybunał Praw Człowieka (ETPCz).

Choć dokument nie jest prawnie wiążący, stanowi bardzo wyraźny polityczny sygnał: państwa Europy są gotowe wycofać się z części gwarancji praw człowieka wypracowanych po II wojnie światowej. Uzasadnieniem mają być rzekomo nowe wyzwania migracyjne, których twórcy Europejskiej Konwencji Praw Człowieka rzekomo nie mogli przewidzieć.

Deklaracja kiszyniowska odzwierciedla nowy, antyimigracyjny konsensus w Europie, powiązany ze wzrostem wpływów ruchów skrajnie prawicowych. Jej znaczenie wykracza jednak daleko poza samą politykę migracyjną. Przyjęcie deklaracji stanowi bowiem strukturalne zagrożenie dla całego europejskiego systemu ochrony praw człowieka, ukształtowanego w odpowiedzi na doświadczenia II wojny światowej.

Dlaczego?

Co zawiera deklaracja

Deklaracja kiszyniowska rozpoczyna się od potwierdzenia fundamentalnych zasad systemu ochrony praw człowieka zorganizowanego wokół Europejskiej Konwencji Praw Człowieka. Sygnatariusze przypominają między innymi o obowiązku zagwarantowania praw konwencyjnych wszystkim osobom pozostającym pod jurysdykcją państw członkowskich oraz o zobowiązaniu do wykonywania wyroków ETPCz.

Przeczytaj także:

Lektura całego dokumentu pokazuje jednak wyraźnie, że jego istotą jest wysłanie politycznego sygnału, iż orzecznictwo Trybunału poszło zbyt daleko w zakresie ochrony praw osób migrujących i nie przystaje do współczesnych wyzwań, przede wszystkim tych związanych z bezpieczeństwem.

Deklarację należy zatem odczytywać jako próbę wywarcia politycznej presji na Trybunał – szczególnie w sprawach dotyczących deportacji i ekstradycji cudzoziemców oraz tzw. instrumentalizacji migracji. Ta ostatnia kwestia ma szczególne znaczenie dla Polski, Litwy i Łotwy, ponieważ pierwsze sprawy związane z kryzysem na granicy z Białorusią czekają obecnie na rozstrzygnięcie przez Wielką Izbę ETPCz. Wyroki w tych sprawach określą linię orzeczniczą Trybunału w podobnych postępowaniach w przyszłości.

Sygnatariusze deklaracji piszą wprost, że państwa dopuszczające się „instrumentalizacji” nie mogą odnosić korzyści z wykorzystania „wartości, na których ufundowana jest Konwencja” przeciwko jej stronom. Przy ocenie tego rodzaju spraw Trybunał powinien, ich zdaniem, brać pod uwagę koncepcję „demokracji zdolnej do obrony” (democracy capable of defending itself).

W kwestiach deportacji i ekstradycji sygnatariusze zdają się z kolei otwarcie krytykować orzecznictwo Trybunału, który zazwyczaj nakazuje wstrzymanie deportacji, jeśli deportowanej osobie mogłoby grozić niebezpieczeństwo tortur lub nieludzkiego traktowania albo, w wyjątkowych sytuacjach, zerwanie więzi rodzinnych z bliskimi mieszkającymi w Europie. Autorzy deklaracji sugerują, że takie podejście może utrudniać państwom realizację obowiązku zapewnienia bezpieczeństwa mieszkańcom.

Krytyka deklaracji

Deklaracja jest pełna nieporozumień i z gruntu fałszywych argumentów. Wiele z nich zostało już wypunktowanych w publicystyce i stanowiskach organizacji społeczeństwa obywatelskiego. Warto więc zwrócić uwagę jedynie na najważniejsze kwestie.

Jak słusznie zauważył na łamach „Gazety Wyborczej” prezes Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka, Maciej Nowicki, cały tzw. proces kiszyniowski opiera się na błędnym założeniu, że twórcy Europejskiej Konwencji Praw Człowieka nie byli w stanie przewidzieć ruchów migracyjnych generujących współczesne wyzwania. Argument ten pojawia się już na początku części deklaracji poświęconej migracji i otwiera drogę do postulatu, by orzecznictwo ETPCz uwzględniało rzekomo nowe wyzwania, nieistniejące jeszcze w 1950 roku, gdy Konwencję podpisano.

Tymczasem Konwencja była bezpośrednią odpowiedzią na doświadczenia II wojny światowej, w tym bezprecedensowe ruchy uchodźcze na kontynencie europejskim – nieporównywalne z niczym, czego Europa doświadczyła w ostatnich latach. Jednocześnie strony świadomie zobowiązały się do zagwarantowania praw przewidzianych w Konwencji również cudzoziemcom. W artykule 1 państwa zobowiązują się bowiem do zapewnienia praw „każdemu człowiekowi podlegającemu ich jurysdykcji”, a nie wyłącznie obywatelom. Jasne jest więc, że twórcy Konwencji nie tylko byli w stanie przewidzieć bezprecedensowe ruchy migracyjne (bo sami je obserwowali w latach bezpośrednio poprzedzających prace nad Konwencją), ale świadomie zaprojektowali system tak, by miał on do nich zastosowanie.

Nieprawdziwe jest również twierdzenie, że tzw. instrumentalizacja migracji stanowi zjawisko nowe i, w domyśle, wymagające natychmiastowego zaostrzenia orzecznictwa ETPCz. W wydanej w 2010 roku książce Weapons of Mass Migration: Forced Displacement, Coercion, and Foreign Policy Kelly Greenhill zidentyfikowała kilkadziesiąt przypadków instrumentalnego wykorzystania migracji do osiągania politycznych korzyści od lat 50. XX wieku.

W świetle powyższego jasne staje się, że

tym, co rzeczywiście zmieniło się w ostatnich latach, nie jest sama skala wyzwań związanych z migracją, lecz polityczny stosunek do niej.

Deklaracja kiszyniowska stanowi kolejny przejaw antyimigracyjnego zwrotu widocznego w Europie i znajdującego odzwierciedlenie choćby w ewolucji prawa oraz polityki azylowej Unii Europejskiej.

Fałszywa jest również sugestia, jakoby orzecznictwo Europejskiego Trybunału Praw Człowieka nie uwzględniało dostatecznie interesów państw w zakresie kontroli migracji. Jest wręcz przeciwnie – niemal każde uzasadnienie wyroku ETPCz dotyczącego migracji potwierdza suwerenne prawo państw do kontroli granic oraz wiąże to prawo z bezpieczeństwem i porządkiem publicznym.

Co więcej, orzecznictwo Trybunału w zakresie migracji w ostatnich latach wyraźnie się zaostrzyło i jest dziś bardziej restrykcyjne choćby od podejścia Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Jedynie w wyjątkowych sytuacjach ETPCz uznaje wydalenie cudzoziemca za niedopuszczalne – zazwyczaj wtedy, gdy wiązałoby się ono z zagrożeniem życia albo ryzykiem tortur lub innego nieludzkiego traktowania.

I tak, czasem tego rodzaju orzeczenia dotyczą osób potencjalnie niebezpiecznych, w tym skazanych przestępców. Wynika to jednak z faktu, że zakaz tortur w prawie międzynarodowym ma charakter absolutny – obowiązuje niezależnie od postępowania danej osoby. Społeczność międzynarodowa uznała bowiem, że nie ma takich okoliczności, które uzasadniałyby poddanie kogokolwiek traktowaniu tak głęboko sprzecznemu z przyrodzoną i niezbywalną godnością człowieka. Nawet przestępcom przysługuje prawo do humanitarnego traktowania, w tym w ramach wymierzonej im kary.

Szczególnie niepokojąca jest więc próba relatywizowania zakazu tortur i nieludzkiego traktowania w sprawach dotyczących deportacji cudzoziemców.

Pogłębia ona logikę, zgodnie z którą wartość ludzkiego życia nie wynika z samego faktu bycia człowiekiem, lecz uzależniona jest od przypadkowego faktu urodzenia się w określonym państwie.

Erozja powojennego systemu ochrony praw człowieka

Z tym wiąże się być może najdalej idące zagrożenie wynikające z deklaracji kiszyniowskiej – dorozumiane podważenie samych podstaw systemu ochrony praw człowieka zbudowanego po II wojnie światowej.

System ten opiera się na koncepcji indywidualnej godności każdego człowieka oraz wynikającego z niej prawa do bycia traktowanym wedle indywidualnych okoliczności. Wszelkie środki noszące cechy odpowiedzialności zbiorowej są więc z definicji nie do pogodzenia z samymi fundamentami praw człowieka.

Tymczasem niektóre fragmenty deklaracji – szczególnie te dotyczące „instrumentalizacji migracji” – zdają się legitymizować właśnie tego rodzaju środki. Szczególnie ilustratywne jest wykorzystanie pojęcia „demokracji zdolnej do obrony” do dorozumianego uzasadnienia działań pozbawiających „instrumentalizowanych” cudzoziemców dostępu do podstawowych praw.

Środki takie jak masowe pushbacki czy zawieszenie prawa do azylu – jak obecnie na granicy polsko-białoruskiej – mają tę cechę, że poddawane im osoby są w praktyce zbiorowo karane nie za własne działania, lecz za postępowanie państwa trzeciego. Innymi słowy: są poddawane daleko idącym, często drastycznym środkom nie za to, co same zrobiły, ale za to, kim są – „instrumentalizowanymi” migrantami i, jak głosi narracja państw, narzędziami używanymi przez państwo trzecie w „wojnie hybrydowej”.

Sama sytuacja instrumentalizacji nie oznacza jednak, że osoby jej poddawane nie wymagają ochrony międzynarodowej. Nie oznacza też, że wszyscy „instrumentalizowani” migranci są z definicji niebezpieczni. Wręcz przeciwnie – jak pokazują statystyki z granicy polsko-białoruskiej, osoby próbujące ją przekroczyć w przeważającej większości pochodzą z państw ogarniętych konfliktami zbrojnymi lub znanych z prześladowań własnych obywateli. Mamy więc wszelkie powody, żeby sądzić, że znaczna część z nich jest w rzeczywistej potrzebie ochrony międzynarodowej.

Oczywiście możliwe jest również, że niewielka część z tych osób stanowi realne zagrożenie. Zadaniem państwa szanującego indywidualną godność człowieka jest jednak rozróżnianie między tymi kategoriami. Osoby rzeczywiście potrzebujące ochrony powinny ją otrzymywać, natomiast osoby jej niepotrzebujące – w tym te stanowiące realne zagrożenie – powinny być zobowiązywane do powrotu w ramach odpowiednich procedur spełniających standardy praw człowieka lub, w razie potrzeby, poddawane postępowaniu karnemu.

W praktyce państwa doświadczające „instrumentalizacji” wrzucają jednak wszystkich do jednego worka. Wszyscy stają się wyłącznie narzędziami w „wojnie hybrydowej”, co ma uzasadniać poddanie ich, jako grupy, wyjątkowo drastycznym środkom. Koszt nieprzyjaznego działania państwa trzeciego zostaje przerzucony na niewinne osoby.

Takie podejście nosi cechy odpowiedzialności zbiorowej, która w swojej istocie godzi w same fundamenty praw człowieka.

Powrót logiki wykluczenia

Deklaracja kiszyniowska stanowi wyraźne polityczne odzwierciedlenie nowego paneuropejskiego konsensusu w kwestiach migracji i azylu. Jego praktycznym przejawem jest stopniowe rozwadnianie gwarancji prawnych przysługujących osobom migrującym, połączone z politycznym przyzwoleniem na otwarte łamanie tych praw na granicach Europy.

Komentując przyjęcie deklaracji, Eve Geddie, dyrektorka Biura ds. Instytucji Europejskich Amnesty International, słusznie zauważyła, że

prawa człowieka powstały właśnie z myślą o takich momentach jak ten – gdy polityka podziałów prowadzi do uczynienia z całych grup ludzi kozłów ofiarnych, a współczucie wobec nich przedstawiane jest jako słabość.

Prawa człowieka mają bowiem stanowić nieprzekraczalną granicę minimalnego traktowania każdego człowieka – niezależnie od politycznych okoliczności.

Współczesny system praw człowieka zrodził się z doświadczeń pierwszej połowy XX wieku, gdy wyjęcie całych grup ludności spod prawa stało się wstępem do ich eksterminacji. Międzynarodowe prawo uchodźcze miało zaś przeciwdziałać sytuacji, w której osoby zmuszone do ucieczki z własnych państw zostają pozbawione dostępu do podstawowych praw.

Jak pisała Hannah Arendt, opierając się na doświadczeniach lat 30., istotą uchodźstwa nie jest jedynie utrata części praw człowieka, lecz wykluczenie z dostępu do prawa jako takiego. Odpowiedzią na to wykluczenie miały być status uchodźcy oraz zasada non-refoulement (zakaz wydalania kogokolwiek na terytorium, gdzie grozi mu niebezpieczeństwo). Stanowią one substytut „prawa do posiadania praw” (the right to have rights) w sytuacji, gdy państwo pochodzenia odmawia swoim obywatelom ochrony albo nie jest w stanie jej zapewnić. Dorozumiana międzynarodowa akceptacja dla przekreślenia tych fundamentalnych instytucji stanowi zatem egzystencjalne wyzwanie dla systemu zbudowanego na doświadczeniach II wojny światowej.

Nie oznacza to oczywiście, że współczesny antyimigracyjny konsensus w Europie musi stanowić zapowiedź wydarzeń porównywalnych z latami 30. i 40. XX wieku.

Faktem jest jednak, że obserwujemy coraz bardziej otwarty demontaż gwarancji zbudowanych przede wszystkim po to, by takim wydarzeniom zapobiec.
Maciej Grześkowiak

Doktor nauk prawnych i badacz, obecnie związany z European University Institute we Florencji. Naukowo zajmuje się problematyką prawa azylowego oraz jego oddziaływania w praktyce. Prowadził badania terenowe w tym zakresie w Polsce, Libanie i Ugandzie. W latach 2019-2021, jako pracownik Polskiego Centrum Pomocy Międzynarodowej, zajmował się wdrażaniem programów humanitarnych w obozach dla uchodźców na pograniczu libańsko-syryjskim. Po powrocie do Polski współpracował z Helsińską Fundacją Praw Człowieka oraz wykładał na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego. W latach 2022-2025 był Głównym Koordynatorem ds. współpracy strategicznej w Biurze Rzecznika Praw Obywatelskich. Niniejszy tekst zawiera wyłącznie jego prywatne opinie.

Komentarze