Gdyby nie 1,5%, mogłoby nie być OKO.press

Twoja pomoc ma znaczenie

0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Palestyński aktywista trzymający flagę narodową stoi przed buldożerem podczas izraelskiego najazdu w centrum Dżeninu na okupowanym Zachodnim Brzegu 2 września 2024 r. (Zdjęcie: RONALDO SCHEMIDT / AFP)Palestyński aktywist...

Powiedz nam, co myślisz o OKO.press! Weź udział w krótkiej, anonimowej ankiecie.

Przejdź do ankiety

Natalia Pitala: Jak daleko w przeszłość musimy się cofnąć, żeby zrozumieć tzw. konflikt izraelsko-palestyński?

Roman Vater*: Zanim spróbuję zasugerować odpowiedź, chcę wtrącić krótkie zastrzeżenie metodologiczne. Jako historyk z wykształcenia i zawodu, jestem oczywiście zwolennikiem historycyzmu, czyli założenia (z grubsza), że teraźniejszości nie sposób zrozumieć bez zrozumienia przeszłości. Staram się jednak nie łudzić, że tylko w pełnym rozumieniu przeszłości tkwi klucz do pojmowania dzisiejszego dnia. Jakkolwiek szeroko i głęboko zrozumiemy to, co być może arbitralnie uznamy za wstęp do teraźniejszości, nasze rozumienie zawsze będzie ograniczone naszymi zdolnościami poznawczymi, naszą biografią, naszą wrażliwością moralną – naszym człowieczeństwem, po prostu.

Drugie pytanie, które należy sobie zadać: co właściwie chcemy zrozumieć, stawiając sobie za cel „zrozumienie tzw. konfliktu”. Perspektywa arabska, palestyńska, bliskowschodnia będzie się gruntownie różnić od perspektywy żydowskiej. Uchwalona w 1964 r. (i zredagowana w 1968) palestyńska Karta Narodowa datuje początek tego, co uznaje za syjonistyczną kolonizację, na rok 1917 – czyli na wydanie Deklaracji Balfoura...

Obietnicy utworzenia w Palestynie a national home for the Jewish people – narodowej siedziby dla narodu żydowskiego – złożonej w liście od ministra spraw zagranicznych Wielkiej Brytanii do barona Rothschilda.

...i podbicie Palestyny przez wojska brytyjskie (przy symbolicznym udziale jednostek żydowskich). Na tym etapie jednak Tel Awiw już istniał prawie dekadę (wówczas jeszcze jako dzielnica Jafy – prawa miejskie brytyjska administracja wojskowa nadała mu dopiero w 1921 r.), istniało kilkadziesiąt osad żydowskich w Palestynie, w tym kibuce i moszawy, ruch syjonistyczny miał od dwudziestu lat zorganizowany kształt, a od dziesięciu lokalne biuro w Jafie, domknęły się dwie fale żydowskiej imigracji do Palestyny – Druga (1904-1914) i Pierwsza Alija (1882-1904), które doprowadziły do tego, że żydowska ludność Palestyny liczyła w 1917 około 50 tys. osób, albo i więcej.

W populacji liczącej ogółem jakieś 700 tys. osób.

Co więcej, datowanie, jakie zaproponowano w Karcie Narodowej, przekreśla zalążki palestyńsko-arabskiego oporu wobec syjonizmu, które pojawiły się jeszcze podczas istnienia Imperium Osmańskiego. Wszak już pierwsze palestyńskie gazety, które zaczęły wychodzić w miastach Palestyny tuż po młodotureckim przewrocie w 1908 r., ostrzegały przed planami syjonistów i osadnictwem żydowskim. Wszystko to nacjonalistyczna historiografia palestyńska, podkreślająca, że syjonizm był w zmowie z kolonialnymi potęgami Europy, przemilcza albo w najlepszym wypadku umniejsza, w służbie dobrze na gruncie polskim znanego mitu narodowej ofiary.

Przeczytaj także:

Może wobec tego korzystniej byłoby przyjąć perspektywę historiograficzną syjonizmu, wedle której żydowski ruch narodowy powstał i ukształtował się w ciągu dwóch ostatnich dekad XIX stulecia, a jego symbolicznym początkiem jest zaistniała po raz pierwszy w żydowskiej historii niereligijnie motywowana imigracja Żydów do Ziemi Izraela/Palestyny (przy czym liczebnie skromna) od 1882 r.?

Tu trzeba zastrzec, że nie można mylić „początku konfliktu” z „początkiem syjonizmu”. Nie można też odczytywać wczesnego syjonizmu poprzez jego późniejsze osiągnięcia, zwłaszcza z 1948 r., bo to oznacza popadnięcie w historyczny determinizm. Żaden syjonistyczny przywódca nie mógł z góry wiedzieć ani zakładać, że się „uda”, a klęskę i koniec całego projektu i idei ogłaszano nieraz – na przykład, na przełomie lat 20. i 30. XX wieku, kiedy wydawało się, że osiągnięto maksymalnie to, co było do osiągnięcia, że na większe ustępstwa ani palestyńscy Arabowie, ani rząd Jego Królewskiej Mości sprawujący od 1922 r. mandat nad Palestyną z ramienia Ligi Narodów nie pójdą, a emigracja Żydów z Palestyny przybrała dość poważne rozmiary na skutek załamania gospodarczego.

Najlepiej chyba by było szukać nie początkowej daty konfliktu, ale korzeni dwóch nacjonalizmów: palestyńskiego i żydowskiego. To również niełatwe zadanie, bo żadne z tych zjawisk nie ma jasnych konturów.

W przypadku palestyńskiego nacjonalizmu mówimy o złożonej dynamice uruchomionej tak rozległymi i odległymi od siebie czasowo i geograficznie procesami, jak zapoczątkowana w połowie XIX wieku stopniowa modernizacja struktur władzy i prawa Imperium Osmańskiego, egipska okupacja Palestyny w latach 1831-1840, Nahda, czyli arabskie odrodzenie kulturowe z przełomu XIX i XX wieku, oraz pojawienie się pod koniec XIX wieku nacjonalizmu panarabskiego i nacjonalizmów regionalnych (w tym syryjskiego, który stanowił poważną alternatywę wobec palestyńskiego „prowincjonalizmu”), zastąpienie Imperium Osmańskiego europejskim kolonializmem (w północnej Afryce o wiele wcześniej niż w Lewancie) i jednocześnie początek syjonistycznej kolonizacji Palestyny.

