0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: il. Iga Kucharska /OKO.pressil. Iga Kucharska /O...

Według historyka specjalizującego się w instytucji prezydentury w USA Douglasa Brinkleya druga kadencja Donalda Trumpa ma wszelkie szanse „położyć kres naszej demokracji”, a także wprowadzić na jej miejsce „nowy rodzaj autorytarnego ustroju prezydenckiego”. Wypowiedź ta stanowi jeden z wielu komentarzy zacytowanych w okładkowym materiale tygodnika „TIME” z 30 kwietnia. Autor tekstu, Eric Cortelessa postanowił zbadać, co dla Stanów Zjednoczonych (i reszty świata) może oznaczać wygrana Trumpa w wyborach 5 listopada. Tekst miał za punkt wyjścia dwa długie wywiady z Donaldem Trumpem (ich pełne transkrypcje magazyn udostępnił w internecie), które uzupełniała pogłębiona rekonstrukcja tzw. tła (background) na kanwie rozmów z bliższym i dalszym otoczeniem byłego prezydenta.

Wnioski płynące z tych rozmów mogą zatrważać: choć Trump nie utracił swady w mijaniu się z faktami (na przykład, bez kompleksów przeszacowuje liczbę amerykańskich żołnierzy stacjonujących zagranicą niemal dwukrotnie, chwali się skutkami swoich polityk celnych, podczas gdy eksperci szacują, że doprowadziły one do likwidacji ok. 300 tysięcy miejsc pracy itd.), to jednak jeśli chodzi o realizację celów i zamierzeń były prezydent ma dziś nieporównywalnie lepiej przygotowaną i zdyscyplinowaną bazę ekspertów i politycznych macherów. A jest „w pełnym trybie bojowym”, jak twierdzi jego dawny współpracownik Steve Bannon.

Zaplecze Trumpa Cortelessa nazywa „rządem w blokach startowych” (a government-in-waiting): „Projekt 2025 Fundacji Heritage już pracuje nad projektami ustaw i prezydenckich rozporządzeń wykonawczych, a jednocześnie szkoli potencjalny personel administracji na drugą kadencję”. Przepustką do życia na szczytach władzy (także do władz krajowych Partii Republikańskiej) jest zadeklarowana wiara w to, że poprzednie wybory i zwycięstwo Joe Bidena były sfałszowane.

„W drugiej kadencji wpływ Trumpa na amerykańską demokrację będzie znacznie większy niż tylko przez ułaskawienia. Jego poplecznicy szykują grunt do przebudowania instytucji prezydenta zgodnie z doktryną tzw. teorii jednolitej egzekutywy, wedle której wiele ograniczeń nakładanych na Biały Dom przez ustawodawców czy sądy powinno się wyeliminować i wprowadzić znacznie silniejszą instytucję Naczelnego Dowódcy”.

Naczelny Dowódca, to brzmi dumnie. Trump pół żartem, pół serio przyznał niedawno na wizji, że chciałby być dyktatorem „na jeden dzień”:

„Chcę zamknąć granicę. A poza tym chcę wiercić, wiercić, wiercić”

– rozwinął swoją telewizyjną deklarację w rozmowie z „TIME-em”. (Chodzi oczywiście o odwierty naftowe).

„Pytam: Nie widzi pan, dlaczego dla wielu Amerykanów takie mówienie o dyktaturze godzi w najcenniejsze dla nas zasady? Trump mówi, że nie. Wręcz przeciwnie, podkreśla »Sądzę, że wielu ludziom się to podoba«”.

Plany na nową kadencję: protekcjonizm gospodarczy, zahamowanie działań na rzecz klimatu, powrót do ropy naftowej jako paliwa dla gospodarki, deportacje (szacunkowo projektowana polityka Trumpa obejmie kilkanaście milionów osób, wobec których Trump nie zawaha się użyć wojska, gdyż ludzie, którzy przebywają w kraju nielegalnie to jego zdaniem „nie są cywile”).

Gdyby ten ostatni plan wszedł w życie, oznaczałoby to wywołanie bezprecedensowej w XXI wielu skali migracji „ludzi zbędnych” (według badaczy przyczyn wybuchu II wojny światowej jednym z najważniejszych czynników kształtujących w latach 30. gotowość społeczną do wojny były migracje pozbawionej przez faszystowskie rządy obywatelstwa ludności żydowskiej – ludzie ci byli wyjęci spod prawa, co oznaczało też, że nie mogli legalnie zarobkować, ale też nie podlegali sankcjom prawnym – pisze o tym m.in. Hannah Arendt w Korzeniach totalitaryzmu. Według filozofki zmęczenie życiem obok „nieuregulowanego obcego” nie tylko przełożyło się na przyzwolenie dla pacyfikacji ludności żydowskiej i umieszczania jej w obozach koncentracyjnych i obozach pracy, ale także podważyło wiarę w porządek międzynarodowy i znacznie obniżyło opory przed wojną).

Przeczytaj także:

Co za ironia losu, że w czerwcu mogłam głosować, a w listopadzie będę bezsilnie gapić się w ekran wiadomości. Co za ironia losu, że całe to przedstawienie będzie się odbywać, podczas gdy półki z napisem „Polityka” pęcznieją od tomów opisujących demokratyczny kryzys na Zachodzie i jego efekty: Tak umierają demokracje Levitsky’ego i Ziblatta, Jak działa faszyzm? My kontra oni Stanleya, Dlaczego narody przegrywają Acemoglu i Robinsona, Światło, które zgasło. Jak Zachód zawiódł swoich wyznawców Krastewa i Holmesa.

Nie wszystkie te książki napisano i wydano w ciągu ostatniego roku lub dwóch, ale najstarsza z nich – Dlaczego demokracje przegrywają? – została napisana podczas pierwszej kadencji Trumpa. Wszystkie wydają się aktualne, a zarówno na półkach księgarni, jak i w zapowiedziach wydawniczych już czekają następne. Wygląda na to, że poczucie, iż wyczerpał się pewien model rządów, charakterystyczny dla zachodnich demokracji liberalnych, jest powszechne. I to nie tylko wśród aktywistów klimatycznych, z niedowierzaniem patrzących, jak kolejne projekty zaangażowania na rzecz ograniczania zmian spadają ze stołów negocjacyjnych, ale też pośród zwykłych ludzi.

Z kolei zapatrzone w fantazmatyczną przeszłość ruchy spod znaku MAGA – „niech Ameryka znów będzie wielka” – na kryzys demokratycznego sensu proponują ostatecznie jedynie więcej tego samego: skupianie władzy decyzyjnej w coraz ciaśniejszym i mniej przejrzystym kręgu wtajemniczonych, a także „odzyskiwanie kraju” dla „swoich” i utrudnianie życia wszystkim, którzy postrzegani są jako „obcy” – innymi słowy, idące od retoryki i metafor po sposoby zarządzania zawłaszczanie państwa przez jedną, konkretną grupę. Dryf autokratyczny zawsze odbywa się kosztem praw jakiejś grupy społecznej i bardzo często, o ile nie istnieją silne środki zabezpieczające, może się okazać głównym wewnętrznym czynnikiem prowadzącym do wojny.

Jednocześnie narasta kryzys migracyjny – przy czym przez „kryzys” możemy rozumieć albo większy niż zwykle napływ osób szukających lepszego życia na Zachodzie, albo też problemy instytucjonalne piętrzące się w związku z polityczną indolencją wobec zmian klimatycznych, destabilizacji kolejnych regionów na świecie, ale także wobec zmian koniecznych, żeby w pełni respektować prawa człowieka tych osób. Zmiany te byłyby rewolucyjne na wielu poziomach.

Może właśnie takiej kontrolowanej rewolucji nam dzisiaj potrzeba.

Filozofowie są nieźli w kontrolowanych rewolucjach, a przynajmniej w ich projektowaniu – dlatego chciałabym państwu zaproponować pewne ćwiczenie intelektualne. Dziś jest ono zawieszone w powietrzu, raczej na pewno nie osiągniemy woli politycznej, by je realizować. Ale tak samo za utopię uważano kiedyś powszechność praw człowieka i szereg innych rozwiązań zapisanych dzisiaj w obowiązujących konwencjach.

Wojna zwłaszcza – oby do niej nie doszło – ale też inne zagęszczenia sytuacji prowadzi jednak do miejsc, w których utopie bywają jedynym wyjściem, gdyż tak bardzo sami siebie zdążyliśmy się przestraszyć.

Nieproste symetrie: prawa człowieka i prawa obywatela

W obecnym systemie każda osoba ma prawa człowieka, a zarazem jako obywatel/ka ma obywatelskie prawa (w znacznej mierze tożsame z prawami człowieka) i obowiązki oraz może współkształtować politykę swojego państwa w demokratycznych wyborach, debacie publicznej i poprzez działania społeczeństwa obywatelskiego – państwa, które jako sygnatariusz Karty Narodów Zjednoczonych zobowiązało się stać na straży powszechnych praw człowieka.

Dzięki demokratycznemu (a właściwie republikańskiemu) obywatelstwu każda, każdy, każde z nas gwarantuje swoje i cudze prawa człowieka. Nie osobiście, od tego mamy specjalne agencje, ale źródłowo – bez uznania, że prawa każdego człowieka na świecie zawsze są też trochę o nas samych, nie byłoby całego systemu, którego istotą jest siatka wzajemnego poszanowania ludzkiej godności i wynikających z niego przyrodzonych uprawnień. Skomplikowane? Owszem, ale wyobraźmy sobie, że zasadę „jak ty komu, tak on tobie” mnożymy przez trochę ponad 8 miliardów, a następnie dzielimy przez „moja wolność nie powinna ograniczać twojej wolności”…

Żeby to wszystko było możliwe, przyjęto, że jednym z praw podstawowych, gwarantowanym w art. 15 Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka, jest prawo do narodowości. W naszych równaniach pojawia się tym samym nowy poziom: człowieczeństwo jest powszechne, obywatelstwo jest polityczne (tzn. na mocy umowy coś robimy razem), a narodowość, zgodnie z rdzeniem słowa, przyrodzona, tzn. definiuje, do jakiej umawiającej się grupy dana osoba trafia z racji tego, skąd pochodzi i jaka krew w niej płynie. Ius soli, czyli prawo ziemi oraz ius sanguinis, czyli prawo krwi to dwa tryby ustalania, kto należy do jakiej wspólnoty z urodzenia. Ius soli daje przynależność do wspólnoty przez odniesienie do konkretnego terytorium, na którym się ktoś urodził, ius sanguinis zaś zajmuje się „krwią”, to znaczy, narodowością rodziców.

Państwa najczęściej stosują jakąś kombinację tych dwóch uprawnień. Skrajne podejście to faszystowskie Blut und Boden („krew i ziemia”) – zasada, że członkiem narodowej wspólnoty jest osoba konkretnej krwi urodzona wewnątrz danej wspólnoty narodowej. Na drugim końcu skali są Stany Zjednoczone przyznające narodowość każdemu noworodkowi urodzonemu na terytorium USA (ale też dzieciom Amerykanów urodzonym za granicą). Bywa, że warunkiem zastosowania ius soli jest dopiero jego powtórzenie – narodowość dostaje urodzone w danym państwie dziecko osoby, która też się w nim urodziła, ale jako dziecko przybyszy z zewnątrz. Imigranci w drugim pokoleniu stają się członkami narodu.

Polityczne narodziny człowieka

Jak widać, kwestia narodowości, przynajmniej tej z art. 15 Deklaracji Praw Człowieka, jest par excellence polityczna. Zwłaszcza że do tego dochodzą procedury naturalizacji (znowu, naturalizacja od natury, czyli od nascor, nascere – rodzić się. Okazuje się, że można się urodzić politycznie!). Dlatego właśnie w dzisiejszym świecie narodowość, przynajmniej formalnie, utożsamiana jest z obywatelstwem i uznawana za kategorię polityczną i administracyjną. Każdy ma prawo do narodowości, a więc politycznie musimy to zagwarantować – pod postacią obywatelstwa. Dzięki temu też, przynajmniej w teorii, każdy ma swoje państwo, które ma dbać o jego prawa człowieka.

W praktyce na świecie jest dziś co najmniej 4,4 miliona tzw. bezpaństwowców, a więc ludzi, których żadne państwo nie uznaje za swoich obywateli. Dane zebrane przez UNHCR (biuro Wysokiego Komisarza ONZ do spraw Uchodźców) wskazują na spory postęp – ledwie dziesięć lat temu mówiono bowiem o 13 milionach takich osób. Liczba ta może się jednak zmienić, jeśli zapowiedzi Donalda Trumpa o ekspulsji osób przebywających nielegalnie na terenie USA zostaną zrealizowane – może to rozerwać nieformalne sieci społeczne i wydobyć na światło dzienne kolejne osoby bez dokumentów (nie wiemy też, jak „jednodniowy dyktator” potraktowałby rodziny wydalanych osób).

Bezpaństwowcy to ludzie bez obywatelstwa – najczęściej są to dzieci migrantów urodzone w warunkach, w których rodzice nie mogli lub nie chcieli ubiegać się o ich rejestrację (UNHCR zwraca uwagę, że choć można być bezpaństwowcem i uchodźcą jednocześnie, zwykle bezpaństwowcy z technicznych powodów – nie mają szans na otrzymanie paszportu – nigdy nie opuszczają kraju urodzenia). Uchodźcy z kolei to uciekinierzy z państw, które nie są w stanie obejmować ich ochroną (na przykład, z powodu wojny) lub które zamiast ich chronić – prześladują (ze względu na poglądy polityczne, religię, przynależność etniczną, orientację i tożsamość seksualną itd.), a więc ludzie, których obywatelstwo jest, by tak rzec, nieskuteczne.

Co jednak z osobami, których obywatelstwo jest nie tyle nieskuteczne, co – by tak rzec – niewystarczające? Nie są uchodźcami w świetle konwencji, gdyż nie są narażone na prześladowanie w kraju pochodzenia lub przynajmniej część ich kraju jest dla nich teoretycznie bezpieczna, jednak wiadomo, że nie zbudują tam sobie dobrego życia (jak uchodźcy z Karabachu, którzy mogli się schronić we własnym kraju – Armenii, ale nie widzą tu dla siebie nadziei na dobrą przyszłość i będą chcieli szukać szczęścia poza jej granicami)?

Co z tymi, w których kraju panuje bieda i głód? Albo zmienił się klimat? Ci wyjeżdżają i poniekąd zostawiają swoje prawa obywatelskie za sobą (do pewnego stopnia, w zależności od kraju, który opuszczają, wciąż mogą być objęci takimi lub innymi formami ochrony dyplomatycznej i konsularnej, choć często sprowadza się to do wypadków losowych czy bycia ofiarą przestępstwa). Zostają im natomiast prawa człowieka. Tyle tylko, że cały system zbudowany jest na założeniu, że „prawo do posiadania praw”, jak to określiła Hannah Arendt w Korzeniach totalitaryzmu, jest wprowadzane w życie za pośrednictwem narodowości – czyli obywatelstwa.

Czy narody są równe?

W tym miejscu wkrada się pozornie drobne, w praktyce zaś potężne pęknięcie: prawo międzynarodowe opiera się na zasadzie, że wszystkie osoby posiadają równe przyrodzone uprawnienia, w związku z tym również realizujące je obywatelstwa powinny być w jakiś sposób równe; okazuje się jednak, że w praktyce narodowości równe nie są.

Narodowości nie są równe, co wynika z definicji, ponieważ politycznie pojęcie narodu jest ściśle związane z kwestią terytorium zamieszkiwania – do tego stopnia, że nawet według Ramowej Konwencji Rady Europy o ochronie mniejszości narodowych państwa definiują żyjące w nich mniejszości narodowe w odniesieniu do wskazanego przez siebie terytorium. O ile zawsze na naszej planecie znajdowały się miejsca lepsze lub trudniejsze do życia, zmiany klimatyczne w nieodległej perspektywie czasowej sprawią, że terytoria dziś zamieszkałe staną się niezdatne do bytowania przez człowieka.

Pozostawiając na boku kwestię „migracji klimatycznej” czy „uchodźstwa klimatycznego” (temat został ciekawie rozwinięty na stronach Wysokiego Komisarza ONZ do spraw Uchodźców), wiemy, że jesteśmy świadkami destabilizacji pojęcia terytorium, które do niedawna było trwałą i niewzruszoną podstawą dla takich konstrukcji, jak narodowość czy państwo. Kawałki lądu będą znikać w morzu, gdzie indziej z kolei linia brzegowa się podniesie. Rosnące temperatury wywołają pustynnienie i ekstremalne zjawiska pogodowe: państwa będą się rozpadać, upadać, każde na swój sposób będzie się mierzyć z nowymi wyzwaniami – oczekiwanie, że będzie się to działo w sposób pozwalający na utrzymanie minimum ochrony prawnej wszystkich ludzi na świecie, jest coraz bardziej myśleniem życzeniowym.

Dlaczego powinno nam zależeć na tym, by każda osoba na świecie cieszyła się równym standardem ochrony prawnej?

To przekonanie ściśle łączy się z początkami demokracji jako systemu politycznego opartego na woli ludu (wcale nie od razu utożsamionego z narodem) – skoro każdy z nas jest źródłem prawa, każdy z nas jest równy (oczywiście najpierw tylko w rodzaju męskim) i jego przyrodzone uprawnienia również są równe.

Immanuel Kant w tekście “Do wiecznego pokoju” przytomnie zauważył, że tylko powszechna równość praw zapobiega sytuacji, że ktoś rości sobie pretensje do bycia właścicielem politycznej wspólnoty. Kant pisał o przekształceniach przedrewolucyjnych monarchii w republiki (na tamtym etapie historii najbardziej podobały mu się monarchie konstytucyjne i królowie, którzy: „przyjmą sposób rządzenia najlepiej odpowiadający duchowi systemu przedstawicielskiego, jak to wyraził chociażby Fryderyk II, mówiąc, że jest on tylko najwyższym sługą państwa”).

Wagę równości doceniono szczególnie po II wojnie światowej, wskazując, że jeden naród (na przykład Niemcy), nie może mieć możliwości uznać się za lepszego od innych (na przykład Żydów) i zachowywać się, jakby był wyłącznym właścicielem danego państwa (a i w sumie, skoro państwa z republik/spółdzielni przekształcają się we własność, nie dałoby się ich zagrabić czy w inny sposób posiąść?). Na tym rozpoznaniu ufundowano Organizację Narodów Zjednoczonych, która miała gwarantować równość wszystkich narodowości/obywatelstw. Jak dziś widzimy, udało się to z różnym skutkiem.

Obywatelstwo decyzyjne

Kolejna kwestia to problem sprawczości. Przypisanie obywatelstwa do konkretnego terytorium ma sens w kontekście suwerenności i samorządności – tyle że o ile samorządność daje się w znacznym zakresie zagwarantować, to suwerenność poszczególnych państw staje pod znakiem zapytania – jakie państwo może bowiem powiedzieć o sobie, że cieszy się „suwerennością klimatyczną”? Po prostu nie ma czegoś takiego.

Globalizacja gospodarcza sprawia z kolei, że ze strony niektórych państw działania co do zasady suwerenne dziś mają długofalowe skutki dla innych gospodarek; w Polsce odczuliśmy to poprzez kredyty denominowane we frankach szwajcarskich – uwolnienie kursu przez Szwajcarię wywołało spore trudności dla polskich gospodarstw domowych.

Nie jest to zresztą nowość: w błyskotliwym eseju zamieszczonym na swoim profilu na substack.com Adam Tooze przypomina historię wpływów wewnętrznej polityki monetarnej Stanów Zjednoczonych na globalny system walutowy i, w związku z tym, na gospodarki państw w zupełnie innych częściach świata. Esej ten jest głosem w debacie zapoczątkowanej przez ekonomistów związanych z Donaldem Trumpem (Tooze zwraca jednak uwagę, że w tej chwili obie strony politycznego sporu w Ameryce podjęły podobną retorykę):

„Prawdziwe wyzwanie dla systemu opartego na dolarze wynika z napięć istniejących w ramach amerykańskiej polityki gospodarczej i sposobów, w jakich się je upolitycznia w nowym dyskursie na temat krajowego kryzysu gospodarczego – kryzysu, który rzekomo wymaga »radykalnych kroków« i prowadzi do nowych i niespodziewanych politycznych sojuszy.

Jakie ten polityczny ferment przyniesie owoce, dopiero zobaczymy. Administracja Trumpa z Lighthizerem u sterów polityki gospodarczej opartej na poważnym podejściu do kontroli kapitałowej i przy potężnych deficytach budżetowych – oto prawdziwa niespodzianka, jaką szykuje nam historia. Szersze konsekwencje globalne dziś trudno choćby zacząć szacować.

I tak jak napisałem w tekście dla “Financial Times”: "Najpierw za rządów Trumpa, następnie pod Bidenem amerykańscy politycy zaczęli przeplatać ze sobą politykę przemysłową, handlową, zieloną energetykę i geopolitykę, tworząc nacjonalistyczny koktajl wielkiej mocy. Dodanie do tego systemu walutowego wytworzy mieszankę o prawdziwie wybuchowych właściwościach”.

Więc kiedy Richard Bellamy w książeczce Citizenship. A Very Short Introduction z zapoczątkowanej w połowie lat 90. serii Oxford University Press, która miała ambicje zostania czymś w rodzaju nowej Encyklopedii, pisał o obywatelstwie, że opiera się ono na „członkostwie w ekskluzywnym klubie”:

„Obywatelstwo ma zatem organiczny związek z polityką demokratyczną. Zasadza się na członkostwie w ekskluzywnym klubie – tych, którzy podejmują kluczowe decyzje na temat zbiorowego życia danej wspólnoty politycznej. Charakter tej wspólnoty na wiele sposobów odzwierciedla to, czym ci ludzie ją czynią…”

to może warto się zastanowić, czy naprawdę chcemy, żeby jedne „ekskluzywne kluby” decydowały o warunkach funkcjonowania tylu innych. Takie rozumienie wspólnoty politycznej nieco zbyt mocno ukształtowały hurraoptymistyczne lata 90. z ich wizją „końca historii”, czyli przekonaniu, że po upadku Związku Radzieckiego udało się załatwić wszystkie ważne problemy ludzkości. Wówczas jeszcze można było pisać wprost o „ekskluzywności” i „klubie”. Skutki globalizacji badali lewicowi intelektualiści z Porto Allegre – dla reszty świata miała być odwieczna i nieulegająca kwestii Pax Americana.

Jednak globalne konsekwencje wojny z terrorem pokazały, czym kończy się „kultura klubowa” w polityce międzynarodowej – jeszcze większym terrorem, brakiem nadziei na dogadanie się, lękiem i podziałami.

Zmiany klimatyczne już zaczęliśmy odczuwać na własnej skórze, choć wciąż nie ma konsensusu, który nadałby ich ograniczaniu globalny priorytet. W dodatku Donald Trump zapowiada demontaż Pax Americany zarówno w wymiarze militarnym i społecznym, jak i gospodarczym, a w szczególności monetarnym.

Najwyższy czas wywrócić do góry nogami domniemanie, że „suwerenne decyzje” dotyczą wyłącznie „suwerennych narodów”, które je podejmują.

Obywatelstwo bezdomności

W istocie podstawowe dziś pytanie, jakie powinniśmy politycznie zadawać, dotyczy akcentu kładzionego na ową ekskluzywność – o której mało kto, poza radykalną prawicą, mówi wprost, ale część partii chętnie do niej nawiązuje. Doskonale już dziś wiemy, że ów „charakter” w niewielkim stopniu nadaje wspólnocie jakiś „wspólny mianownik” wynikający z narodowości czy nawet kultury, a w znacznie większym – układ sił w danym społeczeństwie i ci, którzy na nim skorzystali.

Filozofka Erin Manning (to dziś jedno z najciekawszych nazwisk w filozofii polityki opierającej się na tak zwanej teorii afektów, która zwraca uwagę na ograniczenia racjonalizmu i poszerza badania zjawisk społecznych na wpływy (affects) i rodzące się w odpowiedzi motywacje) pokazuje, jak potężnym politycznym czynnikiem jest nostalgia za wyobrażoną przeszłością tych niewielu, którzy postanowili zdefiniować za całą resztę, czym jest „dom" (rodzina, kraj, ojczyzna), za którymi powinni tęsknić. Choć tekst pochodzi z roku 2000, aż zbyt dobrze pasuje do ruchów spod znaku Make America Great Again, ale i do retoryki konserwatystów w wydaniu europejskim:

„Owo pragnienie, by wznieść dom, który służyć będzie jako ochrona przed tęsknotą za domem, owocuje taką polityką włączania, w której obietnica domu staje się wehikułem dla utrwalania wykluczeń rasowych, płciowych i państwowych. Polityka ta bierze się w znacznej mierze z surowych środków bezpieczeństwa nakierowanych na kontrolę i niewpuszczanie bezdomności – rozumianej także jako dyskurs innego”.

Bezdomność w ujęciu Manning staje się pozycją polityczną, propozycją, która „rozsadza od środka nowoczesny dyskurs czasu i przestrzeni”. Jest to bowiem odpowiedź na politykę nostalgii, w ramach której w imię własności, umocowanej w zamierzchłej przeszłości, pojawia się dążenie do zamknięcia, zawłaszczenia danego terytorium, przekształcenia go na swoją modłę, ogrodzenia go murem.

Gdyby poważnie potraktować przywołane wyżej ostrzeżenie Kanta, że podważanie równości wszystkich ludzi prowadzi do zawłaszczania wspólnoty politycznej, a zarazem gdyby na poważnie wziąć pod uwagę przeobrażenia, jakim podlega nasze rozumienie kwestii terytorium w dobie przemian klimatycznych, powinniśmy na serio zacząć zastanawiać się, jak zbudować polityczną wspólnotę i jak gwarantować prawa człowieka bez podpórki w postaci narodowości, zawsze ufundowanej na przypisaniu do konkretnego miejsca na ziemi, terytorium.

Czego nie potrafiły zapewnić Narody Zjednoczone, może będzie umiała nam dać jakaś nowa koncepcja obywatelstwa oparta na „bezdomności”, to znaczy, oderwaniu obywatelstwa od narodowości, a co za tym idzie, od przypisania do konkretnego terytorium.

Powoli zaczynamy rozumieć, że nasze powszechne prawa nie powinny wynikać z tego, że gdzieś mieszkamy,

bo jutro lub za pięćdziesiąt lat może się okazać, że w tym czy innym miejscu po prostu nie da się już mieszkać, i nici z powszechności. Oczywiście rozwiązanie to będzie wymagało jakichś rozwiązań administracyjnych w skali całego świata – organizacji zarządzającej bazami danych, wydającej dokumenty i współpracującej z rządami państw lub innymi instytucjami. Przy czym po raz pierwszy w historii mamy technologie, które pozwolą się bez trudu uporać z takim wyzwaniem. Z kolei uprawienia decyzyjne – głosowanie, startowanie w wyborach – byłyby, tak czy inaczej, powiązane z umiejscowieniem, traktowanym jednak jak coś, co się zdarza, a nie jest dane raz na zawsze. Na przykład tak, jak rozwiązaliśmy to przy obywatelstwie Unii Europejskiej i głosowaniu w wyborach samorządowych.

Piszę to jako filozofka, nieco oderwana od rzeczywistości tu i teraz, za to ze spokojem obserwująca historyczne prawidłowości i reguły. Powszechność obywatelstwa ludzkość wprowadziła w odpowiedzi na szok II wojny światowej, tęskniąc za wiecznym pokojem i w przekonaniu, że człowiek to nie jest piękne zwierzę i trzeba powołać instytucje – takie jak ONZ – które by tę niepiękność równoważyły i ograniczały.

Obywatelstwo światowe też nie będzie propozycją do wprowadzenia z dnia na dzień. Wydaje się jednak logiczną konsekwencją przemian na świecie – i miejmy nadzieję, że nie będziemy potrzebować kolejnej wojny światowej, by tymi konsekwencjami się zająć.

Bibliografia:

  • Hannah Arendt, Korzenie totalitaryzmu, przeł. M. Szawiel i D. Grynberg, Niezależna Oficyna Wydawnicza, Warszawa 1993;
  • Richard Bellamy, Citizenship. A Very Short Introduction (2008), Oxford University Press;
  • Eric Cortelessa, „If He Wins. How Far Trump Would Go”, „TIME”, May 27, 2024;
  • Immanuel Kant, Rozprawy z filozofii historii, przeł. T. Kupś, D. Pakalski, A. Grzeliński, M. Żelazny, Wydawnictwo ANTYK, Kęty 2005;
  • Erin Manning, „Beyond Accommodation: National Space and Recalcitrant Bodies”, „Alternatives” nr 25(2000), ss. 51-74.
  • Adam Tooze, „Chartbook 283 Trump, trade, capital controls and the future of the dollar: the Lighthizer-Pettis connection”, „Chartbook”, May 14, 2024.

„NIEDZIELA CIĘ ZASKOCZY„ to cykl OKO.press na najspokojniejszy dzień tygodnia. Chcemy zaoferować naszym Czytelniczkom i Czytelnikom „pożywienie dla myśli” – analizy, wywiady, reportaże i multimedia, które pokazują znane tematy z innej strony, wytrącają nasze myślenie z utartych ścieżek, zaskakują właśnie.

;
Agata Czarnacka

Filozofka polityki, tłumaczka, działaczka feministyczna i publicystka. W latach 2012-2015 redaktorka naczelna portalu Lewica24.pl. Była doradczynią Klubu Parlamentarnego SLD ds. demokracji i przeciwdziałania dyskryminacji oraz członkinią Rady Polityczno-Programowej tej partii. Członkini obywatelskiego Komitetu Ustawodawczego Ratujmy Kobiety i Ratujmy Kobiety 2017, współorganizatorka Czarnych Protestów i Strajku Kobiet w Warszawie. Organizowała również akcję Stop Inwigilacji 2016, a także obywatelskie protesty pod Sejmem w grudniu 2016 i styczniu 2017 roku. Stale współpracuje z Gazetą Wyborczą i portalem Tygodnika Polityka, gdzie ma swój blog poświęcony demokracji pt. Grand Central.

Komentarze