0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Il. Mateusz Mirys / OKO.pressIl. Mateusz Mirys / ...

Nowe amerykańskie zalecenia żywieniowe (Dietary Guidelines for Americans 2025-2030) zostały ogłoszone 7 stycznia 2026 roku i mają zastąpić dotychczasowe (MyPlate) jako główną, „obrazkową” ściągę z tego, jak powinien wyglądać codzienny jadłospis.

„Administracja prezydenta Trumpa resetuje politykę żywieniową, przywraca prawdziwe jedzenie jako centralne dla zdrowia. Przywracamy naukę i zdrowy rozsądek” – tak zatytułowany jest komunikat służb prasowych Departamentu Zdrowa, kierowanego przez Roberta J. Kennedy'ego.

Nowe zalecenia są ważne nie tylko dla zwykłych ludzi, ale też dla instytucji: szkolnych stołówek, wojska czy programów żywnościowych finansowanych przez państwo. Druga rzecz jest symboliczna: dokument krótszy i bardziej komunikacyjny. Northeastern Global News zwraca uwagę, że nowe wytyczne to 10 stron, czyli wyraźne odchudzenie wobec wcześniejszych, wielostronicowych opracowań.

Ten skrót jest częścią filozofii: mniej technicznego języka, więcej prostych wskazówek. Ale czy na pewno?

Przeczytaj także:

Eat Real Food – co to właściwie znaczy?

Nowe hasło administracji Trumpa – Eat Real Food (w wolnym tłumaczeniu: Jedz prawdziwe jedzenie) – jest rdzeniem nowego przekazu. W liście towarzyszącym wytycznym sekretarze Departamentu Rolnictwa (USDA) i Departamentu Zdrowia i Usług Społecznych (HHS) piszą wprost, że

Amerykanie mają wrócić do podstaw i budować dietę na pełnych, gęstych odżywczo produktach, jednocześnie mocno ograniczając żywność wysoko przetworzoną.

Brzmi nieźle – bo to język, który trafia do ludzi. Nie każe liczyć gramów i procentów. Mówi: wybieraj to, co jest bliżej pola, ogrodu i kuchni, a dalej od linii produkcyjnej.

Tyle że prawdziwe jedzenie – Real Food – jest hasłem, a hasła mają jedną słabość: każdy może podstawić pod nie coś innego. Dla jednych to warzywa, owoce, strączki, pełne ziarna, ryby, orzechy i oliwa. Dla innych – stek, masło i pełnotłusty ser.

Bez dopowiedzeń robi się z tego worek, do którego da się wrzucić zarówno kuchnię śródziemnomorską, jak i dietę skrajnie niskowęglowodanową. Dlatego obok sloganu pojawia się kluczowy wątek: ograniczanie żywności ultraprzetworzonej (UPF).

To nie tylko fast foody, a często produkty, które przeszły kilka etapów przemysłowej obróbki, mają długą listę składników i zawierają dodatki, których nie używa się w domowej kuchni – izolaty białek, syropy glukozowo-fruktozowe, emulgatory, zagęstniki, aromaty, barwniki, słodziki. W praktyce to nie jest kwestia czy to ma E w składzie, tylko tego, czy produkt jest zbudowany tak, aby był maksymalnie trwały, tani w produkcji i „hipersmaczny”.

UPF to często żywność projektowana pod to, żeby jeść ją szybko, często i w większej ilości, niż planowaliśmy. I właśnie dlatego w dyskusji o niej wraca pojęcie gęstości odżywczej: ile witamin, minerałów, błonnika i białka dostajesz w zamian za porcję energii.

Problem w tym, że granica bywa płynna. Nawet krytycy przyznają, że definicję trudno jednoznacznie ugruntować – a to utrudnia przeniesienie hasła na praktykę. Weźmy prosty przykład: chleb. Wersja z czterech składników, wypiekana lokalnie, będzie prawdziwym jedzeniem. Ale chleb pakowany, z dodatkami poprawiającymi miękkość i trwałość, już może podpadać pod UPF.

Albo jogurt: naturalny jest w porządku, ale ten „proteinowy deser” z aromatami i słodzikami bywa już na granicy. Nawet płatki śniadaniowe potrafią być żywieniowym paradoksem: teoretycznie zbożowe, praktycznie cukrowo-aromatyczna konstrukcja.

Dlatego w nowych zaleceniach tak mocno wybrzmiewa powrót do podstaw – bo w świecie UPF najważniejszą umiejętnością nie jest liczenie kalorii, tylko rozpoznanie, kiedy jedzenie zostało zamienione w produkt.

Piramida odwrócona: co na górze, a co spada na dół?

Najłatwiej zobaczyć zmianę w samej grafice. Piramida jest odwrócona, ma tylko trzy główne strefy, a najszersza część (czyli to, co ma być bazą każdego posiłku) została opisana inaczej niż w klasycznych schematach.

Nowa piramida żywieniowa w USA. Źródło Departament Zdrowia USA

Każdy posiłek ma „priorytetyzować” wysokiej jakości białko (ze źródeł zwierzęcych i roślinnych) oraz zdrowe tłuszcze z pełnych produktów – wśród przykładów są jaja, ryby i owoce morza, mięso, pełnotłusty nabiał, orzechy, pestki, oliwki i awokado. Owoce i warzywa nadal są „niezbędne”, ale w układzie graficznym lądują niżej. Zboża – na samym dole, z naciskiem na pełne ziarno i unikaniem rafinowanych węglowodanów.

To przesunięcie ma konsekwencje interpretacyjne.

  • Zwolennik powie: wreszcie przestajemy traktować produkty zbożowe jako „automatyczną podstawę kalorii”.
  • Krytyk odpowie: w takiej grafice zboża i rośliny strączkowe (czyli najczęstsze źródła błonnika) stają się dodatkiem, a nie filarem diety – mimo że to właśnie błonnika wielu osobom brakuje.

Białko: nowy cel i wielka zmiana liczb

Najbardziej konkretna, policzalna zmiana to białko. Nowe wytyczne podnoszą rekomendowane spożycie do 1,2-1,6 g białka na kilogram masy ciała dziennie. Dla porównania, poprzedni punkt odniesienia w przekazie publicznym często brzmiał: 0,8 g/kg na dobę jako poziom wystarczający dla przeciętnego, mało aktywnego dorosłego.

Jak to interpretować? Dla osoby ważącej około 68 kg oznacza to skok z ok. 54 g białka dziennie do mniej więcej 82-109 g. Prawie dwa razy więcej!

Skąd pomysł?

W polskim omówieniu Polskiego Towarzystwa Dietetyki (PTD) mocno wybrzmiewa argument funkcjonalny: białko ma być nie tylko budulcem, ale narzędziem utrzymania masy mięśniowej, sytości, kontroli glikemii oraz profilaktyki sarkopenii (czyli związanej z wiekiem utraty mięśni i sprawności). I to jest naukowo sensowny kierunek – pod jednym warunkiem: że pamiętamy o kontekście.

Białko nie działa w próżni.

Zwiększenie podaży białka bywa zasadne u osób starszych, aktywnych fizycznie, w trakcie redukcji masy ciała czy rehabilitacji. Ale jako domyślny standard dla wszystkich budzi wątpliwości nawet u ekspertów cytowanych przez Northeastern: większość Amerykanów i tak zaspokaja podstawowe potrzeby białkowe, a korzyści z podbijania norm dla całej populacji nie są jednoznaczne.

Pełnotłusty nabiał, masło i łój: kontrowersja w jednym obrazku

Drugi zapalnik sporu to tłuszcze.

Nowa piramida dopuszcza pełnotłusty nabiał i wskazuje masło lub łój wołowy jako opcje do gotowania, równolegle z oliwą. I tu robi się ciekawie, bo dokument jednocześnie utrzymuje klasyczny limit: tłuszcze nasycone mają stanowić mniej niż 10% dziennej energii. Problem, który podnoszą dietetycy i badacze, brzmi: jak przeciętny odbiorca ma to pogodzić, skoro grafika piramidy na górze eksponuje produkty, które często są istotnym źródłem tłuszczów nasyconych?

EatingWell zwraca uwagę, że w najszerszej części piramidy pokazano żywność bogatą w tłuszcze nasycone (np. sery, czerwone mięso), co może sugerować większe spożycie niż grup bliżej dołu, gdzie częściej pojawiają się strączki i pełne ziarna. Northeastern dorzuca podobną obawę, wskazując na związek tłuszczów nasyconych z podwyższaniem poziomu we krwi LDL (tzw. złego cholesterolu), a LDL jest czynnikiem przyczynowym w chorobach sercowo-naczyniowych.

Żeby było uczciwie: w samych wytycznych (w wersji omawianej przez źródła) pojawia się argument, że ograniczenie żywności wysoko przetworzonej może zrobić miejsce w diecie i ułatwić trzymanie limitów – także dla tłuszczów nasyconych. To brzmi logicznie, ale wymaga bardzo świadomego wdrożenia.

Błonnik: cichy bohater, którego w piramidzie prawie nie widać

W sporze o białko i tłuszcze łatwo przeoczyć trzecią rzecz, która ma znaczenie: błonnik. To nie jest dodatek do trawienia, jak często się go spłyca. To jeden z tych składników, który nie karmi nas bezpośrednio, tylko karmi cały ekosystem w środku.

Błonnik jest paliwem dla mikroflory jelitowej.

A gdy bakterie go fermentują, produkują m.in. krótkołańcuchowe kwasy tłuszczowe, które działają jak sygnały metaboliczne: wspierają barierę jelitową, wpływają na stan zapalny i pomagają regulować gospodarkę cukrową. To trochę jak niewidzialna infrastruktura – dopóki działa, nie myślisz o niej wcale.

Błonnik działa też bardziej mechanicznie. Ten rozpuszczalny potrafi wiązać wodę i tworzyć żel, który spowalnia opróżnianie żołądka i wchłanianie glukozy. Dzięki temu po posiłku rzadziej masz cukrową huśtawkę.

Z kolei część frakcji błonnika wiąże kwasy żółciowe, co może pomagać w obniżaniu poziomu LDL, bo organizm zużywa cholesterol do produkcji nowych kwasów żółciowych. Ten nierozpuszczalny zwiększa objętość stolca i przyspiesza pasaż jelitowy. Do tego jest sytość. Nie ta ciężkość po mięsie, tylko długotrwałe uczucie, że organizm jest zaopiekowany i nie musi domagać się przekąsek co dwie godziny.

Większość ludzi nie ma z błonnikiem problemu dlatego, że go nie lubi. Problem w tym, że współczesna dieta systemowo go usuwa. Im więcej jedzenia jest rafinowane, rozdrobnione, dosładzane, ulepszone i gotowe do zjedzenia od ręki, tym mniej w nim naturalnej struktury roślinnej. To właśnie ta struktura niesie błonnik. EatingWell zwraca uwagę, że nawet 95% osób nie kontroluje podaży błonnika w diecie – i to brzmi wiarygodnie, bo błonnik rzadko jest czymś, co jemy przypadkiem, bez świadomych wyborów.

Dlatego w tej nowej piramidzie jest pewne ryzyko komunikacyjne. Jeśli odbiorca odczyta ją jako sygnał: mniej strączków i pełnego ziarna, więcej mięsa i nabiału, to może przypadkiem wpaść w schemat, który na papierze wygląda efektywnie, ale w praktyce jest ubogi w błonnik. I tu nie chodzi o ideologię roślinną ani o wojnę diet. To czysta logika żywieniowa.

Białko da się podbić na wiele sposobów: mięsem, nabiałem, jajami, rybami, tofu, strączkami, odżywkami. Błonnika nie da się zastąpić. Najłatwiej dowożą go rośliny – szczególnie pełne ziarna, warzywa, owoce i strączki.

Prawdziwe jedzenie kontra realne życie: cena, wygoda, nierówności

W tle tej całej dyskusji jest jeszcze jedna warstwa: ekonomia i dostęp.

Łatwo powiedzieć gotuj i jedz świeżo, trudniej zrobić to w świecie pracy zmianowej, dojazdów, opieki nad dziećmi i permanentnego braku czasu. Prawdziwe jedzenie wymaga nie tylko pieniędzy, ale też zasobów, których rzadko się nie docenia: sprawnej kuchni, miejsca do przechowywania, czasu na planowanie i odrobiny spokoju, żeby w ogóle myśleć o jedzeniu inaczej niż cokolwiek, byle szybko.

Do tego dochodzi geografia. W USA od lat mówi się o pustyniach żywieniowych – obszarach, gdzie trudno kupić świeże, sensowne produkty w rozsądnej cenie i odległości. Częściej trafisz na stację benzynową, fast food albo sklepik, w którym półki uginają się od słonych przekąsek i napojów, a warzywa wyglądają jak po długiej podróży przez pustynię.

W takim otoczeniu hasło „jedz prawdziwe jedzenie” brzmi jak rada z innego świata, bo wybór bywa pozorny: jesz to, co jest dostępne, tanie i nie psuje się w dwa dni.

I tu wchodzi temat kosztów, który podnosi ABC News: część produktów promowanych przez nową narrację (np. wołowina) drożeje, a to może utrudnić realizację zaleceń w praktyce. Jeśli piramida sugeruje, że bazą mają być wysokiej jakości źródła białka, to wiele osób od razu słyszy: wydaj więcej. A przecież białko to nie tylko steki i łosoś. Problem w tym, że obrazek działa mocniej niż dopisek, a obrazek potrafi podpowiadać droższe wybory, zanim człowiek zdąży pomyśleć o tańszych zamiennikach.

Jest też kwestia wygody, czyli tego, o czym w zaleceniach rzadko mówi się głośno: ultraprzetworzone jedzenie wygrało nie tylko smakiem. Wygrało logistyką. Jest tanie w przeliczeniu na kalorie, długo leży na półce, nie wymaga umiejętności kulinarnych i daje natychmiastową nagrodę. Dla kogoś, kto kończy pracę o 20:00, wraca do domu i ma jeszcze ogarnąć życie, „prawdziwe jedzenie” bywa wyzwaniem, a UPF – rozwiązaniem.

W omówieniu Polskiego Towarzystwa Dietetyki pojawia się teza, że nowa edycja celowo odsuwa „filtr health equity” na dalszy etap: najpierw definiuje model żywienia w oparciu o biologię i fizjologię, a dopiero potem ma myśleć o adaptacji do realiów różnych grup. To podejście ma zaletę – jest klarowne, wyraziste, łatwe do zapamiętania. Ale ma też ryzyko: może brzmieć jak instrukcja dla ludzi, którzy mają czas, pieniądze i wybór. A jeśli zalecenia nie spotkają się z polityką, która ułatwi dostęp do sensownej żywności (cena, infrastruktura, edukacja, wsparcie dla rodzin), to „Eat Real Food” stanie się nie tyle drogowskazem zdrowia, ile kolejnym markerem nierówności.

Jak czytać nową piramidę, by nie wpaść w pułapkę?

W „Eat Real Food” najcenniejsze jest to, że wreszcie przesuwa rozmowę z obsesji na punkcie kalorii i złych tłuszczów na coś, co naprawdę robi różnicę na co dzień: jakość jedzenia i skala przetworzenia. Mniej produktów, które powstały w laboratorium marketingu i technologii żywności, więcej takich, które da się nazwać bez czytania etykiety. Ten kierunek trudno zakwestionować.

Problem zaczyna się w miejscu, w którym zaczynają się skróty. Odwrócona piramida może zostać odebrana jak przepustka do diety mięsno-maślanej: więcej czerwonego mięsa, więcej pełnotłustego nabiału, mniej roślin, mniej błonnika. Tyle że to nie jest niewinny błąd interpretacji. Jeśli ktoś w ten sposób zoptymalizuje jadłospis, bardzo łatwo przestrzeli limit tłuszczów nasyconych, a przy okazji wytnie z diety to, czego większości ludzi brakuje najbardziej: błonnik i różnorodność roślin.

Bezpieczny odczyt tej piramidy jest mniej efektowny, ale znacznie trafniejszy. Prawdziwe jedzenie nie znaczy same steki i masło, tylko mniej ultraprzetworzonego tła, więcej produktów, które budują sytość i zdrowie: sensowna porcja białka (zwłaszcza u osób starszych i aktywnych), tłuszcze z dobrych źródeł, a do tego rośliny jako stały element każdego dnia, bo to one dostarczają błonnika, mikroelementów i związków bioaktywnych.

I warto pamiętać o jednej rzeczy: w polityce żywieniowej obrazek wygrywa z przypisem. Jeśli grafika kusi prostą odpowiedzią, tym bardziej trzeba dopisać sobie w głowie drugie zdanie: nie więcej, tylko mądrzej.

Cykl „SOBOTA PRAWDĘ CI POWIE” to propozycja OKO.press na pierwszy dzień weekendu. Znajdziecie tu fact-checkingi (z OKO-wym fałszometrem) zarówno z polityki polskiej, jak i ze świata, bo nie tylko u nas politycy i polityczki kłamią, kręcą, konfabulują. Cofniemy się też w przeszłość, bo kłamstwo towarzyszyło całym dziejom. Rozbrajamy mity i popularne złudzenia krążące po sieci i ludzkich umysłach. I piszemy o błędach poznawczych, które sprawiają, że jesteśmy bezbronni wobec kłamstw. Tylko czy naprawdę jesteśmy? Nad tym też się zastanowimy.

;
Na zdjęciu Marcin Powęska
Marcin Powęska

Biolog, dziennikarz popularnonaukowy, redaktor naukowy Międzynarodowego Centrum Badań Oka (ICTER). Autor blisko 10 000 tekstów popularnonaukowych w portalu Interia, ponad 50 publikacji w papierowych wydaniach magazynów „Focus", „Wiedza i Życie" i „Świat Wiedzy". Obecnie publikuje teksty na Focus.pl.

Komentarze