Syjonizm natomiast był próbą odpowiedzi na świecki antysemityzm w Europie z jednej strony i na żydowską asymilację z drugiej. Z syjonistycznego punktu widzenia oba zjawiska zagrażały przetrwaniu zbiorowości żydowskiej w Europie. Syjonizm był tylko jedną z odpowiedzi na wyzwania stawiane Żydom europejskim przez nowoczesność i na wywołane przez nie poczucie egzystencjalnego przełomu. Cała przecież literatura pohaskalowa [haskala to ruch intelektualny Żydów w Europie, rozwijający się od końca XVIII wieku; żydowskie oświecenie – przyp. N.P.] temu właśnie problemowi jest poświęcona.

A dlaczego syjonizm uznał, że odpowiedź na ten czysto europejski problem znajdzie się w Azji, i dlaczego odniósł sukces, kiedy mocniejsze wobec niego alternatywy tak w obrębie nacjonalizmu żydowskiego, jak i poza nim przepadły w odmętach historii – to już zupełnie inne pytanie.

Na koniec dodam jeszcze jedno zastrzeżenie, że nie zgadzam się ze zwrotem „tak zwany konflikt”. Rozumiem, że jest to zabieg retoryczny mający zniweczyć domniemany symetryzm między syjonistami a Palestyńczykami, ale moim zdaniem to zabieg chybiony. Zgadzam się tutaj z moim mentorem, Derekiem Penslarem, który mówił, że to jak najbardziej konflikt – konflikt zdecydowanie nierówny, niesymetryczny, konflikt między ludnością rdzenną a kolonistami-osadnikami, ale wciąż konflikt. Według mnie przyjęcie tej optyki w żaden sposób nie umniejsza kolonialnych cech syjonizmu ani antykolonialnej natury walki Palestyńczyków, ani też nie wprowadza żadnej łże-symetrii między stronami tego konfliktu.

Przyjmuję twoje zastrzeżenia co do sformułowania „tak zwany konflikt”, ale pozwolisz, że ja go będę – publicystycznie – używać, zresztą dokładnie z tych powodów, które sam przytoczyłeś. Konflikt to bardzo szerokie pojęcie i w jego ramach mieści się spektrum skrajnie różnych sytuacji. A jednak – przynajmniej w Polsce – nie mówimy np. o „konflikcie rosyjsko/prusko/austriacko-polskim” z lat 1772-1918. Mówimy, że Polska była pod zaborami (czyli była skolonizowana). Nie mówimy o „konflikcie polsko-niemieckim” z lat 1939-1945 – mówimy, że byliśmy pod okupacją, choć przecież obie te sytuacje moglibyśmy opisywać terminem „konflikt”. A kolonizacja i okupacja to właśnie rzeczywistość Palestyny i doświadczenie Palestyńczyków. Uważam, że lepiej nazywać rzeczy po imieniu. Czasem jest to językowo niepraktyczne, dlatego ja też używam terminu „konflikt”. A ponieważ w dyskursie publicystycznym to słowo nieuchronnie uruchamia symetrystyczne skojarzenia i narracje, wolę zasygnalizować, że ja się od tych narracji dystansuję. Ale nie chciałabym, żebyśmy utknęli w sporze o język.

Rozumiem, ale w dalszym ciągu uważam, że stosowanie pojęcia „konflikt” nie kłóci się z perspektywą postkolonialną. Nawiasem mówiąc, odpowiedniejszą analogią będzie podbój kolonialny Australii lub obu Ameryk, a nie rzeczywistość zaborowa czy okupacyjna.

Wracając jednak do źródeł „konfliktu”, czy też początków dwóch nacjonalizmów, to – jak rozumiem – chociaż nie da się tutaj zakreślić ostrych granic, szukałbyś ich w XIX wieku? Pytam, bo u nas najczęściej zaczyna się opowieść o tym od zburzenia drugiej świątyni jerozolimskiej, a twierdzenie, że Żydzi „odbudowali swoje państwo” po 2 tys. lat jest przyjmowane bez mrugnięcia oka.

Kluczową cechą historiografii syjonistycznej jest założenie o ciągłości historycznej narodu żydowskiego od starożytności do dziś, co stawia syjonizm w jednym szeregu z innymi nacjonalizmami prymordialnymi, czyli zasadzającymi się na micie o „długim trwaniu” więzów etniczno-kulturowych. Syjonizm dodaje do tego więź religijną, co czyni z niego wyjątkowo „konserwatywny” przypadek ideologii nacjonalistycznej, odrzucającej koncepcję narodu jako nowoczesnej wspólnoty dobrej woli. Europejska najnowsza historia jest pełna przykładów działania nacjonalizmów prymordialnych, czasami bardzo przykrych przykładów. Zalecałbym więc bardzo daleko idącą ostrożność w szafowaniu takimi pomysłami, że dzisiejszy Izrael to odbudowane Królestwo Judy.

W swoich badaniach skupiam się na dorobku bardzo krytycznego wobec syjonizmu – z pobudek prawicowych – izraelskiego intelektualisty [Adolfa Gurewicza, znanego też jako Adja Gur Choron – red.] Twierdził m.in., że syjonizm, przedstawiający się jako narzędzie do „wybawienia” Żydów z opresji diaspory, tak naprawdę uwewnętrznił starą antysemicką legendę Kościoła, wedle której wygnanie jest karą dla Żydów za ukrzyżowanie Jezusa. Poniekąd więc ci, co dostrzegają trwałą łączność między starożytnymi Izraelitami a dzisiejszymi Żydami (tym bardziej dzisiejszymi Izraelczykami), powielają nieświadomie antysemicki stereotyp o „niezmiennej naturze” żydostwa.

A więc niewątpliwie istnieje tożsamość żydowska, mająca bardzo stare korzenie, ale dopiero pod koniec XIX wieku zaczęto ją postrzegać jako tożsamość narodową. Tak samo tożsamość arabsko-palestyńska.

A starożytni Żydzi są w takim samym stopniu „przodkami” dzisiejszych Żydów, jak i dzisiejszych Palestyńczyków.

Syjonizm to nie imię, lecz nazwisko

Zdążyłeś już poruszyć wiele wątków, do których wrócimy, ale pozostańmy jeszcze przez chwilę na gruncie terminologii i porozmawiajmy o terminie „kolonializm”. Wspomniałeś już, że syjonizm – może wyjaśnijmy też pokrótce ten termin – ma cechy kolonialne. Ciekawi mnie, jak izraelscy historycy podchodzą do analizowania ruchu syjonistycznego jako formy kolonializmu i państwa Izrael jako państwa kolonialnego. Toczy się na ten temat zacięta debata naukowa czy też istnieje konsensus (a jeśli tak, to jaki?) albo przynajmniej pogląd większościowy?

Syjonizm, w najprostszym ujęciu, to ruch polityczny na rzecz państwowej niepodległości narodu żydowskiego. Sądzę, że jest to definicja myląca, ponieważ zawęża post factum cały szereg pokrewnych zjawisk do tego jednego, które ostatecznie zatriumfowało. Patrząc szerzej, syjonizm to tylko jeden z wyrazów nowoczesnego, czyli świeckiego nacjonalizmu żydowskiego. Nacjonalizm żydowski, ryzykując uogólnienie, polegał na dążeniu do przywrócenia historycznej sprawczości narodowi żydowskiemu, do ponownego włączenia go w nurt dziejów w charakterze aktywnego i panującego nad własnym losem podmiotu, do wyrwania się zbiorowym świadomym wysiłkiem ze stanu bycia „przedmiotem” historii kształtowanej przez innych.

Państwowość jako panaceum na „wykluczenie z historii” była proponowana przez tzw. syjonizm polityczny, ale wachlarz ofert był całkiem szeroki, że wspomnę tylko o Bundzie, syjonizmie duchowym lub terytorializmie.

Bund był żydowską partią socjalistyczną antysyjonistyczną, jego hasłem było: „tu, gdzie żyjemy, jest nasza ojczyzna”. Terytorializm zakładał możliwość zbudowania państwa żydowskiego w innej lokalizacji niż Palestyna – rozważano Ugandę i Argentynę. A syjonizm duchowy? Emigracja do Palestyny, ale w celu rozwoju duchowego, a nie tworzenia państwa?

Tak, chodziło o uczynienie z Palestyny głównego ośrodka kulturowego narodu żydowskiego, niekoniecznie w formie państwowej. Zresztą w syjonizmie politycznym też ścierały się różne nurty: w latach dwudziestych sporą popularnością cieszyła się koncepcja Palestyny jako potencjalnego siódmego dominium Imperium Brytyjskiego, a założyciel Organizacji Syjonistycznej Theodor Herzl opisywał w Altneulandzie nową żydowską Palestynę przyszłości jako samorządny region Imperium Osmańskiego.

Amos Oz, który miał niesamowity talent do wlewania najbardziej banalnych i płytkich treści do pozornie wymyślnych naczyń, stwierdził kiedyś, że syjonizm to nie imię, lecz nazwisko. Tu, wyjątkowo, miał rację.

Jak to, chcesz powiedzieć, że Amos Oz nie był najwybitniejszym izraelskim pisarzem? Wchodzisz na grząski grunt, w naszym kraju uwielbienie dla jego twórczości pokazuje, czy jesteś po „dobrej stronie mocy”. Wróćmy może do kolonializmu i izraelskich historyków.

Zgoda, gdybym miał szczerze mówić, co sądzę o odbiorze izraelskiej literatury w Polsce (lub w ogóle o polskim postrzeganiu żydowskiej kultury, zwłaszcza w tzw. kręgach filosemickich), z pewnością popełniłbym parę niezręczności.

Debata na temat tego, czy syjonizm jest rodzajem kolonializmu, trwa w izraelskiej historiografii od kilkudziesięciu lat i jest nieodłączną częścią przemian, jakie zachodzą w niej pod wpływem postsyjonizmu. Prekursorami tej debaty byli w latach osiemdziesiątych Baruch Kimmerling, który zastosował do osadnictwa syjonistycznego w Palestynie teorię pogranicza (Frontier Thesis) klasyka amerykańskiej historiografii Fredericka Jacksona Turnera, i Gershon Shafir, który przypomniał (bo przecież nie odkrył), że teoretycy syjonistycznej polityki osadniczej inspirowali się między innymi niemieckim osadnictwem w Wielkopolsce za Bismarcka, doświadczeniem Plantacji Ulsteru [Plantacja Ulsteru to proces przymusowego wysiedlania katolickiej irlandzkiej ludności z prowincji Ulster i wprowadzania tam angielskich i szkockich protestantów na początku XVII wieku – przyp. NP] lub polityką rolną Francji w podbitej Algierii.

Izraelscy historycy „instytucjonalni” podnieśli rzuconą przez postsyjonistów rękawicę i podjęli całkiem ciekawą i merytoryczną polemikę z ich tezami. Ich główne argumenty sprowadzały się do tego, że, po pierwsze, w odróżnieniu od „klasycznego” kolonializmu, żydowscy koloniści nie mieli „macierzy”, czyli kraju europejskiego, do którego wysyłano urobek wyzyskiwanej kolonii, ponieważ sami byli uciekinierami z Europy. Po drugie, twierdzili, że Żydzi osiedlający się w Palestynie dążyli do samowystarczalności gospodarczej, a więc nie można mówić w tym przypadku o wyzysku tubylców, tylko o dwóch równoległych i zamkniętych na siebie gospodarkach – żydowskiej i arabskiej.

Moim zdaniem oba argumenty nie wytrzymują krytyki. Stwierdzenie, skądinąd zupełnie słuszne, że Żydzi byli w Europie ofiarami prześladowań, nie ma przecież żadnego przełożenia na ich postępowanie w Palestynie i doświadczenie tego postępowania przez Palestyńczyków. Nie mówiąc już o tym, że liczni koloniści anglosascy w Australii czy Ameryce Północnej też byli ofiarami Europy i wygnańcami z niej (na przykład Purytanie w Nowej Anglii lub skazańcy w Australii). Nie zmienia to faktu, że w stosunku do ludności rdzennej byli i pozostali najeźdźcami kolonialnymi. Co więcej, rolę „macierzy” w syjonizmie pełniła Organizacja Syjonistyczna, która od 1917 r. cieszyła się politycznym i materialnym poparciem Wielkiej Brytanii (pominę tu pytanie o szczerość i trwałość tego poparcia).

