0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Rys. Iga KucharskaRys. Iga Kucharska

Albo szerzej i ogólniej: z antysystemową prawicą, która dużo szybciej niż establishment zrozumiała logikę nowych mediów.

Okazało się, że w epoce platform socialmediowych w polityce wygrywa nie ten, kto ma najlepszy program, ale ten, kto potrafi skuteczniej przyciągnąć uwagę użytkownika. A uwaga w internecie działa inaczej niż w epoce gazet, telewizji i debat eksperckich. Algorytmy premiują rzeczy skrajne, emocjonalne, śmieszne, dziwne albo oburzające. Feed nie nagradza stabilności i kompetencji, tylko zaangażowanie.

W internetowej polityce ogromną rolę zaczął odgrywać shitposting.

To termin wywodzący się z kultury internetowej, oznaczający publikowanie treści celowo absurdalnych, prowokacyjnych, niskiej jakości albo pozornie bezsensownych. Początkowo był częścią anonimowej kultury forów i memów. Z czasem stał się jednak pełnoprawnym narzędziem komunikacji politycznej.

Shitposting nie musi służyć przekazywaniu informacji. Jego celem jest raczej wywołanie reakcji: śmiechu, gniewu, dezorientacji albo viralowego rozprzestrzenienia się treści.

Internetowa prawica bardzo wcześnie zrozumiała, że ironia, albo jej imitacja, daje ogromną przewagę komunikacyjną. Pozwala jednocześnie mówić coś serio i udawać żart. Jeśli reakcja odbiorców okaże się negatywna, zawsze można wycofać się do bezpiecznej pozycji: „to był tylko mem”. Badacze mediów i komunikacji politycznej wielokrotnie zwracali uwagę, że właśnie w ten sposób alt-right nauczył się przesuwać granice debaty publicznej i normalizować radykalny język.

Przeczytaj także:

Fact-checking nie pomoże

Przez długi czas liberalny i lewicowy mainstream próbował odpowiadać na to tradycyjnymi narzędziami: fact-checkingiem, eksperckim komentarzem, odwołaniem do autorytetu instytucji i języka odpowiedzialności. Problem polegał jednak na tym, że internet stopniowo przestawał działać według logiki klasycznych mediów. W epoce telewizji polityk był przede wszystkim, przy wszystkich wątpliwościach, autorytetem. Na TikToku i Instagramie coraz częściej staje się performeręm.

Polityka coraz mocniej zaczyna funkcjonować w świecie „brain rot”: krótkich bodźców, przeciążenia emocjonalnego i nieustannego scrollowania. Sam ten frazeologizm, wybrany przez Oxford University Press słowem roku 2024, oznacza dosłownie „gnicie mózgu” pod wpływem nadmiaru internetowych bodźców i treści. Oxford definiuje go jako „pogorszenie stanu psychicznego lub intelektualnego” wynikające z nadmiernej konsumpcji banalnych treści online.

Chodzi o świat permanentnego scrollowania, krótkich filmików, przesycenia memami i emocjonalnym przeciążeniem.

W takim środowisku komunikaty polityczne również zaczynają się zmieniać. Muszą być szybsze, bardziej osobiste i rozrywkowe.

Polityka na feedzie

Polityka nie zamienia się po prostu w żart. Zaciera się raczej granica między nią, rozrywką i influencerstwem. Powstaje coś, co można nazwać postpowagą. Politycy coraz rzadziej występują jako odległe autorytety przemawiające z góry, za to częściej próbują przypominać ludzi „z feedu”: ironicznych, samoświadomych, mówiących językiem codziennego internetu.

Dla starszych odbiorców często wygląda to jak infantylizacja życia publicznego. I zapewne rzeczywiście nią jest. Problem polega jednak na tym, że młodsze pokolenia funkcjonują już w zupełnie innym środowisku medialnym niż generacja wychowana przez prasę, telewizję i wielkie autorytety. Dla użytkownika TikToka czy Instagrama przesadnie profesjonalny polityk często wydaje się po prostu sztuczny, a do tego dziaderski, chociaż dawniej powiedzielibyśmy „jajogłowy”.

Cały ten proces jest jednocześnie objawem głębszego kryzysu liberalnego autorytetu medialnego. Przez większą część drugiej połowy XX wieku demokratyczne centrum opierało się na względnie stabilnym świecie instytucji: mediów, uniwersytetów i ekspertów posiadających wysoki poziom społecznego zaufania. Ten model zaczął się rozpadać wraz z platformizacją internetu i polaryzacją polityczną. Badacze RAND nazwali to zjawisko „Truth Decay”:

erozją wspólnego pola faktów i malejącą rolą eksperckiej wiedzy w życiu publicznym.

Młodsi politycy demokratyczni zaczynają wyciągać z tego własne wnioski. Nie pytają już wyłącznie, czy taka komunikacja jest „godna”. Pytają raczej, czy bez niej da się jeszcze skutecznie istnieć w świecie platform społecznościowych.

Kennedy XXI wieku

Najbardziej spektakularnym przykładem tego zwrotu jest dziś jednak Jack Schlossberg (rocznik ’93), czyli najmłodszy dziedzic politycznej dynastii Kennedych. Na jego przykładzie dobrze widać zmianę języka liberalnego establishmentu.

Jeszcze pół wieku temu nazwisko Kennedy oznaczało niemal sakralny styl amerykańskiej polityki: telewizyjną elegancję, retorykę państwowości, powagę zimnowojennego liberalizmu i mit Camelotu. Dziś jedyny wnuk prezydenta Johna F. Kennedy’ego funkcjonuje momentami bardziej jak polityczny shitposter niż spadkobierca dynastii, która długo współtworzyła współczesny amerykański establishment.

Polityczna intuicja Schlossberga polega na czymś innym. On nie próbuje odbudować Camelotu w jego oryginalnej formie. Adaptuje go do świata TikToka, memów i permanentnego scrollowania. Z jednej strony stale odwołuje się do rodzinnego mitu Kennedych: służby publicznej, patriotyzmu, a od dekady walki z trumpizmem. Z drugiej świadomie rozsadza pomnikowy styl własnej dynastii od środka. Potrafi jednego dnia publikować materiały o konstytucji albo demokracji, a drugiego wrzucać absurdalne filmiki, robić autoironiczne performanse albo zachowywać się jak człowiek, który bardziej przypomina stand upera niż przyszłego kongresmena.

View post on Twitter

Jego konto na Instagramie wygląda jak dziwny miks politycznego aktywizmu, trollingu i kroniki sucharów.

Okręg nr 12

Część jego aktywności przypomina wręcz demokratyczną wersję internetowego flame waru (internetowej wojny na obelgi i prowokacje). Schlossberg regularnie wyśmiewa trumpistów, środowiska antyszczepionkowe i szeroko rozumianych amerykańskich „foliarzy”. Szczególnie brutalnie atakował własnego kuzyna, ministra zdrowia Roberta F. Kennedy’ego Jr., którego nazywał „embarassment” („kompromitacją”), „liability” („politycznym obciążeniem”), a w pewnym momencie nawet „rabid dog” („wściekłym psem”). Po raz pierwszy od dawna członek dynastii Kennedych buduje swoją rozpoznawalność także poprzez publiczny konflikt z innym Kennedym.

Konflikt z RFK Jr. stał się zresztą ważną częścią jego politycznej tożsamości. Schlossberg próbuje odzyskać dla liberalnych demokratów legendę Camelotu, którą RFK Jr. częściowo przejął dla antysystemowej prawicy i świata teorii spiskowych. Konflikt między nimi nie jest wyłącznie rodzinną awanturą. To walka o symboliczne dziedzictwo najbardziej znanej dynastii amerykańskiego liberalizmu. RFK Jr. reprezentuje wersję Kennedyzmu przepisaną przez epokę antyszczepionkowego populizmu i internetowej nieufności wobec instytucji. Schlossberg próbuje stworzyć przeciwieństwo: Kennedyzm platformowy, ale pozostający po stronie Partii Demokratycznej i starego establishmentu.

