Prawa autorskie: Slawomir Kaminski / Agencja Wyborcza.plSlawomir Kaminski / ...
28 października 2022

Korupcja – wada genetyczna PiS. Ma ono w DNA jedynie bajdurzenie o układach

Mateusz Morawiecki twierdzi, że walka z korupcją jest w DNA Prawa i Sprawiedliwości. Stwierdzenie to jest równie groteskowe co nazwa tej partii - pisze dr hab. Grzegorz Makowski, ekspert w dziedzinie polityki antykorupcyjnej

W czerwcu 2022 roku premier Morawiecki stwierdził na konferencji: „W naszym DNA jest walka z korupcją, dlatego dbamy o właściwe wykorzystanie środków unijnych”. Wypowiedź ta padła w kontekście rosnących obaw o to, że Polska mogła nie otrzymać pieniędzy nie tylko z Krajowego Planu Odbudowy (KPO) po pandemii COVID-19. W czasie, gdy powstawał ten tekst, było już wiadomo, że pieniądze z KPO szybko nie popłyną (jeśli w ogóle). Wypłaty z unijnych funduszy spójności, również były zagrożone. Wypowiedź premiera była natomiast typową dla niego półprawdą.

PiS-owskie bajki o walce z korupcją

Prawdą jest, że jak dotąd Polska jest w gronie państw unijnych, które dobrze radzą sobie z wydatkowaniem środków UE. Wynika to chociażby z cyklicznych raportów OLAF (Europejskiego Urzędu ds. Zwalczania Nadużyć Finansowych).

Tyle że te dobre oceny zawdzięczamy zdecentralizowanej redystrybucji funduszy unijnych. To samorządy w dużym stopniu bezpośrednio lub pośrednio odpowiadają za to, jak wykorzystane są unijne pieniądze i jak dotąd radzą sobie z tym dobrze. Lokalni politycy i urzędnicy wiedzą doskonale, że dzięki wolnemu od korupcji wydatkowaniu unijnych funduszy nie tylko poprawią sytuację mieszkańców, ale zbudują też swój własny, dobrze pojęty kapitał polityczny. Premier nie był łaskaw o tym wspomnieć. Sam natomiast, w imię trzymania się na stołku i ochrony interesu swojej partii, woli trwonić unijne pieniądze na kary za niewykonywanie wyroków TSUE (Trybunału Sprawiedliwości UE).

Całkowitą nieprawdą jest natomiast teza jakoby walka z korupcja była w DNA Prawa i Sprawiedliwości. Stwierdzenie to jest równie groteskowe co nazwa tej partii.

PiS w DNA ma co najwyżej bajdurzenie o układach, kastach i wojowaniu z korupcją. Owszem w 2005 roku PiS przyszedł do władzy, pod hasłami walki z korupcją. Prezentowanie się wówczas w ten sposób, na tle rządu SLD-PSL obciążonego licznymi skandalami, w tym sławną „aferą Rywina”, było stosunkowo łatwe. Wbrew pozorom, strategia ta przyniosła jednak umiarkowane efekty. PiS wygrał wtedy wybory, ale z poparciem blisko 27 proc. przy frekwencji nieco ponad 40 proc. Miał więc słaby mandat, niedający możliwości samodzielnego rządzenia. Partia Kaczyńskiego musiała paktować z Samoobroną Andrzeja Leppera i Ligą Rodzin Polskich Romana Giertycha.

Z szumnych zapowiedzi walki z korupcją zostało niewiele. PiS stworzył Centralne Biuro Antykorupcyjne, które szybko okazało się niczym więcej jak tylko wykonawcą partyjnych rozkazów Kaczyńskiego. Jego pierwszy szef, dzisiejszy Minister Spraw Wewnętrznych i Administracji, chcąc wylansować się na bohatera walki z korupcją, wszczynał sprawy przeciwko lekarzom, celebrytom i politykom ówczesnej opozycji. Większość z nich skończyła się banalnymi zarzutami i śmiesznymi wyrokami, uniewinnieniami lub po prostu niczym. Najlepszym podsumowaniem pseudopolityki antykorupcyjnej PiS z tamtego okresu jest fragment uzasadnienia wyroku uniewinniającego posłankę PO Beatę Sawicką. Sąd stwierdził oceniając bezprawną prowokację CBA wobec posłanki, że: „Demokratyczne państwo ze swej istoty wyklucza […] testowanie uczciwości obywateli. […] Postępowanie takie jest cechą i praktyką państwa totalitarnego”.

Kwintesencją rzekomo „antykorupcyjnego DNA” PiS była próba kupienia posłanki Renaty Beger przez Adama Lipińskiego, ówczesnego ministra w rządzie PiS. Została ona uwieczniona na nagraniu, na którym Lipiński proponuje Beger stanowiska publiczne w zamian za przejście do PiS. Transfer się nie udał. Kompromitujące nagranie zostało upublicznione. Rząd PiS upadł w atmosferze skandalu w 2007 roku.

Ostatecznym bankructwem tej pseudopolityki antykorupcyjnej było skazanie w pierwszej instancji Mariusza Kamińskiego i jego współpracowników w 2015 roku za przekroczenie uprawnień, czyli za jedno z typowych przestępstw korupcyjnych.

Dziś można tylko żałować, że nikt za to wszystko nie został pociągnięty do odpowiedzialności. Mariusza Kamińskiego i jego kumpli w kontrowersyjnym trybie ułaskawił jego partyjny kolega Andrzej Duda, zaraz po tym jak objął funkcję prezydenta RP.

Poszerzanie pola korupcji

Trudno też bronić tezy o tym jakoby PiS miał walkę z korupcją w swoim DNA, patrząc na programy tej partii z 2014 i 2019 roku. Polityka antykorupcyjna jest w tych dokumentach prawie nieobecna. W wyborach, w 2015 i 2019 roku partia Kaczyńskiego postawiła na program socjalny. Korupcja pozostała jedynie wygodnym narzędziem do atakowania opozycji lub osób, czy podmiotów nieprzyjaznych PiS-owi.

Byłoby nie najgorzej, gdyby PiS wykazywał jedynie bierność w sferze walki z korupcją. Niestety jednak wykazuje się dużą aktywnością w poszerzaniu dla niej pola i jej konserwowaniu. Zanim wskażę kilka najbardziej rażących tego przykładów, przypomnę, czym w ogóle jest korupcja.

Przy każdej okazji podkreślam, że korupcja to nie tylko przestępstwo. To zjawisko społeczne wykraczające poza ramy kodeksu karnego. Jedną z najlepszych definicji korupcji przedstawił Robert Kligaard. Określił ją równaniem: C (corruption) = M (monopoly) + D (discrectionality) - A (accountability).

Korupcja to monopol władzy plus uznaniowość decyzji minus rozliczalność (w tym niezbędną dla rozliczalności transparentność). W tym ujęciu łatwo dostrzec, że korupcja nie tylko nie musi być przestępstwem, ale może być na przykład metodą sprawowania władzy.

Mając powyższe na uwadze, wspomnę, że impulsem do napisania tego tekstu był poselski projekt ustawy o legalności działań organów gminy zaangażowanych w organizację wyborów prezydenckich w 2020 r. (druk sejmowy nr 2716). Łatwo go podstawić pod wzór Klitgaarda. Już sam tytuł tego projektu jest podejrzany i sugeruje, że ustawodawca chce zalegalizować czegoś, co jest ewidentnie nielegalne. Dodatkowo okoliczności wniesienia tego projektu bez wcześniejszych zapowiedzi, na koniec 63. posiedzenia sejmu, w formie projektu poselskiego czynią tę inicjatywę jeszcze bardziej kontrowersyjną.

W dużym skrócie ta jednostronicowa ustawa wprowadza przepis mówiący o tym, że władze samorządowe, które w związku z niedoszłymi, prezydenckimi „wyborami kopertowymi”, kosztującymi nas podatników ponad 70 mln zł, zostaną zwolnione z odpowiedzialności karnej za przekazanie danych osobowych wyborców Poczcie Polskiej. Decyzją Mateusza Morawieckiego i Jacka Sasina Poczta miała być instytucją odpowiedzialną za przeprowadzenie wyborów kopertowych. Pomysł ten był podyktowany dążeniem obozu władzy do jak najszybszego odnowienia mandatu prezydenta Dudy. PiS obawiał się, że jego spadające notowania, w związku z pandemią i nieporadnością rządu w zarządzaniu tym kryzysem, uniemożliwią mu reelekcję. I to był główny motyw rządzących, a nie tak jak twierdzą w uzasadnieniu do rzeczonego projektu, troska o interes publiczny. PiS sam sobie wykreował ten problem, nie wprowadzając w związku z pandemią stanu wyjątkowego, co umożliwiłoby przesunięcie wyborów zgodnie z konstytucją.

Wspomniany projekt jest niczym więcej jak próbą zalegalizowania bezprawia – przestępstw, które zostały już potwierdzone prawomocnymi wyrokami sądów.

To też przykrywka dla wcześniejszych bezprawnych ingerencji w proces wyborczy. Wszak we wrześniu 2020 roku Wojewódzki Sąd Administracyjny w Warszawie stwierdził, że premier, polecając przygotowanie wyborów wyłącznie korespondencyjnych, naruszył konstytucyjne zasady równości, bezpośredniości i tajności wyborów. Wkroczył też w kompetencje Państwowej Komisji Wyborczej, która była jedynym organem państwa uprawnionym do jakichkolwiek działań w związku z wyborami.

Wspomnijmy też, że jeszcze przed realizacją tych bezprawnych działań prokurator Ewa Wrzosek próbowała wszcząć śledztwo w tej sprawie. Zostało ono umorzone w kilka godzin, a wobec prokurator Wrzosek wszczęto dyscyplinarkę i prawdopodobnie w ramach retorsji za to właśnie działanie poddano ją później inwigilacji niesławnym systemem Pegasus.

Z czysto prawnego punktu widzenia sprawa wyborów kopertowych będzie mieć w przyszłości swój dalszy ciąg. Pozostaje otwarte pytanie chociażby o przekroczenie uprawnień przez premiera Morawieckiego i ministra Sasina. Dowody na to oraz na inne nadużycia mogłaby zebrać tylko niezależna od nacisków politycznych prokuratura i ocenić niezawisły sąd. Ale nawet gdyby miało się okazać, że wszystko odbyło się lege artis to i tak były to ewidentne próby manipulowania procesem wyborczym. Wybory kopertowe były obliczone na utrzymanie monopolu władzy. Decyzja o ich organizacji w taki, a nie inny sposób była uznaniowa, bo naruszała kompetencje innych organów. A przywołany tu projekt legalizujący bezprawne działania samorządów jest po prostu sposobem na uniknięcie rozliczalności. To korupcja w czystej postaci, pasująca jak ulał do wzoru Klitgaarda.

Legalizowanie korupcji

Nie jest to pierwszy raz, kiedy PiS podejmuje podobne korupcjogenne inicjatywy. W środku sierpnia 2020 roku, w „trybie poselskim”, na szybko i bez konsultacji, PiS przedłożył projekt, który zawierał przepis mówiący, iż: „Nie popełnia przestępstwa, kto w celu przeciwdziałania COVID-19 narusza obowiązki służbowe lub obowiązujące przepisy, jeżeli działa w interesie społecznym i bez naruszenia tych obowiązków lub przepisów podjęte działanie nie byłoby możliwe lub byłoby istotnie utrudnione”. Gdyby ten przepis wszedł w życie, nawet najbardziej rażące decyzje i działania urzędników, polityków mogłyby pozostać bezkarne, jeśli tylko ta, czy inna osoba wykazałaby, że podjęła je w celu przeciwdziałania pandemii. Projekt tych przepisów upadł, nie znalazł bowiem wystarczającego poparcia nawet w samym klubie PiS.

Niedługo po tej porażce grupa posłów PiS złożyła wniosek do Trybunału Konstytucyjnego o zbadanie zgodności z Konstytucją przepisów dotyczących przekroczenia uprawnień, niedopełnienia obowiązków i szkód w obrocie gospodarczym, w kontekście działania w stanie wyższej konieczności. Zmierza on ustanowienia automatycznego wyłączenia odpowiedzialności karnej polityków i urzędników za te przestępstwa, jeśliby były one popełniane w imię ochrony zdrowia publicznego. Tymczasem prawo przewiduje już możliwość uniknięcia odpowiedzialności karnej na przestępstwo, ze względu na to, że działało się w stanie wyższej konieczności. Tyle że ocena, czy osoba łamiąca prawo działała faktycznie w stanie wyższej konieczności, zależy dziś od decyzji niezwisłego sądu. PiS chciałby sądy pozbawić tej kompetencji, a więc dąży do obniżenia standardów rozliczalności władzy wykonawczej.

Póki co przepisy o bezkarności urzędników nie zostały uchwalone. Trybunał nie zajął się też wspomnianym wnioskiem dotyczącym rozszerzenia formuły działania w stanie wyższej konieczności. Ale już wcześniej przepisami tzw. ustaw COVID-owych obóz władzy wprowadził do obrotu prawnego korupcjogenne przepisy, zwalniające z odpowiedzialności karnej i dyscyplinarnej osoby pełniące funkcje publiczne, które przekroczyły uprawnienia lub naruszyłyby dyscyplinę finansów publicznych w związku z przeciwdziałaniem pandemii COVID-19.

To właśnie dzięki tym przepisom odpowiedzialni za zakupy wadliwych maseczek od instruktora narciarstwa, czy respiratorów od handlarza bronią, wartych setki milionów złotych, unikają jakiejkolwiek odpowiedzialności. Pandemia okazała się idealnym lekarstwem na nadużycia władzy.

Równie cudownym remedium PiS na korupcję miała być ogłoszona, z hukiem w lipcu 2021 roku partyjna uchwała o przeciwdziałaniu nepotyzmowi (tzw. uchwała sanacyjna). Kaczyński przedstawił ten groteskowy dokument podczas kongresu PiS. Uchwała miała rzekomo ukrócić przypadki nepotyzmu w szeregach partii, które „rzucają cień na całą formację” – jak zapisano w uzasadnieniu. Ta inicjatywa rodem z komuny skompromitowała się równie szybko, jak została ogłoszona. Uchwała zawierała bowiem tak szerokie wyjątki od reguł, które miała wprowadzać, że zasadniczo zamiast „delegalizować” nepotyzm, de facto go „legalizowała”. Opinia publiczna nigdy nie została poinformowana, wobec kogo ta uchwała została ostatecznie zastosowana, a komu i dlaczego udało się uniknąć denepotyzacji.

Gen korupcji

Wspomniane sytuacje to tylko niektóre przykłady tego, w jaki sposób PiS zamiast prowadzić walkę z korupcją, robi coś dokładnie odwrotnego. Na koniec, warto wspomnieć swoistą wisienkę na tym korupcjogennym torcie.

Pod koniec października 2022 roku PiS przedstawił projekt ustawy tworzącej mechanizm, który pozwoliłby utrzymać się jego partyjnym nominatom we władzach spółek skarbu państwa przez kolejne sześć lat. Znów był to projekt poselski, aby uniknąć konsultacji społecznych i uchwalić go jak najszybciej. Przewidywał on stworzenie Rady ds. Bezpieczeństwa Narodowego. Ciało to, powoływane na sześcioletnią kadencję byłoby zdominowane przez PiS. Bez zgody Rady nie można byłoby zmienić składu organów zarządzających najważniejszych spółek skarbu państwa (np. ORLEN-u, czy innych spółek energetycznych). Ale pod pretekstem dbania o bezpieczeństwo i stabilność zarządzania w tych firmach PiS dążył po prostu do zabezpieczenia swoich partyjnych łupów i interesów finansowych, na wypadek przegrania wyborów w 2023 roku.

Świadczy o tym fakt, że od 2015 roku PiS-owi kompletnie nie zależało na stabilności tych firm. W licznych przypadkach kompetencje osób zarządzających państwowymi firmami pozostawiały wiele do życzenia. Ich nominacje były podyktowane przede wszystkim względami partyjnymi, a nie interesem publicznym. Skład ich zarządów i rad nadzorczych zmieniano nawet kilka razy w roku – w zależności od tego, jaka frakcja w obozie rządzącym zyskiwała lub traciła na znaczeniu.

Póki PiS nie widział w sondażach zagrożenia utratą władzy, nie podejmował żadnych inicjatyw zmierzających do ustabilizowania sytuacji państwowych firm. Przez cały okres rządów traktował je jako zasobnik synekur dla swoich działaczy.

W ten sposób PiS nie tylko utrwalił istniejący już wcześniej system łupów politycznych, który z lubością krytykował jako korupcjogenny, będąc wcześniej w opozycji. Więcej – wydatnie go rozwinął, przejmując prywatne firmy, banki lub tworząc nowe podmioty, które za automatu przechodziły pod kontrolę partii. A tą ustawą próbował go zabetonować na lata.

Wspomniany projekt po kilku dniach został wycofany, wobec sprzeciwu Solidarnej Polski, której politycy poczuli się zapewne dyskryminowani przy kolejnej próbie podziału łupów. Niewykluczone jednak, że pomysł ustawowego zabetonowania partyjnych wpływów, podobnie jak w przypadku projektów dotyczących bezkarności urzędniczej, wróci jeszcze przed końcem kadencji w nowej postaci. Wedle gomułkowskiej zasady „władzy raz zdobytej nigdy nie oddamy”. Ale nawet jeśli by nie wrócił, to już sam fakt, że w ogóle się pojawił, pokazuje dobitnie, jak obłudna jest postawa partii Kaczyńskiego wobec korupcji.

Wszystkie zmiany dotyczące sądów i prokuratury, niejednokrotnie wprowadzane z naruszeniem konstytucji są przecież także elementem budowania systemu sprawowania władzy, który jest na wskroś skorumpowany wedle definicji Klitgaarda. To system, w którym monopol władzy ma władza wykonawcza, gdzie decyzje publiczne mogą być podejmowane w całkowicie dyskrecjonalny, a nawet nieformalny sposób (na tzw. „Nowogrodzkiej”), poza kontrolą opinii publicznej i pozostałych władz – ustawodawczej i sądowniczej, w dużym stopniu podporządkowanych rządowi. To system, w którym nie tylko nie ma możliwości rozliczenia afer dotyczących obozu władzy, dlatego że nie istnieje w nim niezależna politycznie prokuratura, ale w którym korupcję i bezprawie po prostu się legalizuje.

W ten sposób PiS, konsekwentnie, od początku objęcia władzy buduje coś, co w literaturze naukowej nazywa się „wielką korupcją” (grand corruption). To układ, w którym elity władzy tak kształtują ustrój państwa (naginając, obchodząc lub łamiąc prawo lub legalizując bezprawie), żeby zapewnić sobie uprzywilejowany dostęp do zasobów publicznych – pieniędzy, stanowisk, praw i swobód.

Za tę wielką korupcję obozu władzy, której efektem jest m.in. dyletancka polityka gospodarcza, inflacja, czy konflikt z Unią Europejską skutkujący zamrożeniem funduszy unijnych, płacimy dziś wszyscy. Jeśli więc cokolwiek PiS ma w swoim DNA to gen korupcji.

Udostępnij:

Grzegorz Makowski

Doktor habilitowany socjologii, adiunkt w Kolegium Ekonomiczno-Społecznym SGH, ekspert forumIdei Fundacji im. Stefana Batorego. Zajmuje się między innymi zagadnieniem korupcji i polityki antykorupcyjnej, problematyką społeczeństwa obywatelskiego i organizacji pozarządowych. Autor książek, artykułów naukowych i publikacji prasowych.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne