Oklaski za dehumanizację Ukraińców. Na uroczystości w Domostawie nikt nie protestował [WIDZĘ TO TAK]
Na uroczystościach rocznicy zbrodni wołyńskiej w Domostawie, na które co roku przyjeżdża kilka tysięcy ludzi, polska historyczka mówiła o „hodowaniu banderowców” i „tuczeniu naszych katów”. Wbrew ustaleniom badaczy mówiła o 200 tys. polskich ofiar. Władze państwowe ignorują ten seans nienawiści. A obecni na miejscu samorządowcy biją brawo
Jeśli dorosły mężczyzna, Polak, wyzywa w autobusie siedzące spokojnie ukraińskie nastolatki, to znak, że nastroje antyukraińskie w społeczeństwie osiągnęły pewną masę krytyczną. A osiągnęły ją, bo były generowane przez lata i nie spotykały się z żadnym systemowym sprzeciwem, który mógłby przeciwdziałać eskalacji. Dziś również takiego sprzeciwu nie ma. Państwo ściga pojedyncze akty jawnej przemocy wobec Ukraińców, ale nie sięga do jej źródeł.
Tymczasem są wydarzenia, podczas których nienawiść wobec Ukraińców jest w Polsce publicznie pielęgnowana. Wystarczy przyjrzeć się temu, co działo się w ostatni weekend podczas uroczystości rocznicowych w Domostawie. Nie po raz pierwszy zresztą. Pamięć o ofiarach zbrodni wołyńskiej jest tam otwarcie używana do siania i pielęgnowania nienawiści wobec Ukraińców dzisiaj.
W ostatnią sobotę padły tam słowa o tym, że Polacy powinni uczyć Ukraińców nienawiści do innych Ukraińców. W oficjalnych przemówieniach obywatele Ukrainy byli dehumanizowani, sprowadzani do roli hodowanych i tuczonych zwierząt, a nawet bestii, którą trzeba wyeliminować. Nikt się nie oburzył przeciwko takim stwierdzeniom. Kilka tysięcy zgromadzonych, w tym politycy, samorządowcy, duchowni i żołnierze, nagrodziło przemawiającą w ten sposób historyczkę Lucynę Kulińską brawami.

Komentarze