0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Krzysztof Cwik / Agencja Wyborcza.plKrzysztof Cwik / Age...

13 marca. Na internetowym forum Grupa Zasoby Warszawa, pada wezwanie: "Zmiany na dworcu autobusowym. Powoli robi się gorąco. Dziś oferty rozmaite – na dłużej i krócej, małe i duże".

W ciągu 1,5 godziny spływa ponad 200 komentarzy z propozycjami noclegu dla uchodźców z Ukrainy. Ludzie oferują całe mieszkania, oddzielne pokoje, tapczany, a czasem karimaty. "Mamy małego pieska do towarzystwa. Możemy podjechać i zabrać. Mamy foteliki dla dzieci", pisze Agnieszka.

Są nawet tacy, którzy narzekają, że już dwa tygodnie czekają na przyjęcie ukraińskiej rodziny - mieszkanie się kurzy, a telefon wciąż milczy. Inni podpowiadają, by samodzielnie jechać na dworzec. "Zgłosiłam się punktu wolontariatu. Tam w pół godziny przydzielili mi rodzinę. Mama za dwójką dzieci. Odpoczną trzy dni i jadą dalej".

Ta oddolna, spontaniczna sieć wsparcia to najlepsza odpowiedź na pytanie, jakim cudem Warszawa była w stanie w ciągu 2,5 tygodnia przyjąć 390 tys. uchodźców z Ukrainy.

Magistrat szacuje, że ponad 200 tys. z nich zostało w mieście. To tak jakby Warszawa z dnia na dzień powiększyła się o Płock i Włocławek.

W pierwszej fali znaczna część uchodźców sama załatwiała sobie mieszkania, korzystając z sieci znajomych i rodziny. Wsparcia potrzebowało ok. 10-15 proc. przyjezdnych.

"Na początku pomagaliśmy głównie studentom z wymian międzynarodowych, potem ludziom w tranzycie, a teraz coraz więcej osób szuka zakwaterowania na dłużej. I to staje się poważnym problemem" — mówi OKO.press Zosia Jaworowska, jedna z założycielek Grupy Zasoby. Wolontariusze pomagają dziennie od 200 do 350 osobom, które trafiają na Dworzec Zachodni w Warszawie i szukają schronienia.

Przeczytaj także:

Podobne grupy wsparcia funkcjonują na Dworcu Centralnym, a także Wschodnim. Bazę lokali od mieszkańców tworzą też: warszawski magistrat, organizacja społeczna Ukraiński Dom i Centrum Wielokulturowe. Jest też wsparcie dedykowane tęczowej społeczności uciekającej z Ukrainy. Bezpiecznych domów szukają m.in. Lambda Warszawa i KPH.

Aż trudno uwierzyć, że cała ta machina, która dziennie obsługuje w sumie kilka tysięcy ludzi, opiera się na wysiłku i solidarności zwykłych obywateli.

Ale wraz ze zmianą potrzeb tych, którzy uciekają, sytuacja dużych polskich miast staje się coraz trudniejsza.

"Nie każdy może długoterminowo mieszkać z obcą osobą na kanapie. Mamy coraz więcej zgłoszeń od rodzin wielodzietnych, które zgłaszają się na długie pobyty. Te osoby w normalnych warunkach mieszkałyby osobno, ale teraz nie chcą się rozdzielać. Często szukamy mieszkań dla sześciu, siedmiu, ośmiu osób: babci, matki, córki i jej dzieci. Czasem są dwie matki, które nie chcą iść do dwóch mieszkań. Takich lokali w Warszawie już przed napływem uchodźców było mało" — opowiada Jaworowska.

Dodaje, że system pomocy oparty niemal wyłącznie na wolontariacie można utrzymać do końca marca, może trochę dłużej: "Czekamy na rozwiązania systemowe. Ludzie są niesamowici, zdają egzamin na szóstkę. Ale zaraz wpadniemy w poważne tarapaty".

Te tarapaty to kryzys humanitarny, fala bezdomności, a także backlash, czyli negatywna zmiana postaw społecznych w stosunku do Ukraińców. Nie trudno sobie wyobrazić, że bez regulacji systemowych, dzisiejszy entuzjazm szybko przerodzi się w frustrację.

Warszawa pęka w szwach. I co dalej?

Gdy pytam rzeczniczki urzędu, czy Warszawa pęka w szwach, odpowiada krótko: "Tak".