Zaś teza o dwóch równoległych systemach gospodarczych w Palestynie, poza tym, że jest empirycznie nieprawdziwa, zakłada, że jedynym „autentycznym” kolonializmem jest kolonializm eksploatacyjny, czyli wyzyskujący pracę „tubylców” i zasoby materialne kolonii. Takie podejście ignoruje drugi rodzaj kolonializmu, kolonializm eliminacyjny...

Znany też pod nazwą kolonializmu osadniczego.

...dążący do usunięcia „tubylców” z podbitych ziem metodami mniej lub bardziej zbrodniczymi (a kulminację tego typu kolonializmu widzimy od ponad dwóch lat w Gazie). Przecież zainicjowany przez socjalistów z Drugiej Alii „podbój pracy”, mający zapewnić żydowskim robotnikom zatrudnienie w osadach założonych przez drobnomieszczan z Pierwszej Alii kosztem dotychczasowych pracowników arabskich, był właśnie zderzeniem kolonializmu eliminacyjnego, o ostrzejszym zacięciu ideologicznym, z bardziej pragmatycznym, jeśli można tu użyć takiej charakterystyki, kolonializmem eksploatacyjnym. Shafir zresztą przypomina, że „podbój pracy” w ostateczności poniósł klęskę i aż do 1948 r. syjonistyczna gospodarka w niemałym stopniu zależała od pracy Arabów palestyńskich, opłacanych gorzej niż Żydzi właśnie dlatego, że byli „tubylcami”.

Sądzę, że aktualnie istnieje konsensus co do kolonialnej natury syjonizmu w izraelskiej akademii (która, trzeba jej to oddać, nie znosi topornej apologii), ale pozostają spore różnice w ocenie moralnej tego faktu. Historycy prosyjonistyczni prawdy raczej nie ukrywają, tylko na ogół uznają ją za przykrą konieczność. Czyli robią to, co robili już w latach sześćdziesiątych przywódcy izraelscy, tacy jak (prywatnie szwagrowie) Mosze Dajan i Ezer Weizman. Komentując radykalną krytykę syjonizmu głoszoną przez ówczesną skrajną lewicę, mówili mniej więcej tak: „oni mają oczywistą rację, ale nie mieliśmy innego wyboru, bo inaczej byśmy państwa nie zbudowali”.

Co po raz kolejny dowodzi, że najlepiej o naturze opresyjnej (dowolnego) reżimu wiedzą jego przywódcy i intelektualiści będący jego beneficjentami.

Stąd moje przekonanie, że najwięcej o ciemnych stronach syjonizmu i Izraela można się dowiedzieć, czytając establishmentowych historyków, a nie zawodowych lewicowców typu Ilan Pappé czy Avi Shlaim, którzy robią dużo pożytecznych i godnych pochwały rzeczy, ale rzetelna historiografia nie jest jedną z nich.

Teraz naraziłeś się „drugiej stronie”. Chociaż mam wrażenie, że twoja krytyka tych uczonych dotyczy bardziej tego, że zbyt chętnie wchodzą w buty publicystów, a nie tego, że zasadniczo nie mają racji?

Owszem. Tezy Shlaima i Pappégo wydają mi się zasadniczo słuszne, ale nazbyt upraszczające i powierzchowne. A jeśli chodzi o „narażenie się” wszystkim stronom: mój licealny nauczyciel matematyki (który w latach siedemdziesiątych zaangażował się w radykalną lewicę i nawet odsiedział siedem lat za rzekomeszpiegostwo” na rzecz Syrii) mawiał: „Rację ma zawsze mniejszość, natomiast większość może się mylić”.

Wasz kraj, ale zostawcie go w spokoju

Wspomniałeś wcześniej, że dobrą analogią dla kolonizacji Palestyny jest podbój Ameryki. Nie sposób oprzeć się takim skojarzeniom, gdy się czyta np. napisany w roku 1933 reportaż z Palestyny Ksawerego Pruszyńskiego. Młody wówczas, ale niezwykle pewny siebie reporter spędził tam dwa miesiące, a jego relacja bardzo przypomina to, co się kiedyś pisało o zdobywaniu Dzikiego Zachodu: dzielni pionierzy pokonywali niezliczone trudności, walczyli z siłami natury i wrogimi Indianami (w tym przypadku Arabami), którzy są w tym opisie traktowani w zasadzie jako część krajobrazu, a nie społeczność.

Jednocześnie, kiedy się czyta relację Pruszyńskiego, to ma się wrażenie, że państwo żydowskie już tam istnieje: są przeróżne żydowskie instytucje, buduje się drogi, fabryki, nawet elektrownie. Reporter wędruje po kraju i zachwyca się żydowskim cudem gospodarczym, a to dlatego, że pojechał do Palestyny, żeby sprawdzić, czy projekt syjonistyczny jest w stanie wchłonąć „masy żydowskie”, które w Polsce uważa za problem, ale tam znajdą szczęście i będą krzewić cywilizację.

Bo wszystko, cokolwiek w tym kraju jest wartościowego i wartego uwagi, według Pruszyńskiego powstało dzięki Żydom. Rozmawia prawie wyłącznie z Żydami, raz jeden spotyka się z młodymi inteligentami arabskimi i jest wielce zdziwiony, że są w stanie analizować tempo imigracji żydowskiej i wyciągać takie same wnioski, jakie on sam wyciągnął – czyli że w niezbyt odległej perspektywie Żydzi zaczną liczebnie dominować nad Arabami. Fakt, że Arabowie się tego obawiają, nazywa „szaleńczym veto” oraz „najzupełniej ślepą nienawiścią”.

Ciekawostka: w 1947 r. Ksawery Pruszyński był przedstawicielem Polski przy ONZ i pracował przy tworzeniu planu podziału Palestyny. Był przewodniczącym Podkomisji nr 1 Komisji Ad Hoc do spraw Problemu Palestyńskiego.

Nie zdarzyło mi się czytać tego reportażu, ale w ogóle się nie dziwię, że wyobraźnia autora poniosła go właśnie w tę stronę. Nie zaskakuje mnie również, że jeśli Pruszyński, ze swoimi poglądami na temat Arabów, współkształtował plan podziału, to los tego planu był taki, jaki ostatecznie był.

Wydaje mi się, że Pruszyński zrobił całkiem niezłą kwerendę i pojechał do Palestyny pełen dobrej woli wobec wszystkich, ale ponieważ był dzieckiem swoich czasów i kultury europejskiej, wyszło tak, jak to skrótowo opisałam. Ten reportaż jest doskonałą ilustracją kolonialnej mentalności nie tylko tych, którzy kolonizowali Palestynę, ale też tych, którzy im kibicowali.

Czy możesz opowiedzieć, jak zmieniały się warunki życia Palestyńczyków w Palestynie od momentu przybycia tam pierwszych syjonistycznych osadników i jak oni na te zmiany reagowali? Czy była to „najzupełniej ślepa nienawiść”, jak twierdził w roku 1933 reporter z Polski? Mam wrażenie, że ten pogląd wciąż jest w niektórych kręgach żywy.

Środowiska proizraelskie i prosyjonistyczne lekceważą arabski sprzeciw wobec syjonizmu jako „ślepą”, często religijnie motywowaną nienawiść, a nie racjonalną reakcję kolonizowanej ludności na postępującą kolonizację. Robią tak, żeby nie widzieć istnienia odrębnej arabsko-palestyńskiej tożsamości narodowej, bo skoro wszyscy i tak są „muzułmanami” lub „Arabami”, to co szkodzi, że Żydzi opanowali niewielki kawałek Bliskiego Wschodu, na którym przecież nie było żadnego osobnego „narodu”? Tak naprawdę ten argument wywleczono z zakurzonej przechowalni masy upadłościowej po panarabizmie, ale jego orędownicy, których nie posądzam o żadne gruntowne rozeznanie, nie są tego świadomi.

Z drugiej zaś strony, ten sam argument sugeruje implicite, że syjonizm nie napotkał żadnego znaczącego oporu ze strony rzekomo niebędących narodem Arabów palestyńskich, co nie dość, że jest absolutną nieprawdą historyczną, ale też stoi w sprzeczności z mitologią bohaterskiego pokonania wielkich przeciwności, cechującą każdą rewolucyjną ideologię, nie tylko syjonizm. Logika tej mitologii każe raczej wyolbrzymiać, a nie umniejszać potęgę przeciwnika. Wystarczy zajrzeć do starych radzieckich podręczników traktujących o wojnie domowej po rewolucji październikowej, żeby się przekonać. Nieźle się gimnastykują, żeby udowodnić, że z jednej strony ostateczne zwycięstwo czerwonych wynikało z twardej logiki sprawiedliwości dziejowej, ale że z drugiej strony cały dorobek rewolucji prawie przepadł pod naporem przeważających sił białych i ich sprzymierzeńców z Ententy.

Na gruncie izraelskim ten absurd jest częściowo rozładowywany propagandowym stwierdzeniem, że w maju 1948 r. Izrael został napadnięty przez siedem państw arabskich, czyli że cały świat arabski zjednoczył się przeciwko Izraelowi, nie tylko lokalni Arabowie z Palestyny. Co jest bardzo grubym uproszczeniem prawdziwego przebiegu drugiego etapu wojny palestyńsko-izraelskiej w latach 1947-1949 [więcej o tym w dalszej części rozmowy – red.]

Jeśli mowa o stosunku samych Palestyńczyków do syjonizmu, to w 1899 r. jerozolimski notabl i były parlamentarzysta osmański Jusuf Dijja ad-Din Pasza al-Chalidi skierował list do naczelnego rabina Francji, Zadoca Kahna, z prośbą, żeby przekazał go Herzlowi. W liście al-Chalidi pisał, że z całym szacunkiem dla godnego ubolewania stanu Żydów w Europie i szlachetnej idei powrotu do ich historycznej ojczyzny, Palestyna jest już zajęta i syjoniści powinni ją zostawić w spokoju. W odpowiedzi Herzl zapewniał, że syjoniści nie mają żadnych złych zamiarów wobec aktualnych mieszkańców Palestyny, tylko chcą ją wspólnie rozwijać na korzyść wszystkich, ale jeśli się przekonają, że nie są w niej mile widziani, to znajdą sobie inny kraj, w którym zrealizują swoje marzenie o odrodzeniu narodowym.

Ta korespondencja jest często przywoływana przez historiografię palestyńską i propalestyńską na dowód tego, że „od samego początku” Palestyńczycy stawiali opór, a syjoniści byli tego oporu świadomi. Zdecydowanie mniej chętnie ta sama historiografia wspomina inny fragment listu Jusufa Paszy do Kahna, w którym al-Chalidi przyznawał Żydom prawo pierwszeństwa do Palestyny jako ich prawdziwej ojczyzny wiele wieków sprzed podbojów islamskich. Nie negował więc historiografii syjonistycznej, tylko wołał o zdrowy rozsądek polegający na nieignorowaniu zastanej sytuacji.

„Któż mógłby kwestionować prawa Żydów do Palestyny? Wielki Boże, historycznie jest to wasz kraj!” – napisał Jusuf al-Chalidi. Akurat ta korespondencja może być znana polskim czytelnikom, bo została przytoczona w dwóch niedawno wydanych u nas i – jak sądzę – popularnych książkach. Jedną z nich zresztą zrecenzowałeś, mam na myśli „Pokój z widokiem na wojnę” Konstantego Geberta. Gebert przytacza te zdania po to, żeby odczytać je w bardzo dosłowny sposób: „muzułmański dygnitarz z Jerozolimy”, nieposiadający jeszcze świadomości narodowej (nawet arabskiej, o palestyńskiej w ogóle nie wspominając) uważa, że Palestyna to historyczna ojczyzna Żydów.

Zupełnie inaczej pisze o tej wymianie korespondencji historyk Rashid Khalidi (potomek brata Jusufa Paszy) w książce „Palestyna: wojna stuletnia”, cytując ten fragment w kontekście całego listu, który został przecież napisany z powodu zaniepokojenia działalnością i celami ruchu syjonistycznego. Przyszłość miała pokazać, że te obawy były jak najbardziej słuszne. Moim zdaniem al-Chalidi jest tu po prostu kurtuazyjny. A pisał też jako ktoś, kto dobrze zna Europę, podczas gdy adresat jego listu miał bardzo mgliste pojęcie o Palestynie.

Otóż to. Sądzę, że te dwa bieguny zakreślone w liście Jusufa Paszy mieszczą całą amplitudę postaw Palestyńczyków wobec syjonizmu: od zdecydowanego sprzeciwu, również metodami terrorystycznymi (Hamas tu niczego nie wynalazł), przez podejrzliwe wyczekiwanie, aż po współpracę, najczęściej interesowną, a z rzadka i bezinteresowną. Trzeba też pamiętać, że inaczej doświadczały działalności syjonistów miejskie elity, inaczej miejscy robotnicy, inaczej chłopi, inaczej beduini, inaczej muzułmanie, inaczej chrześcijanie lub druzowie.

