„Bywa impulsywny i wybuchowy” – słyszę od ministr rządu Donalda Tuska. „Najczęściej jest surowy i rzadko chwali”. Czy premier traktuje koleżanki z rządu inaczej niż kolegów? Pytamy o to byłe i obecne jego bezpośrednie podwładne
Powiedz nam, co myślisz o OKO.press! Weź udział w krótkiej, anonimowej ankiecie.
Przejdź do ankiety„Widziałam jak Tusk krzyczał na Domańskiego i na Żurka. Jest wymagający nie tylko wobec kobiet. On ich jakoś specjalnie nie wyróżnia. Surowy jest dla wszystkich” – słyszę od jednej z polityczek.
A kiedy Tusk „się wścieka”, wieje chłodem. „Jest w nim coś takiego” – mówi mi jedna z ministr, opowiadając, jak szef zachowuje się w trudnych sytuacjach.
„Chyba to jest ten fenomen Donalda, że on nigdy nie podnosi głosu, ale ton, mowa ciała, spojrzenie i mina mówią wszystko – że człowiek dał ciała” – słyszę.
Ostatnio Donald Tusk „wściekał się” głównie na dwie ministry w swoim rządzie – Agnieszkę Dziemianowicz-Bąk oraz na szefową resortu funduszy i polityki regionalnej Katarzynę Pełczyńską-Nałęcz.
Ci, którzy uczestniczyli w grudniowym posiedzeniu Rady Ministrów, dotyczącym ustawy o Państwowej Inspekcji Pracy mówili, że "zrobili wielkie oczy, bo mieli poczucie, że to jest największa awantura i największa złość, jaką widzą u premiera, będąc z nim w jednym pomieszczeniu” – relacjonowali dziennikarze TVN 24.
Co wtedy wyprowadziło premiera z równowagi? Z rozmów wynika, że premier razem z ministrem Maciejem Berkiem mieli zarzucić Agnieszce Dziemianowicz-Bąk próbę „przemycenia swoich poglądów do ustawy”.
W skrócie chodzi o reformę Państwowej Inspekcji Pracy, co wchodzi w realizację kamieni milowych zawartych w Krajowym Planie Odbudowy. Proponowane rozwiązania mają m.in. wzmocnić skuteczność Inspekcji w walce ze śmieciowymi umowami, ale nie tylko. Więcej na temat tej reformy pisał m.in. Bartosz Kocejko-Szukalski tutaj i Ewelina Wołosik tutaj.
Jak wskazują osoby z rządu, ustawa musi być uchwalona w marcu, by Polska nie straciła miliardów z KPO.
Podczas tego posiedzenia rządu Dziemianowicz-Bąk nie pozostała Tuskowi dłużna. Miała powiedzieć, że to duży komplement, że jest „na tyle cwana, by zapisać coś tak, żeby rząd, a potem Sejm tego nie zauważyli”.
I wtedy Tusk „się wściekł”.
Jego irytację potęgowały tłumaczenia obu polityczek, ponieważ w jego ocenie były „zbyt długie i niekonkretne”. Zaczął zasypywać Dziemianowicz-Bąk pytaniami, po których zapadały długie momenty ciszy. Wtedy Tusk denerwował się jeszcze bardziej.
Potem mogliśmy się dowiedzieć, że pierwsza wersja projektu przygotowana przez ministerstwo Dziemianowicz-Bąk nie została zaakceptowana przez premiera. W jego ocenie zwiększenie uprawnień dla inspektorów byłoby destrukcyjne dla firm i oznaczałaby utratę pracy przez wielu ludzi.
Ministra nie odpuściła i pokazała nową wersję projektu. „Nie ma co ukrywać, że Dziemianowicz-Bąk wygrała batalię o PiP, bo postawiła na swoim. Bez niej tego projektu, by nie było” – słyszę w rządzie. Moi rozmówcy wskazują, że polityczka z Lewicy jest sprytna i bardzo pracowita, a Tusk pracowitość i determinację ceni. "Jeśli Dziemianowicz-Bąk ma przygotować jakąś ustawę, to
jej zespół będzie pracować całą noc i ją przyniesie,
tak przynajmniej było z ustawą powodziową" – można usłyszeć od ministrów.
W sierpniu 2025 roku wybuchła afera związana z tym, jak przedsiębiorcy wydawali pieniądze z KPO – pisaliśmy o niej w tym tekście:
W trudnym położeniu znalazła się Pełczyńska-Nałęcz. Przerwała urlop, by natychmiast wrócić do Warszawy, aby opanować kryzys podsycany przez środowiska prawicy. To ona znalazła się w centrum krytyki, kiedy to po sieci krążyły treści rozpowszechniane przez środowiska prawicy, że środki z KPO poszły na jachty, sauny czy kluby swingersów.
Odblokowanie środków z KPO było jedną z najważniejszych obietnic wyborczych partii rządzącej koalicji i również jedną z nielicznych, których udało się dotrzymać w studniowym terminie.
Rząd bronił KPO w taki sposób, że działania i filozofię programu opracował PiS. Za opóźnienia w wypłacie środków odpowiada poprzedni rząd, a prawo nie zostało złamane, poza kilkoma pojedynczymi przypadkami.
Pozycja Pełczyńskiej-Nałęcz się zachwiała. Mówiło się, że z rządu wyleci, ale miał się za nią wstawić poprzedni lider Polski 2050 i jej założyciel – Szymon Hołownia.
„Wszystkie aparaty na panią minister, tylko pozazdrościć popularności” – w ten sposób Tusk wymownie zwrócił się do Pełczyńskiej-Nałęcz, kiedy witał się ze swoimi ministrami podczas posiedzenia rządu. Dymisja wisiała w powietrzu.
Po przegranych 2 czerwca 2025 roku wyborach prezydenckich przez kandydata KO i po uzyskaniu 11 czerwca 2025 wotum zaufania dla rządu Donald Tusk zapowiedział, że każdy z ministrów zostanie poddany ocenie. Na sejmowych korytarzach wymieniano nazwiska osób, które mogły przy tej okazji stracić stanowiska.
Wśród nich była m.in. ministra klimatu Paulina Hennig-Kloska z Polski 2050, a także Barbara Nowacka, która pracowała przy kampanii prezydenckiej Rafała Trzaskowskiego.
Jednak posadę straciła zaufana osoba szefa KO – ministra zdrowia, Izabela Leszczyna. Od osób z rządu słyszę, że Tusk nie chciał wchodzić w paradę koalicjantom, bo „zaraz byłaby awantura”. Dlatego
łatwiej było mu usunąć kogoś z własnego podwórka, kogoś, kto przecież i tak „mu rządu nie rozwali”.
Niemniej zniknęły ministerstwa, które zostały stworzone z myślą o tym, że nowy rząd w odróżnieniu od poprzedniego będzie wsłuchiwał się w głosy społeczeństwa. Zlikwidowano debiutujące ministerstwo równości, ministerstwo ds. polityki senioralnej czy ministerstwo społeczeństwa obywatelskiego. Katarzyna Kotula, Marzena Okła-Drewnowicz i Adriana Porowska zostały pełnomocniczkami rządu, co oznacza, że są szczebel niżej i nie biorą już udziału w posiedzeniach Rady Ministrów.
Od szefowych resortów dowiaduję się, że Tusk jest impulsywny i ciężko zmienić jego zdanie. Nasuwa się więc pytanie, czy kobiety w jego rządzie mają trudniej? W rządzie jest ich mało – wśród 22 ministrów jest ich zaledwie sześć. Całą koalicję tworzą bezwzględni gracze, którzy walczą nie tylko o stanowiska, lecz także o przetrwanie własnych ugrupowań. Są w rządzie osobowości silne, a tych także nie brakuje wśród kobiet.
Te w polityce są oceniane surowiej niż ich koledzy. A strategia rządzenia oparta na strachu może u niektórych budzić wątpliwości. Postanowiliśmy sprawdzić, czy Tusk rzeczywiście traktuje kobiety w rządzie inaczej niż swoich kolegów.
Rozmawialiśmy z czterema kobietami ministrami o tym, jakim Tusk jest i był dla nich szefem. Niektóre znają go bardzo długo, inne tak krótko, że uczyły się o nim z książek o polityce.
„On nie traktuje kobiet inaczej niż facetów” – słyszę. „Jest surowy i wymagający, choć niektóre polityczki na posiedzeniach rady ministrów pozwalają sobie na małe żarty z niego, zadają jakieś pytanie i potem pod nosem komentują coś uszczypliwie” – mówi mi polityczka, mająca doświadczenie w rządowej pracy z Tuskiem.
„Tusk stale podnosi poprzeczkę i nie daje taryfy ulgowej” – mówi inna z minister. „W tym ogromie pracy zawsze chcemy udowodnić, że sobie poradzimy, choć ze wsparciem bywa różnie” – słyszę. „Dla każdej z nas praca w ministerstwie to ogromna lekcja, trzeba wiedzieć, jak się zaadaptować do nowego środowiska”.
Według osób z otoczenia rządu słyszę, że paradoksalnie kobiety mają łatwiej, bo
nie jest się „pod lupą”, co ma oznaczać przekonanie Tuska, że nie będą spiskować czy szykować rewolucji w koalicji.
Za ambitną ministrę uważana jest Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz, która ubiegała się o stanowisko wicepremiera. W koalicji chciała i pewnie nadal chce odgrywać znaczącą rolę polityczki, która publicznie broni sensu współpracy, ale twardo stawia na swoje projekty i punktuje błędy swoich partnerów. Za krytykę rządu popadła w niełaskę premiera.
Jednak po rozłamie w Polsce 2050, w efekcie którego Paulina Hennig-Kloska wraz z grupą 15 posłów odeszła z partii, powstał nowy klub parlamentarny o nazwie Centrum.
Mimo że Hennig-Kloska deklarowała, że klub będzie współpracował z koalicją, to dla obecnego układu rządowego rozłam w Polsce 2050 nie jest dobrą wiadomością, zwłaszcza gdyby jeden z dwóch klubów, które powstały po podziale Polski 2050 chciał z koalicji odejść. Wtedy rząd może stracić większość w parlamencie.
Jednak Tusk wydawał się niewzruszony tym kryzysem. Zapewniał, że większość parlamentarna koalicji „pozostanie stabilna na najbliższe miesiące i lata”.
Nieoficjalnie mówi się, że nowe ugrupowanie, w którym są m.in. Ryszard Petru, Aleksandra Leo i Sławomir Ćwik będzie lojalnym sojusznikiem koalicji, a nawet kolejną przystawką, która niedługo zostanie wchłonięta przez Koalicję Obywatelską.
Szymon Hołownia mówił publicznie, że Hennig-Kloska może być pewna jedynki w Gnieźnie na liście KO, a „kilkoro posłów ugrupowania Centrum trochę dalej eksponowane miejsca na tych listach w innych częściach kraju”.
Według jednej z moich rozmówczyń kobiety mają inny sposób działania w polityce. Ich styl i priorytety różnią się od tego, jak działają mężczyźni. Nie rywalizują ze swoimi kolegami i nie traktują polityki jako gry o władzę w partii. Myślą bardziej o współpracy, a nie o wewnętrznych rozgrywkach.
Jej zdaniem kobiety w polityce działają, by wprowadzać zmiany w życiu publicznym np. w obszarze zdrowia, edukacji czy w sprawach społecznych. „Dla kobiet nie liczy się władza w partii” – podkreśla i przypomina, że Donald Tusk miał kiedyś powiedzieć, że "jeśli chcesz mieć władzę, to ją sobie weź”.
„Dziewczyny, by mnie zabiły za te słowa, ale w polityce trzeba mieć trochę tego genu zabijania” – słyszę od osoby z rządu. „Nie znam w Polsce kobiety, która sama by sięgnęła po władzę” – dodaje.
Ale czy na pewno w Polsce nie ma polityczki, która się nie boi samotności na szczycie, która buduje wizerunek osoby moralnej, a potrafi działać cynicznie? Tak bezwzględnie jak Claire Underwood z „House of Cards”?
Moja rozmówczyni się zastanawia. Wymienia po kolei polityczki, które pełniły władzę lub były blisko niej. „Katarzynę Pełczyńską-Nałęcz wybrano w wyborach. Ewa Kopacz została premierem, a to dlatego, że Tusk odszedł i wyjechał, Beata Szydło została wskazana przez prezesa, Joanna Mucha się ostatecznie wycofała”.
„Polityka to wojna” – mówi nasza rozmówczyni. „Nieustanna walka z przeciwnikiem. Ciągle czujesz jego oddech na plecach, a w partii jesteśmy przecież po to, by wygrać wybory”.
Dodaje, że władzę utrzymują tylko prawdziwi fighterzy. Oczywiście takie myślenie o polityczce, która jest nieustępliwa, twarda, chłodna i strategiczna, powiela męski wzorzec władzy. Współpraca nie jest słabością – samą władzę można także budować na porozumieniu i cierpliwym negocjowaniu.
Dominika Długosz w „Newsweeku” pisała, że Agnieszka Dziemianowicz-Bąk miała kiedyś usłyszeć od Tuska, że jest „tak samo wkurzająca jak on sam”.
Ja też słyszę w rozmowie z osobą z rządu, że polityczka lewicy jest świadoma różnic światopoglądowych ze swoim szefem, więc jej taktyką jest, by cierpliwie się dogadać.
„A Barbara Nowacka?” – pytam.
W nieoficjalnych rozmowach mówi się, że Nowacka jest nie do ruszenia. W czasie rekonstrukcji była wskazywana jako potencjalna kandydatka do usunięcia ze względu na brak sprawczości w resorcie edukacji. Kiedy prawica próbowała rozpętać burzę na temat jej przejęzyczenia o polskich nazistach, Tusk jej bronił. Mówił, że nie będzie wyciągał jakichś dramatycznych konsekwencji z tego powodu.
„Owszem, stworzyła partię, ma ambicje, by robić politykę z facetami, ale nigdy nie miała aż takich, by zawalczyć z Tuskiem” – ucina moja rozmówczyni.
Dla Tuska ważny jest także parytet i tego premier na ogół dość konsekwentnie pilnuje. W zarządzie Koalicji Obywatelskiej jest pięć kobiet: Małgorzata Kidawa-Błońska, Ewa Kopacz, Izabela Leszczyna, Dorota Niedziela, Marzena Okła-Drewnowicz i pięciu mężczyzn: Bartosz Arłukowicz, Borys Budka, Tomasz Siemoniak, Cezary Tomczyk i Rafał Trzaskowski.
Nazwiska nie są przypadkowe, te osoby, zwłaszcza kobiety, znalazły się na górze dzięki lojalności, pracy i politycznej determinacji. „Ostateczne decyzje należą jednak do Donalda. Rzadko jest tak, by zarząd przyjął stanowisko inne, niż szef zarekomenduje”.
"Premier patrzy na każdego indywidualnie, ale docenia ciężką pracę. Określiłabym go mianem takiego surowego rodzica, który
rzadko chwali za sukcesy. Często się z czymś nie zgadza, ale docenia upór i cierpliwość" – słyszę.
Jednak od innej rozmówczyni dowiaduję się, że to fasada. „Nie widzę w jego zachowaniu osobistego zaangażowania”.
Na posiedzeniach rządu Tusk bywa trudny. Pytania premiera są wymagające i trzeba być dobrze przygotowanym, by na nie odpowiadać. „Jest wybuchowy i impulsywny. To nic przyjemnego się z nim kłócić” – mówi mi jedna z osób w rządzie. „Zwykle stawiam sprawę jasno. Tusk lubi asertywność, nie znosi podlizywania się. Lizusów wyczuwa na kilometr” – słyszę.
Dowiaduję się, że nie ma taryfy ulgowej dla tych, którzy na posiedzenia rządu przychodzą bez konkretów. Nieważne, czy zna się premiera od 20 lat, czy jest się kobietą. „Nie ma litości. W takiej sytuacji może być naprawdę nieprzyjemnie” – słyszę.
Co więcej, Tusk przy kobietach nigdy nie przeklina, ale w dyskusji może być trudny.
Moje rozmówczynie wskazują, że znaczenie ma przede wszystkim to, czy ktoś jest posłem, czy ministrem. Dla Tuska robi to dużą różnicę i dotyczy to zarówno kobiet, jak i mężczyzn. „Jeśli jest się posłem, to jest miło. Podejdzie, pogada, zapyta co tam” – słyszę.
Inaczej jest, gdy jest się w machinie rządu. „Wtedy Tusk jest twoim szefem i z automatu jesteś inaczej traktowana. Oczywiście, możliwe są uśmiechy i życzliwość, a nawet przyjaźń, ale Tusk jest wtedy głównodowodzącym”.
Dowiaduję się też, że w sprawie niektórych resortów Tuskowi zależy, by kierowały nimi kobiety. Tak było w przypadku ministerstwa kultury, kiedy to szerzej nieznana Marta Cienkowska z Polski 2050 zastąpiła Hannę Wróblewską.
Partia Szymona Hołowni miała wtedy dobę na wskazanie swojej faworytki. Początkowo jako kandydatkę do tej funkcji wymieniano posłankę z Dolnego Śląska Aleksandrę Leo, ale ta ostatecznie zrezygnowała z powodów rodzinnych. Cienkowska telefon o swojej nowej funkcji dostała wcześnie rano – na niecałe dwie godziny przed rekonstrukcją.
Znaczenie ma to, kto jest z jakiej partii – tu działa inna logika. Premier do koalicjantów podchodzi bardziej z dystansem i z większą ostrożnością. „Z tym traktowaniem bywa różnie. Tusk inaczej traktuje kobiety ze swojej partii, łagodniej się z nimi obchodzi. Na kobiety z innych ugrupowań patrzy przez filtr koalicjanta” – słyszę.
Jak mówi mi jedna z osób z rządu, ten filtr znika, gdy ministrowie mają podjąć ważne decyzje. „Wtedy nie ma znaczenia, czy jesteś z KO, od Hołowni, czy z PSL. Tusk jest twoim szefem, a ty pracownikiem – ważna jest ustawa, trzeba ją dowieźć i nie ma zmiłuj”.
Sam Tusk "jest solistą i ma bardzo wąskie grono bliskich osób, których słucha i które mu doradzają. Z reguły to mężczyźni. Ważne są dla niego również te osoby, które w ministerstwach zarządzają pieniędzmi – minister finansów Artur Domański i minister aktywów państwowych Wojciech Balczun.
„Tusk jest blisko tych, których zna dłużej i z którymi kiedyś rządził. Nowi są na dalszym planie, ale to dobrze, bo mam wolną rękę i nikt nie patrzy na to, co robię” – mówi mi jedna z osób w rządzie.
Ważny jest dla Tuska także szef MON-u Władysław Kosiniak-Kamysz. Osoba z otoczenia rządu: „Premier się jego nie boi, to jego najbardziej lojalny współpracownik, dlatego trzyma go przy sobie. Jest przekonany, że lider ludowców nie opuści koalicji”.
Inna z moich rozmówczyń wskazuje, że PSL flirtuje z prezydentem Karolem Nawrockim i dlatego Tusk idzie tak mocno na ustępstwa wobec tego ugrupowania – jak choćby w sprawie związków partnerskich, zniesienia ograniczenia kadencyjności w samorządach czy w sprawie liberalizacji prawa do przerywania ciąży.
Zaufane osoby i wicepremierzy spotykają się z szefem w rządowej willi na Parkowej w okolicach Łazienek w Warszawie. Zdecydowanie nie każdy członek rządu tam bywa. „To ośrodek decyzyjny” – słyszę. Według doniesień medialnych Tusk przeprowadził się tam po ponownym objęciu urzędu premiera w grudniu 2023 roku. Wcześniej w willi mieszkali inni premierzy, m.in. Beata Szydło i Mateusz Morawiecki.
Jedna z moich rozmówczyń dodaje, że Tusk umie przewidywać i rozpracowywać przeciwników. "Różnica w relacji jest wtedy, kiedy szef robi czystą politykę, która bywa brudna i brutalna.
On wie, jak kogoś osłabić i wyeliminować".
