Trump obiecał Amerykanom tańsze leki. Żeby to osiągnąć, grozi koncernom farmaceutycznym cłami, które mogłyby te leki podrożyć. I — co zaskakujące — ta sprzeczna logika zaczyna działać. Pytanie brzmi: dla kogo?
Donald Trump podpisał 2 kwietnia 2026 r. dekret nakładający 100-procentowe cła na importowane leki patentowe. To kulminacja wielomiesięcznej strategii nacisku na przemysł farmaceutyczny: połączenie gróźb, negocjacji i bezprecedensowych zachęt do przeniesienia produkcji do Stanów Zjednoczonych.
Firmy, które się ugięły, dostały zwolnienie z ceł i dostęp do platformy TrumpRx [to rządowa strona internetowa, za pośrednictwem której Amerykanie mogą kupować leki na receptę po obniżonych cenach — więcej o niej w dalszej części tekstu].
Te, które odmawiają, zapłacą podwójną cenę za wejście na największy rynek leków na świecie. Europa — z 15-procentową stawką celną i widmem odpływu inwestycji wartych ponad 100 mld euro — stoi wobec pytania, czy to tylko kolejna eskalacja handlowa, czy sygnał trwałego przesunięcia osi globalnej farmacji.
Żeby zrozumieć, skąd wziął się dekret z 2 kwietnia, trzeba się cofnąć do lutego 2026 r. Wtedy Sąd Najwyższy Stanów Zjednoczonych wydał wyrok, który dla Białego Domu musiał być jak policzek. W stosunku 6 do 3 sędziowie orzekli, że rozległe cła, które Trump nałożył na podstawie ustawy o międzynarodowych uprawnieniach do zarządzania kryzysami gospodarczymi (IEEPA) z 1977 r., przekraczają uprawnienia przyznane prezydentowi przez Kongres.
Branża farmaceutyczna przez cały ten czas znajdowała się w osobliwej sytuacji: była wyłączona spod „ogólnych" ceł, ale od miesięcy żyła pod presją groźby ceł sektorowych. Główne firmy farmaceutyczne dołączyły do inicjatywy TrumpRx pod koniec poprzedniego roku właśnie po tym, jak zostały zagrożone cłami.
Sąd Najwyższy odebrał Trumpowi jego ulubione narzędzie — ale nie sparaliżował go. Odpowiedź przyszła błyskawicznie.
Trump wskazał alternatywne podstawy prawne: Sekcję 122 i 301 Ustawy o Handlu z 1974 r., Sekcję 232 Ustawy o Rozszerzeniu Handlu z 1962 r. oraz Sekcję 338 Ustawy Taryfowej z 1930 r.
To prawdziwy arsenał, skompletowany jeszcze zanim wyrok trafił na biurko prezydenta. Sekcja 232 – ta sama, którą Trump użył do nałożenia ceł na stal i aluminium — okazała się idealnym orężem: pozwala na wprowadzenie ceł sektorowych pod warunkiem wykazania, że import zagraża bezpieczeństwu narodowemu.
Przeprowadzone przez Departament Handlu dochodzenie wykazało, że importowane leki patentowe i składniki farmaceutyczne są sprowadzane do USA w takich ilościach i w takich okolicznościach, że stanowią zagrożenie dla bezpieczeństwa narodowego. Mimo że USA są światowym liderem w badaniach i rozwoju leków, są silnie uzależnione od importu — co w razie globalnych zakłóceń łańcucha dostaw mogłoby ograniczyć dostęp do ratujących życie medykamentów.
Pandemia COVID-19 pokazała, jak to wygląda w praktyce: brakowało maseczek, środków do dezynfekcji, a potem i składników aktywnych do leków. Prezydent postanowił, że tego błędu nie powtórzy.
Mechanizm zaproponowany przez administrację jest wielowarstwowy — i celowo tak skonstruowany, żeby jak najwięcej firm wybrało „złoty środek” zamiast groźby pełnych ceł. Taryfikator wygląda następująco.
Firmy, które zawarły umowę cenową w ramach MFN z Departamentem Zdrowia i Usług Społecznych (HHS) oraz zobowiązały się do przeniesienia produkcji do USA, są zwolnione z ceł do 2029 r. Spółki, które deklarują jedynie przeniesienie produkcji, zapłacą 20% – ale ta stawka wzrośnie do 100% po czterech latach od wejścia w życie dekretu. Pozostałe firmy czeka stawka 100%.
Harmonogram jest przemyślany. Dla 17 dużych firm wymienionych w aneksie dekretu cła wchodzą w życie 31 lipca 2026 r. Dla pozostałych – 29 września 2026 r. To nie jest kara natychmiastowa. To zaproszenie do negocjacji z jasno wyznaczonym terminem.
Leki generyczne i biopodobne (zatwierdzone, tańsze zamienniki oryginalnych leków biologicznych) na razie uszły z opresji. Generyki i ich składniki nie są objęte cłami — na razie. Ich status zostanie poddany przeglądowi w ciągu roku od wejścia w życie dekretu. To brzmi jak zawieszona nad branżą gilotyna: może spadnie, może nie. Niepewność jest wbudowana w system.
Analitycy ostrzegają, że mniejsze firmy farmaceutyczne nie mają ani kapitału, ani elastyczności operacyjnej, by zawierać tego rodzaju umowy. Wielki gracz może zainwestować miliardy w fabrykę w Karolinie Północnej i uśmiechnąć się do kamery na wspólnej konferencji prasowej z prezydentem. Mała spółka biotechnologiczna, produkująca jeden lek dla rzadkiej choroby, nie ma takich możliwości.
Dekret z początku kwietnia nie pojawił się znikąd. Był zwieńczeniem wielomiesięcznej kampanii nacisku, którą Trump prowadził z żelazną konsekwencją.
W maju 2025 r. Trump podpisał dekret zatytułowany „Delivering Most-Favored-Nation Prescription Drug Pricing to American Patients”, nakazując administracji dostosowanie cen leków w USA do najniższych cen płaconych za te same preparaty w innych zamożnych krajach.
Idea MFN — Most Favored Nation, czyli ceny „dla najbardziej uprzywilejowanego narodu” — była prosta i politycznie nośna: Ameryka płaci za leki tyle samo co najuboższe kraje rozwinięte, a nie trzy razy więcej.
TrumpRx to strona internetowa z rabatami wynegocjowanymi przez rząd z firmami, takimi jak Pfizer, AstraZeneca, Eli Lilly i Novo Nordisk. Platforma nie sprzedaje leków bezpośrednio — przekierowuje użytkowników na strony producentów lub udostępnia kupony do zrealizowania w aptece. Recepta nadal jest wymagana. Filozofia jest rewolucyjna: omijamy pośredników — firmy zarządzające świadczeniami aptekarskimi (PBM), ubezpieczycieli, hurtowników — i łączymy producenta bezpośrednio z pacjentem.
Przy starcie na platformie dostępne były 43 leki, ale administracja zapowiedziała dalsze rozszerzanie oferty. Platforma jest skierowana głównie do pacjentów gotowych płacić gotówką i rezygnować z ubezpieczenia. To istotne zastrzeżenie: TrumpRx może faktycznie obniżyć ceny dla osób nieubezpieczonych lub słabo ubezpieczonych. Ale dla pacjenta z dobrym ubezpieczeniem zdrowotnym istniejące mechanizmy rabatowe mogą wciąż być korzystniejsze.
W listopadzie 2025 r. Trump ogłosił pierwsze umowy z Eli Lilly i Novo Nordisk. Na ich mocy ceny Ozempicu i Wegovy — dwóch najpopularniejszych leków na cukrzycę i otyłość, o łącznych rocznych wydatkach przekraczających setki miliardów dolarów — spadły odpowiednio z 1000 dol. i 1350 dol. miesięcznie do 350 dol., dostępnych przez platformę TrumpRx.
To był medialny majstersztyk. Następne umowy przychodziły lawinowo. W grudniu 2025 r. Trump ogłosił kolejne 9 porozumień z firmami takimi jak Amgen, Bristol Myers Squibb, Gilead Sciences, GSK, Merck, Novartis i Sanofi, obejmujących leki na cukrzycę typu 2, reumatoidalne zapalenie stawów, stwardnienie rozsiane, astmę, POChP, wirusowe zapalenie wątroby, HIV i nowotwory. Trump zbierał te umowy jak trofea, za każdym razem organizując ceremonię w Białym Domu.
Groźba ceł, zanim jeszcze stała się rzeczywistością, zrobiła coś, czego wcześniejsze apele, regulacje i raporty nie potrafiły: zmusiła firmy farmaceutyczne do decyzji inwestycyjnych na kosmiczną skalę.
Już w lutym 2025 r., zanim Sąd Najwyższy w ogóle zdążył wydać wyrok, Eli Lilly ogłosił plan rozbudowy produkcji krajowej o 27 mld dol. przeznaczonych m.in. na nowe zakłady w Wirginii i Teksasie. Wkrótce dołączyło kolejnych 13 firm, które łącznie zadeklarowały ponad 480 mld dol. inwestycji w ciągu 4-10 lat.
Szczegółowe liczby robią wrażenie. Merck zadeklarował ponad 70 mld dol. na rozbudowę produkcji i badań w USA. Johnson & Johnson – 55 mld dol., Łącznie wedle różnych szacunków – 17 największych firm farmaceutycznych zobowiązało się do inwestycji o łącznej wartości 600 mld dol. według danych analitycznej firmy IQVIA.
Według raportu Global Location Strategies Stany Zjednoczone zajmują obecnie drugie miejsce na świecie pod względem nowych inwestycji w produkcję biologicznych leków — ustępując jedynie Europie, która przez ostatnią dekadę przyciągała średnio 45% nowych projektów tego typu. Ta pozycja Europy, dominująca na papierze, zaczyna się chwiać.
Czy te inwestycje rzeczywiście powstaną? Według Oliviera Loeillota, prezesa firmy Repligen, nawet gdyby zrealizowana została jedynie część zapowiedzi — rzędu 50-100 mld dol., branża sprzętu do produkcji biologicznej i tak notowałaby boom. Pierwsze nowe fabryki mają powstawać od 2026 – 2027 r. Zegar tyka.
Na tle tych miliardów dolarów kierowanych do Stanów, sytuacja Europy wygląda jak problem, który od lat był ignorowany i który teraz eksploduje w najmniej odpowiednim momencie.
Zacznijmy od liczb. Leki i produkty farmaceutyczne to największa kategoria eksportowa UE do Stanów Zjednoczonych. W trzech kwartałach poprzedniego roku eksport ten wyniósł 84,4 mld euro — więcej niż eksport maszyn i urządzeń (68,3 mld euro) czy chemikaliów organicznych (66,3 mld euro). Farmaceutyki to europejska kotwica w relacjach handlowych z USA.
Cła sektorowe to zamach w samą tę kotwicę.
Formalnie Europa wyszła z tego lepiej, niż mogła. Produkty z Unii Europejskiej, Japonii, Korei Południowej oraz Szwajcarii podlegają preferencyjnej stawce celnej w wysokości 15%, wynikającej z wcześniej zawartych umów handlowych. Wielka Brytania dostała jeszcze lepszą ofertę – 10% i perspektywę dalszego obniżenia stawki do zera, bo w grudniu 2025 r. Londyn zgodził się podwyższyć ceny płacone za nowe leki o 25% w zamian za ulgę celną.
Ale 15% to wciąż realna bariera. I to nie ona jest największym problemem.
Prawdziwym zagrożeniem jest długoterminowy odpływ inwestycji. W liście do przewodniczącej Komisji Europejskiej Ursuli von der Leyen podpisanym przez 32 prezesów największych firm farmaceutycznych — w tym szefów Pfizera, Roche'a, Novartis, Eli Lilly, AstraZeneki, Gilead, GSK i Sanofi — branża ostrzegła przed ucieczką inwestycji z Europy do USA o wartości nawet 103,2 mld euro do 2029 r., jeśli UE nie wdroży „szybkich i radykalnych” zmian polityki.
Żądania zawarte w tym liście są konkretne. Firmy oczekują m.in. wydłużenia ochrony danych regulacyjnych (prawo własności intelektualnej, uniemożliwiające konkurencji wykorzystanie dokumentacji badań klinicznych innowacyjnego leku przez określony czas, zazwyczaj 8 lat wyłączności danych + 2 lata wyłączności rynkowej w UE) do 10 lat plus dwa dodatkowe lata ochrony rynkowej, a także zwiększenia z 10 do 12 lat wyłączności rynkowej dla leków chorób rzadkich (występujących u mniej niż 5 osób na 10 tysięcy w UE).
Wskazują też, że udział branży w publicznych wydatkach na leki wzrósł z 15 do 22% w ciągu ostatnich lat — a nowe unijne przepisy dotyczące oczyszczania ścieków, nakładające na producentów farmaceutycznych opłaty za usuwanie mikrozanieczyszczeń z europejskich wód, tylko pogłębiają niekorzystny klimat inwestycyjny.
W całej tej rozgrywce między Waszyngtonem a Brukselą jest jeszcze jeden gracz, o którym mówi się zbyt mało. Chiny.
USA mają 40-procentowy udział w globalnym portfolio leków w fazie badań i rozwoju. Na drugiej pozycji plasują się Chiny z około 20-procentowym udziałem. Pięć największych rynków europejskich łącznie odpowiada za zaledwie 11%.
Te proporcje się zmieniają. I to nie tylko dlatego, że Chiny inwestują w biotechnologię — lecz dlatego, że presja ze strony Trumpa systematycznie popycha europejskich graczy w stronę Pekinu. AstraZeneca ogłosiła 15-miliardową inwestycję w chińskie moce produkcyjne. Do Chin pojechali kolejno Emmanuel Macron, Keir Starmer i Friedrich Merz. W lutym 2026 r. niemieckie dane statystyczne pokazały, że Chiny wyprzedziły USA jako główny partner handlowy Niemiec.
W grudniu 2025 r. zawarto historyczną umowę o wolnym handlu między UE a Indiami — krajem z potężnym przemysłem farmaceutycznym generycznym. To sygnał nowego kierunku: Europa, tracąc grunt pod nogami w relacjach z USA, szuka zaczepienia w Azji.
Paradoks polega na tym, że taka dywersyfikacja może w dłuższej perspektywie zaszkodzić interesom Waszyngtonu. Jeśli europejska farmacja przeniesie swoje placówki badań i rozwoju do Chin, jeśli azjatyckie moce produkcyjne staną się dominujące w globalnym łańcuchu dostaw — Ameryka wcale nie stanie się bardziej bezpieczna. Stanie się zależna od innych dostawców.
Czy Europa jest w stanie się obudzić i odpowiedzieć na to wyzwanie? Są pewne przesłanki ku optymizmowi — choć umiarkowanemu.
W grudniu 2025 roku Komisja Europejska zaproponowała tzw. EU Biotech Act, mający finansować i przyspieszać innowacje biotechnologiczne. W 2026 r. ma też zostać uchwalony kompleksowy Pakiet Farmaceutyczny. To legislacyjna odpowiedź na lata zaniedbań — ale reformy regulacyjne działają wolno, a fabryki i laboratoria potrzebują czasu.
Analityk ING ds. ochrony zdrowia Diederik Stadig ocenił, że cła stanowią „kolejny impuls, by Europa wreszcie wzięła się do roboty w kwestii konkurencyjności”. To dyplomatyczny sposób powiedzenia: strach może podziałać tam, gdzie przez lata nie działały argumenty merytoryczne.
Wielka Brytania pokazała, jak wygląda transakcja przy tym stole. Kosztuje ona drogo — wyższe ceny leków w publicznym NHS, więcej pieniędzy dla przemysłu — ale przynosi korzyść: zwolnienie z ceł i status preferowanego partnera. Pytanie, czy Bruksela jest gotowa na podobny kompromis z 27 rządami o różnych systemach ochrony zdrowia i różnych interesach lobbingowych.
`
W całej tej geopolitycznej rozgrywce łatwo stracić z oczu człowieka, który co miesiąc wykupuje recepty. Jakie są bezpośrednie skutki dla europejskich — w tym polskich — pacjentów?
Krótkoterminowo — niewielkie. Aż 80% importu farmaceutycznego do USA pochodzi z UE, Japonii, Korei, Szwajcarii i Wielkiej Brytanii — z krajów objętych stawkami 10-15%, nie 100%. Firmy odpowiadające za szacunkowo 2/3 sprzedaży leków markowych już zawarły umowy z administracją.
Bezpośrednie straty po stronie europejskich producentów są więc kontrolowane. Ale długoterminowe ryzyka są poważne.
Po pierwsze: jeśli inwestycje w badania i rozwój przeniosą się do USA, nowe leki będą trafiać najpierw tam. Europa może stać się rynkiem drugiej kategorii — gdzie nowe terapie pojawiają się z opóźnieniem i po wyższych cenach, bo nie ma siły przetargowej wynikającej z bliskości centrum innowacji.
Po drugie: polityka MFN (Most Favored Nation) Trumpa, jeśli zostanie utrwalona, zmusi europejskie rządy do albo podwyższenia cen leków (jak zrobiła Wielka Brytania), albo pogodzenia się z tym, że firmy po prostu nie będą wprowadzać nowych preparatów na europejski rynek — bo nie będzie im się to opłacać.
Szwajcarskie stowarzyszenie branżowe Interpharm ostrzegło, że cła „zagrażają globalnym łańcuchom produkcji i dostaw leków, hamują badania i rozwój, a w ostatecznym rozrachunku szkodzą pacjentom na całym świecie”. Stowarzyszenie zażądało od władz szwajcarskich wynegocjowania umowy podobnej do brytyjskiej, a jednocześnie przeprowadzenia „gruntownych reform” mających utrzymać atrakcyjność Szwajcarii dla innowacji farmaceutycznych.
Trump wypowiedział wojnę firmom farmaceutycznym z tą samą logiką, z jaką wcześniej zaatakował chiński import elektroniki, europejską stal czy meksykańskie samochody: groźba bólu, oferta ugody, nagroda dla posłusznych. Różnica jest jedna — tym razem stawką jest zdrowie, a nie tylko bilans handlowy.
Polityka MFN stała się centralnym filarem strategii farmaceutycznej administracji USA — z myślą o ograniczeniu efektu gapowicza na finansowanych przez USA innowacjach. Argument ma empiryczną podstawę. Problem polega na tym, że instrumenty, których Trump używa do jego egzekwowania, mogą przynieść skutki odwrotne do zamierzonych: zamiast taniej innowacji dla wszystkich — mniej innowacji dla wszystkich.
Dla Europy ten moment jest testem dojrzałości strategicznej. Kontynent, który przez dwie dekady pozwalał erodować swój udział w globalnej farmacji, stoi teraz wobec wyboru: zreformować się szybko i boleśnie — albo stać się farmaceutyczną prowincją w świecie, w którym leki produkuje się w Ameryce i Chinach.
Na to pytanie Trump ma odpowiedź. Europa — jeszcze nie.
Biolog, dziennikarz popularnonaukowy, redaktor naukowy Międzynarodowego Centrum Badań Oka (ICTER). Autor blisko 10 000 tekstów popularnonaukowych w portalu Interia, ponad 50 publikacji w papierowych wydaniach magazynów „Focus", „Wiedza i Życie" i „Świat Wiedzy". Obecnie publikuje teksty na Focus.pl.
Biolog, dziennikarz popularnonaukowy, redaktor naukowy Międzynarodowego Centrum Badań Oka (ICTER). Autor blisko 10 000 tekstów popularnonaukowych w portalu Interia, ponad 50 publikacji w papierowych wydaniach magazynów „Focus", „Wiedza i Życie" i „Świat Wiedzy". Obecnie publikuje teksty na Focus.pl.
Komentarze