Groźby śmierci, dewastacja i setki negatywnych opinii – z tym musiał zmierzyć się niewielki sklep z pamiątkami Las Rąk w centrum Warszawy. Wszystko zaczęło się po tym, gdy jedna z pracownic uczestnikom antyukraińskiego marszu pokazała dwa opuszczone w dół kciuki
OKO.press publikuje tekst portalu Vot Tak.
Reakcja na jej gest nie ograniczyła się jednak wyłącznie do agresji antyukraińskich demonstrantów. Sklep otrzymał wsparcie od setek osób, a wartość przekazanej pomocy w ciągu kilku dni przekroczyła 40 tysięcy dolarów.
Redakcja Vot Tak odwiedziła Las Rąk i rozmawiała z jego właścicielką oraz pracownicą o nękaniu, strachu i solidarności, która okazała się silniejsza niż akt dewastacji.
Wszystko zaczęło się 4 lipca 2026, gdy w centrum Warszawy odbywała się demonstracja polskich nacjonalistów, zorganizowana z okazji rocznicy wydarzeń w Kielcach – największego pogromu Żydów w powojennej Polsce, do którego doszło w 1946 roku.
Marsz zorganizowało stowarzyszenie Wołyń Pamiętamy, które od wielu lat prezentuje antyukraińskie i prorosyjskie poglądy. Zostało założone przez Katarzynę Sokołowską, antyukraińską aktywistkę z Opola.
Podczas demonstracji wielokrotnie skandowano również antyukraińskie hasła nawiązujące do rzezi wołyńskiej. Oburzyło to Agnieszkę, pracownicę sklepu. Jak sama mówi, nie chciała godzić się na taką retorykę.
„Mój wujek również zginął podczas rzezi wołyńskiej z rąk UPA. Nie oznacza to jednak, że będę godzić się na obrażanie współczesnych Ukraińców, z których wielu potrzebuje pomocy” – mówi.
Na znak protestu Agnieszka wyszła ze sklepu i pokazała uczestnikom demonstracji dwa opuszczone w dół kciuki. W odpowiedzi – jak opowiada pracownica – natychmiast zaczęto ją wyzywać. Tych obelg, jak podkreśla, „wolałaby nie cytować”.
„Od razu podeszli do mnie policjanci. Powiedziałam im tylko, że w ten sposób wyrażam swój sprzeciw. Zgodzili się ze mną i nic więcej nie powiedzieli” – dodaje rozmówczyni Vot Tak.
Wydawało się, że na tym wszystko się skończyło. Uczestnicy nacjonalistycznego marszu ruszyli w kierunku Grobu Nieznanego Żołnierza, gdzie demonstracja miała się oficjalnie zakończyć. Był to jednak dopiero początek.
Już po kilku godzinach do sklepu zaczęli wracać uczestnicy demonstracji. Otwarcie grozili, że spalą sklep, a jego pracownice zabiją. Następnego dnia do Lasu Rąk przyszedł mężczyzna i polecił przekazać „tej suce z wczoraj, że jest, k...wa, skończona”.
Wkrótce potem rozpętała się prawdziwa kampania nękania w internecie. Na profilach Lasu Rąk w Google i Mapach Google w ciągu zaledwie kilku godzin pojawiło się około 350 negatywnych opinii, przez co ocena sklepu spadła do zaledwie jednej gwiazdki. Pracownicy sklepu twierdzą, że wszystkie te recenzje są całkowicie zmyślone. Obecnie, według Map Google, sklep jest nawet oznaczony jako tymczasowo zamknięty, choć w rzeczywistości jego godziny otwarcia nie uległy zmianie.
„Pisali, że sprzedajemy chińskie towary i tanie podróbki, że właścicielka obraża ludzi i kopie psy. Te komentarze były naprawdę absurdalne” – opowiada pracownica.
Na tym jednak ataki na sklep się nie skończyły.
Około godziny 13:00, 6 lipca, drzwi sklepu gwałtownie się otworzyły. Do środka wtargnął mężczyzna i zaczął demolować wszystko, co wpadło mu w ręce. Z półek spadały ceramiczne figurki, zabawki i pamiątki. Jeszcze chwilę wcześniej starannie wyeksponowane autorskie wyroby w ciągu kilku minut zamieniły się w stertę odłamków.
„Nie powiedział ani słowa, po prostu zaczął wszystko niszczyć. Łącznie przebywał tutaj zaledwie kilkadziesiąt sekund” – wspomina Agnieszka.
Właścicielka zdążyła nacisnąć przycisk alarmowy, jednak napastnik uciekł jeszcze przed przyjazdem ochrony. Straty oszacowała na około 7 tysięcy złotych.
