Amerykanie mają wracać do piramidy żywieniowej, ale odwróconej. W teorii to mniej rzeczy z folii i z pudełka, więcej tego, co da się rozpoznać bez etykiety. W praktyce rozpala spór o białko, czerwone mięso, masło i... sens polityki żywieniowej
Nowe amerykańskie zalecenia żywieniowe (Dietary Guidelines for Americans 2025-2030) zostały ogłoszone 7 stycznia 2026 roku i mają zastąpić dotychczasowe (MyPlate) jako główną, „obrazkową” ściągę z tego, jak powinien wyglądać codzienny jadłospis.
„Administracja prezydenta Trumpa resetuje politykę żywieniową, przywraca prawdziwe jedzenie jako centralne dla zdrowia. Przywracamy naukę i zdrowy rozsądek” – tak zatytułowany jest komunikat służb prasowych Departamentu Zdrowa, kierowanego przez Roberta J. Kennedy'ego.
Nowe zalecenia są ważne nie tylko dla zwykłych ludzi, ale też dla instytucji: szkolnych stołówek, wojska czy programów żywnościowych finansowanych przez państwo. Druga rzecz jest symboliczna: dokument krótszy i bardziej komunikacyjny. Northeastern Global News zwraca uwagę, że nowe wytyczne to 10 stron, czyli wyraźne odchudzenie wobec wcześniejszych, wielostronicowych opracowań.
Ten skrót jest częścią filozofii: mniej technicznego języka, więcej prostych wskazówek. Ale czy na pewno?
Nowe hasło administracji Trumpa – Eat Real Food (w wolnym tłumaczeniu: Jedz prawdziwe jedzenie) – jest rdzeniem nowego przekazu. W liście towarzyszącym wytycznym sekretarze Departamentu Rolnictwa (USDA) i Departamentu Zdrowia i Usług Społecznych (HHS) piszą wprost, że
Amerykanie mają wrócić do podstaw i budować dietę na pełnych, gęstych odżywczo produktach, jednocześnie mocno ograniczając żywność wysoko przetworzoną.
Brzmi nieźle – bo to język, który trafia do ludzi. Nie każe liczyć gramów i procentów. Mówi: wybieraj to, co jest bliżej pola, ogrodu i kuchni, a dalej od linii produkcyjnej.
Tyle że prawdziwe jedzenie – Real Food – jest hasłem, a hasła mają jedną słabość: każdy może podstawić pod nie coś innego. Dla jednych to warzywa, owoce, strączki, pełne ziarna, ryby, orzechy i oliwa. Dla innych – stek, masło i pełnotłusty ser.
Bez dopowiedzeń robi się z tego worek, do którego da się wrzucić zarówno kuchnię śródziemnomorską, jak i dietę skrajnie niskowęglowodanową. Dlatego obok sloganu pojawia się kluczowy wątek: ograniczanie żywności ultraprzetworzonej (UPF).
To nie tylko fast foody, a często produkty, które przeszły kilka etapów przemysłowej obróbki, mają długą listę składników i zawierają dodatki, których nie używa się w domowej kuchni – izolaty białek, syropy glukozowo-fruktozowe, emulgatory, zagęstniki, aromaty, barwniki, słodziki. W praktyce to nie jest kwestia czy to ma E w składzie, tylko tego, czy produkt jest zbudowany tak, aby był maksymalnie trwały, tani w produkcji i „hipersmaczny”.
UPF to często żywność projektowana pod to, żeby jeść ją szybko, często i w większej ilości, niż planowaliśmy. I właśnie dlatego w dyskusji o niej wraca pojęcie gęstości odżywczej: ile witamin, minerałów, błonnika i białka dostajesz w zamian za porcję energii.
Problem w tym, że granica bywa płynna. Nawet krytycy przyznają, że definicję trudno jednoznacznie ugruntować – a to utrudnia przeniesienie hasła na praktykę. Weźmy prosty przykład: chleb. Wersja z czterech składników, wypiekana lokalnie, będzie prawdziwym jedzeniem. Ale chleb pakowany, z dodatkami poprawiającymi miękkość i trwałość, już może podpadać pod UPF.
Albo jogurt: naturalny jest w porządku, ale ten „proteinowy deser” z aromatami i słodzikami bywa już na granicy. Nawet płatki śniadaniowe potrafią być żywieniowym paradoksem: teoretycznie zbożowe, praktycznie cukrowo-aromatyczna konstrukcja.
Dlatego w nowych zaleceniach tak mocno wybrzmiewa powrót do podstaw – bo w świecie UPF najważniejszą umiejętnością nie jest liczenie kalorii, tylko rozpoznanie, kiedy jedzenie zostało zamienione w produkt.
Najłatwiej zobaczyć zmianę w samej grafice. Piramida jest odwrócona, ma tylko trzy główne strefy, a najszersza część (czyli to, co ma być bazą każdego posiłku) została opisana inaczej niż w klasycznych schematach.
Każdy posiłek ma „priorytetyzować” wysokiej jakości białko (ze źródeł zwierzęcych i roślinnych) oraz zdrowe tłuszcze z pełnych produktów – wśród przykładów są jaja, ryby i owoce morza, mięso, pełnotłusty nabiał, orzechy, pestki, oliwki i awokado. Owoce i warzywa nadal są „niezbędne”, ale w układzie graficznym lądują niżej. Zboża – na samym dole, z naciskiem na pełne ziarno i unikaniem rafinowanych węglowodanów.
To przesunięcie ma konsekwencje interpretacyjne.
Najbardziej konkretna, policzalna zmiana to białko. Nowe wytyczne podnoszą rekomendowane spożycie do 1,2-1,6 g białka na kilogram masy ciała dziennie. Dla porównania, poprzedni punkt odniesienia w przekazie publicznym często brzmiał: 0,8 g/kg na dobę jako poziom wystarczający dla przeciętnego, mało aktywnego dorosłego.
Jak to interpretować? Dla osoby ważącej około 68 kg oznacza to skok z ok. 54 g białka dziennie do mniej więcej 82-109 g. Prawie dwa razy więcej!
Skąd pomysł?
W polskim omówieniu Polskiego Towarzystwa Dietetyki (PTD) mocno wybrzmiewa argument funkcjonalny: białko ma być nie tylko budulcem, ale narzędziem utrzymania masy mięśniowej, sytości, kontroli glikemii oraz profilaktyki sarkopenii (czyli związanej z wiekiem utraty mięśni i sprawności). I to jest naukowo sensowny kierunek – pod jednym warunkiem: że pamiętamy o kontekście.
Białko nie działa w próżni.
Zwiększenie podaży białka bywa zasadne u osób starszych, aktywnych fizycznie, w trakcie redukcji masy ciała czy rehabilitacji. Ale jako domyślny standard dla wszystkich budzi wątpliwości nawet u ekspertów cytowanych przez Northeastern: większość Amerykanów i tak zaspokaja podstawowe potrzeby białkowe, a korzyści z podbijania norm dla całej populacji nie są jednoznaczne.
Drugi zapalnik sporu to tłuszcze.
Nowa piramida dopuszcza pełnotłusty nabiał i wskazuje masło lub łój wołowy jako opcje do gotowania, równolegle z oliwą. I tu robi się ciekawie, bo dokument jednocześnie utrzymuje klasyczny limit: tłuszcze nasycone mają stanowić mniej niż 10% dziennej energii. Problem, który podnoszą dietetycy i badacze, brzmi: jak przeciętny odbiorca ma to pogodzić, skoro grafika piramidy na górze eksponuje produkty, które często są istotnym źródłem tłuszczów nasyconych?
EatingWell zwraca uwagę, że w najszerszej części piramidy pokazano żywność bogatą w tłuszcze nasycone (np. sery, czerwone mięso), co może sugerować większe spożycie niż grup bliżej dołu, gdzie częściej pojawiają się strączki i pełne ziarna. Northeastern dorzuca podobną obawę, wskazując na związek tłuszczów nasyconych z podwyższaniem poziomu we krwi LDL (tzw. złego cholesterolu), a LDL jest czynnikiem przyczynowym w chorobach sercowo-naczyniowych.
Żeby było uczciwie: w samych wytycznych (w wersji omawianej przez źródła) pojawia się argument, że ograniczenie żywności wysoko przetworzonej może zrobić miejsce w diecie i ułatwić trzymanie limitów – także dla tłuszczów nasyconych. To brzmi logicznie, ale wymaga bardzo świadomego wdrożenia.
W sporze o białko i tłuszcze łatwo przeoczyć trzecią rzecz, która ma znaczenie: błonnik. To nie jest dodatek do trawienia, jak często się go spłyca. To jeden z tych składników, który nie karmi nas bezpośrednio, tylko karmi cały ekosystem w środku.
Błonnik jest paliwem dla mikroflory jelitowej.
A gdy bakterie go fermentują, produkują m.in. krótkołańcuchowe kwasy tłuszczowe, które działają jak sygnały metaboliczne: wspierają barierę jelitową, wpływają na stan zapalny i pomagają regulować gospodarkę cukrową. To trochę jak niewidzialna infrastruktura – dopóki działa, nie myślisz o niej wcale.
Błonnik działa też bardziej mechanicznie. Ten rozpuszczalny potrafi wiązać wodę i tworzyć żel, który spowalnia opróżnianie żołądka i wchłanianie glukozy. Dzięki temu po posiłku rzadziej masz cukrową huśtawkę.
Z kolei część frakcji błonnika wiąże kwasy żółciowe, co może pomagać w obniżaniu poziomu LDL, bo organizm zużywa cholesterol do produkcji nowych kwasów żółciowych. Ten nierozpuszczalny zwiększa objętość stolca i przyspiesza pasaż jelitowy. Do tego jest sytość. Nie ta ciężkość po mięsie, tylko długotrwałe uczucie, że organizm jest zaopiekowany i nie musi domagać się przekąsek co dwie godziny.
Większość ludzi nie ma z błonnikiem problemu dlatego, że go nie lubi. Problem w tym, że współczesna dieta systemowo go usuwa. Im więcej jedzenia jest rafinowane, rozdrobnione, dosładzane, ulepszone i gotowe do zjedzenia od ręki, tym mniej w nim naturalnej struktury roślinnej. To właśnie ta struktura niesie błonnik. EatingWell zwraca uwagę, że nawet 95% osób nie kontroluje podaży błonnika w diecie – i to brzmi wiarygodnie, bo błonnik rzadko jest czymś, co jemy przypadkiem, bez świadomych wyborów.
Dlatego w tej nowej piramidzie jest pewne ryzyko komunikacyjne. Jeśli odbiorca odczyta ją jako sygnał: mniej strączków i pełnego ziarna, więcej mięsa i nabiału, to może przypadkiem wpaść w schemat, który na papierze wygląda efektywnie, ale w praktyce jest ubogi w błonnik. I tu nie chodzi o ideologię roślinną ani o wojnę diet. To czysta logika żywieniowa.
Białko da się podbić na wiele sposobów: mięsem, nabiałem, jajami, rybami, tofu, strączkami, odżywkami. Błonnika nie da się zastąpić. Najłatwiej dowożą go rośliny – szczególnie pełne ziarna, warzywa, owoce i strączki.
W tle tej całej dyskusji jest jeszcze jedna warstwa: ekonomia i dostęp.
Łatwo powiedzieć gotuj i jedz świeżo, trudniej zrobić to w świecie pracy zmianowej, dojazdów, opieki nad dziećmi i permanentnego braku czasu. Prawdziwe jedzenie wymaga nie tylko pieniędzy, ale też zasobów, których rzadko się nie docenia: sprawnej kuchni, miejsca do przechowywania, czasu na planowanie i odrobiny spokoju, żeby w ogóle myśleć o jedzeniu inaczej niż cokolwiek, byle szybko.
Do tego dochodzi geografia. W USA od lat mówi się o pustyniach żywieniowych – obszarach, gdzie trudno kupić świeże, sensowne produkty w rozsądnej cenie i odległości. Częściej trafisz na stację benzynową, fast food albo sklepik, w którym półki uginają się od słonych przekąsek i napojów, a warzywa wyglądają jak po długiej podróży przez pustynię.
W takim otoczeniu hasło „jedz prawdziwe jedzenie” brzmi jak rada z innego świata, bo wybór bywa pozorny: jesz to, co jest dostępne, tanie i nie psuje się w dwa dni.
I tu wchodzi temat kosztów, który podnosi ABC News: część produktów promowanych przez nową narrację (np. wołowina) drożeje, a to może utrudnić realizację zaleceń w praktyce. Jeśli piramida sugeruje, że bazą mają być wysokiej jakości źródła białka, to wiele osób od razu słyszy: wydaj więcej. A przecież białko to nie tylko steki i łosoś. Problem w tym, że obrazek działa mocniej niż dopisek, a obrazek potrafi podpowiadać droższe wybory, zanim człowiek zdąży pomyśleć o tańszych zamiennikach.
Jest też kwestia wygody, czyli tego, o czym w zaleceniach rzadko mówi się głośno: ultraprzetworzone jedzenie wygrało nie tylko smakiem. Wygrało logistyką. Jest tanie w przeliczeniu na kalorie, długo leży na półce, nie wymaga umiejętności kulinarnych i daje natychmiastową nagrodę. Dla kogoś, kto kończy pracę o 20:00, wraca do domu i ma jeszcze ogarnąć życie, „prawdziwe jedzenie” bywa wyzwaniem, a UPF – rozwiązaniem.
W omówieniu Polskiego Towarzystwa Dietetyki pojawia się teza, że nowa edycja celowo odsuwa „filtr health equity” na dalszy etap: najpierw definiuje model żywienia w oparciu o biologię i fizjologię, a dopiero potem ma myśleć o adaptacji do realiów różnych grup. To podejście ma zaletę – jest klarowne, wyraziste, łatwe do zapamiętania. Ale ma też ryzyko: może brzmieć jak instrukcja dla ludzi, którzy mają czas, pieniądze i wybór. A jeśli zalecenia nie spotkają się z polityką, która ułatwi dostęp do sensownej żywności (cena, infrastruktura, edukacja, wsparcie dla rodzin), to „Eat Real Food” stanie się nie tyle drogowskazem zdrowia, ile kolejnym markerem nierówności.
W „Eat Real Food” najcenniejsze jest to, że wreszcie przesuwa rozmowę z obsesji na punkcie kalorii i złych tłuszczów na coś, co naprawdę robi różnicę na co dzień: jakość jedzenia i skala przetworzenia. Mniej produktów, które powstały w laboratorium marketingu i technologii żywności, więcej takich, które da się nazwać bez czytania etykiety. Ten kierunek trudno zakwestionować.
Problem zaczyna się w miejscu, w którym zaczynają się skróty. Odwrócona piramida może zostać odebrana jak przepustka do diety mięsno-maślanej: więcej czerwonego mięsa, więcej pełnotłustego nabiału, mniej roślin, mniej błonnika. Tyle że to nie jest niewinny błąd interpretacji. Jeśli ktoś w ten sposób zoptymalizuje jadłospis, bardzo łatwo przestrzeli limit tłuszczów nasyconych, a przy okazji wytnie z diety to, czego większości ludzi brakuje najbardziej: błonnik i różnorodność roślin.
Bezpieczny odczyt tej piramidy jest mniej efektowny, ale znacznie trafniejszy. Prawdziwe jedzenie nie znaczy same steki i masło, tylko mniej ultraprzetworzonego tła, więcej produktów, które budują sytość i zdrowie: sensowna porcja białka (zwłaszcza u osób starszych i aktywnych), tłuszcze z dobrych źródeł, a do tego rośliny jako stały element każdego dnia, bo to one dostarczają błonnika, mikroelementów i związków bioaktywnych.
I warto pamiętać o jednej rzeczy: w polityce żywieniowej obrazek wygrywa z przypisem. Jeśli grafika kusi prostą odpowiedzią, tym bardziej trzeba dopisać sobie w głowie drugie zdanie: nie więcej, tylko mądrzej.
Biolog, dziennikarz popularnonaukowy, redaktor naukowy Międzynarodowego Centrum Badań Oka (ICTER). Autor blisko 10 000 tekstów popularnonaukowych w portalu Interia, ponad 50 publikacji w papierowych wydaniach magazynów „Focus", „Wiedza i Życie" i „Świat Wiedzy". Obecnie publikuje teksty na Focus.pl.
Biolog, dziennikarz popularnonaukowy, redaktor naukowy Międzynarodowego Centrum Badań Oka (ICTER). Autor blisko 10 000 tekstów popularnonaukowych w portalu Interia, ponad 50 publikacji w papierowych wydaniach magazynów „Focus", „Wiedza i Życie" i „Świat Wiedzy". Obecnie publikuje teksty na Focus.pl.
Komentarze