„Świat zrobił się bardzo wielobiegunowy, i zmiana władzy w niewielkim nawet czy odległym kraju często będzie miała konsekwencje także i poza jego granicami” - pisze publicysta Konstanty Gebert, wnikliwy obserwator procesów politycznych i społecznych. I wskazuje na co trzeba będzie uważać w 2020. Słowacja, Bałkany, Bliski Wschód, czyje będzie dno morza?

Parę dni temu opublikowaliśmy jego podsumowanie poprzedniego roku – pisał w nim o źródłach populizmu i jego nieuniknionych sprzecznościach.

Dziś publikujemy drugą część – zawierającą ogląd spodziewanych wydarzeń roku 2020, które mogą wpłynąć na losy nasze i całego świata.


Czaputowa nie da rady? Netanjahu nie do wyrzucenia?

Najważniejszym wydarzeniem politycznym dla świata będą listopadowe amerykańskie wybory prezydenckie w USA. Dla Polski kluczowe będą majowe wybory prezydenckie.

Należy jednak zwrócić baczną uwagę na inne demokratyczne głosowania. Świat zrobił się bowiem bardzo wielobiegunowy i zmiana władzy w niewielkim nawet czy odległym kraju często będzie miała konsekwencje także poza jego granicami.

W lutym Słowacja

W lutym odbędą się wybory parlamentarne na Słowacji. Faworytem sondaży, z 20 proc. głosów, pozostaje lewicowy populistyczny Smer byłego premiera Roberta Ficy, któremu nie zaszkodził nawet skandal związany z zamordowaniem dziennikarza śledczego Jana Kuciaka, który badał przenikanie się elit rządowych i mafijnych.

Na partię postępową prezydent Zuzanny Czaputovej chce głosować 15 proc. wyborców, na neofaszystów Mariana Kotleby 12 proc. a na prawicowych populistów z SaS niecałe 10 proc.

O ile sondaże okażą się trafną prognozą, podzielony parlament utworzy słaby koalicyjny rząd, który nie będzie w stanie dokonać przełomu w dotychczasowej polityce państwa;

wyborcze zwycięstwo Czaputovej pozostanie znakiem zawiedzionych nadziei.

W marcu Izrael

W marcu Izraelczycy będą głosować w trzecich w ciągu 12 miesięcy wyborach parlamentarnych, które stale dają oskarżonemu o korupcje premierowi Benjaminowi Netanjahu zbyt mało głosów, by mógł rządzić, ale zbyt wiele, by zmusić go do odejścia. W jego Likudzie odbyły się wybory przewodniczącego: wielce charyzmatycznemu premierowi rzucił wyzwanie szanowany były minister Gideon Sa’ar. Jednak przegrał, bo

Likud poślubił Netanjahu tak, jak republikanie Trumpa.

Tylko Sa’ar mógłby zerwać sojusz z partiami religijnymi i przystąpić bez nich do negocjacji koalicyjnych z centroprawicowym blokiem opozycyjnym Niebiesko-Białych pod wodzą byłego generała Benny Ganza, i świecką nacjonalistyczną prawicą Avigdora Libermana.

Wszystkie sondaże wskazują, że takiej koalicji chce większość Izraelczyków. Po przegranej Sa’ara część głosów umiarkowanych wyborców prawicy może przejść do partii Ganza, i wówczas jest możliwość, że – korzystając z zewnętrznego poparcia bloku arabskiego – to Niebiesko-Biali spróbują utworzyć rząd.

Ale po wściekłych atakach Netanjahu na „kastę sędziowską”, która usiłuje przeprowadzić „pełzający zamach stanu” przeciwko premierowi, który „rządzi z woli narodu”, konieczna będzie odbudowa nadwątlonych instytucji państwa.

Powrót nacjonalizmu na Bałkany?

W kwietniu Macedończycy zdecydują w wyborach parlamentarnych, czy nagrodzić rządzących socjaldemokratów za upragnione członkostwo w NATO, czy też ukarać ich za znienawidzoną zmianę nazwy kraju na Macedonia Północna, co było warunkiem zniesienia greckiego weta na członkostwo Skopje w organizacjach euroatlantyckich.

Wynik byłby zapewne przesądzony gdyby nie fakt, że mimo zmiany polityki Grecji Komisja Europejska znów nie wyznaczyła Macedonii daty rozpoczęcia rozmów akcesyjnych. Wielu oczekiwało, że premierzy Macedonii i Grecji dostaną pokojowego Nobla za umowę z Prespy z 2018 roku, która odmroziła stosunki między sąsiadującymi ze sobą, lecz głęboko skłóconymi krajami – a tu ani Nobla, ani nawet rozmów. To może dać zwycięstwo nacjonalistom z VMRO, których były premier schronił się w Budapeszcie przed wyrokiem za nadużycie władzy.

Powrót VMRO zwiastowałby nowy cykl nacjonalistycznej wrogości na Bałkanach.

Serbia w kwietniu

Zwrot taki grozi nie tylko w Macedonii. Serbskie wybory parlamentarne, także w kwietniu, wygra rządząca nacjonalistyczna koalicja SNS prezydenta Aleksandara Vucićia, której sondaże dają ponad 50 proc., także dlatego, że niemal cała opozycja zapowiedziała bojkot wyborów, uznawszy, że absolutna dominacja strony rządowej w mediach sprawia, że nie będą one równe.

Vucićiowi wiatr w żagle daje także niedawne zwycięstwo wyborcze w Kosowie partii Samostanowienie, głoszącej zjednoczenie z Albanią.

Pomysł ten po raz pierwszy spotkał się z życzliwym odzewem w Tiranie, gdzie elity polityczne, głęboko podzielone konfliktem między lewica a prawicą, szukają nowych politycznych koncepcji.

Tak wielkoalbański nacjonalizm, którym przez dziesięciolecia straszono Serbów, i którym Serbowie z kolei straszyli świat, i przeciwko któremu rozwinęli własny nacjonalizm wielkoserbski, staje się wreszcie faktem. Od deklaracji do realizacji droga daleka, ale ewentualna Wielka Albania, z 40 tys. km2 powierzchni i prawie 5 mln ludności, stałaby się, po Serbii, drugim państwem na zachodnich Bałkanach.

Etiopia niespokojna pomimo pokojowego Nobla

Bałkany zaś są niestety dobrym punktem odniesienia dla Etiopii, która w maju wybierze swój parlament.

Premier Ahmed Abyi demokratyzuje swój kraj, a za pokój z Erytreą dostał właśnie pokojowego Nobla. Ale pokój ten pozostaje, mimo początkowych optymistycznych oznak, lodowaty, za to w 110-milionowym kraju, zamieszkałym przez ponad 80 narodów, robi się gorąco.

Najliczniejsi (25 proc.) i zawsze dotąd dyskryminowani muzułmańscy Oromo cieszą się, że ich rodak jest premierem. Budzi to jednak sprzeciw chrześcijańskich Amharów (20 proc.) tradycyjnych feudalnych władców kraju, oraz spokrewnionych z Erytrejczykami Tigrejczyków (6 proc.), którzy dominowali w latach krwawej komunistycznej dyktatury.

Wszystkie partie mają charakter etniczny, i wszystkie należały wcześniej do rządzącego Etiopskiego Ludowego Frontu Demokratycznego, przekształconego obecnie w Partię Dobrobytu premiera Abyi, do której jednak Tigrejczycy nie przystąpili.

W całym kraju wybuchają konflikty etniczne, tłumione dość brutalnie – zwłaszcza jak na noblistę. I wszystkie narody Etiopii stają przed tym samym, co w każdej osłabionej wieloetnicznej dyktaturze, wyzwaniem: czy zainwestować w przyszłą demokrację dla wszystkich, czy skorzystać z okazji i próbować się samemu wybić na niepodległość?

W marcu Macron kontra Le Pen

Marcowe wybory samorządowe we Francji będą pierwszą polityczną próbą sił po bezpardonowej walce prezydenta Emmanuela Macrona ze strajkującymi pracownikami transportu zbiorowego, protestującymi przeciwko prezydenckim planom ujednolicenia zasad emerytalnych. Obie strony liczą na to, że wyborcy w głosowaniu odrzucą przeciwnika. Na konflikcie może zyskać były Front Narodowy Marine Le Pen, przemianowany na Narodowe Zgromadzenie, który przeciwstawia się Macronowi, a zarazem obiecuje „zaprowadzenie porządku”.

