0:00
Prawa autorskie: Sławomir Kamiński / Agencja GazetaSławomir Kamiński / ...
04 listopada 2020

Demokratyczna zmiana władzy może się odbyć przed 2023 rokiem [DWA SCENARIUSZE]

Scenariusz kontrolowanej zmiany władzy poprzez skuteczne konstruktywne wotum nieufności szerokiego porozumienia sił opozycyjnych może się dziś wydawać marzycielstwem. Sukces ulicznych protestów sprawił jednak, że pojawiły się warunki dla jego realizacji

Wydrukuj

Demokratyczna zmiana władzy może się odbyć przed 2023 rokiem.

Pierwszy scenariusz to rozpad koalicji rządzącej i obozu Zjednoczonej Prawicy, czyli przedterminowe wybory wymuszone przez utratę sejmowej większości. To mało prawdopodobna ewentualność. W tej podbramkowej sytuacji PiS zrobi wszystko, by utrzymać jedność w szeregach i wygasić spory wewnętrzne. W dodatku wariant przedterminowych wyborów wywołanych kryzysem w obozie władzy postawi opozycję przed serią poważnych problemów.

Z punktu widzenia opozycji – zarówno ulicznej, jak i parlamentarnej – o wiele korzystniejszy jest inny scenariusz demokratycznej zmiany władzy, jeszcze trudniejszy do przeprowadzenia, ale możliwy dzięki skutecznej presji demonstrujących w obronie podstawowych praw. Jego powodzenie wymaga jednak nie tylko przełamania nieufności między umiarkowanie konserwatywnym centrum a lewicą, ale też pomiędzy uczestniczkami i uczestnikami protestów ulicznych i opozycją parlamentarną.

Wedle tego wariantu protesty trwają jeszcze z dużą intensywnością przez kilkanaście tygodni, a w tym czasie opozycja przygotowuje grunt pod konstruktywne wotum nieufności.

Warianty demokratycznej zmiany władzy przed 2023 rokiem przedstawia Paweł Marczewski, szef działu Obywatele w forumIdei, think tanku Fundacji Batorego.

Okno możliwości. Dlaczego demokratyczna zmiana władzy może się odbyć przed 2023 rokiem

Przyzwolenie prezesa PiS na wydanie przez upolityczniony Trybunał Konstytucyjny orzeczenia zakazującego aborcji ze względu na ryzyko ciężkiego uszkodzenia płodu miało zapewne przebiec według wypróbowanego scenariusza, przetestowanego już jesienią 2016 roku.

Wówczas partia rządząca zmagała się z kryzysem wizerunkowym i wewnętrznym, spowodowanym serią kontrowersyjnych nominacji do zarządów kluczowych spółek Skarbu Państwa. Twarzą i symbolem kryzysu stał się wówczas Bartłomiej Misiewicz, powołany do rady nadzorczej Polskiej Grupy Zbrojeniowej mimo braku odpowiednich kwalifikacji. Kryzys skrzętnie wykorzystywała opozycja, w szczególności Nowoczesna, która dzięki piętnowaniu „Misiewiczów” znalazła się u szczytu popularności. Według niektórych ówczesnych sondaży PO i Nowoczesna miały łącznie wyższe poparcie od partii rządzącej. Groźba utraty władzy zaledwie rok po jej odzyskaniu mogła się wówczas wydawać całkiem realna.

Kierując obywatelski projekt ustawy „Stop Aborcji” do dalszych prac w komisji i utrącając konkurencyjny projekt liberalizujący dostęp do legalnej aborcji, zgłoszony przez inicjatywę „Ratujmy kobiety”, PiS podjął próbę odzyskania kontroli nad sytuacją.

Z jednej strony odwrócił uwagę od problemów spółkach państwowych, z drugiej podgrzewając wojnę kulturową wbił klin w opozycję, starając się skonfliktować jej bardziej postępowe i bardziej konserwatywne skrzydła. Mimo sukcesu „Czarnego Protestu”, ta próba okazała się w dłuższej perspektywie skuteczna.

Po kilku miesiącach i serii błędów popularność Nowoczesnej stopniała, podziały między lewicą a centrum pogłębiły się, a PiS zdołał nie tylko utrzymać władzę, ale i poprawić swoje notowania.

Zgrzyt w wypróbowanej machinie

Nie powinno zatem dziwić, że kiedy po zakończeniu długiego cyklu wyborczego i niełatwym zwycięstwie Andrzeja Dudy w wyborach prezydenckich w obozie władzy doszły do głosu głębokie podziały między skrzydłami umiarkowanym i skrajnym, spotęgowane dodatkowo poważnym kryzysem wywołanym próbą przeforsowania „piątki Kaczyńskiego”, prezes PiS sięgnął po wypróbowaną metodę podgrzewania, a następnie zarządzania konfliktem społecznym.

Protestów zapewne się spodziewał, ale ich skala, a także ostrość i całościowy charakter postulatów demonstrujących musiały być zaskoczeniem. Jeszcze większym był na pewno duży spadek notowań partii rządzącej.

Według sondażu IBRiS dla „Rzeczpospolitej” poparcie dla PiS zjechało do 28 proc. (w porównaniu do 41 proc. pod koniec maja). Nawet w sondażu CBOS, w którym na ogół partia rządząca wypadała lepiej, a starsi wyborcy o bardziej konserwatywnych poglądach byli dobrze reprezentowani, poparcie dla koalicji rządzącej wyniosło 31 proc., o 9 punktów procentowych mniej, niż w poprzednim badaniu.

Naruszenie status quo w sprawie praw reprodukcyjnych i sprowokowane nim masowe protesty w całej Polsce poważnie podkopały pozycję obozu rządzącego. Gdyby wybory odbyły się teraz, PiS stałby przed poważnym ryzykiem utraty władzy.

Dlatego tak jak wiosną robił wszystko, by wybory prezydenckie odbyły się jak najszybciej, tak teraz zrobi wszystko, by nie dopuścić do nich przed upływem kadencji parlamentu, czyli przed 2023 rokiem. Partia rządząca liczy, że mimo wszystko uda się powtórzyć rozgrywkę, która udała się jesienią 2016 roku – z czasem zarówno w gronie protestujących, jak i wśród opozycji dojdzie do rozłamów i podziałów, pojawią się spory o konkretne postulaty i strategie działania, do głosu dojdą personalne ambicje i animozje, a władza utrzyma pozory jedności, by za trzy lata znowu zatryumfować nad skłóconą opozycją.

Groźba chaotycznego rozpadu

Demonstrujący są na pewno świadomi tego zagrożenia, stąd ostre zapowiedzi liderek protestów, że jeśli rząd nie ustąpi, zostanie obalony.

Szanse na dobrowolne ustąpienie rządu są jednak zerowe, zwłaszcza że obóz władzy boryka się teraz nie tylko z dołującymi notowaniami, ale i poważnym kryzysem wewnętrznym.

Dobrowolne ustąpienie wiązałoby się zatem z ryzykiem całkowitego rozpadu i politycznej marginalizacji.

Kluczowe jest zatem pytanie o możliwe scenariusze demokratycznej zmiany władzy przed 2023 rokiem.

Uliczne protesty otworzyły dla niej okno, ale polityczne zdyskontowanie tego sukcesu możliwe będzie jedynie przy urnie wyborczej. Rozumiem niechęć niektórych liderek ruchu i części demonstrujących do uprawiania „zwykłej” polityki w ramach tradycyjnych instytucji w sytuacji, gdy czują, że te instytucje, wydrążone i zawłaszczone przez obóz rządzący, zawiodły. Bez zmiany władzy i odbudowy instytucji gwarantujących praworządność oraz polityczną reprezentację całego społeczeństwa zabezpieczenie podstawowych praw reprodukcyjnych i obywatelskich będzie niemożliwe.

Pierwszy scenariusz to rozpad koalicji rządzącej i obozu Zjednoczonej Prawicy, czyli przedterminowe wybory wymuszone przez utratę sejmowej większości. To mało prawdopodobna ewentualność. W tej podbramkowej sytuacji PiS zrobi wszystko, by utrzymać jedność w szeregach i wygasić spory wewnętrzne.

Wobec ostrego konfliktu między nastawioną bardziej modernizacyjnie i propaństwowo frakcją premiera Morawieckiego a stawiającą na polityczny decyzjonizm ekipą ministra Ziobry utrzymanie jedności będzie wymagało intensywnych rozmów i zaprzęgnięcia całego, popartego niedemokratycznym statutem partyjnym, autorytetu prezesa Kaczyńskiego. Wszyscy w obozie władzy, niezależnie od różnic ideowych czy odmiennych wizji jej sprawowania, mają w sytuacji przedterminowych wyborów wiele do stracenia.

