Stany Zjednoczone zabierają ze sobą nie tylko duży strumień pieniędzy, ale też wpływ na to, jak świat zbiera dane o zagrożeniach i układa reakcje na epidemie. Co to oznacza dla USA, Europy i dla państw, które bez wsparcia międzynarodowych instytucji są bardziej bezbronne?
Wyobraźmy sobie globalny system wczesnego ostrzegania przed huraganami. Satelity, boje, centra meteorologiczne i wspólne procedury działają dalej, ale największy dostawca danych odłącza się od sieci i mówi: „Od teraz działamy sami”. Burza i tak przejdzie nad oceanem i uderzy w wiele wybrzeży naraz. Różnica polega na tym, że część krajów dostanie ostrzeżenie szybciej, część później, a komunikaty przestaną być spójne.
Tak może wyglądać globalne zdrowie publiczne po formalnym wyjściu USA ze Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) – proces ruszył w 2025 roku po prezydenckiej decyzji, a w styczniu 2026 administracja ogłosiła, że został domknięty.
Ta decyzja ma dwie warstwy. Jedna jest przyziemna: finansowanie, ludzie, procedury, miejsce przy stole negocjacyjnym. Druga jest mniej namacalna, ale może mieć poważniejsze konsekwencje: wpływ na decyzje – na to, kto wyznacza standardy, jak definiuje ryzyko i kto ma pierwszeństwo w tłumaczeniu światu, że „nie ma powodów do paniki”.
Punkt startu jest jasny. 20 stycznia 2025 roku Biały Dom opublikował decyzję o rozpoczęciu procesu wycofania USA z WHO. W dokumencie zapisano m.in. wstrzymanie przyszłych transferów środków do WHO, wycofanie personelu pracującego przy organizacji oraz polecenie, by znaleźć „wiarygodnych i transparentnych” partnerów, którzy przejmą część zadań realizowanych dotąd w ramach WHO. Wprost wskazano też, że USA mają wstrzymać udział w negocjacjach Porozumienia Pandemicznego WHO oraz w określaniu zmian w Międzynarodowych Przepisach Zdrowotnych (IHR) na czas trwania procesu.
Mechanizm – według wersji administracji – opierał się na rocznym okresie wypowiedzenia. Departament Zdrowia i Opieki Społecznej (HHS) przekazał, że po jego upływie USA „formalnie wyszły” z WHO 22 stycznia 2026 roku, a w roku przejściowym ograniczono finansowanie, wycofano personel i wygaszono liczne formy współpracy.
WHO odpowiedziała oświadczeniem: organizacja wyraziła żal i oceniła, że decyzja sprawi, iż „zarówno USA, jak i świat będą mniej bezpieczne”. Broniła też swojej roli w zwalczaniu pandemii COVID-19, podkreślając m.in., że nie narzucała lockdownów ani obowiązków szczepień, a wspierała państwa w podejmowaniu własnych decyzji.
W tle pojawił się jednak spór prawny. Konstytucja WHO nie ma klasycznej klauzuli wystąpienia, a amerykańska zgoda na członkostwo z 1948 roku (joint resolution) przewiduje możliwość wyjścia po rocznym wypowiedzeniu, ale „pod warunkiem” uregulowania zobowiązań finansowych za bieżący rok budżetowy. Część prawników zwraca uwagę, że jeśli ten warunek nie jest spełniony, status „pełnego” wyjścia może być kwestionowany – nawet jeśli politycznie administracja traktuje sprawę jako zamkniętą.
W argumentacji Białego Domu akcenty są rozłożone jednotorowo: krytyka reakcji WHO na COVID-19, zarzut zbyt dużej podatności organizacji na wpływy państw członkowskich oraz teza o „nieuczciwym” obciążeniu USA kosztami w porównaniu z innymi – z wyraźnym odniesieniem do Chin.
Warto jednak rozumieć to nie tylko jako ocenę jednej instytucji, ale jako ruch w większej politycznej układance. WHO jest wygodnym symbolem „świata zarządzanego z zewnątrz”: siedziba w Genewie, wspólne standardy, alarmy, rekomendacje. W pandemii ta widoczność zadziałała jak magnes – łatwo było przykleić do WHO frustracje, błędy komunikacyjne i społeczną złość, które w rzeczywistości miały wiele źródeł. Dlatego spór o WHO często dotyczy nie tyle samej organizacji, ile prostego pytania: czy w czasach epidemii da się działać skutecznie wyłącznie na własną rękę, czy jednak bez wspólnej sieci zasad i danych wszystkim rośnie ryzyko opóźnień i chaosu.