Nie zapominajmy również o rozpowszechnionej hipokryzji, gdyż niemało nacjonalistycznych przywódców głośno gardłujących o dumie i honorze narodu po cichu z syjonistami pertraktowało lub handlowało. Niewielu przedstawicieli elit otwarcie opowiadało się za umiarkowaniem wobec syjonistów i za przyjaźń z nimi (wyjątek stanowi oczywiście garstka komunistów, którym Moskwa kazała aktywnie uprawiać „internacjonalizm”). Jednym z nich, na przykład, był szejch z Akki As’ad asz-Szukajri, ojciec późniejszego pierwszego przywódcy Organizacji Wyzwolenia Palestyny Ahmeda asz-Szukajriego, który już wówczas uchodził za młodego radykała.

O tajnej lub jawnej współpracy Palestyńczyków z syjonizmem, a także o próbach porozumienia się ruchu syjonistycznego z przywództwem lub proletariatem palestyńskim, powstało kilka znakomitych prac historyka z Uniwersytetu Hebrajskiego, Hillela Cohena. Sam Ben Gurion poświęcił tym próbom całą książkę wspomnieniową, Moje spotkania z arabskimi przywódcami. W niej m.in. zawarł słynną dziś anegdotę o jego rozmowach w latach trzydziestych z Musą al-Alamim. Ben Gurion, jako „oświecony” kolonizator, mówił al-Alamiemu, że Żydzi przynoszą przecież postęp wszystkim mieszkańcom Palestyny, także i arabskim. Na co al-Alami, jako nieprzejednany nacjonalista, odparł, że Arabowie są gotowi tkwić w „zacofaniu” nawet i tysiąc lat, aż będą w stanie dokonać tego postępu sami, byleby bez pomocy Żydów.

Ale nie chciałbym sprawiać niewłaściwego wrażenia: większość, jeżeli miałaby jakikolwiek wybór, zapewne poszłaby za al-Alamim, a nie za starszym asz-Szukajrim. Choć było też sporo pośrednich stanowisk, na przykład reprezentantów interesów dynastii Haszymickiej w Palestynie, rodziny Naszaszibich.

Kolonializm o różnych obliczach

W tym okresie w Palestynie rzeczywiście zachodziły duże przeobrażenia gospodarcze i społeczne, kraj się unowocześniał, co do dziś niektórzy zwolennicy Izraela interpretują – dosyć rasistowsko – jako dowód na pracowitość, przedsiębiorczość etc. Żydów (słynne „zazielenianie pustyni”) z jednej strony i zacofanie Arabów. To zacofanie oczywiście się wyolbrzymia, arabskie społeczeństwo Palestyny też zaczynało wchodzić w nowoczesność, postępowała alfabetyzacja, rozwijało się życie kulturalne, prasa, o czym już wspominałeś itd.

Po drugie rozwój żydowskiej gospodarki w Palestynie, która stopniowo zaczynała dominować nad arabską, nie był wyłącznie dziełem osadników. Przez cały czas była zasilana strumieniem pieniędzy od Światowej Organizacji Syjonistycznej.

No i po trzecie: od deklaracji Balfoura Brytyjczycy roztaczali opiekę nad ruchem syjonistycznym. Ten związek przechodził różne fazy, a w końcu został zerwany, ale przez cały chyba okres trwania Mandatu Palestyny Brytyjczycy faworyzowali społeczność żydowską względem arabskiej? Wynikało to przecież z samej treści dokumentu, który go ustanawiał.

Tutaj trzeba rozróżnić prawną strukturę Mandatu i rzeczywistą politykę władz mandatowych. Pierwsza istotnie faworyzowała społeczność żydowską, co nie powinno być zaskoczeniem, skoro tekst Mandatu zawierał Deklarację Balfoura, co pięć lat po jej wydaniu uczyniło ją zobowiązaniem międzynarodowym mandatariusza, czyli Wielkiej Brytanii. Ruch syjonistyczny wreszcie otrzymał swój charter, o który bezskutecznie zabiegał jeszcze Herzl w stolicach europejskich, a więc z perspektywy postkolonialnej u żydowskich osadników pojawiła się ta „macierz”, której dotychczasowy brak miał – jak zaznaczyłem wcześniej – dowodzić w oczach apologetów syjonizmu jego „niekolonialnego” charakteru.

Wpisane w strukturę prawną Mandatu faworyzowanie syjonizmu przetrwało wszelkie kryzysy w relacjach między jego władzami a ruchem syjonistycznym: na przykład, jak wykazała niedawno Lauren Banko, uchwalone w 1925 r. prawo o obywatelstwie palestyńskim, wyraźnie krzywdzące w stosunku do Arabów palestyńskich, pozostało prawie bez zmian aż do r. 1948.

Natomiast na płaszczyźnie realnych stosunków między palestyńskimi Żydami a Brytyjczykami pierwotny entuzjazm prędko opadł, kiedy okazało się, że Wielka Brytania chciała objąć mandat nad Palestyną przede wszystkim po to, żeby skuteczniej kontrolować Kanał Sueski, czyli drogę do Indii. Zobowiązania w stosunku do Żydów wynikające z Deklaracji Balfoura były bardzo mgliste: Rząd Królewskiej Mości miał wspierać powstanie Żydowskiej Siedziby Narodowej w Palestynie, ale nigdzie nie określono, jakiej wielkości ma ta siedziba być, gdzie ma się konkretnie znajdować i jaki ma być jej polityczny kształt. Mandat także zobowiązywał Wielką Brytanię do wspierania „ścisłego osadnictwa” żydowskiego w Palestynie (close settlement), ale nigdzie nie wyklarowano, co to właściwie oznacza. Bo równie dobrze mogło oznaczać, że Żydowska Siedziba Narodowa kończyła się na rogatkach Tel Awiwu.

Im bardziej władze Mandatu zdawały sobie sprawę z mocy oporu stawianego przez arabskich Palestyńczyków (zwłaszcza podczas Powstania Arabskiego od 1936 do 1939 r.), tym bardziej zawężały interpretację własnych zobowiązań wobec Żydów i ruchu syjonistycznego…

Czy możemy powiedzieć, że powstanie 1936-1939 było pierwszym palestyńskim zrywem narodowym?

