0:000:00

0:00

Prawa autorskie: Foto Nikolay DOYCHINOV / AFPFoto Nikolay DOYCHIN...

W powodzi komentarzy po niedawnej bulwersującej wypowiedzi Donalda Trumpa, oprócz tych dotyczących jej sedna, a więc poddawania w wątpliwość zasady solidarności sojuszniczej, pojawiają się także te, które odnoszą się do głębszego jej tła, a więc kwestii wydatków na obronność ponoszonych przez poszczególne państwa NATO.

Przeczytaj także:

Już Obama wzywał Europę do zbrojeń

W tym kontekście słowa Trumpa należy potraktować jako zwulgaryzowaną formę problemu podnoszonego od dawna w dyplomatyczny sposób. Jeszcze w roku 2016 Barack Obama podczas wizyty w Wielkiej Brytanii zwrócił uwagę, że wszystkie państwa członkowskie NATO powinny wywiązać się ze zobowiązań w sprawie budżetów obronnych.

Zobowiązania, o których mówił ówczesny prezydent USA, to przyjęty jeszcze w roku 2006 pożądany próg wydatków obronnych na poziomie co najmniej dwóch procent produktu krajowego brutto. To zobowiązane zostało zmodyfikowane w roku 2014 na szczycie w Newport – dodano zobowiązanie wydawania jednej piątej budżetu obronnego na modernizację techniczną wojska.

Jednocześnie państwa pozostające poniżej progu 2 procent PKB, zgodnie z przyjętą deklaracją tego szczytu, miały ten próg osiągnąć w ciągu dekady.

Gdy chodzi o samą realizację spełnienia tego podstawowego progu, w roku 2014 według ówczesnych danych Sojuszu spełniały go poza Stanami Zjednoczonymi (3,8 proc. PKB) tylko Wielka Brytania (2,2 proc.), Grecja (2,2 proc.) i Estonia (2,0 proc.). Prognozowano, że Polska przekroczy ten próg w roku 2015.

Skok wydatków w 2023

Według danych za rok 2022, nad progiem znalazły się Stany Zjednoczone, Chorwacja, Estonia, Litwa, Polska, Grecja i Wielka Brytania. W dalszym ciągu oznacza to, że pod nim znajdowały się dwadzieścia cztery państwa.

Skok wydatków miał miejsce dopiero niedawno. Według wstępnych szacunków NATO, w roku 2023 próg dwóch procent przekroczyło jedenaście państw, w tym Polska, która wydając szacunkowo 3,9 proc. PKB na obronność, znalazła się w grupie trzech państw (wraz z USA i Grecją), które przekroczyły poziom trzech procent PKB.

Według słów sekretarza generalnego NATO Jensa Stoltenberga próg dwóch procent w bieżącym roku ma osiągnąć aż osiemnaście państw. Wciąż jednak Europa będzie wydawać na obronność mniej niż połowę tego, co USA.

Sam wskaźnik wydatków nie mówi wiele, bez analizy dwóch dodatkowych parametrów.

Popatrzmy na efektywność wydatków

Jednym z nich jest przełożenie procentowego udziału w PKB na faktyczne wydatki obronne.

W NATO znajdują się państwa skrajnie różne, od supermocarstwa po Islandię, która nie posiada nawet sił zbrojnych – zaledwie niewielką straż wybrzeża. Państwa różnią się także pod względem potencjału gospodarczego oraz demograficznego. Trudno oczekiwać, aby potęgę militarną budowały słaba gospodarczo Albania czy niewielki Luksemburg.

Trzeba jednak pamiętać, że sojusz w założeniu nie jest tylko prostą sumą sił swoich członków. Można bowiem budować ten potencjał wspólnie, wykorzystując klocki, jakie wnosi każde państwo.

To prowadzi do kolejnego parametru, którym jest efektywność wydatków wojskowych. Można bowiem wydawać dużo na armię słabą lub niewiele na armię silną.

USA – 743 mld, Europa i Kanada – 356 mld

Gdy mowa o całym sojuszu, nawet pobieżne spojrzenie na dane ujawnia wyraźny podział. W roku 2015 amerykański budżet obronny wynosił 641 miliardów dolarów, a pozostałych państw NATO – 254 miliardy.

Dane NATO (przyjmujące kurs dolara z 2015 roku) pokazują, że gdy w roku 2020 Europa i Kanada wydawały 314 mld dolarów – USA wydały 704 mld. Na rok 2023 szacunkowe dane podają stosunek 356 do 743 mld.

Mimo że po stronie europejskiej zauważalny jest wzrost wydatków, a do sojuszu wstępują nowe państwa, to jednak

dysproporcja jest zauważalna i ma charakter trwały.

W roku bieżącym Stany Zjednoczone zamierzają wydać 886 miliardów dolarów i są państwem z największym budżetem obronnym na świecie.

USA – 1,3 mln żołnierzy

To przekłada się na wojsko liczące milion trzysta tysięcy żołnierzy w czynnej służbie. W zakresie uzbrojenia USA posiadają pełną triadę jądrową: flotę bombowców strategicznych oraz międzykontynentalne pociski balistyczne bazowania lądowego i morskiego.

Gdy mowa o broni i potencjale morskim wystarczy wspomnieć, że siły powietrzne posiadają jedenaście lotniskowców (oraz dziewięć dużych okrętów desantowych, które mogą je uzupełniać, przenosząc samoloty myśliwskie) i sześćdziesiąt sześć okrętów podwodnych.

Wojska lądowe mają na stanie 2600 czołgów w linii i około 2000 w rezerwie.

Pełne wyliczenie amerykańskiego potencjału jest niecelowe. Dość wspomnieć, że tylko jeden rodzaj sił zbrojnych – korpus piechoty morskiej, posiadający swoje – uważane w realiach USA za niewielkie – siły powietrzne, ma 381 wielozadaniowych samolotów bojowych. Więcej niż większość państw europejskich.

Znaczna część tych wydatków przekłada się na jakość sił. Zarówno, gdy mowa o posiadanym uzbrojeniu, jak i warunkach służby – siły zbrojne USA są wręcz modelowym państwem dobrobytu, zapewniając opiekę medyczną, edukację i mieszkania.

Rosja – 117 mld dol., 1,1 mln żołnierzy

Dla porównania: rosyjskie wydatki przedwojenne szacowane były w roku 2022 na 74 do 86 miliardów dolarów, a w roku bieżącym The Military Balance szacuje je na 117 miliardów.

Wielkość armii szacowana jest na milion sto tysięcy żołnierzy w służbie czynnej, Rosja posiada także pełną triadę jądrową. Choć jedyny lotniskowiec nie nadaje się do użytku, to flota podwodna liczy pięćdziesiąt okrętów. Siły lądowe liczą 1750 czołgów w linii i do 4000 w rezerwie.

Europejska część NATO wyraźnie słabsza

Wracając do NATO, europejska część sojuszu jest tutaj wyraźnie słabsza. Niższy jest poziom wydatków zbrojeniowych.

Przykładowo, Wielka Brytania z budżetem 73 mld dolarów, posiada znaczny potencjał morski – na który składają się dwa lotniskowce, siedemnaście niszczycieli i fregat, dziesięć okrętów podwodnych w tym cztery nosiciele strategicznej broni jądrowej. Jednak jej armia lądowa ma zaledwie 213 czołgów i tylko jedną ciężką (wyposażoną właśnie w czołgi i inny ciężki sprzęt) dywizję.

Kontynentalna Francja, planująca wydać na obronność 64 miliardy dolarów w tym roku, ma siły zbrojne liczące 294 tysiące żołnierzy w służbie czynnej, ale aż 91 tysięcy to żandarmeria, a więc formacja policyjna wykonująca także niektóre zadania obronne.

Jej siły morskie są jednymi z najsilniejszych w Europie. Podobnie jak sąsiad zza kanału La Manche, posiada liczną flotę podwodną, lotniskowiec i 231 samolotów bojowych. Ale czołgów ma tylko 215 egzemplarzy.

Można poddać analizie inne państwa Zachodniej Europy, by zauważyć podobne prawidłowości.

Holandia posiada wojska lądowe złożone z trzech zaledwie brygad (w tym jednej zmechanizowanej i jednej aeromobilnej) oraz oddziały piechoty morskiej. Gdy mowa o czołgach posiada zaledwie jedną kompanię Leopardów wchodzącą w skład wspólnego z Niemcami batalionu pancernego, a same wozy są wydzierżawione od Bundeswehry.

Dla porównania, w czasach zimnej wojny istniał liczący trzy zmechanizowane dywizje korpus holenderski, jeden z wielu jakie miały bronić NATO przed inwazją ze wschodu.

Rozwijano wojska specjalne

Faktem jest, że po roku 1990 następowała stopniowa redukcja potencjałów wojsk lądowych lub konwersja sił – zamiast czołgów i haubic rozwijano siły lekkie i wojska specjalne. Zakładano, że takie właśnie formacje będą użyteczne podczas operacji pokojowych, stabilizacyjnych czy antyterrorystycznych, także poza Europą.

Z racji zadań ekspedycyjnych utrzymywano także siły morskie i lotnicze, jako formacje podwójnego przeznaczenia – przydatne zarówno w konflikcie konwencjonalnym, jak i operacjach innego rodzaju.

Ponadto pojawiały się koncepcje tworzenia wielonarodowych formacji, które miały ułatwić utrzymywanie sił zbrojnych i prowadzenie wspólnych działań, czego przykładem jest choćby Eurokorpus czy istniejący od prawie ćwierćwiecza w Szczecinie Wielonarodowy Korpus Północny Wschód, którego pierwszymi państwami ramowymi były Polska, Niemcy i Dania.

Pojawiały się także mieszane dywizje, które w czasie wojny miały składać się z sił wydzielanych przez różne państwa. Taki model dotyczy na przykład współpracy niemiecko-holenderskiej, gdzie wspomniany już wspólny batalion w razie wojny wszedłby w skład holenderskiej brygady, która z kolei weszłaby w podporządkowanie dowództwu niemieckiej dywizji.

W Polsce taki model istniał, gdy pozyskano pierwsze czołgi Leopard – 10. Brygada Kawalerii Pancernej przyjęła wraz z czołgami niemiecki model organizacyjny i miała w razie wojny zostać podporządkowana niemieckiej dywizji, będąc wpięta w jej system logistyczny.

To porównanie sum i zdolności jest istotne w kontekście wspomnianego już problemu nierówności wydatków.

Oceńmy europejski potencjał obronny bez wsparcia USA

Łatwo jest sformułować zarzut, który często pada w amerykańskiej publicystyce o europejskiej jeździe na gapę w sferze bezpieczeństwa – korzystacie z amerykańskiej osłony wojskowej, dając od siebie bardzo mało.

Użyteczny więc może być mały eksperyment i próba oceny europejskiego potencjału obronnego bez amerykańskiego wsparcia.

Teoretycznie ten potencjał wygląda nieźle. Przykładowo, europejskie państwa NATO, Kanada oraz Szwecja posiadają łącznie 6371 czołgów. Oczywiście jest to liczba zmienna, choćby z uwagi na trwające dostawy (choćby do Polski) nowego sprzętu i pomoc udzielaną Ukrainie. Ponadto w tej puli jest na przykład ponad dwa tysiące czołgów tureckich.

Jeśli spojrzeć na siłę lądową sojuszu przez pryzmat związków taktycznych, w chwili obecnej najsilniejsze pod tym względem są:

  • Turcja (dziewięć korpusów będących odpowiednikami dywizji),
  • Grecja (pięć dywizji),
  • Polska (cztery dywizje),
  • Włochy (trzy dywizje),
  • Wielka Brytania, Niemcy i Francja (po dwie dywizje).

Kanada mogłaby wystawić jedną słabą dywizję zmechanizowaną. Inne państwa byłyby w stanie wystawić jedną lub dwie brygady piechoty. Specyficznym przypadkiem są republiki nadbałtyckie, Finlandia oraz Szwecja, których model obronny zakłada istnienie silnego i łatwego w mobilizacji komponentu rezerwowego.

Uzbrojenie od sasa do lasa

W dodatku nawet gdyby nastąpił masowy przerzut wszystkich możliwych sił lądowych na wschodnią flankę sojuszu, oznaczałoby to nie tylko ogromne wyzwanie transportowe. Na froncie znalazłyby się czołgi różnych typów, strzelające różną amunicją i potrzebujące różnego asortymentu części zamiennych.

Wreszcie, same czołgi nie walczą. Potrzebują wsparcia piechoty, artylerii, wojsk inżynieryjnych, obrony przeciwlotniczej a podstawą skutecznych działań jest rozwinięte zaplecze logistyczne.

Czy zachodnie społeczeństwa są gotowe na mobilizację?

Jeszcze ważniejszym czynnikiem są zasoby ludzkie. Masowe rozmieszczenie wojsk lądowych musi uwzględnić faktyczne stany osobowe i możliwość ich wypełnienia, jak również uzupełnienia strat.

Czynnikiem ryzyka jest także zdolność społeczeństw poszczególnych państw europejskich do zaakceptowania skierowania względnie dużych sił. Istnieje bowiem ryzyko, że z przyczyn politycznych i społecznych mogą pojawić się opory przed użyciem sił zbrojnych na dużą skalę, a istniejące podziały może wykorzystać Rosja, prowadząc działania dezinformacyjne i inne hybrydowe.

Lądowy wymiar starcia z Rosją byłby więc obarczony największym ryzykiem – także dlatego, że po stronie agresora byłby potencjał ilościowy i wysoka, uwarunkowana systemem politycznym, tolerancja na straty w ludziach.

Ponadto potencjał obrony przeciwlotniczej jako znacznie mniej priorytetowej po zakończeniu zimnej wojny wymaga w wielu państwach odtworzenia, aczkolwiek obecnie realizowane programy, czy to poszczególnych państw, czy też europejska tarcza przeciwrakietowa (European Sky Shield Initiative), mają na celu zmianę tego stanu rzeczy.

Lotnictwo – jest nieźle

Lepiej sytuacja przedstawia się, gdy mowa o powietrznym wymiarze działań. Wspomniana już Holandia posiada przykładowo 28 śmigłowców Apache, 36 myśliwców F-35 i dywizjon przeciwlotniczych rakiet Patriot. Te zdolności byłyby w razie wojny bezcennym wkładem w sojuszniczy wysiłek.

Sumaryczny potencjał wszystkich europejskich państw NATO oraz Kanady i Szwecji w zakresie samolotów bojowych należy szacować na około 1900 maszyn, z czego spora część to nowoczesne samoloty bojowe takie jak Eurofighter Typhoon, F-35, Gripen czy Rafale.

Ponadto państwa europejskie – przynajmniej niektóre posiadają samoloty wczesnego ostrzegania (także we wspólnej jednostce samolotów AWACS), tankowania powietrznego (tu także utrzymywana jest wspólna flota) oraz rozpoznania radioelektronicznego.

Mimo zauważalnych ograniczeń, zwłaszcza w zakresie zdolności do przełamywania obrony powietrznej, to jest potencjał, który przewyższa zdolności rosyjskie, obarczone wieloma deficytami i dodatkowo poważnie nadszarpnięte podczas wojny w Ukrainie.

Sama obecność zachodnich samolotów myśliwskich oraz zdolność do wykonywania uderzeń – także pociskami manewrującymi – byłaby w razie konfliktu istotnym czynnikiem ograniczającym możliwości działania Rosji.

Z tej perspektywy, pieniądze wydawane przez dekady na utrzymanie – i tak słabszego przecież niż w czasach zimnowojennych – lotnictwa wojskowego, ale także na programy badawczo-rozwojowe i produkcję europejskich myśliwców są dobrą i zyskowną inwestycją w bezpieczeństwo.

Ponadto, zachodnie programy modernizacji – choćby zastąpienie starszych wersji F-16 i innych starzejących się samolotów przez F-35, są kontynuowane. Europa ma potencjał naukowy, technologiczny i gospodarczy pozwalający opracować i wdrażać do służby kolejne (w tym bezzałogowe) konstrukcje, powiększając przewagę jakościową nad Rosją.

Floty europejskich państw NATO

Podobnie sytuacja wygląda w domenie morskiej. Mimo redukcji, floty głównych europejskich państw NATO posiadają nowoczesne fregaty (a niektóre – niszczyciele) rakietowe. Skuteczność tego typu okrętów w odpieraniu ataków rakiet i samolotów bezzałogowych została niedawno praktycznie przetestowana na Morzu Czerwonym, potwierdzając wcześniejsze oceny.

Okręty zdolne do zapewnienia strefowej obrony przeciwlotniczej – czy to brytyjskie, holenderskie, niemieckie czy innych państw w razie konfliktu byłyby niezwykle trudnym przeciwnikiem dla rosyjskiego lotnictwa i floty. Ponadto, łatwe jest – także z uwagi na długoletnią współpracę, także w stałych zespołach sił morskich – sformowanie zespołu wielonarodowego, złożonego przykładowo z brytyjskiego niszczyciela, holenderskiej, duńskiej i dwóch niemieckich fregat i wysłanie go w rejon kryzysu, gdzie stanowiłby liczącą się siłę.

Widoczne są deficyty europejskiego potencjału, zwłaszcza gdy mowa o zdolnościach do wykrywania i zwalczania okrętów podwodnych. Nie jest to jednak problem nie do przezwyciężenia – wymaga wykorzystania już posiadanego potencjału, zwłaszcza technicznego i budowy większej liczby okrętów.

Ostatecznie, z najważniejszych elementów europejskiego potencjału pozostaje ten, który w założeniu służy jedynie odstraszaniu, a więc broń jądrowa. Sam fakt posiadania przez Wielką Brytanię i Francję broni atomowej jest czynnikiem, który musi być brany pod uwagę przez Rosję.

Europa nie jest pasażerem na gapę

Reasumując, mimo wielu problemów i ograniczeń, europejska część NATO nie jest „pasażerem na gapę” – można najwyżej powiedzieć, że przez ostatnie trzy dekady korzystała z ulgi na przejazd, kompensując to jednak w przypadku wielu państw (w tym Polski) wnoszeniem wkładu w operacje ekspedycyjne pod przywództwem amerykańskim, jak w Afganistanie.

Gdy mowa o potencjale konwencjonalnym, służącym odparciu ewentualnej rosyjskiej agresji, widoczne są silne i słabe strony.

Europa nie jest bezbronna – ma szansę, odeprzeć agresję nawet z ograniczonym udziałem USA lub bez nich – aczkolwiek tu należy podkreślić, że jest to szansa. W przypadku pełnego zaangażowania USA byłaby to praktycznie pewność.

W razie konieczności zwiększenia europejskiego potencjału, na przykład w razie wygranej Trumpa lub pogorszenia sytuacji w Azji, co wymusiłoby zwiększenie amerykańskiego zaangażowania w tamtej części świata, rozbudowa europejskich zdolności obronnych wymagałaby zwiększenia nakładów, ale nie do poziomu równego amerykańskim nakładom.

Ponadto fundamenty – zwłaszcza jakościowe już istnieją, a nowe zakupy oznaczałyby zwiększenie potencjału ilościowego.

Cykl „SOBOTA PRAWDĘ CI POWIE” to propozycja OKO.press na pierwszy dzień weekendu. Znajdziecie tu fact-checkingi (z OKO-wym fałszometrem) zarówno z polityki polskiej, jak i ze świata, bo nie tylko u nas politycy i polityczki kłamią, kręcą, konfabulują. Cofniemy się też w przeszłość, bo kłamstwo towarzyszyło całym dziejom. Rozbrajamy mity i popularne złudzenia krążące po sieci i ludzkich umysłach. I piszemy o błędach poznawczych, które sprawiają, że jesteśmy bezbronni wobec kłamstw. Tylko czy naprawdę jesteśmy? Nad tym też się zastanowimy.

;

Udostępnij:

Michał Piekarski

Adiunkt w Instytucie Studiów Międzynarodowych Uniwersytetu Wrocławskiego, zajmuje się problematyką bezpieczeństwa narodowego, w szczególności zagrożeń hybrydowych, militarnych oraz kultury strategicznej Polski. Autor książki "Ewolucja Sił Zbrojnych Rzeczypospolitej Polskiej w latach 1990-2010 w kontekście kultury strategicznej Polski" (2022), stały współpracownik magazynu „Frag Out” członek Polskiego Towarzystwa Bezpieczeństwa Narodowego

Komentarze