Prawa autorskie: Agnieszka Sadowska / Agencja GazetaAgnieszka Sadowska /...
30 grudnia 2021

"Leczymy uchodźców" - kryzys humanitarny na granicy oczami pomagających medyków [RAPORT]

“Większość osób, którym dajemy jeść i pić, ma odruchy wymiotne (...) mają podrażnienia trzustki – z głodu i przez to, że pili brudną wodę”. Publikujemy najważniejsze fragmenty raportu opartego na relacjach medyków pracujących na Podlasiu.

Chociaż szczyt kryzysu humanitarnego na granicy obserwowaliśmy w październiku tego roku, to końcem grudnia ludzie nadal pokonują granicę polsko-białoruską i potrzebują pomocy medycznej lub chociaż ciepłego schronienia. A największe mrozy dopiero przed nami.

“Kryzys humanitarny przy granicy polsko-białoruskiej jest wydarzeniem bez precedensu w najnowszej historii Polski. Przede wszystkim dlatego, że można mu było zapobiec, gdyby tylko zastosowano już istniejące procedury, w tym dopuszczenie do procedury uchodźczej” - stwierdzają autorki raportu “Leczymy uchodźców”, który opublikowały początkiem grudnia 2021.

Dokument powstał na podstawie rozmów z pracownikami podlaskich placówek medycznych, ale także ogólnodostępnych źródeł (m.in. tekstów publikowanych na łamach OKO.press).

Autorkami raportu są dr Marta Jadwiga Pietrusińska – socjolożka i edukatorka równościowa, adiunktka na Uniwersytecie Warszawskim oraz aktywistka, która od 14 lat pracuje z i na rzecz migrantów, oraz Natalia Gebert – kulturoznawczyni, działaczka na rzecz uchodźców i edukatorka, założycielka fundacji. Dom Otwarty.

Zebrane w raporcie wypowiedzi pracowników i pracowniczek służby zdrowia oraz mieszkańców Podlasia pokazują, że państwo w obliczu kryzysu na granicy i kolejnej fali COVID-19 zostawiło szpitale same sobie. Z pomocą przyszli wolontarisze/ki, którym jednak nierzadko brakowało przeszkolenia. Również pracownice/ki szpitali zaczęli nieść nie tylko opiekę medyczną, ale też pomoc humanitarną.

“Pojawienie się Straży Granicznej w podlaskich szpitalach stanowi dla medyków kolejne wyzwanie, ponieważ nie ma jednej, uniwersalnej procedury podejmowania współpracy pomiędzy placówkami medycznymi a Strażą Graniczną” - wynika z raportu. Praca w takich warunkach odbiła się w ogromnym stopniu na tych, którzy ratowali i ratują życie i zdrowie ludzi na granicy.

Dane i wnioski, które wynikają z raportu to kolejny dowód na to, że potrzebne są natychmiastowe rozwiązania systemowe w związku z kryzysem humanitarnym na granicy. Niestety, możemy w ciemno założyć, że żadnej reakcji ze strony rządu nie będzie.

Wielokrotnie pisaliśmy o tym, w jak tragicznym stanie są uchodźcy i migrantki, błąkający się nawet tygodniami po podlaskich lasach. Towarzyszyliśmy też aktywistom i aktywistkom w interwencjach oraz grupie Medycy na Granicy. Rozmawialiśmy też z lekarzami i lekarkami czy dyrektorami lokalnych szpitali.

Czytaj teksty OKO.press o granicy tutaj.

Skala potrzeb, skala pomocy

Zacznijmy od twardych danych. Rejon przygraniczny jest obsługiwany jest przez 15 placówek szpitalnych i 17 zespołów ratownictwa medycznego stacjonujących w 11 miejscach.

Jak wynika z danych zebranych w raporcie,

od połowy sierpnia do 22 listopada 2021 na Podlasiu hospitalizowano łącznie 506 migrantów i uchodźczyń. Wśród nich 110 miały stanowić osoby niepełnoletnie, 389 osób było w wieku 18-60 i tylko siedmioro pacjentów/pacjentek miało więcej niż 60 lat.

W tym okresie przeprowadzono też niemal 500 interwencji zespołów ratownictwa medycznego, pomocą objęto 492 osoby, z czego 310 zostało hospitalizowanych. W 8 przypadkach, jak wynika z danych raportu, odmówiono wysłania karetki z powodu braku nagłego zagrożenia zdrowotnego.

Inaczej prezentują się dane resortu zdrowia. W grudniu 2021 wiceminister zdrowia Waldemar Kraska mówił, że od początku sierpnia do grudnia miały miejsce 163 wyjazdy zespołów ratownictwa medycznego w województwie podlaskim. W ramach tych interwencji udzielono pomocy 191 migrantom, głównie z Iraku, Syrii, Afganistanu, Jemenu i Iranu.

Początkiem grudnia publikowaliśmy na łamach OKO.press wnioski i dane z raportu Grupy Granica i tam mamy do czynienia ze znacznie wyższymi liczbami osób w podlaskich lasach, które wymagały pomocy. Przypomnijmy, że tylko w październiku 2021 Grupa otrzymała prośby o pomoc dla 3600 osób. Jeszcze we wrześniu, czyli przed szczytem kryzysu, Grupa Granica dowiedziała się o 439 migrantach i uchodźczyniach na pograniczu.

Z kolei w czasie ponad miesięcznej działalności na pograniczu, grupa Medycy na Granicy dotarła do 141 dorosłych i 78 dzieci. 21 pacjentów wymagało hospitalizacji i wyraziło na to zgodę. Zdarzało się jednak, o czym przypominają autorki raportu “Leczymy uchodźców”, że migranci/tki w poważnym stanie odmawiali wezwania karetki w obawie przed push-backami.

“Gdyby nie obecność Medyków na Granicy, ponad 200 osób w różnym stanie mogłoby zostać w ogóle bez opieki medycznej. Nawet gdyby migrantów tych odnalazła Straż Graniczna i dokonała podobnej, co Medycy na Granicy, oceny ich stanu zdrowia, osoby niewymagające hospitalizacji mogłyby zostać od razu poddane zawróceniu do linii granicy bez kontaktu z lekarzem” - czytamy w raporcie.

Kryzys humanitarny

Jedna z lekarek pracująca w terenie opowiedziała autorkom raportu o tym, do jakiego stopnia migranci i uchodźczynie boją się kontaktu z polskimi służbami.

“Mieliśmy wezwanie, chłopak miał złamaną nogę i to było złamanie otwarte. Ja nie jestem ortopedą, na tyle na ile potrafiłam to nastawiłam nogę, ale myślę, że zrobiłam to źle. Chłopak był w strasznym bólu, ale odmawiał kategorycznie wezwania karetki. Chciał od nas tylko protezę i dwie kule, nawet nie wiem, czy to w jego przypadku było korzystne”.

Z kolei mieszkanka strefy relacjonowała: “Niektórzy cudzoziemcy informują, że wolą umrzeć teraz, niż biegać kolejny tydzień po lesie”.

Z informacji Medyków na Granicy, cytowanych w raporcie wynika, że nie wszystkie zespoły ratownictwa medycznego na granicy udzielają pomocy każdemu, kto tej pomocy potrzebuje:

“Notoryczne i niezgodne z prawem jest to, że zespoły medyczne wysyłane są do ludzi po zebraniu pełnego wywiadu na temat ich statusu prawnego. Nasz czas dojazdu do jednego pacjenta wyniósł godzinę. Był to pacjent w ciężkim stanie. Zadzwoniliśmy na pogotowie z prośbą o zadysponowanie najbliższego zespołu. Usłyszeliśmy, że nie jest to możliwe, bo lokalizacja jest niepewna.

My jechaliśmy godzinę do nieprzytomnego człowieka i znaleźliśmy go od razu. Osobiście dzwoniłem prosząc o wezwanie do strefy do kobiety w hipotermii. Dyspozytor odpowiedział mi: »No wie pan, ale my mamy teraz specjalną procedurę«. Ta specjalna procedura oznacza, że karetka do pacjentki jechała 2,5 godziny. Do nieprzytomnej kobiety w polskim lesie. Takie są realia systemu pomocy w Polsce. Nie pomaga każdemu, kto tego potrzebuje, tylko segreguje ludzi na lepszych i gorszych”.

Także inni medycy wspominali o problemach, jakie miewają z dyspozytorami medycznymi i wysyłaniem przez nich karetek pogotowia:

“Współpraca z dyspozytorami to jest dramat. Przykładem jest ostatnia sytuacja, kiedy dyspozytornia kazała przełożyć pacjenta z jednej karetki [Medyków na Granicy] do drugiej. I ta druga karetka czekała 40 min. (...) Z człowiekiem, który naprawdę, ja już zrobiłam na nim wszystko zewnętrzne. Oni mówili, że czekali, bo były czynności, oni czekali na panią z SG, już nie mówiąc o tym, że takiego człowieka w takim stanie nie powinno się przekładać z jednej karetki do drugiej”.

Jedna z mieszkanek strefy objętej zakazem wstępu, zaangażowana w pomoc migrantom, tak relacjonowała swoje próby wezwania pomocy: “Pani straciła przytomność, jest w ciąży. Lokalny mieszkaniec wzywa karetkę. Dyspozytor informuje, że przekazuje informację Straży Granicznej, czas dojazdu karetki może być długi, nawet powyżej 5 godzin. Mija 1,5 godziny, ani karetki, ani Straży Granicznej, stan pani coraz gorszy. Kilka kilometrów dalej podobna sytuacja - karetka 5 godzin. W ciągu doby karetka potrzebna jest jeszcze 4 razy. W trzech przypadkach nie pojawia się ani karetka, ani Straż Graniczna. Medycyna leśna, średniowieczna, modły i zaklęcia”.

O podobnym podejściu operatora numeru ratunkowego 112 informowała także Grupa Granica we wrześniu. Zgodnie z udostępnionym nagraniem rozmowy, z ust dyspozytora padły słowa „Nie ma znaczenia, czy umiera, czy nie umiera. Jest to osoba nielegalnie przebywająca w Polsce, tak?”.

Z powyższych relacji wynikają, jak zaznaczają autorki raportu “Leczymy uchodźców” dwie ważne kwestie. Po pierwsze, przyjazd zespołu ratownictwa medycznego zawsze oznacza pojawienie się Straży Granicznej, czyli potencjalne zawrócenie migrantów i migrantek na Białoruś. Dla migrantów na pograniczu, osób bez polskiego dowodu osobistego, dyspozytorzy zespołów ratownictwa medycznego mają inną procedurę niż dla pacjentów w pozostałej części kraju.

Co ważne, obawa przed wywózką na Białoruś nierzadko powstrzymuje potrzebujących przed wezwaniem pomocy. “Ratownictwo medyczne na Podlasiu stało się zatem elementem wzmacniającym kryzys humanitarny” - piszą autorki.

Po drugie, choć dostęp do pomocy medycznej jest w teorii zagwarantowany osobom pozostającym w dyspozycji Straży Granicznej, to w rzeczywistości jest zupełnie inaczej. “O ile Straż Graniczna sama nie uzna, że istnieje konieczność wezwania karetki, migrant na pomoc medyczną liczyć nie może” - czytamy.

Kryzys zdrowia

Kogo leczą podlaskie szpitale? Przed wrześniem tego roku trafiali do nich tylko nieliczni obcokrajowcy. Zazwyczaj przywoziła ich Straż Graniczna, żeby zbadać przed osadzeniem w ośrodku zamkniętym. Pojawiali się też czasem pracujące w regionie osoby z Białorusi i Ukrainy. Dziś sytuacja wygląda zupełnie inaczej.

Pierwsze osoby z krajów Bliskiego Wschodu pojawiły się w podlaskich szpitalach we wrześniu, ale były to raczej pojedyncze przypadki. “Chociaż w jednym ze szpitali we wrześniu przyjęto już 23 cudzoziemskich pacjentów, a do połowy listopada było ich łącznie około dwustu. W innej placówce, w której prowadziłyśmy rozmowy, od września przyjmowano miesięcznie po kilkunastu migrantów” - wynika z raportu.

“Po jesiennej fali COVID-19 myślałem, że nic gorszego nie może nas spotkać. Okazało się inaczej. Mamy kolejną fatalną falę pandemii, momentami brakuje miejsc, respiratory rozstawiamy już poza oddziałami intensywnej terapii, a mamy je powiększone o 100 proc. Na to nakłada się jeszcze kryzys migracyjny. Niedawno stwierdziliśmy na naszym OIOM-ie, że gdybyśmy nie mieli pandemii i konsekwencji sytuacji na granicy, na oddziale nie mielibyśmy żadnego pacjenta. To dużo mówi o tym, co się dzieje. Na tyle dużo, że trudno nam sobie wyobrazić, co jeszcze może się wydarzyć” - relacjonował jeden z medyków.

Medycy zwracają też uwagę na to, że bardzo często cudzoziemcy trafiają do nich licznymi grupami i w bardzo różnym stanie. Duża część z tych osób potrzebuje tylko do miejsca ogrzania się, ale często otrzymują pomoc dopiero, gdy są już w stanie hipotermii, również tej ciężkiej, zagrażającej życiu. Hipotermia jest też przyczyną poronień u kobiet.

Częste są też przypadki odwodnienia i niedożywienia czy zatruć pokarmowych. “Większość osób, którym dajemy jeść i pić, ma odruchy wymiotne (...) mają podrażnienia trzustki – z głodu i przez to, że pili brudną wodę” - wspominała jedna z lekarek.

Zdarzają się również urazy kończyn dolnych, m.in. tzw. stopa okopowa, w której pojawiają się zmiany martwiczo-ropne powstałe na skutek wychłodzenia, urazów i wilgoci - to przypadłość typowa dla żołnierzy przebywających w okopach i, jak się okazuje, dla ludzi przebywających w podlaskich lasach. “Zdarzają się ludzie bez butów, bo zabrali je im pogranicznicy. Po przejściu boso kilkunastu kilometrów mają sączące się rany, martwicę” - czytamy w raporcie.

Inne przypadłości to: urazy kończyn, wybroczyny, obrzęki, skręcenia kostek, złamania, zmiażdżenia kości twarzoczaszki, sporadyczne pogryzienia przez psa oraz pobicia, których migranci doznali po białoruskiej stronie, bardzo nieliczne, jednostkowe przypadki COVID-19.

“Była informacja, że jest grupa w lesie i jest tam pacjentka z cukrzycą i właściwie nie wiadomo co z tą cukrzycą i ja pojadę ocenić jej stan. No więc z duszą na ramieniu pojechałam, bo nie jestem kandydatką na bohaterkę narodową. Wleźliśmy w ten las. Było ciemno, zimno, jakimś cudem trafiliśmy do tej grupy. No leżała kobieta okutana w ileś warstw jakiś tam śpiworów, za bardzo nie można było zapalić światła. Była tak wyziębiona, tak odwodniona, nawet pomiar cukru z palca stanowił problem, bo tam się nie dało nic wycisnąć, tak czy inaczej, nie była w stanie wstać, no więc trzeba było z tego lasu wynieść, co też zrobiliśmy” - mówiła jedna z pracowniczek podlaskiego szpitala.

Dużym dylematem moralnym okazuje się wypisywanie uchodźców i migrantek ze szpitala: “Miewałam takie sytuacje, że przychodził [funkcjonariusz SG] i mówił: zabieramy i papiery nas nie interesują. Tak jak w szpitalu wojewódzkim, że lekarz trzyma z władzą, bo nikt nie wychodzi z hipotermii 30-stopniowej w kilka godzin. Jeszcze ten człowiek miał zapalenie płuc”.

Kryzys psychiczny

Wielu z migrantów i uchodźczyń jest w bardzo złym stanie psychicznym - są straumatyzowani, panicznie boją się kolejnej wywózki na Białoruś. Z tego powodu często nie decydują się prosić o pomoc medyczną, co doprowadza ich organizm do tragicznego stanu.

Jedna z medyczek w rozmowie z autorkami raportu wspomniała o sytuacji, w której wiadomość o wypisie pchnęła mężczyznę do próby samobójczej: “Mówił, że byli bracia, którzy zmarli u niego na rękach po stronie białoruskiej i on się strasznie bał”.

“Praktycznie każda osoba, z którą rozmawialiśmy, mówiła, że trafiają do nich osoby osłabione, zdezorientowane i wystraszone, które spędziły w lesie po kilka, kilkanaście dni, w sytuacji ogromnego stresu. Część z tych osób doświadczyła przemocy lub innych traumatycznych sytuacji” - czytamy.

Jak twierdzi jeden z medyków na co dzień pracujący z migrantami: “Wszyscy błagają o jedno: »Żebym tylko nie wrócił tam« (...) Tam, czyli na Białoruś. Mówią: »Wolimy umrzeć, niż wrócić tam za drut«. Bo oni dzielą świat na ten przed drutem granicznym i za nim”.

Jak wynika z raportu, pomimo złego stanu psychicznego uchodźczyń i migrantów, nie otrzymują w szpitalach odpowiedniej opieki psychiatrycznej. Również mężczyzna, który podjął próbę samobójczą w podlaskim szpitalu, nie został objęty opieką psychiatry.

Jak powiedziała w wywiadzie z autorkami podlaska lekarka: “Są i psychologowie i psychiatrzy, gdzie był zgłoszony ten przypadek i niezrozumiała jest dla mnie postawa lekarza, po prostu nie rozumiem, że nawet nie spróbował. Stwierdził, że jest bariera językowa, że jest za krótki czas, żeby coś stwierdzić, że musiałby go obserwować przez jakiś czas, żeby stwierdzić, czy ma depresję czy nie (...) Zostawię to dalej bez komentarza”.

W przeprowadzonych przez autorki wywiadach, ale także w ogólnodostępnych materiałach przewija się kwestia silnego obciążenia szpitali personelu w związku z nałożeniem się kryzysu humanitarnego na kolejną falę epidemii. Jak relacjonował pracownik jednego ze szpitali: “Jesteśmy w ciągłym alercie, bo tak się składa, że nasz szpital jest najbardziej covidowym w całym województwie, tak procentowo, że nawet bardziej niż ten tutaj w Białymstoku, właściwie wszystkie oddziały zostały zakowidowane”.

Inny lekarz dodaje: “Ogólnie praca w szpitalu jest ciężka przez pandemię, teraz w tym momencie mamy pozamykane szpitale ościenne, pacjenci są u nas i jest przeładowanie. I nie przez uchodźców, bo dochodzą do nas takie brzydkie słowa, że są miejsca dla uchodźców, a nie ma dla mieszkańców. I to nie jest prawdą, bo przyjmujemy wszystkich, którzy potrzebują pomocy. Niestety ludzie są okrutni. Niestety pandemia w obecnej chwili nas rozłożyła, to nie uchodźcy”.

Jak więc dwa kryzysy naraz odbijają się na zdrowiu psychicznym podlaskich medyków?

Jedna z lekarek stwierdziła: “To, co dzieje się w szpitalu, jest bardzo obciążające psychicznie (...) Jak mówi się o stu uchodźcach na granicy, to jest to anonimowa grupa. A ja te wszystkie twarze pamiętam. Wszystkie. I pamiętam ich historie”. Inny medyk mówił z kolei: “Od 2 miesięcy pracujemy w szpitalu na najwyższych obrotach. Obciążenie jest wielkie, także psychiczne. Cały czas czuję wzrok przywożonych do nas dzieci, proszących o pomoc”.

Kolejny głos: “Czuje się fatalnie, mając świadomość, że kilkanaście/kilkadziesiąt kilometrów stąd w lasach znajdują się ludzie. Nie wiadomo w jakiej liczbie, wiadomo, że w złym stanie. Jest to sytuacja, która delikatnie mówiąc męczy. Nikt nie spodziewał się, że będzie w czymś takim. Jest pewna bezradność. Robimy to, co możemy wobec tych ludzi, którzy się pojawią, cała reszta dzieje się poza nami. To, co możemy wkładamy w tych ludzi, którzy trafiają do nas, całą naszą energię i wysiłek, żeby każdy z nich doszedł w najlepszym możliwym stanie i nawet, żeby jego wspomnienia były jego wspomnienia stąd były jakieś takie ludzkie, przyzwoite, fajne”.

Jak wnioskują autorki raportu, dla medyków najbardziej obciążająca jest właśnie świadomość, że duża część ludzi, którym pomagają, jest wywożona do lasu i przepychana na białoruską stronę granicy.

“Miałam pacjentkę, której nawet nie przytuliłam na koniec. To było ponad moje siły. Wiedziałam, że ona nie trafi do żadnego ośrodka. Było mi tak ciężko, że musiałam wyjść. Nie oglądać się, tylko wyjść. Najgorsza jest ta beznadziejność. Przecież pomaganie i leczenie to jest mój zawód. A ja wiem, że człowiek, któremu właśnie pomogłam, nie ma szans. I to mnie przeraża. Bo oni nas ciągle proszą: »Tylko nie Białoruś. Tylko nie Białoruś«”. - relacjonuje pracowniczka służby zdrowia.

“Ci, którzy od nas wychodzą ze szpitala, oni nie są uratowani na pewno.... Ale pojawiły się też głosy przeciwne: Myślę, że w większości przypadków pobyt w szpitalu jest dla tych ludzi ratunkiem, bo oni w tym momencie muszą zaistnieć, jako człowiek z imienia i nazwiska, z numeru paszportu i to nie jest ktoś, kto jest łapany, wsadzany na ciężarówkę i wywożony i który w ogóle nie istnieje nigdzie” - opisuje z jeden z medyków.

Kryzys relacji

Medycy zapytani o to, jak kryzys humanitarny zmienił ich życie najczęściej mówili, że praca pochłania cały ich czas, co odbija się negatywnie na relacjach rodzinnych.

Jedna z medyczek opowiadała z kolei o tym, jak kryzys humanitarny podzielił lekarską społeczność i relacje w pracy: “Była taka sytuacja z moim ostatnim pacjentem. że tam lekarzem był mój wieloletni kolega. I ja go zobaczyłam i mówię: »proszę, pomóż, wydrukuję tylko pełnomocnictwo, ja dam te pełnomocnictwa i już mnie nie ma«, a on po prostu odwrócił się i poszedł (...)

Wydawałoby się, że znasz człowieka tyle lat. Byłam w szoku. to jest lekarz, który dostał kiedyś nagrodę jakiegoś najlepszego lekarza w Białymstoku. To w ogóle jest strasznie obciążające psychiczne. I myślę sobie, że będzie więcej osób w takim stanie emocjonalnym”.

Z powodu braku wsparcia ze strony rządu, część mieszkańców i mieszkanek strefy stanu wyjątkowego organizowało oddolnie pomoc humanitarną dla migrantów i migrantek. Co ważne, nie wszyscy zostali przeszkoleni przez Grupę Granica czy Fundację Ocalenie, wiele z nich uczyło się niesienia pomocy humanitarnej “na żywym organizmie”.

“Krótkie szkolenie nie jest w stanie przygotować kogoś do tak trudnej pracy. Osoby pracujące na co dzień na obszarach konfliktów zbrojnych czy klęsk żywiołowych szkolą się latami. Dlatego więc wielu lokalnych aktywistek i aktywistów mierzy się z ogromnym psychicznym wyzwaniem” - komentują autorki raportu.

Jak mówiła jedna z aktywistek: “Zaobserwowałam u tych osób leśnych, którzy byli od samego początku zaangażowani, że średnio po dwóch tygodniach działalności ci ludzie absolutnie wymagają wycofania, że po pierwsze nie dają rady fizycznie i każdy z nich coś tam, gdzieś przechorował. Ale przede wszystkim psychika jest na takiej krawędzi, że oni przestają żyć w realnym świecie i żyją tylko w tym świecie działalności partyzanckiej, co powoduje, że nie można się w pewnym momencie z nimi dogadać.

Nie można im wytłumaczyć, żeby nie radykalizowali swojego zachowania, bo to zwyczajnie wykańcza. (...) To większość tych osób, po kilku miesiącach przepłacała to jakąś depresją, terapią, to gdzieś tam po prostu wychodziło”.

***

W ramach prac nad raportem badaczki zwróciły się do szpitali o udostępnienie danych statystycznych dotyczących pacjentów-migrantów. Na ich prośbę odpowiedziały tylko niektóre placówki.

Część wypowiedzi medyków i aktywistów/ek pochodzi z publikacji, m.in. na łamach Onetu, Wyborczej i OKO.press.

Udostępnij:

Anna Mikulska

Dziennikarka "OKO.press" i reporterka, z wykształcenia antropolożka kultury. Pisze o migracjach, prawach człowieka, pracy przymusowej i edukacji. Laureatka konkursu "Pisma. Magazynu Opinii" - "Między wierszami" za reportaż "Imigracja przez morze plastiku" oraz konkursu Festiwalu Wrażliwego w kategorii twórca szczególnie wrażliwy za dwa reportaże i projekt "Historie o Człowieku". Publikowała m.in. na łamach "Gazety Wyborczej", "Wysokich Obcasów", "Onetu", "Krytyki Politycznej", "Pisma. Magazynu Opinii" czy "Tygodnika Powszechnego".

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne