„Transformacja energetyczna – podobnie jak ta cyfrowa – to globalny megatrend, którego nie da się zatrzymać. Politycy mogą tupać i się obrażać, ale niczego nie zmienią” – uważa prof. Bożena Ryszawska, ekonomistka. Osobną sprawą pozostaje, ile tupania jest pod publiczkę
W marcu Karol Nawrocki powołał Radę ds. Samorządu Terytorialnego. Na jej przewodniczącego nominował Lucjusza Nadbereżnego, prezydenta Stalowej Woli.
Gdyby prezydent Polski faktycznie chciał wsłuchać się w głos samorządowców, mógłby usłyszeć, że transformacja energetyczna oznacza wielkie korzyści. I to usłyszeć właśnie od Nadbereżnego, który jesienią 2023 roku wychwalał budowaną w Stalowej Woli farmę fotowoltaiczną. Farmę nie byle jaką, bo powstającą na ok. 50 ha – a przez to jedną z największych w kraju.
„To, co w tej chwili dzieje się na ziemi tarnobrzeskiej, będzie miało wielki wpływ na rozwój całego regionu. Wielcy inwestorzy nie lokowaliby swoich środków i nie realizowali tak wielkich inwestycji na terenie Strategicznego Parku Inwestycyjnego Euro-Park Stalowa Wola bez ogromnych mocy zielonej energii. To ta synergia i współpraca dają nam możliwość oferowania najbardziej nowoczesnej i ekologicznej przestrzeni inwestycyjnej w Polsce” – mówił Nadbereżny na wspólnej konferencji z PGE Energią Odnawialną, która zrealizowała inwestycję za rządów PiS.
Ten „wielki wpływ na rozwój” może mieć miejsce również w skali Polski. Pod warunkiem, że marzący o wielkości politycy nie będą go utrudniać.
W poprzednim tygodniu głośno było o pomyśle Nawrockiego na referendum. Prezydent chce, by Polacy odpowiedzieli w nim na pytanie: „Czy jest Pan/Pani za realizacją unijnej polityki klimatycznej, która doprowadziła do wzrostu kosztów życia obywateli, cen energii i prowadzenia działalności gospodarczej i rolniczej?”
Choć prezydent zapewniał, że to pytanie proste i uczciwe, w rzeczywistości trudno o pytanie bardziej tendencyjne. „Polska prawica przestała traktować swoich wyborców poważnie”, „to obraza naszej inteligencji” i „żerowanie poniżej godności głowy państwa” – komentowali eksperci.
Również OKO.press:
Ostrą reakcję wywołuje zaprzeczanie czemuś, co dla jest oczywiste: problemem nie jest transformacja, lecz jej opóźnianie i zamienianie spektakl. A ten jest ogromny.
Prezydent Nawrocki złożył już wniosek o referendum w Senacie. W dołączonym uzasadnieniu zapewnia, że głos przeciwko realizacji unijnej polityki nie oznacza sprzeciwu wobec członkostwa Polski w Unii Europejskiej.
„Oznacza natomiast zobowiązanie władz publicznych do prowadzenia aktywnej polityki w celu ochrony obywateli i gospodarki przed kosztami polityki klimatycznej – w tym poprzez działania na forum Unii Europejskiej, renegocjowanie regulacji, wykorzystywanie przez rząd dostępnych instrumentów prawnych oraz kompensowanie kosztów. Rząd samodzielnie dobiera instrumenty realizacji tego mandatu, stosownie do bieżących uwarunkowań politycznych i prawnych” – stwierdzono w uzasadnieniu.
Następnie w złożonym piśmie pada wyjaśnienie, co kryje się pod konkretnymi decyzjami w ramach referendum. Zdaniem prezydenta odpowiedź „tak” – czego można było się spodziewać – oznacza wyłącznie dodatkowe koszty. Bardziej zaskakujące jest jednak to, co oznacza „nie”. Okazuje się, że w takim przypadku rząd będzie zobowiązany do:
Inaczej rzecz ujmując: według Nawrockiego rząd powinien robić… dokładnie to, co robi teraz.
Donald Tusk i jego ministrowie nieustannie walczą o osłabianie polityk klimatycznych, takich jak wprowadzenie ETS2 (opłaty za emisje CO2 związane z budownictwem i transportem), bardziej zrównoważone rolnictwo i unijny cel klimatyczny na 2040 rok.
Rząd walczy też o wyjątki i zwolnienia, które mają chronić polski przemysł. Do tego już teraz wiadomo, że Polska ma być największym beneficjentem unijnego wsparcia na ochronę przed rosnącymi kosztami polityki klimatycznej.
Trudno więc oprzeć się wrażeniu, że wniosek o referendum to po prostu polityczny spektakl. Trudno tym bardziej, jeśli pod uwagę weźmiemy szerszy kontekst.
Podczas gdy Nawrocki i prawica grają kartą „zła Unia” i „zły Zielony Ład”, kompletnie milczą w sprawie kryzysu, który już teraz wyraźnie wpływa na koszty życia i energii. Wywołana przez Izrael i USA wojna w Iranie sprawiła, że ceny ropy wystrzeliły, europejska branża lotnicza stanęła w obliczu kryzysu na skalę pandemii COVID-19, a produkcja żywności stała się znacznie droższa.
Polska nie sprawi, że wojna dobiegnie końca. Tak samo, jak nie może sprawić, że zmniejszy się nasza zależność od importu paliw kopalnych. A jest ona ogromna, bo aktualnie importujemy prawie połowę zużywanej w Polsce energii, w tym niemal 100 proc. ropy i ponad 80 proc. gazu. Efekt? Jak podaje Forum Energii, w latach 2015-2025 Polska wydała na sprowadzanie surowców energetycznych aż 1,2 biliona złotych
Mirosław Proppé, prezes fundacji WWF Polska, zwraca uwagę, jak niebezpieczne jest uzależnianie Polski od importu. Pokazały to nie tylko trwająca od 2022 roku wojna w Ukrainie i wojna w Iranie, lecz nawet takie wydarzenia, jak awaria statku w Kanale Sueskim, co odczuły gospodarki na całym świecie.
„Kilka ostatnich lat pokazuje nam, że import tanich surowców energetycznych, jak i import z kierunków wymagających dostaw morskich, nie są gwarancją dostaw tych surowców. Dążenie do niezależności energetycznej Europy i Polski to dążenie do minimalizacji wykorzystania źródeł energetycznych opartych o paliwa konwencjonalne” – komentuje Proppé dla OKO.press.
Mimo to w liczącym 10 stron uzasadnieniu prezydenta ani razu nie pada informacja o tym, jak zależna od importu paliw jest Polska. Można natomiast odczytać w nim dane o rosnącym imporcie aluminium pierwotnego w 2023 roku i w zużyciu stali w III kw. 2025 roku.
To właśnie przez takie manipulacje i kłamstwa polityków blisko połowa Polaków uważa, że nasz kraj jest niezależny energetycznie.
„To nie polityka klimatyczna podnosi rachunki Polaków, tylko wieloletnie uzależnienie Polski od drogich paliw kopalnych. Im dłużej będziemy odwlekać transformację energetyczną, tym wyższe koszty zapłacą obywatele i gospodarka” – komentuje Paweł Pomian, wiceprezes stowarzyszenia Eko-Unia i ekspert Koalicji Klimatycznej.
Pomian podkreśla, że polityka klimatyczna UE to dziś przede wszystkim inwestycje w bezpieczeństwo energetyczne, tańszą energię z OZE i uniezależnienie od importu surowców. „Strach przed transformacją jest znacznie droższy niż sama transformacja” – ocenia w wypowiedzi dla OKO.press.
Podobnie widzą to inni moi rozmówcy.
„Warto pamiętać, że ceny unijnych uprawnień do emisji CO2 [słynny już ETS] od początku roku znacząco spadły. Za obecny kryzys odpowiadają wzrosty cen paliw kopalnych, głównie ropy i gazu – ale w górę poszły też indeksy węglowe” – zwraca uwagę Wojciech Kukuła, członek Zarządu fundacji ClientEarth Prawnicy dla Ziemi:
Według niego rozwiązaniem jest więc zapewnienie stabilnych, bezpiecznych i odnawialnych źródeł energii. „Niestety, Nawrocki idzie dziś pod prąd – podważając polskie bezpieczeństwo energetyczne i gospodarcze” – martwi się Kukuła.
„W całej UE wdrażana jest ta sama polityka klimatyczna, a kilku krajom udaje się utrzymać stabilne, a nawet spadające ceny. Przykładami są kraje nordyckie lub Półwysep Iberyjski” – dodaje Sven Harmeling, który kieruje sprawami klimatu w Climate Action Network Europe (ogólnoeuropejska sieć organizacji pozarządowych zajmujących się klimatem i transformacją).
W wypowiedzi dla OKO.press Harmeling tłumaczy, że pytanie referendalne zawiera „mylące uproszczenie znacznie bardziej złożonej rzeczywistości”.
Mimo to z tej złożoności wyłania się dość jasny przekaz: dalsze trwanie przy paliwach kopalnych to problem. „Europa nie ma już dostępu do taniego rosyjskiego gazu, amerykański LNG [gaz skroplony] jest znacznie droższy, a krajowe wydobycie węgla staje się coraz trudniejsze i wymaga coraz większych subsydiów” – wylicza ekspert.
Ale problemem nie są tylko konflikty zbrojne i paliwa z zagranicy. Jest nim również wewnętrzna polityka Polski.
Prezydent Nawrocki zawetował ustawę wiatrakową, która miała umożliwić rozwój najtańszego, obok fotowoltaiki, źródła energii elektrycznej. Polska wciąż nie ma też urealnionej i skutecznej strategii transformacji. Brakuje chociażby strategii nastawionej na efektywność energetyczną oraz ograniczanie zużycia energii, a walka ze smogiem poprzez zmiany w „Czystym powietrzu” okazała się kompletną klapą.
Być może największym grzechem rządzących jest jednak podejście do górnictwa. Obowiązująca umowa społeczna z górnikami zakłada utrzymywanie wydobycia do 2049 roku i trudno znaleźć kogoś, kto naprawdę by to wierzył. Do tego w Polsce wydobywamy węgiel coraz gorszej jakości, z coraz trudniej dostępnych miejsce i za coraz większe pieniądze.
„Utrzymywanie fikcji funkcjonowania sektora węgla kamiennego do 2049 roku wcale nie daje górnikom bezpieczeństwa zatrudnienia, lecz opóźnia konieczne decyzje i zwiększa ryzyko społecznego chaosu w przyszłości. Prowadzi to do absurdalnej sytuacji, w której publiczne pieniądze – które powinny być przeznaczane na przygotowanie nowych miejsc pracy i dywersyfikację gospodarek regionów – trafiają do nierentownych spółek górniczych. I to mimo że nawet rządowe prognozy pokazują gwałtowny spadek zapotrzebowania na węgiel w ciągu najbliższej dekady” – podkreśla w wypowiedzi dla OKO.press Anna Meres, ekspertka Greenpeace ds. sprawiedliwej transformacji.
Jak wynika z badania pracowni More in Common z sierpnia 2025 roku, Polacy jako źródło energii w naszym kraju za 20 lat widzą OZE (59 proc. wskazań) i elektrownie jądrowe (49 proc.), a dopiero potem węgiel (21 proc.). W pewien sposób można więc uznać, że obywatele realniej oceniają przyszłość Polski niż jej prezydent.
Zresztą nie tylko obecny prezydent, lecz tak naprawdę każdy prezydent i każdy rząd od wielu, wielu lat. Na łamach OKO.press już kilkukrotnie pisaliśmy o tym, jak oderwana od deklaracji polityków jest rzeczywistość.
Na przykład w 2018 roku rząd Mateusza Morawieckiego przyjął „Program dla górnictwa”, który zakładał spadek wydobycia węgla kamiennego z ówczesnych 65 mln ton do 60 mln ton w 2030 roku. Portal Wysokie Napięcie po raz pierwszy pokazał wówczas wykres, w którym oszacował, że już w 2023 roku wydobycie spadnie do ok. 50 mln ton. Czyli dokładnie tak, jak się stało.
„Nie była to żadna prognoza, lecz zwykła ekstrapolacja trendu trwającego od 1990 roku” – pisał w analizie Bartłomiej Derski, redaktor portalu.
Można wyciągnąć z tego wniosek, że politykom brakuje odwagi, by uczciwie podeszli do przyszłości górnictwa w Polsce. Ale być może problem jest głębszy, a poprzez nieustanne funkcjonowanie w trybie kampanii wyborczej politykom brakuje też czegoś więcej: perspektywy.
„Wiem, że politycy myślą głównie kadencjami, ale myślenie długoterminowe jest w tym przypadku naprawdę ważne” – mówi w rozmowie z OKO.press prof. Bożena Ryszawska z Uniwersytetu Ekonomicznego we Wrocławiu i Polskiej Sieci Ekonomii.
I dodaje: „Energetyka oparta o OZE staje się ważnym elementem strategicznym, budującym odporność na kryzysy i wojny. Cały świat, który dobrze odczytuje te trendy, stawia na elektryfikację i odchodzenie od paliw kopalnych. Tak robią Chiny, tak robi wiele innych państw. Poprzez niechęć i wrogość wobec transformacji możemy przegapić więc naprawdę ważną szansę na budowanie niezależności energetycznej i elektryfikację chociażby przemysłu”.
Prof. Ryszawska tłumaczy przy tym, jak niezrozumiała w Polsce jest skala zachodzącej transformacji.
„Transformacja energetyczna – podobnie jak ta cyfrowa – to globalny megatrend, którego nie da się zatrzymać. Politycy mogą tupać nogami, obrażać się i mówić, że nie są tym zainteresowani, ale ich stanowisko niczego nie zmienia – bo taka jest natura megatrendów” – uważa naukowczyni.
Według niej, jeżeli w Polsce tego nie zrozumiemy, to będziemy tracić dużo energii na działanie przeciw trendowi, na którym inni po prostu będą zarabiać.
„Ludzie ogólnie rozumieją, że politycy mają znikomy wpływ na rozwój transformacji cyfrowej. Jednocześnie panuje dość powszechne przekonanie, że zieloną transformację ograniczyć jednak mogą. Nie mogą ani jednego, ani drugiego, bo to globalne megatrendy wykraczające poza ich sprawczość” – podsumowuje prof. Ryszawska.
Redaktor serwisu Naukaoklimacie.pl, dziennikarz, prowadzi w mediach społecznościowych profile „Dziennikarz dla klimatu”, autor tekstów m.in. dla „Wyborczej” i portalu „Ziemia na rozdrożu”.
Redaktor serwisu Naukaoklimacie.pl, dziennikarz, prowadzi w mediach społecznościowych profile „Dziennikarz dla klimatu”, autor tekstów m.in. dla „Wyborczej” i portalu „Ziemia na rozdrożu”.
Komentarze