Hołownia jest dla niego skreślony, odkąd doszło do jego spotkania z Jarosławem Kaczyńskim w prywatnym mieszkaniu europosła Prawa i Sprawiedliwości Adama Bielana. Nieoficjalnie mówiło się, że miało tam dojść do rozmów o utworzeniu rządu technicznego. W zamian były lider Polski 2050 miał mieć przedłużoną rolę marszałka Sejmu.
„Tusk przestał mu ufać, bo Hołownia miał zakusy i plany na wyjście z koalicji” – słyszę. Koniec końców Hołownia musiał pogodzić się z myślą, że przestał być drugą osobą w państwie.
W najbliższym otoczeniu Tuska dominują mężczyźni i zawsze tak było. Wprawdzie w kierownictwie partii były kobiety jak Hanna Gronkiewicz-Waltz czy Ewa Kopacz, ale stanowiły one raczej zaplecze premiera niż jego krąg doradczy.
W partii, jak i w koalicji nie ma dziś kobiety, która byłaby w najbliższym kręgu decyzyjnym premiera. Wicepremierami są mężczyźni: Władysław Kosiniak-Kamysz, Radosław Sikorski, Krzysztof Gawkowski. Nawet marszałkini Senatu Małgorzata Kidawa-Błońska jest gdzieś na uboczu. Wicemarszałkinie Sejmu jak Dorota Niedziela i Monika Wielichowska, obie z Koalicji Obywatelskiej, też nie uczestniczą w podejmowaniu kluczowych decyzji.
Tusk pilnuje hierarchii i choć polityka rządzi się innymi prawami, to w chwilach irytacji, czyli „gdy się wścieka”, pokazuje styl zarządzania, który nie w każdym miejscu pracy zostałby dobrze przyjęty.
Kobiety
Władza
Agnieszka Dziemianowicz-Bąk
Paulina Hennig-Kloska
Szymon Hołownia
Władysław Kosiniak - Kamysz
Katarzyna Kotula
Izabela Leszczyna
Barbara Nowacka
Donald Tusk
Koalicja Obywatelska
Polska 2050
PSL
Sejm X kadencji
koalicja 15 października
lewica
Polska 2050
rząd
Dziennikarka zespołu politycznego OKO.press. Wcześniej pracowała dla najstarszej światowej agencji informacyjnej Agence France-Presse (2019-2024), gdzie pisała artykuły z zakresu dezinformacji. Przed dołączeniem do AFP pisała dla „Gazety Wyborczej”. Publikowała m.in. w "Dużym Formacie" i "Wysokich Obcasach". Współpracuje z brytyjskim "Financial Times". Prowadzi warsztaty dla uczniów, studentów, nauczycieli i dziennikarzy z weryfikacji treści. Doświadczenie uzyskała dzięki licznym szkoleniom m.in. Bellingcat. Uczestniczka wizyty studyjnej „Journalistic Challenges and Practices” organizowanej przez Fulbright Poland. Ukończyła filozofię na Uniwersytecie Wrocławskim, gdzie pisała magisterkę z teorii konfliktu Carla Schmitta. Obroniła także licencjat na filologii angielskiej w warszawskim SWPS.
Dziennikarka zespołu politycznego OKO.press. Wcześniej pracowała dla najstarszej światowej agencji informacyjnej Agence France-Presse (2019-2024), gdzie pisała artykuły z zakresu dezinformacji. Przed dołączeniem do AFP pisała dla „Gazety Wyborczej”. Publikowała m.in. w "Dużym Formacie" i "Wysokich Obcasach". Współpracuje z brytyjskim "Financial Times". Prowadzi warsztaty dla uczniów, studentów, nauczycieli i dziennikarzy z weryfikacji treści. Doświadczenie uzyskała dzięki licznym szkoleniom m.in. Bellingcat. Uczestniczka wizyty studyjnej „Journalistic Challenges and Practices” organizowanej przez Fulbright Poland. Ukończyła filozofię na Uniwersytecie Wrocławskim, gdzie pisała magisterkę z teorii konfliktu Carla Schmitta. Obroniła także licencjat na filologii angielskiej w warszawskim SWPS.
Komentarze