0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: fot. Jakub Wlodek / Agencja Wyborcza.plfot. Jakub Wlodek / ...

”Jeszcze tej zimy ten projekt o związkach partnerskich będziemy procedować, tak czy inaczej. Niezależnie od tego, kto będzie zgłaszał, czy grupa posłów, czy też rząd” – deklarował pod koniec grudnia 2023 premier Donald Tusk.

Minęły zima i wiosna, kolejne dwie tury wyborów i nieskończona ilość przepychanek między koalicjantami i wydaje się, że faktycznie w końcu zbliża się odwilż. Ale czy jest się z czego cieszyć?

„Widzę to tak” to cykl, w którym od czasu do czasu pozwalamy sobie i autorom zewnętrznym na bardziej publicystyczne podejście do opisu rzeczywistości. Zachęcamy do polemik.

Ale najpierw: kolejne zamieszanie

W środę 12 czerwca 2024 finisz prac nad ustawą o związkach partnerskich zapowiedziała posłanka Lewicy Anna Maria Żukowska. Na antenie Radia Zet stwierdziła, że porozumienie w tej sprawie jest już gotowe. „Myślę, że w tym tygodniu będziemy mogli to już ogłosić. W sobotę jest Parada Równości w Warszawie. Myślę, że to będzie dobra okazja, żeby powiedzieć, ale nie wyprzedzajmy, nie ja jestem ministrą równości” – mówiła Żukowska.

Okazało się, że to faktycznie kolejny falstart.

Deklaracji posłanki Lewicy szybko zaprzeczył szef ludowców Władysław Kosiniak-Kamysz. „To nie jest prawda” – stwierdził wicepremier, zapowiadając, że w przyszłym tygodniu spotka się z Katarzyną Kotulą.

Ministra równości chce, żeby projekt regulujący życie rodzinne par jednopłciowych zawierał pełen pakiet praw: od wspólnoty majątkowej po przysposobienie dzieci w tęczowych rodzinach. Kluczowe dla Kotuli jest też jego umocowanie: ma to być projekt rządowy, a nie grupy posłów.

To miałoby usprawnić proces legislacyjny i zapewnić stabilne polityczne poparcie na etapie prac w Sejmie. W innym wypadku – tłumaczyła już wcześniej w OKO.press ministra Kotula – można się spodziewać „ogryzania” ambitniejszych części projektu. A nawet fiaska przy ostatecznym głosowaniu.

Przeczytaj także:

Jak dowiadujemy się nieoficjalnie, wicepremier Władysław Kosiniak Kamysz miał zadeklarować, że posłowie PSL nigdy nie głosują przeciwko projektom rządowym. I właśnie dlatego na razie negocjacje toczą się zakulisowo.

Rozwiązania są dwa: albo dwie strony spotkają się w akceptowalnym punkcie – PSL nie chce, żeby częścią projektu były wewnętrzne adopcje, albo projekt wyjdzie nie z rządu, lecz od grupy posłów i posłanek.

Jak nieoficjalnie dowiadujemy się w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, zapowiedź posłanki Anny Marii Żukowskiej faktycznie była przedwczesna. Przed koalicjantami, a dokładnie ministrą Katarzyną Kotulą i Władysławem Kosiniakiem- Kamyszem, decydująca runda rozmów.

Do spotkania ma dojść w przyszłym tygodniu. A ostateczną decyzję opinia publiczna ma poznać do końca miesiąca. „W czerwcu ta decyzja musi zapaść i ja zrobię wszystko, żeby to był projekt rządowy” – mówiła w środę w Sejmie ministra równości.

A może lepiej projekt poselski niż żaden?

Czy ten serial musiałby tak wyglądać? Absolutnie nie.

Po pierwsze, skoro to premier Donald Tusk przy fleszu kamer powierzył misję stworzenia projektu ustawy o związkach partnerskich Katarzynie Kotuli z Lewicy, można by oczekiwać, że w sytuacji koalicyjnych niesnasek, spróbuje, mówiąc kolokwialnie, tupnąć nogą i przycisnąć buntujący się PSL.

Szczególnie że podczas wiecu 4 czerwca Tusk sam narzekał, że wiele spraw w rządzie dzieje się zbyt wolno. Nie jest tajemnicą, że premier uprawia kanclerską politykę, w której ministrowie nie mają zbyt wiele swobody. Tym bardziej, gdyby zależało mu na jednym progresywnym sukcesie, mógłby docisnąć inicjatywę kolanem.

W kwietniu 2024 premier powiedział, że projekt ustawy o związkach partnerskich jest gotowy, ale w rządzie są różne wrażliwości. I postawił sprawę jasno: nie zamierza zmuszać koalicjantów do poparcia projektu. Jeśli nie uda się wspólnie, projekt ma być poselski.

Skoro tak, pojawia się pytanie, po co było czekać tak długo?

Dziś politycy PSL, którym nie po drodze ze związkami partnerskimi, nie mają nad sobą karzącej ręki wyborców i wyborczyń. I choć Trzecia Droga w wyborach europejskich dostała żółtą kartkę, trudno określić, czy ma to związek z blokowaniem równościowych projektów i rozczarowaniem konserwatywnym kursem w kwestii praw kobiet i osób LGBT.

Być może wpisuje się w szersze procesy społeczno-polityczne: wyczerpanie formuły projektu Hołowni i Kosiniaka-Kamysza, spadek mobilizacji elektoratów oraz powolne wchłanianie mniejszych koalicjantów przez ugrupowanie Tuska.

Wydaje się, że jedyną osobą, która wciąż broni idei rządowego projektu o związkach partnerskich, jest ministra Katarzyna Kotula. Oficjalnie, jak już pisaliśmy, chodzi o skuteczność i dowiezienie ustawy w pełnym kształcie. Politycznie byłby to ogromny sukces, ale odsuwanie terminu przedstawienia jakiegokolwiek projektu, bije wprost w Lewicę. Bo choć dużo o równości mówi, nie potrafi przeforsować swoich flagowych projektów. A po co w rządzie polityczna reprezentacja, która nie potrafi być skuteczna?

Równość małżeńska, głupcze!

Wszystko, co powyżej można jednak uznać za polityczne didaskalia. Fundamentalnym błędem było zbyt szybkie usunięcie z dyskusji prawdziwego postulatu społeczności LGBT+: wprowadzenia w Polsce pełnej równości małżeńskiej.

Gdy rządził PiS, który używał skrajnie homofobicznej retoryki, organizacje społeczne i Lewica mądrze wykorzystywały czas kryzysu, by żądać niemożliwego. Mówienie o równości małżeńskiej w sytuacji, w której ścieżka legislacyjna jest zabetonowana, miało o tyle sens, że rozpychało debatę, wpuszczało trochę powietrza, pozwalało odczarować dyskusję o prawach społeczności LGBT, a „egzotyczne” postulaty przeniosło do mainstreamu.

Po zmianie władzy, która odbyła się pod hasłami demokracji i praworządności, ta perspektywa zupełnie zniknęła. O równości małżeńskiej w Polsce mówi się dziś tylko w kontekście zagranicznym, z tęsknotą spoglądając na ortodoksyjną Grecję czy dość konserwatywną Estonię, które nie sięgały po półśrodki.

Lewica nie zdecydowała się wejść do rządu z własnym postulatem, a mogła. Od razu zgodziła się na mniejsze zło, przekonując zresztą rzeszę organizacji społecznych, że teraz warto rozmawiać półkę niżej i może kiedyś, w bliżej nieokreślonej przyszłości, uda się wprowadzić realną równość.

Nawet jeśli dyskusja o równości małżeńskiej skończyłaby się złożeniem projektu ustawy o związkach partnerskich, całość politycznej operacji stałaby na zupełnie innych nogach, a konserwatywnych koalicjantów stawiałaby w dużo bardziej niewygodnej pozycji negocjacyjnej.

Lewica miała czego się chwycić. Dla elektoratów rządzących partii wprowadzenie ustawy o związkach partnerskich to nic nadmiernie ekscytującego. W sondażu Ipsos dla OKO.press z lutego 2024 domknięcia tej sprawy chciało:

  • 98 proc. wyborców Lewicy,
  • 86 proc. wyborców Koalicji Obywatelskiej,
  • 72 proc. wyborców Trzeciej Drogi.

Równość małżeńska to nie jest temat tabu. Średnie poparcie sondażowe z ostatnich pięciu lat nie spada poniżej 40 proc. Taki poziom społecznej aprobaty wystarczył konserwatystom w Wielkiej Brytanii, by wprowadzić pełną równość.

Polscy politycy muszą mieć świadomość, że przykład idzie z góry: w niemal każdym z państw, które zdecydowało się przyznać parom jednopłciowym prawo zawierania małżeństw, poparcie dla postulatu rosło bardzo szybko, a wizerunek tęczowych rodzin ulegał normalizacji.

Wyjątkiem są niektóre stany w USA, gdzie zbyt gwałtowne i nieprzedyskutowane zmiany, podlane sosem politycznej, homofobicznej agitacji, doprowadziły z czasem do backlashu.

Zupełnie z radaru zniknęła też narracja o państwie prawa i europejskich standardach. A 12 grudnia 2023 Europejski Trybunał Praw Człowieka orzekł, że Polska naruszyła art. 8 Europejskiej Konwencji Praw Człowieka poprzez brak uznania i ochrony związków osób tej samej płci.

Politycy mogli ogłosić, że aby zagwarantować pełnię praw obywatelom i obywatelkom, nie będą szukać tymczasowych rozwiązań, narażając się na kolejne pozwy o nierówne traktowanie. Tylko od razu wprowadzą równość małżeńską.

Nie trzeba też za daleko się rozglądać, żeby pokazać, że małżeństwa dla par tej samej płci, to absolutny mainstream. Na świecie rozpoznaje je już ponad 30 państw, a lista z każdym rokiem się wydłuża.

My, w Polsce, zostaliśmy z jałową dyskusją o związkach partnerskich, w które mało kto wierzy i z których (prawie) nikt się nie ucieszy. A politycy Lewicy objeżdżają marsze równości, obiecując społeczności LGBT+, że już za kilka chwil, ich prawa będą w Polsce choć w części respektowane. I być może to ostatni sezon paradowania, w którym mogą liczyć na skromne brawa.

;
Anton Ambroziak

Dziennikarz i reporter. Uhonorowany nagrodami: Amnesty International „Pióro Nadziei” (2018), Kampanii Przeciw Homofobii “Korony Równości” (2019). W OKO.press pisze o prawach człowieka, społeczeństwie obywatelskim i usługach publicznych.

Komentarze