Pierwszym znaczącym. Były wcześniejsze, które historiografia syjonistyczna pamięta jako traumatyczne wydarzenia lub pogromy lat 1920-1921 i 1929. W każdym razie każda kolejna Biała Księga, określająca politykę władz mandatowych, a wydawana po każdym zbrojnym zrywie Palestyńczyków, coraz bardziej uszczuplała pole manewru syjonistów. Co ci ostatni w sposób zupełnie zrozumiały potraktowali jako zdradę i sprzeniewierzenie się obietnicom złożonym w Deklaracji Balfoura. Stąd niemal całkowite załamanie ich relacji w latach czterdziestych i to, co historiografia syjonistyczna opisuje jako powstanie przeciwko Brytyjczykom w latach 1945-1948.

Ten okres ostatnich lat Mandatu jest kolejnym argumentem mającym dowieść, że syjonizm nie miał charakteru kolonialnego, skoro palestyńscy Żydzi powstali przeciw Wielkiej Brytanii i ostatecznie ją z Palestyny wygnali. Z tym że w XVIII i XIX stuleciu cały kontynent amerykański objęły wojny narodowowyzwoleńcze przeciw Anglii, Hiszpanii i Portugalii, wzniecone przez kreolów, nie „tubylców”. Z perspektywy tych ostatnich zamiana władzy europejskiej na władzę kreolską niczego przecież zasadniczo nie zmieniła.

Natomiast z perspektywy palestyńskiej Mandat Brytyjski nigdy nie był niczym innym jak kolonialną okupacją.

Wbrew stereotypowi, że to Brytyjczycy przynieśli do Palestyny postęp, w niektórych obszarach ich władza oznaczała krok wstecz. Jusuf Dijja al-Chalidi reprezentował okręg jerozolimski w parlamencie osmańskim w latach 1877-1878; byli także inni parlamentarzyści palestyńscy po 1908 r. Ten lokalny zalążek parlamentaryzmu Brytyjczycy zlikwidowali, ponieważ nigdy nie zwołali żadnej wszechpalestyńskiej demokratycznej reprezentacji, mimo że Mandat tego wymagał, a inne mandaty na Bliskim Wschodzie miały swoje parlamenty.

Zwołania ciała ustawodawczego domagały się wszystkie arabskie partie polityczne w Palestynie, na co z oczywistych przyczyn nie mogli się zgodzić będący w mniejszości syjoniści, a Brytyjczycy poszli im na rękę, w myśl wypowiedzi Lorda Balfoura z 1919 r., że „słabym punktem naszego stanowiska jest to, że w przypadku Palestyny celowo odrzucamy zasadę samostanowienia i nie zamierzamy zasięgnąć opinii 700 tys. aktualnie zamieszkujących tę ziemię Arabów”. Stąd zresztą obowiązujący do dziś w polityce izraelskiej konsensus (z którego wyłamuje się jedynie radykalna lewica), że demokracja jest dopuszczalna tylko przy zapewnionej większości żydowskiej. Podobieństwo do myśli endeckiej zupełnie nieprzypadkowe.

Drugim krokiem wstecz poczynionym przez Brytyjczyków był odwrót od modernizujących reform Imperium Osmańskiego, które od połowy XIX wieku powoli zastępowały pojęcie poddanego sułtana pojęciem obywatela osmańskiego. Brytyjczycy powrócili do metody zarządzania populacją poprzez podział na milety, czyli na samorządne kongregacje etnoreligijne. W systemie prawnym Mandatu istnieli tylko żydzi, muzułmanie, chrześcijanie i „inni”, a nie Żydzi i Arabowie.

Ten system przejął po 1948 Izrael, który do dziś dzieli swoich obywateli według przednowoczesnej metody segregacji konfesjonalnej i odmawia uznania republikańskiej wspólnoty narodu izraelskiego (co było kilkakrotnie kontestowane w sądach przez izraelskich liberałów, również tych o intelektualnym rodowodzie prawicowym). Izrael to chyba jedyna na świecie demokracja, gdzie obywatelstwo nie dość, że nie jest tożsame z narodowością, ale jest wprost z nią sprzeczne.

„Jedyna demokracja na Bliskim Wschodzie” wyznacza sama swoje standardy demokracji.

Przecież Izrael to II RP w krzywym zwierciadle: ta, w której rządzi Narodowa Demokracja zamiast sanacji.

Nie nam oceniać muftiego

Kiedy na początku 1947 r. utrzymywanie kolonii w Palestynie stało się dla Brytyjczyków już zbyt kłopotliwe, rząd brytyjski zrzekł się mandatu i przekazał kwestię przyszłości Palestyny do rozpatrzenia Zgromadzeniu Ogólnemu ONZ. Powołany w tym celu komitet ONZ pracował od maja 1947 r. Wypracowany przez niego Plan Podziału Palestyny z Gospodarczą Unią został poddany pod głosowanie Zgromadzenia Ogólnego i przyjęty jako rezolucja 181 29 listopada 1947 r.

Władysław Bartoszewski napisał kiedyś: „Gdyby nie polityczne zaślepienie i nienawiść polityków arabskich, którzy odrzucili decyzję ONZ z 1947 roku o podziale Palestyny i za realny program uznali fizyczne zniszczenie Żydów, już wiosną 1948 roku mogło powstać wolne państwo palestyńskie w korzystnych dla siebie granicach”. Jeszcze do niedawna był to w Polsce kanoniczny pogląd, przynajmniej w dyskursie publicystycznym na temat „konfliktu”. Dziś też chyba jest całkiem popularny. Czy mógłbyś, jako historyk, odnieść się do takiego ujęcia tematu?

W lipcu 1974 r. zmarł w Bejrucie zapomniany, od dawna pozbawiony jakiegokolwiek znaczenia i splamiony kolaboracją z Hitlerem były naczelny mufti Jerozolimy Hadżdż Amin al-Husajni, najważniejszy palestyński przywódca narodowy w latach trzydziestych i czterdziestych. Edward Said podaje, że niedługo potem Jasir Arafat zwierzył mu się: „Popatrz na Hadżdż Amina. We wszystkim miał rację, niczego nie wskórał i zmarł na wygnaniu. Ja Hadżdż Aminem nie będę”.