Stolica dysponuje aktualnie 4700 lokalami od mieszkańców - czasem są to oferty pokoju, czasem całe mieszkania. Do tego dochodzi ponad 2 tys. miejsc w bazie samorządowej: większe obiekty, takie jak Arena Ursynów, a także mieszkania z zasobów miejskich. Wsparciem państwa są dwa wielkie obiekty noclegowe zarządzane, przynajmniej w teorii, przez wojewodę (więcej pisaliśmy o tym tutaj): Hala Torwar, a także Ptak Warsaw Expo z 20 tysiącami miejsc.

10.03.2022 Warszawa , Arena Ursynow . Uchodzcy z Ukrainy ( uciekaja przed wojna - agresja Putina na Ukraine ) ulokowani w zaadoptowanaj hali sportowej .
Fot. Jacek Marczewski / Agencja Wyborcza.pl
Hala Arena Ursynów w Warszawie zaadaptowana jako tymczasowa noclegownia dla uchodźców z Ukrainy / Fot. Jacek Marczewski, Agencja Wyborcza.pl

Samorząd apeluje jednak o mądre mechanizmy relokacji.

"Uchodźcy nie powinni być kierowani pociągami z granicy tylko do Warszawy i Krakowa. Wiadomo, że jeśli ktoś chce przyjechać do stolicy, zawsze może wybrać standardowe połączenie. Ale musi być zachęta, by ludzie chcieli jechać także do innych miejsc w Polsce" — mówi OKO.press Monika Beuth-Lutyk, rzeczniczka Urzędu mst. Warszawy.

Do tej pory, samorządy dogadywały się same. Sieć współpracy, która dobrze sprawdziła się w sprzeciwie wobec Lex Czarnek, czy Polskiego Ładu, teraz wykorzystywana jest po to, by rozmieszczać uchodźców równomiernie po całej Polsce.

"Codziennie setki osób wyjeżdżają od nas autokarami do Gdyni, Sopotu, Juraty, Pucka, Sokołowa Podlaskiego czy Lądka Zdroju.

Nikogo nie zmuszamy, ale pokazujemy możliwości i organizujemy przejazd do innych miejscowości, które chcą i mogą przyjąć uchodźców. Tak, aby zwalniały się miejsca noclegowe w stolicy".

Warszawie zależy na tym, by miejsca tranzytowe, takie jak dworce, nie stały się niekontrolowalnymi, niebezpiecznymi noclegowniami .

"Zawsze musimy mieć zapas miejsc. Najwięcej ludzi przyjeżdża do nas nocą. Nie możemy znaleźć się w sytuacji, w której na tysiąc osób, które zjawią na dworcu, siedemset będzie chciało zostać w Warszawie, a my nie będziemy mieli, gdzie ich rozlokować" - mówi Beuth-Lutyk.

Według rzeczniczki prowizoryczne sypialnie na dworcach to dziś nie konieczność, a wybór: "Część ludzi woli poczekać na dworcu na połączenie. Ludzie śpią na materacach czasem dwie doby, ale nie ma się co dziwić. Są zmęczeni ciągłą tułaczką. Nie chcielibyśmy jednak, by stało się to powszechne".

08.03.2022 Warszawa . Dworzec Zachodni . Uchodzcy z Ukrainy .
Fot. Jacek Marczewski / Agencja Wyborcza.pl
Dworzec Zachodni w Warszawie / fot. Jacek Marczewski, Agencja Wyborcza.pl

Problemem jest też logistyka. Niektórzy korzystają z zasobów miejskich kilka dni, a potem szukają stałego zakwaterowania przez znajomych lub organizacje społeczne. Ten proces "uwalniania miejsc" ma usprawnić w Warszawie Fundacja "Habitat for Humanity Poland", która zajmie się rozmieszczaniem ludzi w lokalach zaoferowanych przez warszawiaków.

"Jako samorząd ledwo dajemy radę zajmować się nowymi osobami.

W ten weekend przyjechało do nas 10 tys. osób. W najgorętszych dniach było to nawet 20 tys. ludzi.

Liczymy, że wsparcie organizacji społecznej pomoże nam odkorkować system wsparcia" - tłumaczy rzeczniczka miasta.

Magistrat musi też myśleć krok do przodu. Kolejnym wyzwaniem jestem bowiem usamodzielnienie się uchodźców, którzy chcą zostać w Warszawie.

"Część ludzi na własną rękę szuka pracy. Będziemy tworzyć miejski punkt pośrednictwa pracy dla Ukraińców. Nie wiemy, czy rząd przewiduje formy wsparcia np. dla kobiet, które nie mogą podjąć pracy, bo sprawują opiekę nad trójką, czwórką, piątką małych dzieci. Pod naszą opieką te osoby mają co jeść, mają w co się przebrać, mają pomoc medyczną. Ale w którymś momencie będą musiały się usamodzielnić" - mówi Beuth-Lutyk.

Warszawa boi się też, że łańcuch pomocy, który dziś funkcjonuje nieźle, załamie się pod kolejną falą uchodźstwa.

"Naszym zdaniem nie obejdzie się bez budowy miasteczka dla uciekinierów z Ukrainy.

Nie można zapominać, że miasto opiekuje się dziś ludźmi w 23 lokalizacjach przez 24 godziny na dobę. Nie możemy ich zostawić samych, bo wśród uchodźców jest dużo dzieci, osób starszych, a także osób z niepełnosprawnościami. Ktoś musi wynieść śmieci, ktoś musi posprzątać, ktoś dostarczyć jedzenie, ktoś musi pomóc załatwić sprawy urzędowe.

Dlatego miasteczko leży w gestii rządu. Opieka nad cudzoziemcami to zadanie rządowe. My oczywiście nie rozkładamy teraz rąk, tylko działamy. Tak po prostu trzeba. Gdyby nie zapał wolontariuszy, zwykłych mieszkańców, bylibyśmy w innym miejscu. Teraz mamy chwilowy moment wyciszenia, więc dajemy radę. Ale za kilka dni sytuacja może się zmienić. I bez rządu sobie nie poradzimy" - tłumaczy rzeczniczka.

Wtórna migracja może zburzyć względny spokój

Ale obawiać należy się też wtórnej fali migracji. Ludzie, którzy dziś nocują u mieszkańców Warszawy lub w hostelach i biurach udostępnionych przez biznes, za tydzień, dwa, trzy będą szukać własnych mieszkań. Rynek prywatny w stolicy był pełny już przed pandemią.

Ceny najmu pójdą ostro w górę, również dlatego, że po wzroście rat kredytów, także wśród Polaków wzrosło zapotrzebowanie na mieszkania na wynajem.

Analitycy przewidują, że pierwszych zauważalnych podwyżek można spodziewać się w perspektywie najbliższego kwartału. Tylko w ciągu dwóch tygodni od wybuchu wojny, dostępność mieszkań na wynajem na portalu Oto.dom spadła o 20 proc, na OLX - o jedną czwartą.

Część wynajmujących nie chce zawierać umów z Ukraińcami. Chodzi albo o uprzedzenia, albo obawę, że będzie to najem tymczasowy, a lokatorzy będą uzależniać pobyt w kraju od sytuacji za wschodnią granicą.

Pomóc mogłyby społeczne agencje najmu (SAN), które funkcjonowałyby jako pośrednicy pomiędzy właścicielem nieruchomości, a osobą w trudnej sytuacji finansowej.

Właściciel takiej nieruchomości otrzymuje gwarancję stałej wypłaty czynszu i zwolnienie z podatku od dochodów z umowy. Za to lokator - czynsz niższy niż stawki rynkowe, oraz dopłaty z Programu Mieszkanie na Start (nawet 300 zł miesięcznie).

Program wprowadzony w połowie 2021 dopiero raczkuje, ale warto byłoby wykorzystać go w długofalowym myśleniu o przyjęciu uchodźców.

Na wtórną migrację przygotowują się też mniejsze miasta, które mogłyby odciążyć Warszawę, Kraków, czy Wrocław.

11 marca podczas obrad Związku Miast Polskich w Poznaniu, prezydent Ciechanowa apelował o centralną dyslokację. "Cześć gmin, miast ma wolne miejsca, ale tam te transporty z osobami nie są kierowane, nie ma tej centralnej dyslokacji – na to też zwracamy uwagę stronie rządowej” - mówił Krzysztof Kosiński.

Prezydent Świdnicy, Beata Moskal-Słaniewska, tłumaczyła, że władze lokalne z całych sił próbują unikać umieszczania uchodźców w dużych, zbiorowych halach. "Urządzamy mieszkania, doposażamy tych, którzy zadeklarowali przyjęcie pod swoje dachy Ukraińców i dzięki temu, jak do tej pory, mimo przyjęcia ponad tysiąca osób, nie musimy jeszcze korzystać z miejsc zbiorowych, z takich miejsc, gdzie dyskomfort, trauma, lęk, strach byłyby niestety jeszcze bardziej pogłębiane - bo nie wyobrażamy sobie kładzenia dzieci, kobiet, które uciekły z wojny, na wielkich halach, na których nocowałoby 100 czy 200 osób” - podkreśliła.

W Koszalinie, do którego według danych Związku Ukraińców w Polsce dotarło 3 tysiące osób, na potrzeby odciążenia dużych miast, stworzono bazę noclegową w hali sportowej. "To spartańskie warunki, na pewno nie na dłuższy pobyt" - mówił w wywiadzie dla DGP rzecznik prezydenta miasta Robert Grabowski.

Do rozwinięcia zasobów lokalowych potrzebne są pieniądze, dlatego samorządy czekają na wejście w życie specustawy, która ma uruchomić dodatkowe środki na zakwaterowanie. Kraków w dwa tygodnie wydał już 15 mln zł na zarządzanie kryzysowe. Roczny budżet na ten cel wynosi 19 mln zł.

Według rzeczniczki stołecznego magistratu rząd powinien też rozważyć relokację.

"Miało być porozumienie z Niemcami. Kilka pociągów faktycznie wyjechało za granicę, ale nie będziemy nikogo wyprawiać na siłę. Zresztą dziś słyszymy, że Niemcy poprosiły, by wstrzymać transporty, bo i u nich szybko zrobiło się wąskie gardło. Mechanizm relokacji musi być uzgodniony na poziomie unijnym" - dodaje Monika Beuth-Lutyk

Rząd liczy na cichą dyslokację i wielkie serca obywateli

Rząd mówi miękkie "nie" relokacji uchodźców. Minister Spraw Zagranicznych Zbigniew Rau stwierdził, że powinien to być mechanizm dobrowolny. Z nieoficjalnych informacji "Rzeczpospolitej" wynika, że politycy PiS mają liczyć na to, że długotrwały pobyt na gwarnych, zatłoczonych halach, samoistnie zachęci uchodźców do wyjazdu.

Rząd chce też jak najdłużej utrzymać społeczny entuzjazm wobec przyjmowania uchodźców do własnych domów. Prywatyzację problemu zakwaterowania ma podtrzymać specustawa, która przewiduje, że każdy, kto wspiera uchodźców może liczyć na 1200 zł za osobę przez 60 dni. Według rządu potem Ukraińcy zaczną sobie radzić sami. I to tylko dlatego, że dostaną numer PESEL, opiekę medyczną, a także możliwość podjęcia pracy.

Rząd nie bierze jednak pod uwagę, że zasoby mieszkaniowe nie są z gumy, a polski rynek mieszkaniowy podlega zasadom rynkowym. Im większy popyt, tym wyższe ceny. W tej sytuacji należałoby nie tylko wprowadzić oddzielny program, który pozwoliłby ludziom znaleźć stałe miejsce zamieszkania, ale także

zająć się zamrożeniem wysokości czynszów i rozbudową mieszkalnictwa społecznego z tanim najmem.

Niewykluczone, że nie do uniknięcia będzie także stworzenie we współpracy z UNHCR-em (agencją ONZ ds. uchodźców) tymczasowych obozów dla uchodźców. Póki co, także tutaj rząd staje okoniem. I populistycznie chwali się, że w Polsce nie są potrzebne obozy, bo ludzie mają wielkie serca.

Wiceminister spraw wewnętrznych i administracji Paweł Szefernaker pytany o kwestię mieszkań dla uchodźców, powiedział dziś tylko, że rząd "dysponuje rezerwą w małych miejscowościach".

;

Udostępnij:

Anton Ambroziak

Dziennikarz i reporter. Uhonorowany nagrodami: Amnesty International „Pióro Nadziei” (2018), Kampanii Przeciw Homofobii “Korony Równości” (2019). W OKO.press pisze o prawach człowieka, społeczeństwie obywatelskim i usługach publicznych.

Komentarze