0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: FOT. BARTOSZ BOBKOWSKI / Agencja GazetaENCJA GAZETAFOT. BARTOSZ BOBKOWS...

1 listopada 2025 r. OKO.press pisało o nagłym zniknięciu Białorusina.

Przeczytaj także:

Od kilku lat mieszkał w Polsce, pracował, pomagał w „Kwitnącym Domu” Fundacji Inna Przestrzeń, miejscu wsparcia dla osób z doświadczeniem migracji, w kryzysie bezdomności, starszych i niepełnosprawnych. Korzystają z niego m.in. Ukraińcy.

Anna Kłos, koordynatorka „Kwitnącego Domu”, ustaliła, że Białorusin został zatrzymany przez policję, przekazany Straży Granicznej i przewieziony do SOC w Przemyślu.

Kilka tygodni wcześniej Siarhiej został pobity na przystanku za mówienie po białorusku. Polscy napastnicy ukradli mu dokumenty.

Tuż przed zatrzymaniem wygasła jego karta pobytu. Nie mógł jej przedłużyć bez paszportu. Kiedy trafił do Straży Granicznej, przedstawiono mu zobowiązanie do powrotu. W SOC w Przemyślu dostał do podpisania zgodę na dobrowolną deportację. Nie podpisał.

Gdy Anna Kłos ustaliła, gdzie Siarhiej przebywa, zaczęła szukać pomocy prawnej. W organizacjach pozarządowych bez skutku. Prawniczkę znalazła przez znajomych. Jej wynagrodzenie pokryła Fundacja Inna Przestrzeń.

Trzeba czekać

Joanna Brylak, adwokatka z Warszawy, od lat zajmuje się sprawami uchodźczymi.

– Sytuacja pana Siarhieja była specyficzna. Po zatrzymaniu kompletnie nie rozumiał, co się dzieje, nie miał adwokata, nikt mu go nie zaproponował. Kiedy zaczęłam działać, termin na odwołanie już minął – wyjaśnia Brylak.

Złożyła wniosek o przywrócenie terminu na złożenie wniosku o kartę pobytu oraz na odwołanie od decyzji o wydaleniu.

– Przesłanką do przywrócenia tego terminu był fakt, że pan Siarhiej nie zna języka polskiego, działał bez prawnika, nie miał świadomości zapadających decyzji – tłumaczy Brylak. – Odwołaliśmy się od decyzji o zobowiązaniu do powrotu z racji tego, że pan Siarhiej był też w SOC-u pozbawiony pomocy psychologicznej, a przedstawiane mu dokument nie były przetłumaczone na białoruski. Przez prawie sześć miesięcy słyszałam od Straży Granicznej, że sprawa jest w toku, ale trzeba czekać, bo mają nawał pracy.

Bał się

Anna Kłos przez pół roku regularnie rozmawiała z Siarhiejem przez telefon. Źle znosił pobyt w SOC w Przemyślu.

Straż Graniczna co trzy miesiące składała wniosek o przedłużenie detencji, a sąd – się zgadzał. Siarhiej żył w zawieszeniu, nie wiedząc, jak długo jeszcze będzie zamknięty, ani czy ostatecznie zostanie wydalony.

W kwietniu ośrodek w Przemyślu zawiesił możliwość przekazywania paczek, a wyżywienie było bardzo złe. Wśród osadzonych narastało napięcie i niepokój – pojawiały się plotki o niejasnych procedurach i „znikających” osobach.

– Siarhiej bardzo się bał. Składaliśmy wnioski o widzenie, on próbował nas wpisać się na listę gości. Straż Graniczna ani razu się nie zgodziła – mówi Anna Kłos.

Co się dzieje?

Kiedy Anna Kłos dowiedziała się o możliwej deportacji Siarhieja, natychmiast skontaktowała się z prawniczką i zaczęła ustalać, co się dzieje.

– Dzwoniłam do Przemyśla, do Komendy Głównej Straży Granicznej i na lotnisko. Nigdzie nie dało się nic ustalić – mówi. – W końcu pojechaliśmy do Terespola sprawdzić, czy go tam nie przewożą. Zanim dotarliśmy, znajomy z Białej Podlaskiej był już na przejściu i sprawdzał auta SG.