W dodatku wariant przedterminowych wyborów wywołanych kryzysem w obozie władzy postawi opozycję przed serią poważnych problemów.

Chociaż naruszenie tzw. „kompromisu aborcyjnego” stworzyło realną nić porozumienia między centrum, czy też umiarkowanie konserwatywną częścią opozycji, a lewicą nastawioną na wywalczenie pełni praw reprodukcyjnych, ta nić będzie z czasem coraz wątlejsza.

Jak na razie popularność Lewicy nie rośnie, protesty przynoszą raczej wzrost notowań inicjatywy Szymona Hołowni, co oznacza, że zmiana władzy przy urnach nie odbędzie się bez sojuszu sił progresywnych ze zwolennikami przywrócenia kompromisu aborcyjnego.

Zbudowanie takiego sojuszu będzie wymagało długich rozmów i przełamywania nieufności po obu stronach. Jeśli przedterminowe wybory odbędą się w rezultacie kryzysu w obozie władzy, na taką żmudną pracę nie będzie po prostu czasu.

Uliczny marsz do urn wyborczych

Z punktu widzenia opozycji – zarówno ulicznej, jak i parlamentarnej – o wiele korzystniejszy jest inny scenariusz demokratycznej zmiany władzy, jeszcze trudniejszy do przeprowadzenia, ale możliwy dzięki skutecznej presji demonstrujących w obronie podstawowych praw.

Jego powodzenie wymaga jednak nie tylko przełamania nieufności między umiarkowanie konserwatywnym centrum a lewicą, ale też pomiędzy uczestniczkami i uczestnikami protestów ulicznych i opozycją parlamentarną.

Wedle tego wariantu protesty trwają jeszcze z dużą intensywnością przez kilkanaście tygodni, a w tym czasie opozycja przygotowuje grunt pod konstruktywne wotum nieufności.

Nie tylko prowadzi rozmowy o stworzeniu szerokiej koalicji od umiarkowanej prawicy po lewicę, ale stara się przekonać do tego pomysłu mniej radykalnych, propaństwowych i prodemokratycznych posłów i posłanki Zjednoczonej Prawicy. O ile cała formacja na zmianie władzy może tylko stracić, to poszczególne osoby wybrane z list PiS już niekoniecznie.

Nie chodzi tu wyłącznie o osobiste korzyści, jakie drugi szereg posłów i posłanek PiS mógłby odnieść w przypadku nowego rozdania władzy, ale również o względy ideowe.

Próba uspokojenia sytuacji przez prezydenta Dudę poprzez zgłoszenie propozycji zakazania aborcji ze względu na rozpoznanie u płodu zespołu Downa i zezwoleniu na nią w przypadku wad letalnych, jest nie tylko nie do zaakceptowania dla protestujących, ale dzieli też obóz władzy.

Dla skrajnych konserwatystów jest nie do przełknięcia, bo stanowi przyzwolenie na jakąś formę „aborcji eugenicznej”, a dla bardziej umiarkowanych i tak jest naruszeniem z trudem osiągniętego w latach 90. kompromisu.

Propozycja prezydenta trafia zatem w próżnię – dla radykałów jest zdradą pryncypiów, a dla umiarkowanych nie ma z niej pragmatycznej korzyści wygaszenia konfliktu.

Scenariusz kontrolowanej zmiany władzy poprzez skuteczne konstruktywne wotum nieufności szerokiego porozumienia sił opozycyjnych może się dziś wydawać marzycielstwem, ale sukces ulicznych protestów sprawił, że zaistniały warunki dla jego realizacji.

Jego realizacja sama w sobie wymaga jednak głębokiej zmiany politycznej – i to nie rewolucyjnej, ale mało spektakularnej. Istotą tej zmiany jest przełamanie utrzymującej się - od lat i nie bez przyczyny - nieufności między lewicą a umiarkowanie konserwatywnym centrum, a także nieufności świeżej, której źródła leżą w rozczarowaniu instytucjami demokracji reprezentacyjnej.

Bez przełamania obu rodzajów nieufności nowa polityka będzie niestety niemożliwa – i to niezależnie od tego, jak kreatywne będą formy protestu i jak błyskotliwe slogany na transparentach demonstrujących.

Udostępnij:

Paweł Marczewski

doktor socjologii, szef działu Obywatele w forumIdei, think tanku pro publico bono Fundacji im. Stefana Batorego. Zajmuje się ruchami i organizacjami społecznymi oraz zagadnieniami sprawiedliwości społecznej.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne