0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Wyborcza.plFot. Sławomir Kamińs...

Nadszedł czas na bilans pierwszego etapu wojny symbolicznej, którą zdecydowana większość polskiej klasy polityczno-komentatorskiej postanowiła stoczyć z Ukrainą. Bilans ten jest wyłącznie gorzki.

Przegrywamy tę wojnę z kretesem, tracąc o wiele więcej niż dotychczasową dominację polskiej narracji historycznej nad tą ukraińską. A Ukraina całkiem skutecznie ćwiczy na Polsce swoje wstawanie z kolan. Przypomina ono zresztą zwrot w kierunku kultu żołnierzy wyklętych i innych bohaterów skrajnej prawicy, który odbywał się w naszym kraju w połowie poprzedniej dekady. Wtedy, gdy każdy szanujący się kibol nosił koszulkę z hasłem „śmierć wrogom ojczyzny” albo z krzyżem Narodowych Sił Zbrojnych.

Dziś zaś nacjonalistyczny chór pod batutą Karola Nawrockiego nadaje ton światu polskiej polityki, ze sporą częścią graczy strony demokratycznej i liberalnych mediów. Od prawa do lewa słyszymy o ukraińskiej współczesnej niewdzięczności i ukraińskiej historycznej winie.

Tak teraz brzmi głos polskiego „my”: nasza narodowa duma została głęboko urażona, nasza polityka historyczna zignorowana, a nasz głęboko zakorzeniony paternalizm względem Ukrainy brutalnie odrzucony. Zwijamy się więc z bólu, upokorzenia i bezsilnej wściekłości. Na poziomie polskiej klasy politycznej i medialnego mainstreamu nie jesteśmy też w stanie wydobyć z siebie nic więcej.

Na tym nie koniec. Bo w tym samym polityczno-komentatorskim chórze uparcie powtarzają się też podszyte bardzo głębokim uprzedzeniem frazy o „realpolitik”, która rzekomo ma wymagać od Polski twardej i nieprzejednanej postawy wobec coraz bardziej wrogiej Ukrainy.

A przecież to właśnie na poziomie twardej polityki realnej, ba, wręcz geopolityki, mamy do czynienia z tą największą i najbardziej rozległą klęską Polski, będącą skutkiem wojny o historię i symbole. Rzucając się w dziką awanturę o przeszłą historię, ostatecznie straciliśmy realny wpływ na Historię – tę, która dzieje się tu i teraz, w coraz bardziej niebezpiecznej dla Polski teraźniejszości.

Jesteśmy już poza grą, przegraliśmy na dosłownie każdym polu.

Widzę to tak” to cykl, w którym od czasu do czasu pozwalamy sobie i autorom zewnętrznym na bardziej publicystyczne podejście do opisu rzeczywistości. Zachęcamy do polemik.

Przegrana wojna symboliczna

Order Orła Białego Wołodymyra Zełenskiego wrócił do Karola Nawrockiego przesyłką kurierską, zapakowany elegancko w oklejony taśmą karton. Chwilę później wróciły Orły trzech byłych prezydentów Ukrainy Leonida Kuczmy, Wiktora Juszczenki i Petra Poroszenki. Zwróconych zostało też kilka innych odznaczeń nieco niższej rangi.

Kawalerem Orderu Orła Białego wciąż natomiast pozostaje Benito Mussolini, o czym z lubością przypomina rosyjska propaganda (dla Kremla to bowiem argument, że Zełenski jest większym faszystą nawet od Mussoliniego).

Ta sama propaganda wychwala Karola Nawrockiego. Moskiewskie media nie przypominają natomiast, bo to już mniej wygodne, że nikt nie odebrał Orderu Orła Białego carycy Katarzynie II i będącemu za swych rządów ruską matrioszką w sercu Europy byłemu kanclerzowi Niemiec Gerhardowi Schröderowi. Jedno i drugie chętnie podkreślają natomiast ukraińscy politycy, zrobił to już kilka razy Wołodymyr Zełenski.

Przeczytaj także:

O tym, że pośmiertnie nadanym Orderem Orła Białego cieszy się również autor najbardziej przemocowej operacji wymierzonej w polskich Ukraińców w II RP, czyli Bronisław Pieracki, nie wspomina już natomiast właściwie nikt, dzielenie włosa na czworo nie jest bowiem obecnie w modzie.

Jak to czyta świat? Ano tak, że Polska w związku z „bohaterami UPA” postanowiła wyróżnić Wołodymyra Zełenskiego w sposób zupełnie bezprecedensowy, odbierając mu order, którego wcześniej nie odbierano nawet postaciom o czarnym miejscu w historii. Wygląda to nie tylko małostkowo, ale i mało zrozumiałe.

Bo kiedy już obserwator z Zachodu zaczyna się zagłębiać w historię stosunków Polaków i Ukraińców z pierwszej połowy XX wieku, widzi coś zupełnie innego niż zero-jedynkowa narrację polskiej polityki historycznej rodem z IPN-owskich broszurek.

Widzi II RP, w której wschodnich województwach Polacy są nieproporcjonalnie uprzywilejowaną mniejszością, widzi akcje pacyfikacyjne regularnie przez tę II RP przeprowadzane.

Widzi wreszcie stopniowo nabierające na sile dążenie Ukraińców do uzyskania suwerenności i niepodległości.

A nawet widzi Stepana Banderę kolaborującego w tym celu z państwami Osi, zupełnie jak robił to pokolenie wcześniej z Austro-Węgrami i Niemcami Józef Piłsudski. O ile Piłsudskiego ostatecznie internowano za to w Magdeburgu, o tyle Bandera trafił do hitlerowskiego lagru Sachsenhausen opodal Berlina.

Przegrana wojna historyczna

Sprawa orderów nie jest już zresztą na pierwszym planie symbolicznej wojny polsko-ukraińskiej. Podobnie jak nie jest na nim nawet dawne Centrum Operacji Specjalnych „Północ” Sił Zbrojnych Ukrainy, które nadal nosi imię „Bohaterów UPA” i nic nie wskazuje na to, by cokolwiek w tej sprawie miało się zmienić.

Na pierwszym planie jest teraz kijowski Panteon.

Rada Najwyższa Ukrainy w ekspresowym tempie przegłosowała ustanawiającą go ustawę przygotowaną w równie ekspresowym tempie przez kancelarię Wołodymyra Zełenskiego.

W ustawie mowa m.in. o tym, że w Ukraińskim Panteonie Narodowym zarezerwowano miejsca dla dowódców ukraińskich organizacji zbrojnych z okresu dwudziestolecia międzywojennego, II wojny światowej i lat następujących bezpośrednio po niej.

Choć o kandydaturach do pochówku będzie każdorazowo decydować parlament na podstawie rekomendacji, już teraz wiadomo, że z polskiego punktu widzenia szczególne emocje będzie budzić zwłaszcza to, czy w Panteonie znajdą się krypty dla Dmytro Klaczkiwskiego, dowódcy UPA o pseudonimie „Kłym Sawur”, bezpośrednio odpowiedzialnego za rzeź Polaków na Wołyniu, i dla jego następcy, Romana Szuchewycza (pseudonim „Taras Czuprynka”), który uczestniczył w procesie decyzyjnym prowadzącym do czystki etnicznej na Wołyniu i później w Galicji Wschodniej.

A zatem miesiąc po tym, jak Polska zareagowała gigantyczną obrazą na relatywnie nieśmiałe upamiętnienie „bohaterów UPA”, stawka jest już zupełnie gdzie indziej, o całe poziomy wyżej.

Teraz bowiem w Ukrainie będzie się toczyć dyskusja o uroczystym pochówku w narodowym mauzoleum konkretnych zbrodniarzy odpowiedzialnych za mordy na polskiej części ludności okupowanego przez Niemców województwa wołyńskiego. Aha, nie zapominajmy, że Panteon ma zostać objęty oficjalnym ceremoniałem państwowym stosowanym również przy wizytach państwowych. A zatem gdy zagraniczny dygnitarz odwiedzi Kijów, będzie prowadzony do Panteonu z wieńcem, zupełnie tak, jak zagraniczni goście wizytujący Warszawę są prowadzeni pod Grób Nieznanego Żołnierza.

Orderów zaś do odbierania już więcej nie ma.

Przegrana wojna polityczna

W reakcji na wojnę o UPA i ordery. Wołodymyr Zełenski nie przyjechał na gdańską konferencję poświęconą odbudowie Ukrainy, która była naprawdę dużym międzynarodowym wydarzeniem z uczestnictwem przedstawicieli około 70 krajów o znaczeniu przede wszystkim biznesowym.

Zełenski nie przyjechał, drastycznie obniżając polityczno-wizerunkowy zysk Polski z konferencji – ale wysłał premier Ukrainy wraz z ekipą profesjonalistów, którzy negocjowali nowe umowy zawierane przez walczący z Rosją kraj z zagranicznymi partnerami. Wszystko, co Ukraina miała na tej konferencji załatwić, zostało załatwione.

Nikogo, kto był na tej konferencji zainteresowany kontraktami zbrojeniowymi, infrastrukturalnymi czy energetycznymi z Ukrainę, nie obchodzili ani bohaterowie UPA, ani rzeź Wołynia.

Mało tam zresztą było o polityce, ani nawet o geopolityce. W rytualnych przemówieniach pojawiały się oczywiście zużyte już frazy o poświęceniu Ukrainy i o konieczności solidarności z walczącym z rosyjską agresją krajem.

Ale realne znaczenie konferencji odnosiło się do kwestii gospodarczych.

To o kontraktach na odbudowę kraju po wojnie i na wzmacnianie jego odporności w jej trakcie toczyły się tam rozmowy – i te plenarne, i te w kuluarach. Nad „bohaterami UPA” świat zaś przeszedł do porządku dziennego i business as usual.

Dzieje się to wszystko w momencie, w którym premier Donald Tusk apeluje i apeluje o posadzenie Polski przy głównym europejskim stole negocjacyjnym dotyczącym ewentualnych scenariuszy zakończenia wojny. W grupie E3 obejmującej Francję, Niemcy i – o ironio – pobrexitową Wielką Brytanię, miejsca dla Polski jednak brak. Historia lubi się powtarzać. W tym wypadku powtarza się zaś rok 2015 – i sytuacja, w której dla Polski, w roku 2014 będącej główną orędowniczką prozachodnich dążeń Ukrainy, nie było już przewidzianego miejsca w toczących się w Mińsku negocjacjach dotyczących zamrożenia ówczesnej fazy konfliktu.

I wtedy, i dziś działały zarówno polska inercja, jak i wola Kijowa – który wolał się układać z głównymi rozgrywającymi Europy niż z ustawiającą się niezmiennie w roli starszej i mądrzejszej siostry Warszawą.

Obecną sytuację od tamtej różni jednak jeszcze jedno – otóż sprowadzenie całokształtu relacji Polski i Ukrainy do poziomu awantury o politykę historyczną przekreśla szanse Warszawy na realny udział w kształtowaniu powojennej rzeczywistości. Któż chciałby — kreśląc linie demarkacyjne, wyznaczając strefy zdemilitaryzowane i użerając się z ludźmi Putina i Ławrowa — słuchać do tego jeszcze pretensji o Wołyń ze strony kraju, który nawet nie bierze udziału w wojnie?

Niezliczone stracone szanse

Wiemy już doskonale, co mówią polscy specjaliści od tzw. polityki realnej na temat relacji Polski i Ukrainy. A mówią na przykład, jak Witold Jurasz w Onecie, że aby „przyspieszyć procesy refleksji historycznej w Kijowie”, należałoby za pomocą ABW i skarbówki wywrzeć naciski na powiązane z ukraińską elitą władzy firmy działające w Polsce. I że to miałby być nasz „sposób na sukces” w relacjach z Kijowem. To jest właśnie ten poziom rozumowania

Sukces, no właśnie. Gdy nasz chór zawiedzionej narodowej dumy papla o „realpolitik” i o tym, jak to należało ją zastosować w celu uzyskania od Kijowa należytych wyrazów wdzięczności i szacunku dla polskiej narracji historycznej, nie sposób nie skorzystać z okazji, by urealnić to paplanie.

Bo w dziedzinie tej rzeczywistej realpolitik można było uzyskać w relacjach z Ukrainą naprawdę niemało, tyle że naprawdę nie chodziło tu nigdy o to, kto i gdzie zostanie upamiętniony, tylko o polską rację stanu i bezpieczeństwo naszego kraju.

Mogliśmy więc na przykład zawrzeć z Ukrainą realne umowy dotyczące rozwoju przemysłu zbrojeniowego po obu stronach granicy. Polska mogła na tym skorzystać, choćby pozyskując to, co jest zupełnym zaprzeczeniem całej logiki kompleksu militarno-zbrojeniowego Zachodu.

A zatem zdolność do masowej, taniej i niskomarżowej produkcji dronów uderzeniowych na ogromną skalę w oparciu o w dużej mierze istniejącą już infrastrukturę przemysłową.

Pamiętajmy zaś, że Ukraina dotarła właśnie do etapu, w którym według tej logiki staje się zdolna nie tylko do produkcji styropianowych dronów kamikaze, ale i maszyn zdolnych do przebycia tysięcy kilometrów, a nawet – to już zupełna nowość – pocisków balistycznych.

Zamiast tego mamy idiotyczną, spóźnioną o lata i kompletnie nieudaną próbę sprzedania Ukrainie w zamian za „zdolności dronowe” kilku naszych ostatnich, przestarzałych o dwie-trzy dekady MiG-ów 29. Podjęliśmy tę próbę mniej więcej dwa po tym, jak kraje Zachodu zaczęły oferować Ukrainie w ramach analogicznych układów myśliwce takie jak F-16 czy Gripen.

Mogliśmy głęboko — dwustronnie i bez zbędnego oglądania się na bardziej lękliwych partnerów z NATO — zacieśnić współpracę wojskową z naszym absolutnie najpewniejszym sojusznikiem w wypadku zaostrzenia się zagrożenia ze strony Rosji. Gdyby Polska miała kiedykolwiek przekroczyć próg wojny z Rosją – daleko idąca koordynacja działań właśnie z Ukrainą mogłaby być równie skuteczna, jak NATO-wskie formy wsparcia i odstraszania. By to osiągnąć, należałoby jednak przekroczyć zwyczajne ramy i dopisać tajne protokoły do obowiązujących umów z Ukrainą.

Mogliśmy rozpocząć rzeczowe i sensowne rozmowy z Ukrainą poprzedzające starania walczącego z Rosją kraju o akcesję do Unii Europejskiej. Być może w ramach takich rozmów udałoby się wypracować choćby spójny protokół rozbieżności dotyczący np. kwestii rolnictwa. W przyszłości ułatwiłoby to negocjacje akcesyjne, a zarazem zniwelowało przynajmniej część wynikających z tego problemów w polskiej polityce wewnętrznej. Oczywiście i to się nie stało.

Mogliśmy wreszcie naprawdę postarać się o mityczne kontrakty związane zarówno z przyszłą odbudową Ukrainy, jak i z całkiem bieżącą modernizacją jej infrastruktury państwowej pod potrzeby przedłużającego się konfliktu. Na tym rynku są i będą obecne firmy z Zachodu, Polska jednak gra najwyżej w trzeciej lidze.

Tego wszystkiego nie ma – i raczej nie będzie, bo po pierwsze nigdy nie podjęliśmy realnych wysiłków na rzecz zawarcia głębszych związków z Ukrainą, po drugie zaś, nie mamy w gruncie rzeczy za wiele do zaoferowania.

Gdzie jest prawdziwa realpolitik?

Z perspektywy Ukrainy Polska jest w roku 2026 zupełnie innym państwem i innym partnerem niż była nim w roku 2022. Zdecydowanie nie jest to wymarzony partner, raczej gracz, którego wolałoby się omijać i pomijać.

Wtedy, w 2022 roku, u progu wojny, to Polska była wiodącym krajem Europy pod względem każdego rodzaju wsparcia niesionego Ukrainie. Skończyło to się jednak mniej więcej wtedy, gdy w naszych magazynach wojskowych wyczerpały się zapasy posowieckiego, przeznaczonego do wycofywania i zezłomowania sprzętu. To, że ów sprzęt posłużył do niszczenia rosyjskich czołgów i bojowych wozów piechoty, to ogromny zysk. W gruncie rzeczy jednak wiele nas to nie kosztowało.

Co dziś z tego zostało?

Po stronie polskiej przede wszystkim resentyment i zawiedziona wdzięczność, której nieustannego okazywania od Wołodymyra Zełenskiego głośno domagali się najważniejsi przedstawiciele polskiej klasy politycznej – z prezydentami z obozu PiS i premierem z obozu demokratycznego na czele.

Do tego mit wyrzeczeń i ciężarów ponoszonych rzekomo przez Polskę w związku ze wspieraniem Ukrainy. I to w sytuacji, w której Ukraina stała się już siódmym pod względem wielkości obrotów importerem towarów z naszego kraju.

Wyeksportowaliśmy tam w 2025 roku dobra warte 56,9 mld zł, co daje nam ponad 35 miliardów zł nadwyżki w wymianie handlowej z Ukrainą.

Nasz rynek pracy jest praktycznie uzależniony od imigrantów zarobkowych z Ukrainy. Nie doceniamy tego – a przynajmniej nie docenia tego polska klasa polityczna. Ona ma do zaoferowania Ukrainie przede wszystkim przedstawiane w protekcjonalnym, wyższościowym tonie długie listy niechcianych rad i jeszcze dłuższe listy pomijalnych oczekiwań.

Aktywne działania prawicy i inercyjno-mimetyczna bierność rządu koalicji demokratów sprzyjają ciągłemu umacnianiu się w Polsce nastrojów antyukraińskich na każdym poziomie. Od resentymentów historycznych, przez rozmaite miejskie legendy, po ludowe wyobrażenia na temat redystrybucji dóbr.

Skutkuje to zarówno radykalizacją postaw społecznych, wzrostem nastrojów prorosyjskich, jak i wreszcie głębokimi korektami w dotychczas prowadzonej polityce polskiego państwa względem Ukraińców i Ukrainy. O tym, jak daleko to zaszło i jak głęboko dewastujące są tego skutki, pisaliśmy niedawno w OKO.press.

Rozpoczynają się rozmowy i negocjacje przedakcesyjne między Ukrainą a Unią Europejską. Z doświadczeń ostatnich lat wiemy już doskonale, że w polskiej polityce wewnętrznej będzie to ogromny problem. Przede wszystkim ze względu na kwestie unijnej polityki rolnej, a także na nieskrępowany dostęp do rynku UE dla firm z bardzo wielu branż, które mogą być zabójczo konkurencyjne wobec swych polskich odpowiedników (przedsmak tego przerabialiśmy przy okazji protestów polskich przewoźników przeciwko obecności ukraińskiej konkurencji).

Polska pogrążona jest też w głębokim systemowym paraliżu decyzyjnym, wynikającym z kohabitacji prezydenta i rządu z dwóch wrogich sobie politycznie obozów. Wymiana lokatora Pałacu Prezydenckiego z Andrzeja Dudy na Karola Nawrockiego tylko ten paraliż pogłębiła. Polska jest z punktu widzenia Ukrainy (a także wszystkich innych swych partnerów) krajem, w którym niemal nie sposób jest uchwalić nowe obowiązujące prawo. I w którym ratyfikację każdej ważniejszej umowy międzynarodowej będzie poprzedzać co najmniej wielomiesięczna dzika awantura wewnętrzna.

Słabnący rząd zmaga się w tej chwili na bardzo wielu frontach z początkiem przedwyborczej ofensywy prawicy. Możliwe jest i to, że od 2027 roku Polska będzie rządzić koalicja z udziałem partii jawnie prorosyjskiej, notującej w sondażach nawet dwucyfrowe wyniki.

Z perspektywy Kijowa Polska jest krajem, w którym to raczej Karol Nawrocki niż Donald Tusk wyznacza przyszłe polityczne trendy. Na partnerstwo się więc zupełnie nie zanosi.

***

Gdy w Warszawie polityczno-medialny mainstream trzęsie się nad upamiętnianiem UPA i ukraińskim Panteonem Narodowym, w Kijowie chodzi o coś zupełnie innego. O to mianowicie, że w coraz bardziej męczącym układzie Ukrainy z Polską i polską klasą polityczną, nadszedł czas na okres długotrwałej zapewne separacji. Rozwód również nie jest wykluczony.

Na zdjęciu Witold Głowacki
Witold Głowacki

Dziennikarz, publicysta, rocznik 1978. Pracowałem w "Dzienniku Polska Europa Świat" (obecnie „Dziennik Gazeta Prawna”) i w "Polsce The Times" wydawanej przez Polska Press. W „Dzienniku” prowadziłem dział opinii. W „Polsce The Times” byłem analitykiem i komentatorem procesów politycznych, wydawałem też miesięcznik „Nasza Historia”. Współprowadziłem realizowany we współpracy z amerykańską fundacją Democracy Council i Departamentem Stanu USA cykl szkoleniowy „Media kontra fake news”, w ramach którego ok 700 dziennikarzy mediów lokalnych z całej Polski zostało przeszkolonych w zakresie identyfikacji narracji dezinformacyjnych i przeciwdziałania im. Wydawnictwo Polska Press opuściłem po przejęciu koncernu przez kontrolowany przez rząd PiS państwowy koncern paliwowy Orlen. Wtedy też, w 2021 roku, wszedłem w skład zespołu OKO.press. W OKO.press kieruję działem politycznym, piszę też materiały o polityce krajowej i międzynarodowej oraz obronności. Stworzyłem i prowadziłem poświęcony wojnie w Ukrainie cykl „Sytuacja na froncie” obecnie kontynuowany przez płk Piotra Lewandowskiego.

Komentarze