Za to majowe wybory samorządowe w Wielkiej Brytanii odbywają się zbyt wcześnie, by były odzwierciedleniem reakcji na dokonany już Brexit – chyba że istotnie, jak wieszczą niektórzy krytycy, będzie on od samego początku katastrofalny.

Bliski Wschód

Wybory w Syrii, Iranie czy na Białorusi pomińmy, bo to nie one będą decydować o przyszłości tych krajów. Na Bliskim Wschodzie przyszłość ta rozgrywa się coraz bardziej na ulicach.

Należy jednak wziąć pod uwagę, że nie wiemy, jak potoczy się sytuacja po zamachu Stanów Zjednoczonych na irańskiego generała Kasema Sulejmaniego – po tym wydarzeniu przyszłość polityczna w regionie stała się jeszcze mniej przewidywalna:

Przed śmiercią generała scenariusze przedstawiały się następująco.

Baszar Assad w końcu formalnie wygrywa w wojnie domowej w Syrii – za cenę pół miliona zabitych oraz – co dla niego zapewne bardziej bolesne – pełnego podporządkowania się Iranowi i Rosji których, odpowiednio, piechota i lotnictwo, przeważyły krwawą szalę.

Teraz Iran będzie usiłował skonsolidować „szyicki łuk”, który daje mu dostęp do Morza Śródziemnego, zaś Rosja umocnić swoją pozycję militarną zakładając, obok morskiej, stałą bazę lotniczą. Tu ich interesy nie wchodzą w kolizję, ale przy rywalizacji o kontrakty powojennej odbudowy będzie inaczej.

Na razie jednak muszą dokończyć wojnę, czyli zająć Idlib i okolicę, gdzie schroniły się prawie 4 miliony ludzi. Setki tysięcy z nich będą usiłowały uciec do Turcji, która zapewne będzie powstrzymywać ich siłą: Ankara pozbywa się Syryjczyków, których niemal sto tysięcy przesiedliła już do kontrolowanej przez siebie strefie, zdobytej w północnej Syrii na Kurdach.

Kurdowie zaś, zdradzeni przez Amerykanów, nie mają w tej chwili kandydata na patrona, który mógłby im zaoferować choćby minimalne gwarancje polityczne. W przeszłości taki impas prowadził do podejmowania działań terrorystycznych.

„Szyicki” łuk Iranu nie musi jednak być trwały. Po pierwsze dlatego, że antyrządowe powstanie w Iraku w znacznym stopniu wymierzone jest w etniczną fragmentację polityki kraju, oraz w irańskie szarogęsienie się w nim.

Główną siłą powstania, w którym zginęło już ponad 300 osób, są szyici właśnie, do niedawna uważani za irańską piątą kolumnę, lecz obecnie wyraźnie przedkładający kształtującą się dopiero „irackość” nad solidarność religijną.

Podobną postawę zajmują też demonstranci na ulicach Bejrutu, stolicy Libanu, kraju, w którym państwo zbudowane jest wyłącznie na religijnych podziałach. Jeśli ta nowa tendencja do obywatelskości, ponad konfesyjnością – wyraźna w obu krajach u młodych, lecz niekoniecznie w starszych pokoleniach – zdoła się utrzymać i nie zostanie utopiona we krwi, może to oznaczać, że spuścizna „arabskiej wiosny” nie została całkowicie zmarnowana.

Tu baczną uwagę zwrócić należy na Algierię, gdzie skorumpowany i sklerotyczny reżim generałów nie ma młodym nic do zaoferowania, ale też sam nie potrafi umrzeć. Być może młodzi mu w tym pomogą.

Zaś Turcja, poza Syrią, zaangażowała się także militarnie na Morzu Śródziemnym, którego dnem się podzieliła z Libią, w formalnym traktacie o wyłącznych strefach ekonomicznych.

Porozumienie to jest korzystne dla Ankary, pozbawionej złóż podmorskich na swych wodach terytorialnych, bowiem daje jej częściową kontrolę nad ogromnymi zasobami ropy i gazu, częściowo już eksploatowanymi przez Izrael i Egipt, i intensywnie badanymi przez Grecję, Cypr i Włochy. Z traktatem są jednak dwa kłopoty.

Po pierwsze całkowicie ignoruje on prawa Cypru (którego Turcja nie uznaje), oraz Grecji (z którą jest w konflikcie). Ankara, wbrew prawu morza, orzekła, że grecka Kreta, będąc wyspą, nie ma prawa do wód innych, niż terytorialne.

Po drugie zaś rząd libijski, który podpisał traktat, acz międzynarodowo uznany, de facto sprawuje władzę jedynie w Trypolisie; zamieszkała reszta kraju jest pod kontrolą parlamentu w Bengazi, którego wojska, pod wodzą generała Haftara, oblegają Trypolis.

Rząd libijski, a właściwie trypolitański, dlatego zawarł z Turcją traktat (acz nie wiadomo, czy miał do tego prawo), by w zamian za potwierdzenie tureckich roszczeń, uzyskać gwarancje tureckiej pomocy wojskowej.

Ankara już dostarcza Trypolisowi sprzęt, z naruszeniem embarga ONZ, ale prezydent Recep Tayyip Erdoğan zapowiedział już wysłanie wojsk.

Za połowę wschodniego Morza Śródziemnego warto się bić – ale po stronie Haftara walczą już rosyjscy najemnicy, wagnerowcy.

Podobnie jak w Syrii, Turcja stanęłaby w Libii wobec ryzyka bezpośredniego starcia wojskowego z Rosją. W Syrii udało się tego dotąd uniknąć, i Turcja rozmawia z Moskwą o tym, jak tego uniknąć w Libii, ale sytuacja nadal grozi wybuchem.

Turcja zwykła jednak wcielać swoje pogróżki w czyn: w 2018 roku jej korweta odpędziła włoski statek badawczy, który chciał prowadzić wiercenia na wodach cypryjskich. Ankara uważa, że Nikozja, by eksploatować swe zasoby, musi się najpierw z Turcją dogadać.

Zaś już po podpisaniu traktatu z Libią turecka jednostka przegoniła z wód cypryjskich izraelski statek badawczy; obie strony incydent utajniły. Na dnie, do którego wyłączne prawa rości sobie Turcja, Izrael i Egipt chcą położyć gazociąg, który przez Cypr dostarczać ma gaz do Grecji, i dalej do UE.

Wszystkie cztery państwa zawarły już stosowne porozumienie, lecz Ankara oświadczyła, że bez jej zgody jest ono nieważne. Za dużo tu krzyżujących się linii konfliktu, a choć woda morska nie płonie, to gaz i owszem.

Chińskie jest morze i jego dno

Drugim zaś akwenem, który należy w 2020 roku obserwować, jest Morze Południowochińskie. Pekin nie buduje ogromnej marynarki wojennej, w tym lotniskowców, bez powodu. W miarę zaostrzania się konfliktu handlowego USA-Chiny zaognią się też stosunki między mocarstwami na morzu.

Amerykanie nie wyrzekną się swobody żeglugi po wodach uznanych za międzynarodowe przez Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości, a które Pekin uznaje za swe wody terytorialne.

Tu chodzi nie tylko o imperialną chwałę, lecz o dostęp do ryb oraz zasobów kopalnych, kluczowych dla rozwijających się gospodarek Wietnamu i Filipin, które także roszczą sobie prawa do części tych wód i leżących tam wysp. Zaś ekspertów, którzy powtarzają, że negocjowanie uzgodnionych zmian status quo jest lepsze od jego wywracania w powietrze, dawno już nikt nie słucha.

OKO pilnuje,
żeby Polska nie wyszła z Europy.
Wesprzyj nas, byśmy mogli działać dalej.

Komentarze

  1. Paweł Nyczaj

    Widać, że nie jesteśmy jedynym krajem, w którym sytuacja polityczna nie jest najlepsza. Nie jest to jakiekolwiek pocieszenie dla Polski, której grozi kryzys i odczujemy go mocniej niż dojrzałe kraje Unii Europejskiej. Właśnie w takiej sytuacji widać, jakie skutki przyniosą nieodpowiedzialne rządy, które na dodatek sprzyjają Rosji, bo skłócenie nas z Zachodem to spełnienie marzenia Putina. To podpada pod zdradę stanu

Twoje OKO

Specjalne teksty. Niepublikowane taśmy. Poufne wiadomości. Za darmo. Na zawsze.

Załóż konto. Otwórz OKO!