Obawiając się kolejnych ataków, kobiety zgłosiły sprawę na policję. Funkcjonariusze analizują obecnie nagrania z kamer monitoringu i próbują ustalić tożsamość sprawcy. Policjanci doradzili również pracownicom sklepu, aby zadbały o własne bezpieczeństwo: kupiły gaz pieprzowy, pracowały po dwie osoby na zmianie oraz zainstalowały dodatkowe kamery monitoringu.
Po wszystkim właścicielka opisała atak na swoim profilu na Facebooku. Jak mówi, później „wydarzyło się coś niezwykłego”: już po kilku godzinach do sklepu zaczęli przychodzić ludzie oferujący swoją pomoc. Wśród nich byli nie tylko Polacy, lecz także Białorusini i Ukraińcy.
Pomoc napływała w najróżniejszych formach. Jedni kupowali produkty, aby wesprzeć sklep, inni przekazywali pieniądze, a jeszcze inni pomagali przygotowywać kanapki dla osób w kryzysie bezdomności – sklep przekazuje je potrzebującym w każdy poniedziałek. Ktoś zaproponował uruchomienie zbiórki pieniędzy, która szybko rozeszła się po mediach społecznościowych, również w grupach wspierających Ukraińców. Do momentu publikacji materiału ponad 3,7 tysiąca osób wpłaciło już ponad 155 tysięcy złotych (41 tysięcy dolarów). Kwota nadal rośnie.
Pracownice sklepu podkreślają, że zebrane środki zostaną przeznaczone nie tylko na zwiększenie bezpieczeństwa oraz odtworzenie zniszczonych prac. Część pieniędzy planują przekazać organizacjom charytatywnym oraz osobom, które potrzebują wsparcia. Ponadto sklep zamierza zapewnić sobie pomoc prawną.
Las Rąk działa od 2010 roku i od dawna jest czymś więcej niż tylko sklepem z rękodziełem – to także miejsce wsparcia. Pomaga się tu uchodźcom, osobom w kryzysie bezdomności, seniorom oraz wszystkim, którzy znaleźli się w trudnej sytuacji życiowej.
„Codziennie wspieramy między innymi fundację Asymetryści, która pomaga ukraińskim uchodźcom wyjechać do krajów Europy Zachodniej – tam, gdzie wciąż mogą liczyć na pomoc. W ostatnim czasie fundacja coraz częściej wspiera również osoby zmuszone do powrotu do Ukrainy mimo trwających ostrzałów” – opowiada Katarzyna, właścicielka sklepu.
Sklep współpracuje także z fundacją Daj Herbatę, która pomaga osobom w kryzysie bezdomności oraz ubogim emerytom. Nawet w dniu, w którym Las Rąk padł ofiarą ataku, pracownicy sklepu dostarczyli podopiecznym fundacji 132 kanapki – mówi właścicielka.
„Pomoc może przybierać bardzo różne formy – dodaje Agnieszka. – Dla jednych Las Rąk jest po prostu sklepem z rękodziełem, a dla innych bezpieczną przestrzenią. To właśnie tutaj spotykają się na przykład osoby niebinarne i organizują swoje warsztaty”.
Ponadto od trzech lat właścicielka trzy razy w tygodniu odbiera około 40 kilogramów żywności z punktów foodsharingu i rozdaje ją osobom potrzebującym.
Sklep nadal wspiera Ukraińców, mimo nasilających się w Polsce nastrojów antyukraińskich. Według sondażu IBRiS, jedna trzecia Polaków zadeklarowała, że ich stosunek do obywateli Ukrainy pogorszył się po decyzji Wołodymyra Zełenskiego o nadaniu jednemu z oddziałów Sił Zbrojnych Ukrainy imienia bohaterów UPA.
Widać to nie tylko w wynikach badań opinii publicznej, lecz także w nastrojach społecznych. Przykładowo 7 maja w Warszawie pobito 16-letniego Ukraińca za to, że rozmawiał w swoim ojczystym języku. Napastnicy krzyczeli: „Wypier***aj do Ukrainy”.
Antyukraińska retoryka często zyskuje dodatkowy impuls po wypowiedziach przedstawicieli władz, w szczególności w związku z decyzją prezydenta Karola Nawrockiego o odebraniu Wołodymyrowi Zełenskiemu najwyższego odznaczenia państwowego Polski – Orderu Orła Białego, a także po deklaracjach premiera Donalda Tuska o bardziej „ostrożnym udzielaniu pomocy Ukrainie”.
„Nie wierzę już żadnym politykom. Wiem tylko jedno – nadal będziemy wspierać Ukraińców i pomagać im na wszelkie możliwe sposoby” – mówi Agnieszka, pracownica sklepu Las Rąk.
Tekst pochodzi z portalu Vot Tak.
Dziennikarz portalu Vot Tak
Dziennikarz portalu Vot Tak
Komentarze