Sądzę, że palestyńskie przywództwo narodowe cierpiało (i pewnie wciąż cierpi) na „kompleks muftiego” i wobec tego uznało, że można „mieć rację” i skończyć jak mufti, ale lepiej postępować mądrze. 1974 to też rok, kiedy OWP przyjęła tzw. plan etapów, który – wbrew popularnej w Izraelu teorii spiskowej, że chodzi o ukryty zamiar zniszczenia Izraela kawałek po kawałku – stanowił zasadniczy przełom w polityce palestyńskiej, polegający na uznaniu istnienia Izraela jako dokonanego faktu i obrania kursu na polityczne porozumienie z nim, przy porzuceniu romantycznych marzeń o wyzwoleniu rewolucyjno-zbrojnym. Już rok później doszło do pierwszych tajnych i bezpośrednich spotkań przedstawicieli OWP z izraelską lewicą, a niecałe dwadzieścia lat później Arafat podpisał porozumienia z Oslo.

Osobiście wyciągam z tej historycznej dynamiki (cokolwiek sądzimy o jej efektach dziś) taki wniosek, że

recenzowanie polityki przywództwa palestyńskiego, w tym także bardzo surowe recenzowanie, jest wyłącznym prawem Palestyńczyków

i to do nich, i tylko do nich, należy rozliczenie ze zbrodniczą spuścizną Hadż Amina – o ile w ogóle uznają to za konieczność.

Jeżeli zaś robi to ktoś z zewnątrz, z pozycji sympatyka Izraela zarzucającego Palestyńczykom, że nie chcieli przyjąć perspektywy syjonistycznej na własny temat, bo nie potrafili rozpoznać własnego „dobra”, to po prostu pastwi się nad pokonanym, przemawiając z uprzywilejowanej pozycji sprzymierzeńca zwycięskiego oprawcy. Jak w pewnym przeczytanym kiedyś przeze mnie sarkastycznym wierszu (nie pamiętam niestety autora), który kończył się w przybliżeniu tak: „A dyktator, stojąc na zgliszczach domów wroga, zawołał zdumiony: dlaczego sprzeciwiali się własnemu losowi, dlaczego?”. Ktoś taki popełnia, posiłkując się terminologią samego Władysława Bartoszewskiego, opłacalną nieprzyzwoitość.

Tyle, jeśli chodzi o stronę moralną takich wypowiedzi. Od strony merytorycznej te słowa stanowią doskonałą fuzję demagogii z ignorancją historyczną. Zakładają bowiem, że zarówno Izrael, jak i państwa arabskie zamierzały honorować rezolucję 181, a Palestyńczykom zarzucają jej utrącenie. Prawda jest taka, że wśród palestyńskich rywali muftiego byli tacy, co wzywali do przyjęcia rezolucji jako najmniejszego zła, podczas gdy przywództwo społeczności żydowskiej w Palestynie z jednej strony i przywódcy państw arabskich z drugiej szykowali się do rozbioru Palestyny kosztem jej arabskich mieszkańców, wbrew tekstowi i duchowi rezolucji.

Co więcej, dysponujemy wystarczającą liczbą dokumentalnych dowodów, że przywódcy arabscy zdawali sobie sprawę z przewagi strony żydowskiej jeszcze przed rozpoczęciem działań wojennych. Twierdząc, że fizyczne zniszczenie Żydów było „realnym programem” Arabów, Bartoszewski mylił retorykę z praktyką, czym popełnia podstawowy błąd poznawczy.

Moim zdaniem słowa Bartoszewskiego pokazują, jak łatwo jest przekierować słuszny i naturalny odruch humanitarny, jakim jest sympatia do Żydów, zwłaszcza w kraju o takiej historii, na bardzo wąski tor polityczny, który wiedzie poza obszar polskich rozliczeń z własną przeszłością. W tym sensie jego słowa wystawiają świadectwo kondycji moralnej całej polskiej liberalnej inteligencji i wiele tłumaczą z jej postawy po 7 października 2023.

Przyznam się, że odpowiedziałeś na moje pytanie w sposób, który mnie zaskoczył. Spodziewałam się raczej, że wskażesz, że takie postawienie sprawy jest ahistoryczne, bo tylko z dzisiejszej perspektywy, kiedy Palestyńczycy trzymają się na ostatnich skrawkach Palestyny (obszary A i B Zachodniego Brzegu, na których od biedy możemy mówić o władzy palestyńskiej, to zaledwie 8 proc. Palestyny Mandatowej), oddanie ponad połowy własnej ojczyzny obcym przybyszom – co zakładała rezolucja 181 – można uznać za dobry interes.

Tak, zarzucanie Palestyńczykom, że nie przystali na to, co wyłącznie z punktu widzenia kolonialisty było dla nich doskonałym interesem, to jaskrawy przejaw rasistowskiej pogardy wobec „tubylców”. Jak pokazują ostatnie dwa i pół roku, spora część liberalnej polskiej inteligencji jest bardzo głęboko skażona antyarabskim rasizmem i islamofobią, ukrywanymi pod niezbyt grubym i niezbyt szczelnym płaszczykiem „filosemityzmu”. Jako Żyd i Izraelczyk mogę tylko powiedzieć, że taki rodzaj „filosemityzmu” odbieram jako najcięższą zniewagę.

Na zdjęciu: Palestyńczyk z narodową flagą stoi naprzeciw izraelskiego buldożera, Dżenin, Autonomia Palestyńska, 2 września 2024.

*Dr Roman Vater – izraelski historyk, badacz historii współczesnego Izraela, w szczególności idei nacjonalistycznych alternatywnych wobec syjonizmu; obecnie pracuje na Uniwersytecie w Cambridge. Studiował na Uniwersytecie w Tel Awiwie i Uniwersytecie Jagiellońskim, a doktorat obronił na Uniwersytecie w Manchesterze. Jest również tłumaczem literatury pięknej; przełożył m.in. z hebrajskiego na polski zbiór opowiadań Yossiego Granovskiego „Adżami. Opowieści z Jafy” (Wydawnictwo Filtry, 2023).

;
Natalia Pitala

Niezależna publicystka zajmująca się tematyką palestyńską. Autorka książki „Notatki z ludobójstwa. 2023–2025” (Smutna Pomarańcza, 2026). Z wykształcenia doktor ekologii.

Komentarze