0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Lucyna Kulińska przemawia w Domostawie, 11 lipca 2026 r. Źródło: kadr z relacji na FB, Grzegorz BraunLucyna Kulińska prze...

Jeśli dorosły mężczyzna, Polak, wyzywa w autobusie siedzące spokojnie ukraińskie nastolatki, to znak, że nastroje antyukraińskie w społeczeństwie osiągnęły pewną masę krytyczną. A osiągnęły ją, bo były generowane przez lata i nie spotykały się z żadnym systemowym sprzeciwem, który mógłby przeciwdziałać eskalacji. Dziś również takiego sprzeciwu nie ma. Państwo ściga pojedyncze akty jawnej przemocy wobec Ukraińców, ale nie sięga do jej źródeł.

Tymczasem są wydarzenia, podczas których nienawiść wobec Ukraińców jest w Polsce publicznie pielęgnowana. Wystarczy przyjrzeć się temu, co działo się w ostatni weekend podczas uroczystości rocznicowych w Domostawie. Nie po raz pierwszy zresztą. Pamięć o ofiarach zbrodni wołyńskiej jest tam otwarcie używana do siania i pielęgnowania nienawiści wobec Ukraińców dzisiaj.

W ostatnią sobotę padły tam słowa o tym, że Polacy powinni uczyć Ukraińców nienawiści do innych Ukraińców. W oficjalnych przemówieniach obywatele Ukrainy byli dehumanizowani, sprowadzani do roli hodowanych i tuczonych zwierząt, a nawet bestii, którą trzeba wyeliminować. Nikt się nie oburzył przeciwko takim stwierdzeniom. Kilka tysięcy zgromadzonych, w tym politycy, samorządowcy, duchowni i żołnierze, nagrodziło przemawiającą w ten sposób historyczkę Lucynę Kulińską brawami.

Nie znalazł się ani jeden sprawiedliwy, który by publicznie zaprotestował.

To przemówienie od weekendu jest intensywnie rozpowszechniane w sieci. Jest określane jako „genialne” i „wspaniałe”.

„Widzę to tak” to cykl, w którym od czasu do czasu pozwalamy sobie i autorom zewnętrznym na bardziej publicystyczne podejście do opisu rzeczywistości. Zachęcamy do polemik.

Pomnik w Domostawie

Dziś chętnie oskarżamy Ukraińców o eskalowanie konfliktu z Polską. Faktycznie strona ukraińska podejmuje kroki, które w Polsce mogą być odbierane jako prowokujące. Jednocześnie nie zajmujemy się tym, co dzieje się w naszym społeczeństwie i jak kształtują się nienawistne postawy Polaków wobec obywateli Ukrainy. Obwiniamy innych, pomijając własną odpowiedzialność.

Od dwóch lat w Domostawie – miejscowości w gminie Jarocin, w województwie podkarpackim, znajduje się drastyczny w wymowie pomnik „Rzeź wołyńska” autorstwa Andrzeja Pityńskiego. Jego głównym elementem jest ogromny orzeł w koronie, którego korpus i skrzydła płoną. W środku sylwetki ptaka zostawiono otwór w kształcie krzyża. I właśnie tam, w centralnej części pomnika, umieszczono rzeźbę dziecka nabitego na trójzębne widły. Całkowita wysokość rzeźby (z cokołem) to 20 metrów, drastyczna scena jest więc widoczna z daleka.

Właśnie w tym miejscu od 2024 r. w lipcu organizowane są obchody Narodowego Dnia Pamięci o Polakach – Ofiarach Ludobójstwa dokonanego przez OUN-UPA. Nie uczestniczą w nich władze państwowe, co nie znaczy, że obchody są mało znaczące.

Zwłaszcza dla skrajnej prawicy stały się one punktem obowiązkowym w lipcowym kalendarzu.

Do Domostawy przyjeżdżali między innymi: Grzegorz Braun i inni posłowie Konfederacji Korony Polskiej, Krzysztof Bosak, Andrzej Zapałowski, Tadeusz Samborski (PSL), Sławomir Mentzen, Krzysztof Tuduj i kilku innych polityków Konfederacji.

Przeczytaj także:

Służby, kościół i samorządowcy

Obchody organizuje społeczny komitet oraz gmina Jarocin. W uroczystościach uczestniczą przedstawiciele służb i instytucji (policjanci, strażacy OSP, czasami ktoś z IPN), żołnierze, samorządowcy (nie tylko miejscowi), harcerze, mieszkańcy i liczni goście. 11 lipca było tam nawet kilka tysięcy osób.

W uroczystości mocno angażuje się też Kościół katolicki. W tym roku obchody rozpoczęły się polową mszą świętą, sprawowaną przez biskupa Edwarda Frankowskiego. Zaś przewodniczącym Komitetu Honorowego Społecznego Komitetu Budowy Pomnika w Domostawie jest ksiądz, Antoni Moskal, kapelan środowisk kresowych.

Mamy więc naprawdę duże wydarzenie, podczas którego dość regularnie przemawia Lucyna Kulińska. To historyczka i działaczka kresowa, próbująca swoich sił w polityce (bez sukcesu startowała w wyborach z listy Konfederacji). W 1997 roku uzyskała doktorat na Uniwersytecie Komisji Edukacji Narodowej w Krakowie na podstawie pracy o działalności polskiego obozu narodowego w latach 1944-1947. Od lat zajmuje się zbrodnią wołyńską.

Jej poglądy w tym temacie są skrajnie radykalne. Jednocześnie są niezgodne z wszelkimi innymi znanymi ustaleniami historycznymi na temat ówczesnych wydarzeń.

Liczba ofiar kilkukrotnie zawyżona

W tym roku przemawiając w Domostawie Kulińska stwierdziła choćby, że na Wołyniu zginęło co najmniej 200-250 tys. Polaków. To liczba dwukrotnie zawyżona wobec nawet najwyższych szacunków, dotyczących liczby ofiar, przedstawianych przez rzetelnych historyków. Poza tym, jej zdaniem, zginęło tam również około 650 tys. przedstawicieli innych narodowości. To stwierdzenie nie ma żadnego odniesienia w źródłach historycznych.

„To bestialstwo nieporównywalne do Holocaustu, bo nigdzie więcej nie mieliśmy do czynienia z takimi torturami i takim dręczeniem” – stwierdziła również Kulińska.

Rosyjskie narracje

Ale Lucyna Kulińska mówiła nie tylko o Wołyniu. Od dawna w swoich wystąpieniach odnosi się ona do sytuacji bieżącej. Łączy przeszłość z teraźniejszością, bezpośrednio przenosząc odpowiedzialność za zbrodnię wołyńską na dzisiejszych obywateli Ukrainy. Dokładnie tak, jak robią to rosyjscy propagandziści, wykorzystując narrację o Wołyniu do konfliktowania Polski z Ukrainą.

Kulińska w Domostawie mówiła o tym, że Ukraińcy zgłaszają żądania terytorialne wobec Polski.

To typowa rosyjska zagrywka: w ich propagandzie Polska szykuje się do rozbioru Ukrainy oraz Białorusi, zaś Ukraina – do odebrania Polsce niektórych ziem. Tyle że Kulińska to polska historyczka. Hasła o żądaniach terytorialnych wygłosiła w Polsce, podczas polskich uroczystości, organizowanych przez polski samorząd.

„Dzisiaj jesteśmy na nowych kresach. Dzisiejsze kresy to te powiaty, do których banderowcy wysuwają ręce. Już nie Wołyń, już nie potężne woj. tarnopolskie, lwowskie, stanisławowskie. Nie. Oni dzisiaj chcą Przemyśla, Chełma, hrubieszowskiego. To ma wrócić. I to są kresy, których dzisiaj przyszło nam bronić” – powiedziała.

Nie wskazała żadnych źródeł swojej tezy – bo wiarygodnych źródeł nie ma, tak jak nie ma żądań terytorialnych. Narrację o tym, że Ukraina chce zwrotu polskich ziem, rozpowszechniają jedynie prorosyjscy aktywiści i ich odbiorcy. Temat pojawił się ostatnio w sympatyzującym z Rosją tygodniku „Myśl Polska”, wcześniej w programach prorosyjskiego politologa Leszka Sykulskiego i podobnych źródłach. Oraz w przemówieniu Kulińskiej.

Eskalujący język

Potem historyczka zaczęła przeplatać wątki historyczne z czymś, co należałoby nazwać – idąc jej tropem rozumowania – masowym rozwojem ideologii banderyzmu w Ukrainie. Używała przy tym specyficznego języka. Mówiła na przykład tak:

  • „Tysiące z tych, którzy mieli umoczone w krwi polskiej ręce, brało odszkodowania za walkę z komunizmem.”
  • „Ci, którzy rękawiczki robili, zdzierając skórę z rąk naszych rodaków.”
  • „Mamy dziś jaczejki w Polsce!”
  • „Dzisiaj mamy na Ukrainie wyhodowanych (…) około, jak się przypuszcza, od 500 do 800 tysięcy banderowców”.
  • „Oni dzisiaj hajlują!”
  • „(…) Kontynuowanie dokarmiania tej bestii, którą jest banderyzm w tej chwili w połączeniu z syjonizmem, nie miałoby miejsca.”
  • „Poprzez milczenie naszych władz my dajemy przyzwolenie na utuczenie naszych katów, przyszłych katów.”
  • „Zdrajców pogonić! Przy najbliższych wyborach patrzeć do piątego pokolenia, z kim mamy do czynienia!”

Dehumanizacja Ukraińców

Cel użycia takiego słownictwa jest oczywisty: chodzi o wywołanie skrajnych emocji, zwłaszcza (w kontekście całego wystąpienia) przerażenia i nienawiści.

Aby ułatwić odczuwanie nienawiści do innych ludzi, do sąsiadów, Kulińska dokonała dehumanizacji Ukraińców (współczesnych, nie sprawców zbrodni wołyńskiej). Odarła ich z człowieczeństwa.

Dlatego mówiła o „hodowaniu” banderowców. Jednocześnie podała, że (jej zdaniem) banderowców jest w Ukrainie od 500 do 800 tysięcy, czyli tyle, ile liczy cała ukraińska armia. To umasowione odczłowieczanie ukraińskich żołnierzy. Tę samą technikę Kulińska zastosowała, mówiąc o „tuczeniu naszych katów”.

Odbiorcy po takim wystąpieniu mogą widzieć w Ukraińcach nie ludzi, lecz tuczoną i hodowaną masę, która kiedyś (nie wiadomo kiedy) zaatakuje Polaków. Więc – w domyśle – lepiej pozbyć się jej już teraz, profilaktycznie. To zresztą częsty postulat środowisk radykalnie antyukraińskich w Polsce.

Obraz bestii

Kulińska użyła nawet obrazu bestii, aby już ostatecznie odczłowieczyć obywateli Ukrainy. Stali się oni w jej przemówieniu zwierzętami, istotami niższymi i gorszymi, zaś Polakom została przydzielona rola „panów” – wszak to oni decydują, co zrobić z „wyhodowanymi i utuczonymi banderowcami”.

Dehumanizacja grupy społecznej, w tym przypadku – całego narodu – to bardzo groźne zjawisko. Prowadzi do wyłączania etycznego oporu przed krzywdzeniem osób, należących do takiej grupy. Ułatwia przemoc, bo ją usprawiedliwia.

Pod wpływem dehumanizacji agresorzy nie czują się winni.

Wręcz przeciwni: atakując czują, że dokonują właściwego aktu „oczyszczenia” swojego terytorium ze „szkodników” czy zagrażających im „zwierząt”. Dehumanizacja była podstawą wszelkich pogromów, czystek etnicznych i ludobójstw. To przerażający paradoks: Lucyna Kulińska użyła jej przemawiając podczas obchodów upamiętniających ofiary takich pogromów.

Bo w Carrefourze są Ukraińcy

Historyczka podczas swego przemówienia rysowała obrazy „ukraińskiego zagrożenia” nie tylko za pomocą emocjonalnego języka. Podawała też przykłady. I tak oto przykładem na to, że „Ukraina przejmuje Polskę”, stał się… sklep Carrefour na dworcu kolejowym w Krakowie – dlatego że pracują w nim Ukraińcy.

„Kto robi coś takiego na jednym z największych dworców kolejowych kraju? Przecież tylko ktoś, kto jest albo niespełna rozumu, albo chce pomagać naszym przeciwnikom. To jest jakby z natury rzecz, która nam zagrozi!” – grzmiała Kulińska. Czemu ma nam to „z natury” zagrozić, nie powiedziała.

Snuła też wizje „banderowskich jaczejek”, które „w różnych polskich miastach, w Poznaniu, Krakowie, już się zaczęły tworzyć”;

szkół w Polsce, „w których pod pulpitami daje się podręczniki <Bandera i ja>, gdzie się tą młodzież w tej ideologii strasznej, faszystowskiej edukuje.”

Była też mowa o przejęciu „dużej połaci naszych lasów tu, na Podkarpaciu i na Lubelszczyźnie” przez banderowców oraz o budowaniu torów kolejowych na Ukrainę, „po których będzie się przewozić zatrute zboże”. Przez cały czas uderzała też w polskie władze, które w jej opowieści na to wszystko przyzwalają.