Między innymi dlatego jego start w prawyborach w nowojorskim 12. okręgu do Izby Reprezentantów jest tak interesujący. NY-12 obejmuje pokaźną część Manhattanu od Upper West Side przez Upper East Side po Midtown. To jeden z najbardziej przychylnych Partii Demokratycznej obwodów wyborczych w całej Ameryce, z jedną największych populacji LGBT oraz żydowskich elit. Po odejściu na emeryturę wieloletniego kongresmena Jerry’ego Nadlera jest wolne miejsce.

Jak Schlossberg zmienia konkurenta

Jednym z jego najważniejszych rywali został Alex Bores, równie młody (rocznik ’90) członek nowojorskiej legislatury stanowej reprezentujący najbogatszą dzielnicę — Upper East Side.

Bores to polityk znacznie bardziej klasyczny, żeby nie powiedzieć starodawny: technokratyczny, skupiony na rozwiązaniach, mocno zainteresowany regulacjami AI, mieszkalnictwem i kosztami życia. Reprezentuje typ demokraty wychowanego bardziej przez świat think tanków i legislacji niż przez kulturę internetu.

Presja platform społecznościowych zaczyna być widoczna nawet u takich polityków jak Bores. Ten ostatni, zapewne pod presją Schlossberga, zaczął przesuwać swój przekaz w stronę estetyki platform społecznościowych. Jego kampania coraz częściej korzysta z krótkich dynamicznych filmów, bardziej bezpośredniego języka i influencerskiego stylu komunikacji.

Pod presją Schlossberga nawet bardziej technokratyczni demokraci zaczęli przesuwać swoją komunikację w stronę logiki feedu. I dziedzic Kennedych na razie miażdży rywala w na instagramie różnicą 887 tys. do 67 tys. followersów. Także według sondaży utrzymuje się w ścisłej czołówce i ma realne szanse na zwycięstwo.

Co jeszcze ważniejsze, otrzymał poparcie Nancy Pelosi, czyli jednej z najpotężniejszych figur starego establishmentu Partii Demokratycznej. Była przewodnicząca Izby Reprezentantów mówi wprost, że Schlossberg potrafi „poruszać się jednocześnie w świecie cyfrowym i klasycznej polityki”.

Autentyczność dzięki autoparodii

Tymczasem „The New York Times” opisał chaos organizacyjny, dużą rotację współpracowników i atmosferę improwizacji w sztabie potomka Kennedych.

Zarzucono mu polityczną niedojrzałość i to, że jest typowym nepo baby, czyli wzorcowym produktem nepotyzmu.

Sam Schlossberg odpowiadał na krytykę dokładnie w stylu, który wcześniej uczynił go rozpoznawalnym. Gdy media rozpisywały się o tym, że podczas dnia inauguracji kampanii zniknął ze spotkań, by zdrzemnąć się w środku dnia, wrzucił później na Instagram zdjęcie śpiącego siebie z podpisem utrzymanym w półironicznym tonie. Zamiast klasycznego dementi pojawił się kolejny performans wpisany w logikę epoki internetu.

To zresztą dobrze pokazuje szerszy problem współczesnej polityki platformowej. W epoce TikToka i Instagrama granice między autentycznością, autoparodią i kampanią wyborczą zaczyna się rozmywać. Schlossberg potrafi jednocześnie występować jako spadkobierca mitu Camelotu, kandydat Partii Demokratycznej i bohater internetowego spektaklu śledzonego przez młodych nowojorczyków trochę jak kolejny sezon serialu o elitach Manhattanu. „Vanity Fair” pisało wręcz o nim jako o kandydacie budującym wokół siebie bardziej „clout” i atmosferę sceny towarzyskiej niż klasyczną machinę polityczną.

Ten trzeci

W tym wyścigu jest jednak jeszcze trzeci kandydat, który wygląda jak polityk z zupełnie innej epoki niż zarówno Schlossberg, jak i Bores. I to właśnie jego najbardziej chciał widzieć w Kongresie odchodzący Nadler.

Micah Lasher (rocznik ’81) przez lata uchodził wręcz za naturalnego następcę kongresmena.

Pracował wcześniej w jego biurze, później przeszedł przez niemal wszystkie szczeble nowojorskiego establishmentu demokratycznego: współpracował z burmistrzem Michaelem Bloombergiem i gubernatorką Kathy Hochul i pomagał pisać ustawy dotyczące praw reprodukcyjnych, regulacji broni czy ochrony migrantów. W tradycyjnej logice Partii Demokratycznej taki życiorys właściwie powinien gwarantować sukces.

I rzeczywiście: Lasher wydaje się kandydatem bardzo solidnym. Inteligentnym, pracowitym, dobrze przygotowanym do legislacji, jednym z tych polityków, którzy naprawdę rozumieją mechanikę państwa.

Problem polega na tym, że kampania bardzo szybko przestała działać według dawnej logiki sukcesji establishmentowej.

Jeszcze kilkanaście lat temu poparcie kongresmena tej skali, wsparcie lokalnych klubów Partii Demokratycznej i przychylność partyjnych elit mogły praktycznie zamknąć wyścig. Tymczasem pojawienie się Schlossberga i Boresa całkowicie zmieniło dynamikę kampanii.

Lasher mówi językiem procesu legislacyjnego, Schlossberg językiem feedu, a Bores próbuje połączyć technokratyczną politykę z estetyką platform społecznościowych.

To zderzenie było szczególnie widoczne podczas jednego z publicznych forów, gdy Lasher chłodno tłumaczył, że demokraci prawdopodobnie nie będą w stanie ponownie postawić Trumpa w stan oskarżenia.

Sztuka zacierania granic

Schlossberg natychmiast wykorzystał to jako symbol polityki starego establishmentu: ostrożnej, proceduralnej i pozbawionej emocjonalnego rezonansu. Wypomniał mu nawet super PAC finansowany przez Bloomberga, sugerując, że kandydat wspierany przez miliarderów i aparat partyjny nie rozumie już gniewu własnego elektoratu.

Najciekawsze jest jednak to, że Lasher wcale nie jest politykiem pozbawionym osobowości. Jak opisał niedawno „The Atlantic”, jako dziecko był cudownym dzieckiem świata iluzji: występował u Davida Lettermana, napisał książkę o magii jako dwunastolatek i uchodził za małego geniusza close-up magic.

Tymczasem podobną jak Schlossbergi i Bores, choć przeważnie znacznie mniej celebrycką logikę komunikacji zaczynają przejmować także politycy mający już realną pozycję i rozpoznawalność. Coraz częściej są to osoby o realnej pozycji, rozpoznawalności i politycznej renomie.

Dobrym przykładem jest Maxwell Frost, członek Izby Reprezentantów z Florydy, pierwszy w niej przedstawiciel pokolenia Z (rocznik ’97).

Afroamerykanin świadomie buduje wizerunek polityka wychowanego bardziej przez kulturę streamingu, muzyki i internetu niż przez klasyczne partyjne zaplecza. Pojawia się w podcastach i operuje językiem online’owego aktywizmu. Zaciera się granica między polityką a kulturą internetowej osobowości.

Frost jest też mocno zanurzony w muzyce i sporo z niej czerpie w pracy politycznej.

AOC live i Mamdani

Jeszcze ważniejsza jest chyba Alexandria Ocasio-Cortez (rocznik ’89), jedna z najbardziej rozpoznawalnych twarzy amerykańskiej lewicy i członkini Izby Reprezentantów z Bronksu i Queensu.

To ona właściwie zainicjowała i stworzyła współczesny model polityka platformowego po stronie lewicy. AOC szybko zrozumiała, że internet premiuje poczucie bezpośredniego kontaktu. Transmitowała gotowanie obiadu na Instagram Live, grała w „Among Us” na Twitchu, odpowiadała prawicy memami i ironicznymi filmikami.

Nie traktowała tego jako dodatku do polityki, ale jako główne środowisko budowania politycznej wspólnoty.

Podobny mechanizm widać było w kampanii wyborczej, koniec końców zwycięskiej, Zohrana Mamdaniego (rocznik ’91), obecnego burmistrza Nowego Jorku.

Połączył radykalną politykę miejską z estetyką TikToka. Nagrywał krótkie dynamiczne rolki o czynszach, metrze i kosztach życia.

Z kolei Jeff Jackson (rocznik ’82), były członek Izby Reprezentantów USA, a obecnie prokurator generalny Karoliny Północnej, reprezentuje zupełnie inny wariant tego zjawiska. Jackson praktycznie nie opiera się na trollingu ani internetowej agresji. Zbudował gigantyczne zasięgi dzięki ultra-prostemu, quasi-youtube’owemu stylowi tłumaczenia polityki. Kamera, neutralne tło, spokojny ton i krótkie filmy wyjaśniające proceduralne kulisy Kongresu albo kampanii wyborczych.

Jackson pokazuje alternatywną wersję polityki internetowej: mniej memiczną i mniej ironiczną, ale równie mocno dostosowaną do logiki platform i krótkiej uwagi odbiorcy.

Etykiety do kosza

Jeszcze ciekawszym przypadkiem od amerykańskich demokratów jest jednak Lukas Sieper (rocznik 1997, bo pokazuje już nie tylko zmianę stylu komunikacji, ale wręcz rozpad klasycznego języka politycznej tożsamości. Sieper nie próbuje być ani nowoczesnym socjaldemokratą, ani liberalnym progresywistą w amerykańskim stylu. W gruncie rzeczy zachowuje się tak, jakby ideologiczne etykiety były reliktem świata telewizji i gazet. Dla niego ważniejsze od doktryny są zasięg, performance i mem.

Sam sposób, w jaki dostał się do Parlamentu Europejskiego, wyglądał zresztą jak produkt polityki platformowej. Sieper reprezentuje bardzo małą niemiecką partię Volt Deutschland, część paneuropejskiego ruchu Volt Europa. Dzięki specyfice niemieckiej ordynacji do Parlamentu Europejskiego nawet ugrupowania zdobywające niewielki procent głosów mogą uzyskać mandat. W wyborach europejskich nie obowiązuje tam klasyczny pięcioprocentowy próg znany z Bundestagu. Volt zdobył około 2,6 proc. głosów i wprowadził kilku europosłów, w tym Siepera.

Lukas Sieper pokazuje jednak coś więcej niż tylko zmianę politycznego stylu.

Przez dekady europejska polityka opierała się na dość stabilnych plemionach: chadecji, socjaldemokracji, Zielonych czy liberałach. U Siepera ten porządek zaczyna się rozmywać. Bardziej przypomina internetową osobowość niż klasycznego polityka z wyraźnie zdefiniowaną etykietą ideową. Polityka europejska jest dla niego raczej częścią własnej obecności online niż odwrotnie. Sam mówił zresztą, że inspiruje go estetyka wczesnego Eminema: prowokacyjna, autoironiczna, balansująca gdzieś między cringe’em a autentycznością.

Jego Instagram i TikTok wyglądają bardziej jak konto influencera generacji Z niż eurodeputowanego.

Krótkie dynamiczne montaże, muzyka, autoironia, przesadna mimika, filmiki stylizowane na backstage życia młodego celebryty internetu. Czasami przypomina bardziej bohatera reality show albo twórcę lifestyle’owego niż polityka zajmującego się legislacją europejską.

Jego fanbase działa inaczej niż tradycyjny elektorat partyjny. To bardziej społeczność followersów niż klasyczni wyborcy identyfikujący się z programem ideologicznym. W komentarzach pod jego materiałami dominują reakcje charakterystyczne raczej dla fandomów internetowych: thirst comments, ironiczne flirtowanie, memy, fan edit’y i reakcje bardziej kojarzone z popkulturą niż polityką. Siepera obserwuje się już nie tylko dla jego poglądów czy komentarzy o Europie. Sam zaczyna funkcjonować jak postać internetowego spektaklu.

Sieper i Beata Mazurek

Najlepiej pokazała to zresztą drobna afera wokół Siepera, która przez kilka dni żyła w niemieckim internecie, bardziej jako influencerska drama. Po serii viralowych materiałów i rosnącej popularności eurodeputowany zaczął dostawać do prywatnych wiadomości obsceniczne zdjęcia od użytkowników mediów społecznościowych. Sam reagował na to półironicznie: apelował, żeby przestano mu wysyłać „dick pics”, tłumacząc, że jego profile obsługują również młode współpracowniczki od social mediów, które muszą to później oglądać. Musiał też publicznie wyjaśniać, że nie jest gejem, tylko sojusznikiem społeczności LGBT.

To pokazuje, jak bardzo politycy funkcjonują dziś w logice fandomu, platform i nieustannej internetowej relacyjności. Tyle że Parlament Europejski nadal działa według znacznie twardszych reguł: frakcji, komisji, głosowań, koalicji i bardzo konkretnych konsekwencji proceduralnych. Sieper szybko przekonał się, że internetowa widzialność nie zastępuje politycznego zaplecza. Największe kłopoty przyszły przy głosowaniach dotyczących umowy UE-Mercosur.

Sieper znalazł się wśród posłów popierających skierowanie sprawy do Trybunału Sprawiedliwości UE, co krytycy odczytali jako opóźnianie porozumienia korzystne dla przeciwników europejskiej otwartości w sprawach handlowych, kiedy kolejne porcje trumpowskich paraliżują międzynarodowe stosunki gospodarcze. Wniosek przgotowywany była przez Beatę Mazurek z PiS

Na Abgeordnetenwatch (niemiecki, niezależny i ponadpartyjny portal internetowy stworzony w celu zwiększania przejrzystości życia publicznego) musiał potem odpowiadać wyborcom, którzy pytali go wprost, czy głosował „z prawicą” i czy nie ośmiesza w ten sposób Parlamentu Europejskiego w momencie, gdy Unia potrzebuje nowych sojuszy handlowych.

Bronił się, że chodziło o kontrolę parlamentarną, a nie o blokowanie umowy, ale sama potrzeba takich wyjaśnień dobrze pokazuje granice polityki opartej na osobowości internetowej. W feedzie wystarczy tempo, ironia i rozpoznawalna twarz. W Brukseli jedno głosowanie potrafi przykleić politykowi znacznie trudniejszą etykietę niż najbardziej udany wiral.

Przestarzały format telewizyjny

Ale właśnie dlatego Sieper jest tak ciekawy. W przeciwieństwie do amerykańskich demokratów nie próbuje nawet budować wyraźnej progresywnej tożsamości ideowej. Maxwell Frost albo Alexandria Ocasio-Cortez nadal funkcjonują w klasycznej osi amerykańskiej lewicy. Sieper dużo mocniej reprezentuje politykę postideologiczną albo wręcz postpolityczną. Unika jednoznacznego ustawiania się po stronie „lewicy” albo „prawicy”, traktując te podziały trochę jak przestarzałe formaty telewizyjne.

U młodego Niemca ideologia schodzi momentami na dalszy plan. Ważniejsze wydają się tempo internetu, emocja, estetyka i relacja z followersami. Tu polityka i doktryna są wtórne. I być może właśnie dlatego Sieper jest jednym z najciekawszych symptomów zmiany po epoce wielkich ideologii.

Podobne jak w Ameryce i Nimczech mechanizmy będą prawdopodobnie będą prawdopodobnie coraz bardziej widoczne także poza Ameryką i Europą Zachodnią. Polityka platformowa działa bowiem według logiki globalnych mediów społecznościowych, a nie lokalnych tradycji parlamentarnych. TikTok w Warszawie działa podobnie jak TikTok w Nowym Jorku czy Berlinie: premiuje emocję, osobowość, szybkość reakcji i poczucie internetowej „relacyjności”. Coraz mniej liczy się sam aparat partyjny. Coraz bardziej liczy się zdolność utrzymania uwagi użytkownika feedu.

Być jak Kacper Nowicki

W Polsce ten model dopiero się rodzi, ale pierwsze symptomy już widać. Dobrym przykładem jest Kacper Nowicki (rocznik 2002), lewicowy aktywista i komentator z Poznania, związany wcześniej ze środowiskiem protestów studenckich oraz organizacjami progresywnymi.

Szerzej przebił się po viralowym starciu z Patrykiem Jakim na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza. Nagranie, na którym punktował europosła PiS za manipulacje dotyczące Unii Europejskiej, praw osób LGBT i historii integracji europejskiej, zaczęło krążyć po TikToku, Instagramie i X-ie jak klasyczny polityczny „call out”.

To zresztą ważne, bo Nowicki nie zdobył rozpoznawalności klasyczną drogą młodzieżówki partyjnej ani eksperckiej publicystyki. Wyrósł raczej z kultury internetowego kontrowania prawicy. Jeździł na spotkania Patryka Jakiego w różnych miastach, nagrywał konfrontacje, wrzucał je do mediów społecznościowych i budował wokół tego własną rozpoznawalność. Sam mówił później, że inspirował się częściowo amerykańskim modelem studentów i aktywistów konfrontujących prawicowych populistów na uniwersytetach.

Jego aktywność bardzo mocno opiera się na rytmie internetu generacji Z. Krótkie filmiki publikowane głównie na TikToku, Instagramie i X-ie, szybki montaż, ironiczne riposty, memiczne kadrowanie konfliktu politycznego, język bardziej przypominający „commentary channel” (internetowy kanał komentatorski) albo streamerski „reaction content” (reakcje streamerów na bieżące wydarzenia) niż klasyczną publicystykę. Nawet gdy mówi o polityce europejskiej albo praworządności, robi to w stylistyce internetowego starcia i performansu.

Czy polityka platformowa demokratyzuje przekaz?

Być może właśnie w tym kierunku zaczyna dziś przesuwać się polityka. Być może następne pokolenie polityków nie będzie już wychodziło z młodzieżówek partyjnych, think tanków ani uniwersyteckich seminariów. A może będzie wychodziło z TikToka, Instagrama, YouTube’a i streamingu. Z kultur, w których mem, ironia i performance są równie ważne jak program polityczny.

Czy polityka platformowa rzeczywiście demokratyzuje komunikację i pozwala odzyskać kontakt z młodszymi wyborcami? A może raczej zamienią debatę publiczną w permanentny konkurs osobowości? Czy ironia i mem mogą być nowoczesnym językiem demokracji? A może są tylko skutkiem rzeczywistości, w którym wszystko musi zostać przekształcone w content?

Radosław Korzycki

Były korespondent polskich mediów w USA, regularnie publikuje w gazeta.pl i Vogue, wcześniej pisał do Polityki, Tygodnika Powszechnego, Gazety Wyborczej i Dwutygodnika. Komentuje amerykańską politykę na antenie TOK FM. Oprócz tego zajmuje się animowaniem wydarzeń kulturalnych i produkcją teatru w warszawskim Śródmieściu. Dużo czyta i podróżuje, dalej studiuje na własną rękę historię idei, z form dziennikarskich najlepiej się czuje w wywiadzie i reportażu.

Komentarze