0:00
Prawa autorskie: Jakub Orzechowski / Agencja Wyborcza.plJakub Orzechowski / ...
08 lutego 2022

Dlaczego polscy mężczyźni tak często umierają na COVID? Najnowsze dane GUS o zgonach

Od stycznia do lipca 2021 zmarło w Polsce o 62 tys. osób więcej niż w pierwszym półroczu 2020. O wiele więcej mężczyzn niż kobiet. Dlaczego? Co się stało? Tłumaczy to ekspert: Rafał Halik, epidemiolog

Wydrukuj

Główny Urząd Statystyczny opublikował dane na temat umieralności Polaków w pierwszej połowie 2021 roku. Liczba zgonów w przekroczyła w tym czasie o ponad 70 tys. średnioroczną wartość z ostatnich 15 lat (271 tys. do 199 tys.). W Polsce zmarło aż o 62 tys. osób więcej niż w pierwszym półroczu 2020 roku.

Przyczyną tego była przede wszystkim pandemia COVID-19, której 3. fala osiągnęła swój szczyt na przełomie marca i kwietnia 2021 roku. W pierwszej połowie 2020 roku z powodu COVID-19 zmarło w Polsce 1,5 tys. osób, co stanowiło niespełna 1 proc. wszystkich zgonów. Tymczasem w analogicznym okresie 2021 roku liczba zgonów z powodu koronawirusa zwiększyła się prawie 37-krotnie, osiągając poziom 58 tys. (dokładnie 58 266).

Innymi słowy, pandemia odpowiada za niemal wszystkie nadmiarowe zgony w ciągu pierwszych 6 miesięcy 2021 roku.

Wynik ten pokazuje też, że dane o zgonach podawane z dnia na dzień przez Ministerstwo Zdrowia były wyraźnie niedoszacowane. Dodając je, doliczyliśmy się 46 403 zgonów, podczas gdy w rzeczywistości – jak podaje teraz GUS – było ich 58 266.

Statystyka zgonów w Polsce w pierwszym półroczu 2021 roku

Polacy naturalnie nie przestali umierać w tym okresie z powodu chorób układu krążenia czy nowotworów. Jednak COVID-19 stał się drugą (po chorobach układu krążenia) przyczyną zgonów. Zgony z powodu COVID-19 stanowiły blisko 22 proc. wszystkich odnotowanych w tym czasie.

Umierały przede wszystkim osoby starsze, choć wzrost liczby zgonów w stosunku do pierwszego półrocza 2020 zauważono niemal we wszystkich grupach wiekowych. Spadek umieralności nastąpił jedynie w grupie 5-9 lat. Natomiast najwyższe wzrosty – rzędu 40 proc. – odnotowano wśród siedemdziesięciolatków (70-79 lat).

Pandemia w większym stopniu dotknęła mężczyzn i mieszkańców miast. Wśród 58 266 jej ofiar w tym czasie znalazło się 32 325 mężczyzn i 25 941 kobiet. W przeliczeniu na 100 tys. ludności zmarło odpowiednio 348,3 mężczyzn i 261,9 kobiet.

Współczynniki umieralności na 100 tys. ludności były wyższe wśród mężczyzn praktycznie we wszystkich grupach wiekowych. W większości przypadków ten wzrost był dwukrotny. „Przyczyną tego zjawiska może być m. in. gorsza kondycja zdrowotna mężczyzn w Polsce, którzy bardzo często zaniedbują badania profilaktyczne i obarczeni są licznymi, nieleczonymi schorzeniami” – czytamy w opracowaniu GUS.

Z kolei współczynniki zgonów na 100 tys. mieszkańców wsi i miast wyniosły odpowiednio 250,4 i 339,3. W liczbach bezwzględnych zmarło 19 221 mieszkańców wsi i 39 045 mieszkańców miast.

GUS zastrzega, że są to dane wstępne.

Mężczyźni chcą być macho, w rzeczywistości wychodzą na „cieniasów”

Poprosiliśmy o komentarz na temat tych danych Rafała Halika, epidemiologia, specjalistę zdrowia publicznego.

Sławomir Zagórski, OKO.press: W okresie raportowanym przez GUS nie widać jeszcze wpływu szczepień. Czy zatem ta wysoka liczba zgonów w porównaniu do innych krajów wskazuje na słabość naszego systemu opieki? I czy efekt relatywnie niskiego odsetka szczepień w Polsce uwidoczni się dopiero w kolejnych miesiącach?

Rafał Halik: Przede wszystkim widać, że COVID-19 nie jest żadną grypką i że w czasach pandemii jest jedną z ważniejszych przyczyn umieralności całej ludności Polski. Stanowi wręcz zagrożenie dla substancji społeczeństwa. Niestety, wyniki zaskoczyły mnie negatywnie. Nie spodziewałem się, że epidemia „wykręci” aż taki wynik w tym półroczu.

W każdej katastrofie, a epidemia jest katastrofą, nie ma takiej zależności, że wszystko można przypisać jednej przyczynie. Składa się na to wiele czynników wzajemnie się wzmacniających, zakłócających, bądź znoszących się. Na razie można wytypować dwie osiowe cechy, które wyjątkowo nam nie sprzyjają i spowodowały takie konsekwencje epidemii:

  1. Wysoka chorobowość społeczeństwa na choroby przewlekłe, a w szczególności na choroby układu krążenia i cukrzycę oraz duża powszechność czynników ryzyka tych chorób takich jak palenie, nadwaga, nadciśnienie w naszej populacji.
  2. Bardzo ograniczone zasoby systemu ochrony zdrowia (mała liczba kadr i niskie finansowanie) oraz związana z tym jego niska wydolność jeśli chodzi o świadczenia.

Już przed epidemią system był niewydolny, o czym świadczyły kolejki. Czerwona lampka zapaliła się podczas bardzo nasilonego sezonu grypowego podczas wiosny 2017.

Grypa oprócz tego, że powoduje absencję chorobową, to dla osób schorowanych niesie dodatkowe ryzyko w postaci zaostrzania się chorób układu krążenia, co z kolei powoduje wysyp udarów, zawałów oraz innych powikłań. I to właśnie z powodu fali grypy i związanego z nią paraliżu systemu ochrony zdrowia wiosną 2017 roku nagle wzrosła umieralność ludności o kilkanaście procent.

Na wnioski było wtedy już za późno, bo zaniedbania w systemie ochrony zdrowia i w zdrowiu publicznym w Polsce można szacować na 40 lat. Teraz płacimy srogie odsetki od tego w postaci konsekwencji epidemii.

Na dodatkowe odsetki przyjdzie czas w postaci spłacania długu zdrowotnego: konsekwencji obniżonej czujności onkologicznej i diagnostyki chorób, odłożonych zabiegów, zakłóconych terapii.

A jak pan interpretuje dużą różnicę w śmiertelności mężczyzn i kobiet? Spodziewał się pan tak dużej różnicy?

Akurat tutaj spodziewałem się tego zjawiska.

Zjawisko wczesnej, bo już w wieku 40 lat, zapadalności na choroby układu krążenia, to ogólna charakterystyka regionu Europy Wschodniej i Środkowo-Wschodniej. A przecież to są najważniejsze czynniki ciężkiego COVID-u.

Na to wszystko nakładają się zachowania ryzykowne zdrowotnie jak: palenie, alkohol, wysokotłuszczowa dieta pełna czerwonego mięsa oraz przetworzonych dań (wystarczy wspomnieć „wypoczynek przy grillu”), mała aktywność fizyczna i inne ryzykowne zachowania, czego przykładem jest stan bezpieczeństwa naszych dróg i dominacja wśród ofiar wypadków właśnie mężczyzn.

Niepokojącym zjawiskiem, które ostatnio obserwujemy, jest również pogarszanie się stanu zdrowia psychicznego wszystkich społeczeństw, które szczególnie dotkliwe zdrowotnie jest znów w przypadku mężczyzn.

To ich dotyczy przytłaczająca większość przypadków samobójstw. Problemy ze zdrowiem psychicznym wpędzają też mężczyzn w alkohol i inne używki.

Mężczyźni nie chodzą też do lekarzy, nie kontrolują swojego zdrowia. Mają słabe tzw. kompetencje zdrowotne, czyli nie wiedzą po prostu jak o zdrowie dbać albo zwyczajnie kulturowo wstydzą się o nie dbać. Chcą być macho, a w rzeczywistości wychodzą na „cieniasów”.

Przeciętnie Polak żyje 74,1 lata natomiast Polka 82 lata – prawie 8 lat różnicy! To też fatalna sytuacja dla polskich kobiet, których starość przebiega często we wdowieństwie, w pojedynkę, bez opieki i wsparcia w domu.

Mówimy, że zdrowie to nasza własna sprawa, ale to nieprawda. Przez zaniedbywanie własnego zdrowia w problemy i chorobę wciągamy również innych.

Odstajemy pod tym względem od Europy? Innymi słowy, ta różnica wynika z samej specyfiki przebiegu COVID-19 u obu płci, czy też widać, że mężczyźni w Polsce są bardziej zaniedbani zdrowotnie niż w bogatszych krajach?

Odstajemy na pewno od Europy Zachodniej pod względem stanu zdrowia mężczyzn, ich przedwczesnej umieralności, choć w naszym rejonie mamy jeszcze bardziej tragiczne przypadki, np. Rosji, Łotwy, czy Litwy, w których oczekiwana długość życia mężczyzn dopiero całkiem niedawno przekroczyła 70 lat, ale sytuacja jest wciąż niepokojąca.

Problemy ze zdrowiem mężczyzn, a w szczególności epidemię chorób układu krążenia, problemy z alkoholem oraz częstym paleniem papierosów obserwowaliśmy w całej Europie już w latach 70. XX wieku. I Europa Zachodnia zareagowała na to licznymi, skutecznymi programami profilaktycznymi. Szczególnie pionierska była pod tym względem Finlandia, wdrażając tzw. projekt Karelia już w 1972 i uzyskując w efekcie spektakularne sukcesy.

Tymczasem cały blok tzw. demoludów zbagatelizował problem, a wiele krajów, w tym kraje dawnego ZSRR, zaliczyły wręcz katastrofę zdrowotną. Co niektórzy pamiętają desperackie, doraźne poczynania Gorbaczowa, który wprowadzał restrykcje w sprzedaży alkoholu. Są osoby, które wprost twierdzą, że upadek ZSRR był wywołany upadkiem zdrowotnym sowieckiego społeczeństwa.

Myśmy w Polsce ten upadek przechodzili o wiele łagodniej. Mieliśmy też sukcesy, jeśli chodzi o zdrowie społeczeństwa. Na początku lat 90. mieliśmy duże osiągnięcia w ograniczaniu palenia oraz ograniczeniu spożycia tłuszczów zwierzęcych i przetworów mięsnych, oraz zmianie diety. Część z tych procesów była spontaniczna. Część wynikała z aktywności stowarzyszeń, lekarzy, fundacji oraz mediów, tak jak w przypadku rzucania palenia.

Różnica miasto/wieś — jak pan ją interpretuje? Na wsi ludzie zwykle są bardziej schorowani, mają gorszy dostęp do opieki zdrowotnej. Tymczasem w miastach odnotowujemy wyraźnie więcej zgonów. Czy to wyłącznie wynik większej gęstości zaludnienia?

Trochę to rozróżnienie zamazuje obraz. W rzeczywistości to bardziej skomplikowane. Wieś nie jest jednolitym obszarem do analizy, bo przecież mamy obecnie obszary wiejskie będące częściami wielkich aglomeracji miejskich. Mamy też dużo obszarów wiejskich cechujących się bardzo wysokim stopniem rozwoju infrastrukturalnego oraz społecznego, gdzie np. dominuje przemysłowe rolnictwo. Mamy wreszcie zmarginalizowane i zubożałe obszary wiejskie peryferyjne, wyludniające się.

Tak samo jest z miastami. Mamy bardzo wiele małych miast o charakterze peryferyjnym, mających tylko znaczenie lokalne, w których często jakość życia jest gorsza niż na otaczających je obszarach wiejskich. I mamy wielkie aglomeracje miejskie bardzo nowoczesne i o wysokim stopniu rozwoju jak na warunki europejskie: Warszawa, Poznań, Gdańsk.

Analizy sytuacji zdrowotnej przeprowadzane w Narodowym Instytucie Zdrowia Publicznego Państwowym Zakładzie Higieny-Państwowym Instytucie Badawczym pokazują, że gorsza sytuacja zdrowotna nie dotyka w Polsce mieszkańców wsi, ale właśnie głównie mieszkańców małych miast oraz - co ciekawe - dużego i nowoczesnego miasta, jakim jest Łódź. Najkorzystniejszą sytuację zdrowotną mają w Polsce mieszkańcy dużych aglomeracji miejskich.

Czy z tych danych płynie dla nas jakaś lekcja? Np. starsi mężczyźni powinni szczególnie uważać na COVID. To do nich powinien być skierowany przekaz o konieczności szczepień, niezwlekania z pójściem do szpitala w razie choroby.

Lekcja dla nas jest jedna.

Jeśli nie zainwestujemy w zdrowie każdego obywatela — nie tylko mężczyzn. Jeśli nie zaczniemy budowania świadomości zdrowotnej, nie przemodelujemy systemu ochrony zdrowia, nie dofinansujemy go, nie wprowadzimy wielosektorowych skoordynowanych polityk na rzecz utrzymywania zdrowia, to w przypadku innych epidemii znowu będziemy bezbronni.

Pikująca sytuacja zdrowotna ludności to najlepsza recepta na cywilizacyjne zatracenie oraz biedę i nędzę społeczeństwa.

Udostępnij:

Sławomir Zagórski

Biolog, dziennikarz. Zrobił doktorat na UW, uczył biologii studentów w Algierii. 20 lat spędził w „Gazecie Wyborczej”. Założył tam dział nauki i wypromował wielu dziennikarzy naukowych. Pracował też m.in. w Ambasadzie RP w Waszyngtonie, zajmując się współpracą naukową i kulturalną między Stanami a Polską. W OKO.press pisze głównie o systemie ochrony zdrowia.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne