Kurtz to jedna z najbardziej ponurych postaci literackich i filmowych, aczkolwiek o dwóch życiorysach. Ten z „Jądra ciemności” Conrada to okrutny handlarz kością słoniową w Kongo, ten z filmu „Czas Apokalipsy” to amerykański pułkownik-renegat na granicy Wietnamu i Kambodży
„Groza!”, kwitował Kurtz swój upadek i brutalne kolonialne praktyki w „Jądrze ciemności” Josepha Conrada.
Mówiąc o wojennych koszmarach i pogruchotanej psychice płk Kurtz w „Czasie apokalipsy” przywoływał obraz ślimaka pełznącego po ostrzu brzytwy.
To nie jest czysta książkowa i filmowa fikcja: niezależnie, w Kongo czy w Wietnamie, postać Kurtza miała przerażające odpowiedniki w realnym świecie.
Ten z opowiadania „Jądro ciemności” (1899) Josepha Conrada to handlarz kością słoniową. Kierownik – jak można się domyślić – belgijskiej stacji handlowej w kolonialnym Kongo.
Inny jest Kurtz z „Czasu apokalipsy” (1979), filmu Francisa Forda Coppoli zainspirowanego prozą polskiego pisarza. To amerykański pułkownik-renegat operujący na granicy wietnamsko-kambodżańskiej.
Obu łączy pochodzenie z dobrego domu, wielkie ambicje, a potem okrucieństwo i szaleństwo, doprowadzające wręcz do syndromu boga.
„Matka jego była na wpół Angielką, ojciec – na wpół Francuzem. Cała Europa złożyła się na Kurtza”, czytamy w „Jądrze ciemności”. Kiedy Międzynarodowe Towarzystwo Tępienia Dzikich Obyczajów powierzyło mu opracowanie referatu, zaczął „od dowodzenia, że my, biali, na osiągniętym przez nas szczeblu rozwoju musimy z natury rzeczy wydawać się im (dzikim) istotami nadnaturalnymi”.
Referat kończył zaś ręczny dopisek Kurtza: „Exterminate All the Brutes!” – co można przetłumaczyć jako „Wytępić wszystkie te bestie!” lub jeszcze dosadniej jako „Wytępić całe to bydło!”. Ogrodzenie zrobione z nabitych na pale głów „buntowników” czy odgrywanie roli bóstwa wśród miejscowych świadczyły, że stracił wszelkie zahamowania.
On i jego współpracownicy skwitowali świat, który stworzył, jako ohydę, horror, zgrozę. Biznes jednak się kręcił: podejmując w ramach kolonialnej eksploatacji nieludzkie działania – tak straszne, że obłudna wiktoriańska moralność kazałaby je zmilczeć – kierownik Kurtz „przysyłał tyle kości słoniowej, co wszyscy inni razem wzięci”.
Z kolei w „Czasie apokalipsy”, którego scenariusz napisali Francis Ford Coppola oraz John Milius, Kurtz to świetnie wykształcony amerykański oficer, który podczas wojny wietnamskiej porzucił wysokie sztabowe stanowisko i wstąpił do sił specjalnych. Zajmował się wojną psychologiczną i działaniami wśród Degarów, plemion żyjących w głębi wietnamskiej dżungli.
Narastał jego konflikt ze sztabem. „Szkolimy młodych mężczyzn, aby zrzucali na ludzi napalm, ale dowódcy nie pozwalają im pisać słowa »fuck« na samolotach, bo jest ono nieprzyzwoite!”, sarkał.
W końcu zwierzchnicy stracili nad nim kontrolę, a on podejmował coraz okrutniejsze – lecz zarazem skuteczne – operacje. „Widziałem grozę”, opowiadał Kurtz, „Groza ma twarz i musisz się z nią zaprzyjaźnić. Horror i terror są twoimi przyjaciółmi [...] Trzeba mieć ludzi, którzy są moralni, a jednocześnie potrafią wykorzystać swoje pierwotne instynkty, by zabijać bez osądzania. Bez oceny. Ponieważ to one nas pokonują”.
Znamienne, że przy tworzeniu postaci Kurtza zarówno Conrad, jak i scenarzyści „Czasu apokalipsy”, nie opierali się tylko na własnej wyobraźni.
Józef Konrad Korzeniowski, emigrant z rozdartej zaborami Polski, nim został pisarzem Josephem Conradem, służył na morzu. Ambitny i ciekawy świata, po kilku latach dalekich rejsów pod brytyjską banderą zdał egzamin kapitański. W 1890 roku belgijska spółka zaangażowała go do pracy na parowcu na rzece Kongo.
Jak pisał w biografii pisarza Zdzisław Najder, perspektywa afrykańskiej przygody „roznieciła najwidoczniej dawne zainteresowania Korzeniowskiego, podsycane ostatnio przez falę sensacyjnych wiadomości o wnętrzu Afryki, związanych z wyprawą Henry’ego Mortona Stanleya, podjętą w celu odnalezienia Emina Paszy”. Mehmed Emin Pasza to właściwie Eduard Schnitzer – Niemiec, który młode lata spędził w Opolu, Nysie i Wrocławiu, a potem został podróżnikiem, wrogiem islamskich mahdystów i agentem wpływów Berlina.
Z kolei Walijczyk Henry Morton Stanley to jeden z najsłynniejszych eksploratorów afrykańskiego interioru. Przez lata pracował dla króla Belgów Leopolda II Koburga, który opętany był wizją krociowych zysków na handlu kością słoniową.
Cel Conrada – dorzecze rzeki Kongo – na mocy ustaleń konferencji berlińskiej (1884-1885), która podzieliła Afrykę między europejskich kolonizatorów, stanowił prywatną własność właśnie Leopolda II. Król Belgów obiecywał przeprowadzenie „humanitarnej misji” pod płaszczykiem Międzynarodowego Towarzystwa Badań i Cywilizowania Afryki na słabo jeszcze znanych lub niezbadanych przepastnych terenach. W rzeczywistości chodziło jednak o pieniądze.
Kiedy Conrad wyruszał do Afryki, z Konga wywożono głównie kość słoniową, ale już za chwilę miał nastąpić boom na kauczuk. Polak wciąż jednak mógł wierzyć w mrzonki o cywilizacyjnej misji Leopolda II, a z jego listów przebijało przede wszystkim niezadowolenie Europejczyka z niewygód w tropikach.
Niewykluczone, że oczy otworzył mu Roger Casement, poznany w Kongo brytyjski dyplomata irlandzkiego pochodzenia, autor późniejszego raportu o skandalicznych kolonialnych praktykach w Kongo, niebywałym okrucieństwie i niewolniczym wyzysku. Po latach, już po publikacji „Jądra ciemności”, Conrad pisał znajomemu o Irlandczyku: „On mógłby Ci powiedzieć niejedno! Rzeczy, o których starałem się zapomnieć; rzeczy, o których nigdy nie wiedziałem”.
Kolonizatorzy narzucali Afrykańczykom obowiązkowe dostawy kości słoniowej, a za niespełnienie tego żądania karali obcinaniem rąk, chłostą, nasyłaniem wrogich plemion. Najder komentuje w biografii Conrada: „Zamiast romantyzmu odkryć i przygód znalazł ostrą konkurencję o handel i wpływy, organizację nastawioną na umożliwienie szybkich i dużych zysków. W miejsce dziewiczej przyrody znajdował na lądzie groteskowe przemieszanie żywiołowej, eksplodującej krwistą zielenią pierwotności z kanciastymi wytworami importowanej techniki i architektury. [...] Symbolem pokracznej, a zyskownej europejskiej penetracji mógł być sam stateczek, blaszane pudło o niezdarnych kształtach, zionące dymem, drgające, warczące, kruche i bardzo korzystnie eksploatowane”.
Afrykańskie wspomnienia już na zawsze kojarzyły się pisarzowi z „obrzydliwą świadomością najnikczemniejszej walki o łup, jaka kiedykolwiek splamiła sumienie ludzkości i historię odkryć geograficznych”.
Powstaje pytanie, czy jakaś konkretna postać zainspirowała Conrada przy tworzeniu postaci Kurtza. Tak jak przy pisaniu powieści „Szaleństwo Almayera” – którą rozpoczął w 1889 roku, a więc tuż przed wypłynięciem do Konga, zaś wydał w 1895 roku. Pierwowzorem tytułowego bohatera był holenderski przedsiębiorca Willems Olmeijer, poznany na Borneo.
Conradolodzy wskazują, że w rękopisie „Jądra ciemności” znajduje się nazwisko Klein, później zmienione na Kurtz. Czy przypadkiem? Niejaki Georges-Antoine Klein mógł zapaść w Kongu pisarzowi w pamięci. Ten dwudziestosiedmioletni Francuz, agent handlowy, zachorował i zmarł na pokładzie parowca Roi des Belges, kierowanego przez Conrada. Klein znaczy po niemiecku „mały”, zaś kurz to „krótki”. Nawiązanie w nazwisku Kurtz wydaje się oczywiste. Z tym że niewiele o Kleinie i szczegółach jego działalności wiadomo – może opowiadał o tym Conradowi, zanim zmarł?
Inną hipotezę przedstawiła Hannah Arendt w swoich „Korzeniach totalitaryzmu”. Stwierdza tam, że pierwowzorem Kurtza mógł być Niemiec Carl Peters. Ten wszechstronnie wykształcony wykładowca filozofii został współzałożycielem Towarzystwa Kolonizacji Niemieckiej (1884), po czym wyjechał do Afryki.
Na własną rękę pozyskiwał ziemie od miejscowych wodzów. Ostatecznie zyskał wsparcie Berlina i tak powstała Niemiecka Afryka Wschodnia (dziś to tereny Tanzanii, Rwandy i Burundi). Chorobliwie ambitny, Peters mówił, że „ma dosyć zaliczania go do pariasów i chce należeć do rasy panów”. W 1891 roku został komisarzem Rzeszy w regionie Kilimandżaro.
Po paru latach rozeszły się wieści o maltretowaniu przez niego tragarzy, seksualnym wykorzystywaniu kobiet, tyrańskim sprawowaniu władzy. Stracił na popularności i podał się do dymisji (Notabene rehabilitowali Petersa naziści: jego rasistowskie i antybrytyjskie poglądy wpasowały się w ich ideologię; na cześć okrutnika nazwali okręt i nakręcili w 1941 roku propagandowy film historyczno-przygodowy „Carl Peters”).
Inna hipoteza mówi, że pierwowzór Kurtza stanowił major Edmund Barttelot. Ten szlachetnie urodzony i dobrze wykształcony Brytyjczyk wziął udział w misji ratunkowej Stanleya, poszukującego Emina Paszy. Zamiast pomóc, postradał zmysły. Zerwał kontakty z wpływowym arabskim handlarzem niewolników, który pomagał w wyprawie, a sam wśród Afrykańczyków nie umiał sobie radzić.
Nienawidził miejscowych. Dźgał ich zaostrzoną laską, zakuwał w kajdany, bił dzieci, w przypływie szaleństwa ugryzł kobietę. Kiedy ubzdurał sobie, że ktoś go truje, wybatożył na śmierć jednego z podejrzanych. Miarka się przebrała, gdy pewnego ranka przystawił rewolwer do głowy kobiecie, która ośmieliła się bić w bęben i śpiewać. Potem zaczął ją bić i kopać w brzuch. Zareagował wówczas mąż zaatakowanej i zabił szalonego majora.
To jednak nie wszystko. Na liście „podejrzanych” są także:
Zdaniem dziennikarza i historyka Adama Hochschilda, autora słynnej książki „Duch króla Leopolda” o ludobójstwie w Kongo, szczególną inspirację dla Conrada mógł stanowić belgijski kapitan Léon Rom. Wspomina o nim także inny dziennikarz i historyk, Sven Lindqvist, w nie mniej słynnej książce „Wytępić całe to bydło”.
Rom był przykładem człowieka z belgijskiej prowincji, kiepsko wykształconego i wykonującego nudną urzędniczą pracę, który wybił się w czasach belgijskiej kolonii – Wolnego Państwa Kongo. Poczuł zew przygody, ale też zrealizował pragnienia o bogactwie i wolności – a właściwie nieskrępowanej zasadami samowoli.
Do udekorowania ogrodzenia kwietnika przed swoim afrykańskim domem użył głów dwudziestu jeden buntowników, ściętych podczas wysłanej przez niego karnej ekspedycji wojskowej. Pisała o tych brutalnych praktykach brytyjska prasa w 1897 i 1898 roku. Jeśli Conrad to czytał, mógł sobie przypomnieć Roma z czasów własnego pobytu w Kongu. Niewykluczone bowiem, że ich drogi przecięły na początku sierpnia 1890 roku na stacji w Leopoldville.
„W dzienniku Conrada nie ma wpisu z 2 sierpnia, a w notesie Roma, gdzie wykaligrafowane są skrupulatnie wszystkie najazdy i kampanie, mogące przynieść mu kolejny medal, brak wzmianki o jakiejś wyprawie poza Leopoldville. Gdyby Rom był na miejscu, z pewnością powitałby karawanę europejskich przybyszów, gdyż w tamtym czasie w Leopoldville i Kinszasie mieszkało na stałe tylko kilkudziesięciu białych ludzi, a pojawienie się nowych było wydarzeniem niecodziennym. Nigdy nie dowiemy się, czy Rom i Conrad rozmawiali, a jeśli tak, to o czym”, zastrzega Hochschild.
Wygląda więc na to, że nie sposób podać jednego pierwowzoru Kurtza z „Jądra ciemności”. Równie dobrze może być zlepkiem różnych postaci. Nazwiskiem nawiązuje do Kleina, po Barttelocie może mieć szaleństwo, po Hodisterze – żądzę kości słoniowej, po Voulecie – brak zahamowań przed ludobójstwem, po Fiévezie – sadyzm, po van Kerckhovenie – metodyczność, śladem Roma demonstracyjnie nabija na pal ludzkie głowy przed własną siedzibą, a śladem Jamesona – porzuca naukę dla fascynacji mrocznymi zakamarkami ludzkiej duszy...
Nawet tylko kilka z tych postaci wystarczyłoby wyobraźni Conrada do wykreowania Kurtza.
Jak pisał Rob Lemkin w artykule „Meet Mr Kurtz” na łamach literackiego dodatku do The Times (10 września 2021), o pierwowzorze Kurtza rozmawiali nawet Francis Ford Coppola i Marlon Brando, szykując się do kręcenia własnej wersji opowieści Conrada w „Czasie apokalipsy”. Ponoć doszli do wniosku, że najwięcej Kurtz zawdzięczał Kleinowi.
A co z ich „Czasem apokalipsy”?
Twórcy filmu żyli w już innym świecie niż Conrad. W czasach amerykańskiej czkawki po wojnie wietnamskiej, gdy studenckie ideały i hipisowskie marzenia zderzyły się z realiami „brudnej wojny”, pokazywanej z bliska telewizyjnymi kamerami. W epoce, w której miejsce europejskiego kolonializmu zajął interwencjonizm USA. A okrucieństwa handlarzy kością słoniową zastąpiono nalotami dywanowymi, „operacjami psychologicznymi” (PsyOps) oraz masakrami cywilów. Jaki w tym świecie był pierwowzór pułkownika Waltera E. Kurtza – poza książkowym Kurtzem Conrada?
Współautor scenariusza John Milius chciał w czasach wojny wietnamskiej wstąpić do marines i jechać na front, jednakże został odrzucony ze względu na astmę. Z żołnierzami tylko wspólnie surfował. Zostało mu też zamiłowanie do broni. Jeszcze w czasach studiów na kalifornijskiej uczelni filmowej myślał o nakręceniu obrazu o Wietnamie.
Obserwując hipisów z antywojennymi przypinkami „Nirvana Now” („Chcemy nirwany” czy też „Czas na nirwanę”), przekornie wyobraził sobie symbol atomowego grzyba z hasłem „Apocalypse Now”. Tak powstał tytuł przyszłego filmu.
Milius zbierał opowieści od znajomych weteranów. Przydała mu się zwłaszcza znajomość z Fredem Rexerem, który później opowiadał twórcom „Czasu apokalipsy” o okrucieństwach zarówno Vietcongu, jak też CIA, jakich rzekomo sam był świadkiem.
Z biografii „Godfather: The Intimate Francis Ford Coppola” – autorstwa filmoznawcy i jezuity prof. Gene'a D. Phillipsa – wynika, że pułkownik Kurtz najwięcej ma jednak z pułkownika Roberta Rheaulta z sił specjalnych.
W czasie, gdy Milius pracował nad scenariuszem, oficer stanął przed sądem za zabójstwo wietnamskiego przewodnika, którego podejrzewał o bycie podwójnym agentem. Przy okazji procesu pułkownika Zielonych Beretów media donosiły, że siły specjalne USA były zaangażowane w polityczne spiski i działania partyzanckie. Te bezlitosne metody walki, podejrzliwość i inicjatywa przechodząca w samowolę miały też cechować Waltera E. Kurtza.
Niezależnie od Rheaulta, dużo wspólnego z filmowym Kurtzem zdaje się mieć niejaki Anthony A. Poshepny, lepiej znany jako Tony Poe. Wielokrotnie odznaczany, walczył w II wojnie światowej i w Korei. Już jako agent CIA miał szkolić antykomunistów w Tajlandii, przygotowywać zamach stanu w Indonezji i organizować ucieczkę Dalajlamy z Tybetu w 1959 roku. Następnie w trakcie konfliktu wietnamskiego z ramienia CIA szkolił w Laosie lud Hmongów do walki z siłami Vietcongu.
Krążyły niestworzone opowieści o prowadzonych przez Poego operacjach specjalnych, wojnie psychologicznej i aktach czystego szaleństwa. W 2001 roku w rozmowie z dziennikarzem Richardem S. Ehrlichem, specjalizującym się w sprawach Azji, Poshepny potwierdził plotkę, że pozwolił swoim laotańskim partyzantom nabić na pal ludzką głowę i rzucać w nią kamieniami. Chciał w ten sposób podsycić w nich antykomunistyczny zapał. Dwukrotnie zrzucał też obcięte ludzkie głowy z samolotu na domostwa wrogów. Amerykańscy oficjele, którzy o tym wiedzieli, tłumaczyli to odstraszaniem żołnierzy północnowietnamskich.
Poe potwierdził też, że jego bojownicy zbierali odcięte uszy wrogów, a on za nie płacił. Zmitygował się, dopiero, gdy zobaczył laotańskie dziecko bez uszu – okazało się, że ojciec je okaleczył, by dostać nagrodę. Poe nie lubił jednak być kontrolowany. W odpowiedzi na takie próby wysłał torbę wypełnioną ludzkimi uszami do ambasady USA, wywołując panikę w sekretariacie placówki.
Coppola i Milius nigdy nie potwierdzili, by wyczyny Poego miały wpływ na ich „Czas apokalipsy”. Może ten „prawdziwy Kurtz” dopiero czeka na swój film.
Dziennikarz i autor książek. Był redaktorem naczelnym magazynu „Focus Historia”, zajmował się m.in. historycznymi śledztwami. Publikował artykuły m.in. w „Przekroju”, „Ciekawostkach historycznych” i „Tygodniku Powszechnym”. Autor kryminałów retro, powieści z dreszczykiem i książek popularyzujących historię.
Dziennikarz i autor książek. Był redaktorem naczelnym magazynu „Focus Historia”, zajmował się m.in. historycznymi śledztwami. Publikował artykuły m.in. w „Przekroju”, „Ciekawostkach historycznych” i „Tygodniku Powszechnym”. Autor kryminałów retro, powieści z dreszczykiem i książek popularyzujących historię.
Komentarze