Nikt nie protestował

Na koniec Kulińska zaapelowała o przyjęcie ustawy antybanderowskiej (żeby „pogonić jaczejki”). Dała też wskazówkę na przyszłość: „Przy najbliższych wyborach patrzeć do piątego pokolenia, z kim mamy do czynienia. Bo nie mielibyśmy pań Jachir i innych ludzi, zdrajców w tym Sejmie, którzy nie chcą być Polakami i nie chcą Polaków szanować, nawet w tak podstawowej sprawie, jak uczczenie mordu Polaków, polskich rodzin. Pogonić, pogonić precz zdrajców! Śmierć wrogom ojczyzny!”

Przemówieniu Lucyny Kulińskiej przysłuchiwały się tysiące ludzi. Wśród nich: duchowni, politycy, samorządowcy, żołnierze 3. Niżańskiej Kompanii Regulacji Ruchu Wojska Polskiego, żołnierze WOT, strażacy z jednostki Ochotniczej Straży Pożarnej, policjanci z miejscowej komendy powiatowej, harcerze.

Nikt jej nie przerwał. Nikt nie zaprotestował przeciwko dehumanizowaniu Ukraińców, wprowadzaniu w błąd co do faktów historycznych ani bieżących wydarzeń. Nie znalazł się ani jeden sprawiedliwy.

Wręcz przeciwnie – Kulińska dostała solidne oklaski. Brawa słychać było także w kilku momentach jej wystąpienia.

Od soboty to przemówienie jest intensywnie rozprowadzane na platformach społecznościowych. Znajduję je w postach, rozpoczynających się od słów: „Kapitalne wystąpienie!”, „Genialne przemówienie!”. W poniedziałek na swoim fanpage'u udostępnił je Grzegorz Braun. „Pogonić precz, zdrajców pogonić precz! Śmierć wrogom ojczyzny!” – napisał w poście.

Czy władze tego nie widzą?

Kulińska przemawiała nie tylko w Domostawie. Jest zapraszana na spotkania w całej Polsce, opowiada na nich – w typowy dla siebie, eskalujący sposób – o zbrodni wołyńskiej. Robi to od lat. Nie ona jedna. W Domostawie i na zorganizowanych w kilku polskich miastach marszach wołyńskich można było usłyszeć wiele podobnych wystąpień. Tego rodzaju treści są też masowo rozprowadzane w sieci, zarówno przez konta rosyjskie, środowiska prorosyjskie, jak i tych, którzy uwierzyli w tego rodzaju przekazy. Moim zdaniem nie mają one nic wspólnego z czczeniem pamięci ofiar Wołynia.

Nie chodzi w nich bowiem o pamięć, lecz o pielęgnowanie nienawiści.

Nie dziwmy się więc, że potem Polak atakuje ukraińskie nastolatki w autobusie. A inni Polacy atakują ukraińskich nastolatków w centrum Warszawy i tylko cudem wszyscy wychodzą z tego cało. To przewidywalne skutki rozbudzanej przez lata nienawiści, podlanej dehumanizacją.

Jeśli polskie władze chcą zapobiec przemocy wobec Ukraińców, choćby tylko po to, by nie doszło do pogromów, zamieszek i destabilizacji państwa, muszą działać u źródła. Muszą reagować na nienawiść, wylewającą się już nawet podczas oficjalnych, choć „lokalnych” uroczystości. Dalsze odwracanie głowy skończy się tragedią, którą dziś można niestety przewidzieć.

Wśród odpowiedzialnych za reagowanie na nienawiść są także samorządowcy.

Ci z Domostawy, Jarocina, województwa podkarpackiego – i wszyscy inni. A także duchowni, żołnierze, policjanci. Przedstawiciele tych grup byli na uroczystościach w Domostawie. W najlepszym razie milczeli. W najgorszym – bili brawo. Nikt nie zaprotestował.

Na zdjęciu Anna Mierzyńska
Anna Mierzyńska

Analityczka mediów społecznościowych, ekspertka. Specjalizuje się w analizie zagrożeń informacyjnych, zwłaszcza rosyjskiej dezinformacji i manipulacji w sieci. Autorka książki „Efekt niszczący. Jak dezinformacja wpływa na nasze życie” oraz dwóch poradników na temat zwalczania dezinformacji. Z OKO.press współpracuje jako autorka zewnętrzna. Pisze o dezinformacji, bezpieczeństwie państwa, wojnie informacyjnej oraz o internetowych trendach dotyczących polityki. Zajmuje się też monitorowaniem ruchów skrajnie prawicowych i antysystemowych.

Komentarze