Równolegle widać szerszy zwrot obecnej administracji wobec organizacji międzynarodowych i całej architektury porozumień – co sygnalizują też komunikaty Białego Domu z początku 2026 roku o wycofywaniu się z części formatów i przeglądzie wsparcia dla instytucji międzynarodowych.
WHO działa w finansowych realiach, które z zewnątrz bywają mało intuicyjne: spora część pieniędzy jest dobrowolna i oznaczona, czyli przypisana do konkretnych programów, a nie do ogólnej puli.
USA były jednym z największych płatników. WHO podaje, że w okresie 2022-2023 amerykański wkład wyniósł łącznie ok. 1,284 mld dolarów. W składkach obowiązkowych skala także była znacząca: dokument WHO dotyczący należnych składek na lata 2024-2025 pokazuje dla USA kwotę rzędu 261,4 mln dolarów (przed korektami).
I tu jest sedno, które łatwo zgubić w politycznych hasłach: wyjście z WHO nie oznacza, że USA porzucają ideę zdrowia globalnego. Amerykanie mogą przenieść część działań do własnych agencji, do partnerstw ad hoc, do współpracy dwustronnej albo do innych instytucji. HHS opisuje to jako przesunięcie nacisku z formatów WHO na bezpośrednie relacje i projekty.
Tyle że WHO nie jest tylko kolejnym grantodawcą. To również platforma koordynacji, standardów i pewnej instytucjonalnej legitymizacji. Da się finansować programy poza WHO – ale znacznie trudniej robić to w sposób spójny, przewidywalny i zsynchronizowany z resztą świata.
W zdrowiu publicznym liczy się czas i wspólny obraz sytuacji. Kto pierwszy dostrzeże sygnał zagrożenia? Kto ma pełniejsze dane? Kto potrafi je szybko przełożyć na decyzje?
WHO działa jak węzeł: zbiera informacje, uruchamia procedury alarmowe, porządkuje język kryzysu, podpowiada standardy działania. Gdy najmocniejszy zawodnik odchodzi z drużyny, problemem nie jest to, że nikt go nie zastąpi. Problemem jest to, że będzie więcej opóźnień, więcej równoległych interpretacji i więcej tarcia w wymianie informacji.
W tej dyskusji regularnie wraca pytanie, co USA realnie tracą: wpływ na priorytety i decyzje WHO, formalną obecność ekspertów w grupach roboczych oraz dostęp do „kuchni”, w której uzgadnia się techniczne standardy – od definicji przypadku po rekomendacje laboratoryjne. Reuters zwracał uwagę już w 2025 roku, że konsekwencje mogą dotknąć programów i koordynacji reagowania na kryzysy.
Wyjście USA ma też drugi, mniej medialny wymiar: wstrzymanie udziału w negocjacjach Porozumienia Pandemicznego WHO oraz zmian w IHR w trakcie procesu wycofywania. To nie jest „biurokratyczny bełkot”, tylko uzgodnione procedury – kiedy i jak zgłaszać ogniska epidemii, jak dzielić się informacją, jak układać współpracę przy dostępie do diagnostyki, szczepionek i leków. Jeśli USA nie ma w drużynie, to nie tylko gra ona gorzej. Słabiej wpływa też na to, jak te zasady będą później interpretowane i wdrażane.
WHO przypomina, że USA były członkiem założycielem i współtwórcą wielu sukcesów – od ospy prawdziwej po walkę z HIV, polio czy Ebolą. To istotne, bo po takim odejściu rzadko dochodzi do nagłego upadku systemu. Zwykle następuje przesunięcie środka ciężkości. Wpływy w organizacjach międzynarodowych rozchodzą się jak miejsca parkingowe: wolne miejsce szybko ktoś zajmuje. Jeśli USA ograniczają formalne zaangażowanie, rośnie rola innych – Unii Europejskiej, Chin, państw Zatoki czy dużych filantropów – w kształtowaniu priorytetów i języka WHO.
To nie musi oznaczać automatycznie scenariusza katastroficznego. Ale „inne” w zdrowiu bywa znaczące: inne priorytety chorób, inne podejście do gotowości pandemicznej, inna wrażliwość na prawa człowieka, inne standardy danych. I to może trafić USA rykoszetem.
W najkrótszej wersji: USA nie zostają bez narzędzi. Mają agencje zwalczania chorób zakaźnych CDC, agencje żywności i leków FDA, rozbudowaną sieć laboratoriów, zaplecze naukowe i przemysł. HHS, Departament zdrowia i polityki społecznej, buduje narrację, że Stany pozostaną liderem zdrowia publicznego, a współpraca będzie prowadzona „celowo” poza strukturami WHO.
Tyle że liderowanie bez wspólnej instytucji koordynującej przypomina dowodzenie bez jednego kanału łączności. Da się, ale zwykle jest drożej, wolniej i łatwiej o błędy. USA tracą też możliwość ustawiania agendy w trybie auto. Dotąd amerykańscy eksperci, instytuty i pieniądze były naturalną częścią ekosystemu WHO. Po wyjściu część tej obecności da się odtworzyć nieformalnie – przez współpracę naukowców czy projekty dwustronne – ale to nie to samo, co formalny wpływ na decyzje i standardy.
Skutki dla świata rozłożą się nierówno. Kraje z silnymi systemami zdrowia mają alternatywy: własne laboratoria referencyjne, zapasy, kontrakty, regionalne centra. Kraje słabsze częściej opierają się na sieciach i wsparciu koordynowanym przez WHO – w kryzysach, w programach kontroli chorób zakaźnych, w szkoleniu kadr, w logistyce. Gdy budżet się kurczy, zwykle cierpią te obszary, które na co dzień są niewidoczne: monitoring, przygotowanie, wczesne ostrzeganie.
WHO już w 2025 roku sygnalizowała ryzyka i niepewność wokół wpłat w dokumentach budżetowych. To oznacza kolejne decyzje do podjęcia: cięcia, przesuwanie priorytetów, większą zależność od „celowanych” darczyńców i trudniejsze planowanie. A w zdrowiu publicznym zapobieganie bywa tańsze niż gaszenie pożaru.
Najłatwiej wpaść w prostą narrację „WHO wygra” czy „USA przegrają”. Bardziej prawdopodobne jest coś mniej efektownego, ale ważniejszego: WHO przetrwa, tylko pytanie, w jakiej formie. Czy pozostanie sprawnym koordynatorem, czy stanie się zbiorem programów uzależnionych od tego, kto akurat dopłaci do konkretnego fragmentu układanki.
Dla USA to z kolei test o wysokiej stawce: czy można utrzymać globalne przywództwo w zdrowiu, rezygnując z głównego forum, na którym to przywództwo przekłada się na standardy, zasady i wspólny język. Krótkoterminowo Stany Zjednoczone sobie poradzą – są instytucjonalnie mocne. Długoterminowo rachunek zwykle przychodzi w dwóch walutach: w utraconym wpływie na podejmowane decyzje oraz w kosztach koordynacji, które wracają przy następnym kryzysie.
WHO jest trochę jak przekładnia w globalnym zdrowiu: bywa toporna, czasem zgrzyta, bywa polityczna – ale spina wiele elementów w jeden ruch. Gdy największa zębatka się odłącza, mechanizm nadal działa. Tylko częściej przeskakuje – i częściej gubi rytm w momentach, gdy liczą się godziny.
Biolog, dziennikarz popularnonaukowy, redaktor naukowy Międzynarodowego Centrum Badań Oka (ICTER). Autor blisko 10 000 tekstów popularnonaukowych w portalu Interia, ponad 50 publikacji w papierowych wydaniach magazynów „Focus", „Wiedza i Życie" i „Świat Wiedzy". Obecnie publikuje teksty na Focus.pl.
Biolog, dziennikarz popularnonaukowy, redaktor naukowy Międzynarodowego Centrum Badań Oka (ICTER). Autor blisko 10 000 tekstów popularnonaukowych w portalu Interia, ponad 50 publikacji w papierowych wydaniach magazynów „Focus", „Wiedza i Życie" i „Świat Wiedzy". Obecnie publikuje teksty na Focus.pl.
Komentarze