Równolegle zaalarmowano obrońców praw człowieka, w tym Wiaczesława Panasiuka, od lat wspierającego migrantów.

– Zaczęło się, kiedy Polska nie przyjmowała Czeczenów w Terespolu. Pomagałem rodzinom, składałem wnioski o interim measures do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka – mówi Białorusin.

Interim measures to tzw. środki tymczasowe mające zapobiec nieodwracalnym skutkom jak deportacja do kraju potencjalnie niebezpiecznego.

Panasiuk, który w 2020 r. sam wyemigrował do Polski jako specjalista IT, dziś interweniuje w sprawach Afgańczyków, Czeczenów i innych cudzoziemców.

– Nie znoszę łamania praw człowieka. Wiem, dokąd to prowadzi. Najpierw dotyka cudzoziemców, potem własnych obywateli – mówi.

W piątek koło południa dowiedział się o sprawie Siarhieja.

– Moi podopieczni z ośrodka w Przemyślu potwierdzili, że funkcjonariusze mówili o deportacji – relacjonuje.

Jak dodaje, Siarhiej próbował tego dnia złożyć wniosek o ochronę międzynarodową. Są na to świadkowie. Straż Graniczna go nie przyjęła, choć ma taki obowiązek. – W Polsce wystarczy powiedzieć: „chcę złożyć wniosek o ochronę”, resztą powinien zająć się funkcjonariusz – mówi Panasiuk.

Siarhiej znika po raz drugi

Dlaczego Siarhiej wcześniej nie złożył wniosku o ochronę?

– Nie było takiej potrzeby, bo procedura była w toku – wyjaśnia mec. Brylak.

– Jeszcze 2-3 tygodnie wcześniej SG pisała do mnie, by uzupełnić pełnomocnictwo i potwierdzała, że będą w kontakcie. I cisza. A w piątek niespodzianka.

Dostała telefon od Anny Kłos, że Siarhiej jest transportowany.

– Nie wiadomo dokąd. Zniknął nam z pola widzenia, choć formalnie nie było żadnej decyzji – mówi prawniczka. Wtedy złożyła w jego imieniu wniosek o ochronę międzynarodową, ale – jak zaznacza – moment nie był sprzyjający:

– Służby wybrały na deportację piątkowe popołudnie, kiedy instytucje są zamknięte i możliwości interwencji się kończą.

Wydalenie z Polski przeprowadzono po cichu. Bez wiedzy pełnomocnika, bliskich. Jedyną podstawą był brak dokumentów, a procedura wciąż trwała – podkreśla. – Jeśli zapada jakakolwiek decyzja, na przykład o deportacji, powinnam ją dostać do kancelarii wraz z terminem wykonania. Nic takiego nie nastąpiło. Nie dostałam żadnego zawiadomienia. Tak nie powinno być – mówi oburzona prawniczka.

Czy można było temu zapobiec?

Siarhiejowi skradziono dokumenty. Pytam prawniczkę, jak w takiej sytuacji miałby wyrobić paszport i ubiegać się o pobyt w Polsce?

– Musiałby zgłosić sprawę karną w prokuraturze czy na policji o kradzieży dokumentów. W tym kierunku powinno toczyć się postępowanie, które prawdopodobnie byłoby umorzone. W oparciu o to mógłby jednak wystąpić do swojej placówki dyplomatycznej o pomoc w pozyskaniu nowych dokumentów – wyjaśnia mec. Brylak. – Tyle że dla cudzoziemca bez języka i pieniędzy na prawnika to wcale nie jest proste.

Dodatkowo Siarhiej działał w organizacji wspierającej Ukraińców, więc kontakt z ambasadą Białorusi mógł być dla niego ryzykowny.

– Tak, to była sytuacja patowa – potwierdza prawniczka. – Dlatego nie podejmował tych działań.

Czy się nie boję?

– Kiedy SG podejmuje czynności w sprawie deportacji, musi się upewnić, że osoba może wrócić do kraju pochodzenia – wskazuje Wiaczesław Panasiuk. – Nie było jasności, czy to sprawdzono.

Zaczął działać z prawnikami i innymi obrońcami praw człowieka. Wysłali wniosek o ochronę międzynarodową do placówki SG w Bieszczadach, do SOC w Przemyślu i do Komendy Głównej SG.

– Dzwoniłem do Bieszczad osobiście. Usłyszałem: „Jeśli osoba powie, że chce złożyć wniosek, to go przyjmiemy”. Oni tak zawsze mówią, a potem nic nie robią – relacjonuje. – Złożyłem też wniosek do ETPCz o wstrzymanie deportacji. Do piątku nie było odpowiedzi.

Jak dodaje, uprzedził Przemyśl o złożeniu wniosku o interim i możliwym nakazie wstrzymania wyjazdu.

– Mówiłem: „Nie łamcie prawa, bo będziecie za to odpowiadać”. Usłyszałem tylko: „Nie udzielamy informacji”. Funkcjonariusz kilka razy prosił o moje dane, a potem zapytał, czy się nie boję? Czy ja się boję? Niekoniecznie. Już starczy mi mojego kraju – mówi Wiaczesław. –W piątek po południu miałem jednak nadzieję, że ktoś na granicy okaże serce.

Straż „podwiozła” do granicy

Anna Kłos na granicy w Terespolu pytała funkcjonariuszy o Siarhieja, informując o złożonym wniosku o ochronę międzynarodową.

– Chcieliśmy wiedzieć, co się z nim dzieje, bo od południa nie mieliśmy żadnych informacji – opowiada.

Została odesłana do komendanta placówki w Terespolu, która nie jest przy samej granicy. Pojechała tam o godzinie 20:00.

– Z późniejszej rozmowy z Siarhiejem wiem, że on przejechał granicę chwilę po 20:00 – relacjonuje. – Czekali, aż nas już nie będzie.

Przy wywożeniu Siarhieja zabrano mu telefon. Na granicy oddano go, ale był rozładowany. Po stronie białoruskiej dzięki czyjejś pomocy udało mu się skontaktować z matką, a ta powiadomiła Annę Kłos. Później Kłos rozmawiała z Siarhiejem przez internet.

– Dowiedziałam się, że zawieziono go do Terespola, gdzie dostał tymczasowy dokument podróży. Po czym Straż Graniczna „podwiozła” go do granicy i zostawiła, mówiąc, że Białorusini bez dokumentów nie są Polsce potrzebni. On „dobrowolnie” przeszedł na Białoruś.

Siarhiej pytał strażniczek granicznych, czy może wrócić. Usłyszał, że tak, ale z dokumentami.

– Wychodzi na to, że nie dostał zakazu wjazdu – wnioskuje Anna Kłos.

Dlaczego to się stało?

– Straż Graniczna miała problem z tą sprawą, bo mój wniosek o przywrócenie terminu był formalnie zasadny i niełatwo było go odrzucić – uważa mec. Joanna Brylak. – Może dlatego przez pięć miesięcy nie zapadła decyzja.

Jak podkreśla, nie chodzi o osobę karaną czy stwarzającą zagrożenie.

– Nie wiem jak w Białorusi. Oceniałam wyłącznie jego sytuację prawną w Polsce – mówi prawniczka.

Jej zdaniem procedura deportacji została przeprowadzona nieprawidłowo:

– Służby zrobiły coś skandalicznego. Nie chciały anulować decyzji o deportacji, bo wiedziały, że mogę iść z tym do Strasburga o naruszenie praw człowieka: były podstawy do skargi na brak tłumacza i prawa do obrony.

Przez pięć miesięcy, kiedy kontaktowałam się z Komendantem Głównym SG w Warszawie, gdzie toczyła się procedura odwoławcza, słyszałam: „Proszę czekać”. A potem go po prostu wywieziono, ignorując nawet złożony wniosek o ochronę międzynarodową.

Niedawno odbyła się sprawa o przedłużenie na kolejne trzy miesiące pobytu Siarhieja w SOC-u, ale ani on, ani prawniczka nie otrzymali decyzji w tej sprawie.

– Przypuszczamy, że sąd się nie zgodził przedłużyć detencji i stąd taka dramatyczna akcja straży granicznej – mówi Anna Kłos.

– Myślę, że odkąd rząd Tuska zaczął mocniej pokazywać politykę deportacji migrantów, służby muszą się wykazać – ocenia Panasiuk. – Pan Siarhiej był bardzo łatwą ofiarą tej sytuacji. Nie miał rodziny w Polsce i a oni mają „plus jeden” do statystyki. Polska mówi o złym reżimie na Białorusi, a jednocześnie nie przyjmuje wniosku osoby, która tam może być prześladowana. Wcześniej podobnie traktowano Afgańczyków czy Czeczenów. Ale odrzucanie wniosku Białorusina to coś nowego. Pewnie później usłyszymy, że pan Siarhiej wcale nie prosił o ochronę. Będzie jak zawsze.

Prawniczka podkreśla z kolei samotność Siarhieja w systemie:

– Jako wolontariusz fundacji nie był całkowicie anonimowy i czuł się w Polsce bezpiecznie. Ale dla prawa był „anonimowy”, bo nie miał dokumentów. Służby widzą tylko papiery, a nie człowieka. I potraktowali go jak kogoś, kto nie istnieje – mówi Joanna Brylak i dodaje na koniec:

– Takie sytuacje zdarzają się coraz częściej. Zamiast indywidualnej oceny sprawy, presja na szybkie wydalenie. W przypadku pana Siarhieja postąpiono nielegalnie.

Nie wiadomo, co Siarhiejem

Anna Kłos przez jakiś czas nie mogła się skontaktować z Siarhiejem.

– Publicznie krytykował reżim, wspierał Ukraińców, za co grozi mu w Białorusi nawet 15 lat więzienia – niepokoi się Anna Kłos.

Ani fundacja, ani prawniczka nie zamierzają odpuścić.

– Będziemy tę sprawę prowadzić, aż ktoś poniesie konsekwencje – deklaruj Kłos i przyznaje, że długo nie wierzyła w taki obrót sprawy:

– Tłumaczyłam Siarhiejowi i innym osobom w SOC-u, że jesteśmy w Unii, są granice, których nie przekraczamy. Myślałam, że może go tylko straszą deportacją. Nawet jadąc na granicę, miałam nadzieję, że znajdziemy go w innym ośrodku. Byłam przekonana, że poniżej pewnego poziomu, nie schodzimy. Okazało się, że nie.

Teraz próbują sprowadzić Siarhieja z powrotem do Polski. Pracują z prawnikami i organizacjami nad rozwiązaniem.

– Mam nadzieję, że któreś przyniesie skutek, bo już żadna instancja nam nie została. Mieliśmy pismo wydane na polecenie ministra Duszczyka, by służby jak najszybciej wyjaśniły sprawę Siarhieja i nawet to nie pomogło. To, co go spotkało, było jak porwanie – zabrali go, wywieźli w nieznanym i wyrzucili w miejscu, gdzie grozi mu więzienie. Do kogo mamy się zwracać o pomoc, skoro służby łamią prawo? – pyta Anna Kłos.

OKO.press wysłało pytania o sprawę Siarhieja do SOC-a w Przemyślu, Bieszczadzkiego Oddziału SG, placówki w Terespolu, oraz Komedy Głównej SG w Warszawie. Do dnia publikacji dotarły odpowiedzi od rzeczników prasowych Bieszczadzkiego i Nadbużańskiego Oddziału SG por. Piotra Zakielarza i mjr. Dariusza Sienickiego. Obaj odmówili informacji o sytuacji Siarhieja, powołując się na przepisy m.in. ustawy o SG i ustawy o cudzoziemcach, ochronę danych osobowych i zabezpieczenie prawidłowości prowadzonych działań. W kwestii kosztów deportacji por. Piotr Zakielarz wskazał, że po wykonaniu decyzji o wydaleniu sporządzana jest dokumentacja, na podstawie której rozlicza się koszty transportu. Koszty te zależą m.in. od liczby funkcjonariuszy, trasy i zaangażowanych jednostek, a transport odbywa się specjalnie przystosowanymi pojazdami. Jakie to koszty, nie odpowiedział.

Na zdjęciu Agnieszka Rodowicz
Agnieszka Rodowicz

Reporterka, fotografka, studiowała filologię portugalską. Nominowana do Nagrody Newsweeka im. Teresy Torańskiej za reportaż o uchodźcach i migrantach w pandemii (2020), zdobyła też wyróżnienia Prix de la Photographie Paris 2016 i 2009. Jej reportaż "Bo jeśli umrę, nikt się tym nie przejmie. Dzień Dziecka na granicy" opublikowany w OKO.press został właśnie nominowany do European Press Prize 2025.

Komentarze