Wskazanie w liście Episkopatu, że antysemityzm jest nie do pogodzenia z chrześcijaństwem, wzbudziło w polskim kościele żarliwą obronę antyjudaistycznej tradycji. Brak reakcji biskupów jest milczącym przyzwoleniem na katolicki antysemityzm.
Ten tekst pisałem w chrześcijańskim Wielkim Tygodniu, który w pamięci żydowskiej zapisał się jako czas szczególnego wzmożenia antyżydowskich wystąpień w krajach o dominującej obecności chrześcijan. Pisaliśmy o tym z Arturem Nowakiem w książce „Antysemickie chrześcijaństwo”, którego jednym z głównych bohaterów jest francuski historyk żydowskiego pochodzenia Jules Isaac, który w Zagładzie stracił całą rodzinę i sam unikną śmierci tylko przez czysty przypadek.
To właśnie Jules Isaac, próbując zrozumieć źródła nienawiści wobec Żydów, zwrócił uwagę, że nauczanie pogardy wobec Żydów sięga samych początków, bo samego Nowego Testamentu. Dopiero niedawno jego głos dotarł również do polskiego czytelnika dzięki przekładowi książki Normana C. Tobiasa, „Żydowskie sumienie Kościoła. Jules Isaac a Drugi Sobór Watykański”.
W polskim kontekście niezwykle ważna jest książka amerykańskiego teologa katolickiego o polskich korzeniach Ronalda Modrasa, „Kościół katolicki i antysemityzm w Polsce w latach 1933-1939”, w której autor sporządził swoistą antologię tekstów antysemickich powstałych w Polsce już po dojściu Hitlera do władzy.
Ich autorami byli głównie duchowni katoliccy, z których wielu działało również po drugiej wojnie światowej. Niektórzy do dzisiaj znajdują chętnych czytelników.
Modras, obserwując zachowania antysemickie Polonii w USA, chciał zrozumieć skąd one się biorą. Istotnym wymiarem stosunków polsko-żydowskich jest prawdziwy wysyp publikacji na temat postaw Polaków wobec Żydów w czasie Holocaustu, który zapoczątkowało wydanie w 2000 roku książki Jana Tomasza Grossa „Sąsiedzi”.
Budziły one i budzą żywy społeczny odzew, jednak udział Kościoła katolickiego w tej debacie jest dość dyskretny, a księża którzy się weń angażowali, spotykali się zwykle ze środowiskowym ostracyzmem, czego najbardziej znanymi przykładami był jezuita Stanisław Musiał i nadal jest ks. Wojciech Lemański.
Tak więc można powiedzieć, że zmiana paradygmatu, jaka się dokonała w postrzeganiu relacji polsko-żydowskich w Polsce i odejście od nauczania pogardy wobec judaizmu i Żydów w Watykanie, nie dotarło do polskiego kleru katolickiego, a krytyczne spojrzenie na własną tradycję jest zupełnie obce nadwiślańskim teologom i publicystom.
Wystarczy wspomnieć chociażby o reakcji na książkę ks. Eligiusza Piotrowskiego na temat zmartwychwstania, która została odrzucona jako rozprawa habilitacyjna przez komisję teologiczną, która dopatrzyła się w niej herezji i braku wierności tradycji katolickiej.
Pisaliśmy o tym z Tomaszem Polakiem na łamach „Gazety Wyborczej” w sierpniu 2024 roku. Jak dotąd sprawa jest niezakończona. Można więc powiedzieć, że mimo ogłoszenia w 1965 roku na Soborze Watykańskim II deklaracji „Nostra aetate”, która była wyrazem wręcz kopernikańskiego zwrotu w stosunku katolicyzmu wobec innych religii, w tym zwłaszcza judaizmu, nie doszło do zmiany świadomości polskich katolików, którzy tego wyraźnie nie zauważyli.
Dopiero w tym kontekście staje się przynajmniej częściowo zrozumiały opór wobec listu Episkopatu z 22 marca, o którym będzie jeszcze mowa, a który zawiera przecież same oczywistości znane w kościele przynajmniej od 60 lat.
Jednak nie wszędzie opór wobec krytycznego myślenia jest tak skuteczny. Oto Ross Douthat, konserwatywny katolicki publicysta „New York Timesa”, poświecił najnowszej książce Barta Ehrmana długą rozmowę na temat „Czy Jezus powstał z martwych?”.
Ehrman to jeden z najbardziej wpływowych biblistów amerykańskich, który w kolejnych publikacjach pokazuje Biblię jako księgę pełną sprzeczności i wskazuje na niemożność pogodzenia jej wierzeń z racjonalna krytyka tekstu.
Dotyczy to zwłaszcza postaci Jezusa, zdaniem Ehrmana wyjątkowo zniekształconej w przekazie historycznym. Poświecił tej kwestii osobną książkę „Przeinaczanie Jezusa: kto i dlaczego zmieniał Biblię”.
W Polsce podobne stanowisko zajmowała filozofka Helena Eilstein, w książce ciągle zbyt mało czytanej „Biblia w ręku ateisty”, w której skrupulatnie odnotowała sprzeczności w przekazach biblijnych.
Tytuł najnowszej książki Ehrmana „Kochaj obcego. Jak nauczanie Jezusa zmieniło moralną świadomość Zachodu” (Love Thy Stranger: How the Teachings of Jesus Transformed the Moral Conscience of the West ), to głos w toczącej się aktualnej debacie w USA na temat polityki migracyjnej administracji Trumpa.
Jednak zasadniczym tematem rozmowy (można ją odsłuchać na portalu NYT, gdzie jest jej transkrypcja) jest odejścia Ehrmana od chrześcijaństwa i niemożność wiary w zmartwychwstanie Jezusa w oparciu o ewangeliczne przekazy.
Co ciekawe, Douthat, mimo swoich konserwatywnych poglądów, pozwolił Ehrmanowi przedstawić długi proces odchodzenia od fundamentalistycznych pozycji protestanckich aż do agnostycyzmu nie kwestionując logiczność jego wywodu.
Mimo swego agnostycyzmu Ehrman broni tezy, że chrześcijaństwo wyrosło z judaizmu, a nauczanie Jezusa jest z jednej strony zakorzenione w tej religii, a z drugiej dokonało swoistej uniwersalizacji jej głównego przykazania miłości bliźniego.
Jest to szczególnie widoczne w przypowieści o miłosiernym Samarytaninie, kiedy to właśnie pozostający w nieprzyjaznych stosunkach z Żydami Samarytanin okazuje miłosierdzie nieznanemu mu bliżej poszkodowanemu. Tymczasem kapłan spieszący do wypełniania obowiązków świątynnych, podobnie jak Lewita przechodzą obok nieznanego obojętnie.
Krótko mówiąc chrześcijaństwo wyrosło bezpośrednio z judaizmu i bez odniesień do religii matki (to wyrażenie rabina Abrahama Joshui Heschla z jego słynnego eseju „Żadna religia nie jest samotną wyspą” nie można go w ogóle zrozumieć.
W tym kontekście awantura jaka wybuchła w Polsce, zwłaszcza w kręgu prawicowych publicystów i niektórych księży w związku z listem Episkopatu Polski poświęconego właśnie sprawie dialogu chrześcijańsko-żydowskiego, budzi zdumienie, tym bardziej, że zwykle listy Episkopatu przechodziły bez echa, budząc co najwyżej zniecierpliwienie, że biskupi „znowu o tym samym”.
Tym razem było inaczej. Ja sam również byłem zaskoczony, choć powody mojego zaskoczenia są nieco odmienne niż komentatorów liberalnych mediów i otwartych katolików. Dlatego na początku chciałbym jasno określić moje stanowisko z jakiego przyglądam się ciągle toczącej się debacie, której rychłego końca raczej trudno się spodziewać. Dzieje się tak również dlatego, że jej korzenie sięgają znacznie głębiej i dalej niż wspomniany list.
Nieskromnie powiem, że głównym powodem jest moja ekspercka wiedza na temat toczącej się debaty. Źródłem mojej wiedzy są nie tylko rozległe lektury i liczne publikacje, ale przede wszystkim aktywny udział w dialogu chrześcijańsko-żydowskim przynajmniej od 1985 roku, czyli od mojego powrotu ze studiów teologicznych we Włoszech, a może nawet kilka lat wcześniej.
Po odejściu z zakonu jezuitów w 2005 roku nie zaprzestałem tej działalności, wręcz przeciwnie, stała się ona jeszcze bardziej intensywna, ale już nie w imieniu instytucji, tylko w moim własnym. Mogę więc bez przesady powiedzieć, że od 40 lat przedmiot obecnego sporu jest częścią mojego życia, a jego główni uczestnicy są mi nie tylko dobrze znani, ale wielu z nich jest moimi przyjaciółmi lub oponentami w rozpoczętej cztery dekady temu rozmowie.
I jeszcze jedno istotne dopowiedzenie, mimo że mam doktorat z teologii, to nie uważam siebie za teologa, tylko za antropologa kultury i na religię i toczące się wokół niej dyskusję patrzę właśnie z tej perspektywy.
Co więcej, już dwa lata temu publicznie zaznaczyłem swój dystans nie tylko wobec katolicyzmu, ale również wobec chrześcijaństwa i określam swój światopogląd jako agnostycki. Zainteresowanych odsyłam do eseju „Dlaczego nie jestem katolikiem?”, w którym wskazałem przyczyny mojego rozejścia z instytucjonalną formą religii, w tym szczególnie właśnie katolicyzmu.
Przypomnę tylko racje odnoszące się do katolickiej teologii, która przez swoją arogancję w podtrzymywaniu religijnego ekskluzywizmu zawsze budziła mój sprzeciw, również w czasach, gdy byłem jezuitą. Zdaję sobie sprawę, że dla wielu to nie brzmi wiarygodnie, przede wszystkim dlatego, że przez tak długi czas byłem przecież twarzą katolicyzmu polskiego. Nic na to nie poradzę, mogę jedynie zachęcić do lektury poniższego tekstu, który być może choć w części wyjaśni moje stanowisko.
Jednym z najważniejszych głosów w toczącej się debacie jest głos ks. Waldemara Chrostowskiego. Nie tylko wybitnego biblisty i autora wielu publikacji na temat Biblii, ale również aktywnego uczestnika toczącej się w Polsce debaty na temat dialogu chrześcijańsko-żydowskiego. Lista jego dokonań jest imponująca i nikt nie może kwestionować jego kompetencji i solidnego przygotowania do toczącej się z nowym impetem debaty.
Zaskakuje natomiast jego dystans do dialogu, którego przez lata był twarzą. Opisałem zmiany w poglądach na ten temat dialogu chrześcijańsko-żydowskiego Chrostowskiego już w 2009 roku w eseju „Dialog chrześcijańsko-żydowski z Zagładą w tle”, w którym określiłem go jako „Reprezentatywny głos polskiego katolicyzmu”.
Pisałem, że jego poglądy rozpisane szczegółowo można znaleźć w formie programowej w wykładzie wygłoszonym 5 marca 2001 r. na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie „Drogi i bezdroża dialogu katolicko-żydowskiego”.
Został on najpierw opublikowany na łamach tygodnika „Niedziela” 10 czerwca 2001 r., a następnie wielokrotnie przedrukowany. Bez trudu można go znaleźć również w Internecie. Tezy tego tekstu stały się zatem ‘klasyczne’ i są ważnym punktem odniesienia dla polskich katolików, zwłaszcza dla katolickiego kleru.
Od tamtego czasu jego poglądy znacznie się zradykalizowały, a wpływy pogłębiły. Doszło do tego, że przy okazji jubileuszowej rozmowy na łamach Katolickiej Agencji Informacyjnej, oficjalnego organu prasowego Episkopatu, 6 lutego 2026 roku Chrostowski określił ten dialog sarkastycznie jako parodię „Dialog chrześcijańsko-żydowski w Polsce jest parodią”.
Wprawdzie już kilka dni później, 10 lutego, ks. prof. Andrzej Perzyński na portalu „Więzi” opublikował zdecydowaną polemikę z tezami Chrostowskiego, pisząc, że „Nazywanie dialogu chrześcijańsko-żydowskiego »parodią« przekracza granicę przyzwoitości”.
Jednak zabrakło w tekście Perzyńskiego prób zrozumienia wolty, jaka się dokonała w poglądach Chrostowskiego. Jeszcze bardziej radykalne stanowisko, również na portalu KAI zaprezentował 13 lutego ks. prof. Waldemar Rakocy, ogłaszając sążnisty artykuł „Żydzi potrzebują Chrystusa tak samo jak reszta ludzkości”.
Również i w tym wypadku z odsieczą ruszył Perzyński, publikując 19 lutego na tym samym portalu tekst „Miłość Boga do Izraela to fundament nadziei chrześcijańskiej”. Redakcja wyraźnie doszła do wniosku, że temat został wyczerpany i ogłosiła, że nie zamierza publikować więcej tekstów.
Tymczasem, moim zdaniem, sprawa nawet się nie rozpoczęła, o czym świadczy chociażby histeryczny wprost atak red. Pawła Lisickiego na list Episkopatu tuż przed jego planowanym odczytaniem w polskich kościołach w niedzielę 22 marca. Otóż 20 marca redaktor Lisicki obwieszcza, że biskupi w liście dopuścili się „skandalicznej herezji" i postawił dramatyczne pytanie „Czy Episkopat opublikuje szokujący list o wybraniu Izraela?”, wyrażając jednocześnie nadzieję (jak się wydaje wcale nie płonną), że większość księży zwyczajnie ten list zbojkotują i go nie odczytają w kościołach.
Krok dalej poszła redakcja czasopisma „Pedagogika Katolicka” publikując na swojej stronie w dziale „Aktualności” 27 marca apel ks. Benjamina Sęktasa „prostującego” błędy rzeczonego listu Episkopatu. Jak widać ks. Perzyński pozostał osamotniony w swojej walce z coraz bardziej gwałtownym oporem wiernych przed „herezją Rysia” (autorem listu Episkopatu jest właśnie kardynał Ryś jako przewodniczący Komitetu KEP ds. Dialogu z Judaizmem).
Udzielając 3 kwietnia wywiadu dziennikarce „Gazety Wyborczej” Małgorzacie Skowrońskiej i pytany o różne ciemne strony katolicyzmu kardynał Grzegorz Ryś wybrał jedynie słuszną strategię, przyznał bowiem, że to „nasza, biskupów, wina. Nas i naszego Kościoła”.
Warto pójść tym tropem i zastanowić się na czym tak naprawdę ta wina polega i czy wyznania krakowskiego metropolity coś zmienia w polskim kościele katolickim. Ryś przypomina radę, jakiej mu udzielił papież Franciszek: „Nie rozmawiaj z ludźmi, którzy tobą manipulują”.
I dodał, że tego się trzyma. Ja też. Problem niewątpliwie polega na tym, co każdy z nas rozumie pod pojęciem manipulacji. Moim zdaniem takim wysoce manipulacyjnym dyskursem jest dyskurs religijny. Zostajemy socjalizowani do przyjmowania tego, co mówią ludzie wierzący, bo przeważnie wśród takich przychodzimy na świat i się wychowujemy.
Głosem szczególnie autorytatywnym jest głos przywódców religijnych, od katechety poczynając na papieżu kończąc. Jesteśmy zmuszani by nie tylko brać za dobra monetę, co mówią, ale by traktować naszą religię za jedyną drogę do zbawienia, a wszelkie z niej zboczenie, za prostą drogę do zatracenia.
Przywołane w tym tekście wypowiedzi teologów i publicystów (a to zupełnie cząstkowy wybór) tak radykalnie wyrażających sprzeciw wobec kilku zupełnie oczywistych z punktu zdrowego rozsądku zdań w liście Episkopatu, jest zapisem katolicyzmu fundamentalistycznego i pozbawionego myślenia krytycznego.
Zachęta, by odwiedzić synagogi, uznać judaizm za uprawnioną drogę religijną dla ich wyznawców i wskazanie, że antysemityzm jest nie do pogodzenia z chrześcijaństwem, wzbudziło tak żarliwą obronę tradycji, która przez niemalże dwa tysiące lat mówiła coś zupełnie innego, powinno dać do myślenia przede wszystkim biskupom i księżom.
To nic innego przecież niż tylko kontynuacja zachowań większości polskich katolików wobec nielicznych śmiałków, którzy próbowali wprowadzić do katolickiego dyskursu tych kilka oczywistości w ostatnich dziesięcioleciach.
Bo to oni przecież byli gwałtownie atakowani, wykluczani ze wspólnoty, ośmieszani i stygmatyzowani jako heretycy, zdrajcy, zaprzedani żydowskim mocodawcom i sam Bóg wie, co jeszcze.
Wtedy zabrakło głosu solidarności biskupów i potępienia mowy nienawiści. Byłem blisko tych praktyk stosowanych wobec Stanisława Musiała, który był krytykowany przez samych jezuitów i swoich przełożonych, a ks. Chrostowski uczynił go przedmiotem swoich systematycznych ataków.
To samo widziałem w zachowanych księży wobec ks. Wojciecha Lemańskiego. Doszedłem do wniosku, że w takiej instytucji nie można prowadzić spokojnych badań naukowych nie mówiąc już o ich upublicznieniu. Dlatego zdecydowałem się na jej opuszczenie i tego kroku nie tylko nie żałuje, ale jestem szczęśliwy, że go na czas podjąłem.
Ogłoszony 12 marca list Episkopatu upamiętniający 40 rocznice wizyty Jana Pawła II 13 kwietnia 1986 roku w rzymskiej synagodze uważam za gest spóźniony i niewystarczający.
Polscy katolicy zbyt długo i zbyt systematycznie byli karmieni treściami nie tylko niezgodnymi z treścią tego listu, ale wręcz z nim sprzecznymi. Trudno się wiec dziwić, że to nie kardynał Ryś czy ksiądz Perzyński są bohaterami zbiorowej wyobraźni katolickiej, ale księża Chrostowski, Rakocy czy Sektas.
Ale tu nie chodzi tylko o kler atakujący soborowe nauczanie kościoła w sprawie stosunku katolików do judaizmu i Żydów. Chodzi tu też o grupę dziennikarzy, polityków i działaczy samorządowych skupionych wokół mediów redemptorysty z Torunia. Ale nie tylko.
Wystarczy wspomnieć Pawła Lisickiego, który nie tylko stworzył własne środowisko wokół tygodnika DoRzeczy, ale sam stał się jednym z głównych dostarczycieli tekstów publicystycznych, które regularnie przybierały kształt opasłych książek, w których propaguje ekskluzywizm soteriologiczny oparty na teologii konfrontacyjnej i pełnej języka wykluczenia i nienawiści.
Nie tylko nigdy nie został z tej działalności rozliczony, ale znajdował i znajduje wśród teologów pochlebców, którzy nie tylko wysoko cenią jego pisarstwo, ale chwała go za odwagę i bezkompromisowość.
Trudno się więc dziwić, że z taką pewnością siebie ogłasza, że list Episkopatu jest wyrazem „skandalicznej herezji” bo nie zgadza się z jego własną „teologią”. Takich ośrodków jest oczywiście znacznie więcej i to one wszystkie razem wzięte sprawiają, że głos kardynała Rysia pozostanie głosem wołającego na puszczy.
Dzieje się tak również dlatego, że przeciwnicy dialogu z judaizmem dysponują szerokim dostępem do mediów, które kreują alternatywna rzeczywistość wzbudzając niekłamany entuzjazm rosnącej liczby konsumentów. Przykładem niemal dwugodzinna rozmowa Bogdana Rymanowskiego ze wspomnianym Lisickim, którą opatrują komentatorzy entuzjastycznymi uwagami.
Solidny artykuł Michała Okońskiego w „Tygodniku Powszechnym” przedstawiający stanowisko Kościoła katolickiego przeszedł bez echa. I to jest najlepszy komentarz o stanie debaty na ten temat w Polsce.
Teolog, historyk, antropolog kultury, profesor nauk humanistycznych, profesor zwyczajny Uniwersytetu Warszawskiego, były jezuita, wyświęcony w 1983 roku. Opuścił stan duchowny w 2005 roku, wcześniej wielokrotnie dyscyplinowany i uciszany za krytyczne wypowiedzi o Kościele, Watykanie. Interesuje się miejscem religii we współczesnej kulturze, dialogiem międzyreligijnym, konsekwencjami Holocaustu i możliwościami przezwyciężenia konfliktów religijnych, cywilizacyjnych i kulturowych.
Teolog, historyk, antropolog kultury, profesor nauk humanistycznych, profesor zwyczajny Uniwersytetu Warszawskiego, były jezuita, wyświęcony w 1983 roku. Opuścił stan duchowny w 2005 roku, wcześniej wielokrotnie dyscyplinowany i uciszany za krytyczne wypowiedzi o Kościele, Watykanie. Interesuje się miejscem religii we współczesnej kulturze, dialogiem międzyreligijnym, konsekwencjami Holocaustu i możliwościami przezwyciężenia konfliktów religijnych, cywilizacyjnych i kulturowych.
Komentarze