0:00
13 października 2021

Tutaj lokalsi są zdumieni, że zamiast terrorystów przyszli biedni, głodni ludzie. Rozmowa o granicy

Ludzie płaczą ze szczęścia, że nie przyszła Straż Graniczna. Panicznie się ich boją, jednych i drugich. Białoruskie służby oprócz przepychania przez płot, dodatkowo ich biją. Nasi szczują psami, straszą karabinami – mówią nam aktywiści z lubelskiego stowarzyszenia Homo Faber

Wydrukuj

Ustawa wywózkowa, która legalizuje push-backi, czyli wypychanie ludzi na granicę bez rozpatrzenia ich wniosków o ochronę międzynarodową, nie weszła jeszcze w życie, ale już teraz polska Straż Graniczna odmawia przyjmowania wniosków o azyl i siłą wypycha ludzi na granicę z Białorusią. Do strefy stanu wyjątkowego nie mogą wjechać organizacje humanitarne, dlatego pomoc osobom marznącym i głodującym w polskich przygranicznych lasach leży na barkach aktywistek i aktywistów.

Polki i Polacy organizują oddolne zrzutki i zbiórki darów. Polityka migracyjna państwa w zasadzie nie istnieje.

O tym, jak wygląda codzienna walka o życie i zdrowie uchodźców oraz imigrantów rozmawiamy z Anną Dąbrowską i Piotrem Skrzypczakiem, aktywistami lubelskiego stowarzyszenia Homo Faber, działającego w Grupie Granica.

Hanna Szukalska, OKO.press: Co to jest Grupa Granica?

Anna Dąbrowska, prezeska Homo Faber: To nieformalna grupa kilkunastu organizacji, które postanowiły wspólnie działać wobec kryzysu na granicy. Z częścią organizacji znamy się i współpracujemy od dawna (w ramach konsorcjum, które założyliśmy w 2017 roku), z innymi zaczęliśmy ściślej działać dopiero teraz. Łączymy wiedzę, kompetencje i doświadczenie.

Piotr Skrzypczak, Homo Faber: Z racji tego, że wcześniej współpracowaliśmy z częścią organizacji, szybko mogliśmy zacząć podejmować działania. Z czasem zaczęły dołączać inne NGOsy i pojedyncze osoby.

A Homo Faber?

Piotr: Działamy od 2004 roku i do końca lata tego roku skupialiśmy się głównie na wspieraniu integracji uchodźców i społeczności lokalnej oraz edukacji międzykulturowej – takie dość miękkie rzeczy. Od kilku lat jeździmy też do ośrodka strzeżonego w Przemyślu, gdzie nasze prawniczki udzielają porad prawnych. Natomiast ten kryzys kazał nam się przebranżowić.

Od 26 sierpnia jesteśmy w stu procentach zaangażowani w pomoc humanitarną i prawną dla osób na granicy. Najpierw w okolicach Usnarza, Krynek, Kruszynian, potem w Puszczy Białowieskiej a teraz tu, u nas na Lubelszczyźnie.

A kiedy wróciliście?

Piotr: W ostatnią niedzielę września okazało się, że pierwsze grupy uchodźców pojawiły się na Lubelszczyźnie. I wtedy postanowiliśmy wrócić – bo jesteśmy stąd, tutaj mamy kontakty, a nie było tu nikogo, kto by się systemowo zajął pomocą. Na Podlasiu – przez Usnarz i teraz Michałowo, czyli posterunek Straży Granicznej, z którego do lasu odwieziono grupę z dziećmi – skupiona jest uwaga mediów i wielu organizacji. Lokalsi również są tam zsieciowani. Zdecydowaliśmy się na Lubelszczyźnie zrobić to, co tam było robione od ponad półtora miesiąca.

I jak wam idzie?

Piotr: Bywa trudno, zwłaszcza, gdy umawia się z ludźmi, załatwia kasę na działania pomocowe, rozmawia z mediami, a nagle jest telefon, że trzeba jechać do uchodźców do lasu. Rzuca się wtedy wszystko i się jedzie.

W jakim stanie są ludzie, których znajdujecie?

Anna: Różnym – w zależności od ilości push-backów, których doświadczyli. Jeżeli są pierwszy raz w Polsce, są w całkiem niezłym stanie, głodni i zmarznięci – to wiadomo, ale nie są w złym stanie psychicznym.

Każdy kolejny push-back to rozwałka dla głowy. Oni się później wszystkiego boją, nikomu nie ufają, łącznie z nami.

Bardzo trudno jest ich przekonać, że my nie jesteśmy ze służb, chociaż to jest pierwsza rzecz, jaką mówimy. Grupy są też bardzo różne. Część to rodziny przeżywające tragedie, bo często ktoś się gubi w lesie. Część to przypadkowe grupy dorosłych, często znających się tylko parę dni – i w tych grupach zachodzą jakieś tragiczne procesy grupowe: kto podejmuje decyzje, o tym, kiedy śpimy, kiedy idziemy, kto ponosi odpowiedzialność…

Jak wygląda wasza praca?

Piotr: Mieliśmy kilka dni temu taką sytuację: byliśmy w Białej Podlaskiej (jedna z większych miejscowości blisko granicy, już poza strefą), tam zaczęliśmy się sieciować, poznawać ludzi. Potem pojechaliśmy dalej, też pod strefę, rozmawiać z lokalsami. Po godzinie 22, po całym dniu dobrych spotkań, wracamy, jesteśmy już pod Lublinem, gdy dostajemy telefon, że pod Włodawą są ludzie, którzy pilnie potrzebują pomocy. No to zawijamy tylko na parę sekund do domu, żeby zgarnąć podstawowe rzeczy.

Nie mamy ze sobą prawie nic, bo wszystkie pakiety ratunkowe oddaliśmy w Białej. Po drodze wydzwaniamy ludzi, którzy mogliby od siebie przekazać jakieś ubrania i prowiant, zgarniamy ekipę francuskiej agencji AFP i jeszcze jednego dziennikarza, jedziemy naokoło Włodawy przez Chełm, żeby ominąć strefę i docieramy na miejsce około godziny 0.30. Tam spotykamy trzech młodych przestraszonych chłopaków z Iraku, którzy już są po push-backu, już wiedzą, co to znaczy kontakt ze strażą graniczną: i naszą, i białoruską.

Anna: Czasem ludzie płaczą na nasz widok ze szczęścia, że nie przyszła Straż Graniczna. Oni panicznie się ich boją, jednych i drugich.

Białoruskie służby, oprócz przepychania przez płot, dodatkowo ich biją. Nie słyszałam, żeby nasi ich bili, szczują za to psami, straszą karabinami.

Okrutny ping-pong służb

Przestraszeni chłopcy, o których wspomnieliście, to te same osoby, które Grupa Granica odnalazła później pod Białowieżą?

Anna: Tak! Poryczałam się, jak zobaczyłam ich znowu na Waszym nagraniu, bo to nie są dla mnie anonimowi ludzie.

Piotr: Czasami jest tak, że osoby, z którymi mają kontakt aktywiści, znajdują się później w zupełnie innym miejscu. Polskie i białoruskie służby grają w tego okrutnego ping-ponga i przewożą ludzi tak, tak żeby oszukać drugich. I ci nasi chłopcy odnaleźli się jakieś 150 km od tego miejsca, gdzie myśmy ich spotkali.

To była wasza pierwsza interwencja?

Piotr: Pierwsza udana interwencja. I udana po wielokroć, dlatego, że zgodnie z wszystkimi procedurami zrobiliśmy to, co powinniśmy zrobić, czyli udzieliliśmy pomocy humanitarnej, potem prawnej, w związku z czym te osoby trafiły w końcu do procedury azylowej. Wzięliśmy od nich pełnomocnictwa do reprezentowania ich w Trybunale Praw Człowieka w Strasburgu, nagraliśmy ich historie po angielsku i po arabsku, tłumaczki z Grupy Granica je przetłumaczyły i z pomocą Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka złożyliśmy wniosek.

Anna: Nagrywamy ich historie w ojczystych językach, żeby opowieść była maksymalnie pełna. Gdy mówią w swoim języku, jest na to większa szansa, niż gdyby mieli mówić łamanym angielskim, zastanawiać się nad słowami. Natomiast rozmawiając z nimi, zazwyczaj porozumiewamy się po angielsku – w większości grup przynajmniej jedna osoba używa go choć w stopniu podstawowym.

Skoro tych trzech Irakijczyków zostało złapanych przez Straż Graniczną, znaczy to, że po kontakcie z wami zostali w lesie.

Piotr: Tak, oni tak zdecydowali. Bardzo unikali kontaktu ze służbami. Już wcześniej zostali wypchnięci, nie chcieli przechodzić znowu tego samego. Byli w dobrej kondycji, dostali od nas suche ubrania i zostali nakarmieni. Ich życiu nie zagrażało niebezpieczeństwo. Mieli też szanse na sensowną pomoc prawną. Po dobie od momentu, gdy złożyliśmy wniosek, a zrobiliśmy to kilka godzin po spotkaniu, Strasburg napisał do polskiego rządu, że te osoby rzeczywiście są zagrożone prześladowaniem w swoim kraju i nakazał władzom oraz straży granicznej, gdyby dostali się w ich łapy, żeby ich nie wydalać.

Finalnie jednak dostali w ręce straży, ale już w towarzystwie aktywistów na Podlasiu, z dokumentami przez was zdobytymi.

Piotr: Tak. Potem była sytuacja z topieniem się trzech osób w bagnie pod Włodawą. Być może dzięki temu, że to jest nagrane, być może dzięki temu, że dwie z tych osób to były młode dziewczyny, udało im się, nie zostały wypchnięte i w tej chwili są na kwarantannie. To są nasze pozytywne historie.

Pogranicznicy ich zabrali i wywalili na granicę

A negatywne historie?

Piotr: Pierwszy nasz wyjazd już na Lubelszczyźnie w niedzielę dwa tygodnie temu był taki, że Ania z kolegą chodzili po lesie i nie znaleźli grupy. To trudne dla nas, bo nie wiemy, co się z nimi stało. Z kolei kilka dni temu pod Białą Podlaską pojawiła się grupa ośmiu osób. Po przejściach nocnych, mokrych, ktoś bez buta. Niestety nie udało nam się do nich dotrzeć, bo się okazało, że są w strefie stanu wyjątkowego.

Do której jako osoby niezameldowane w strefie, nie możecie wjechać.

Piotr: To jest naprawdę dramatyczne, gdy wyjeżdża się na pomoc, potrzebujący są niedaleko, ale już w strefie i trzeba powiedzieć, że nie dotrzemy. A ludziom od nas powiedzieć stop, nie możemy. Strasznie jest to trudne, degradujące.

I zatrzymujecie się?

Piotr: Nie chcemy i nie możemy rezygnować z zasady, że działamy zgodnie z prawem, nawet, jeżeli ono nam się nie podoba - nie chcemy być aresztowani, bo jak nas zamkną, to nie ma drugiego, ani trzeciego szeregu. To nie jest tak, że mamy całą armię za sobą.

Jeżeli my wpadniemy, to liczymy się z tym, że będą jakieś dochodzenia i duże zarzuty, zabiorą nam sprzęt, wsadzą nas i zepsujemy pracę też innym aktywistkom i aktywistom.

Tam byli na szczęście lokalsi, którzy gotowi byli pojechać na pomoc. Następnego dnia ich szukali. Wieczorem my też, bo dostaliśmy sygnał, że znów są poza strefą, ale po kilku godzinach zakończyliśmy akcję, bo uchodźcy przestali się odzywać. A w tych miejscach, które były wskazane, albo nie było żadnych śladów, albo jakieś ślady były, ale nie było ludzi. I nie wiemy, czy straż ich zgarnęła, czy przyspieszyli, czy coś innego się zdarzyło.

Gdy nie ma kontaktu, to musimy w pewnym momencie powiedzieć – koniec, bo wolontariusze mają swoją pracę, rodziny, nie mogą szukać w nieskończoność, zwłaszcza, gdy sygnał pochodzi z terenów, gdzie po 50 metrach już nie widać nic, są bagna. Nie jesteśmy profesjonalną ekipą poszukiwawczą na etatach. Tak to wygląda.

Skąd dostajecie sygnały?

Piotr: Z centrum monitoringowego Grupy Granica. To są ludzie, którzy dostają zgłoszenia przez media społecznościowe od uchodźców i przez nich odbywa się cała nawigacja.

A te osoby ufają, że nie jesteście służbami, które ich wypchną do Białorusi?

Piotr: Jeszcze będąc na Podlasiu, spotkaliśmy grupę z Demokratycznej Republiki Konga i Kamerunu. Po naszej interwencji, podczas której obecne były też media, zabrała ich straż graniczna – bo powiedzieli, że chcą poprosić o ochronę międzynarodową.

Anna: Byli bardzo zmarznięci, fatalnie ubrani na panujące warunki – temperatura bliska zera. Jedna osoba była bardzo chora.

Piotr: Skończyło się tak, że pogranicznicy ich zabrali i wywalili na granicę. Ci ludzie się potem błąkali, próbowali się z nami skontaktować, my z nimi, ale mieli wewnętrzne rozterki.

Anna: Już nam nie ufali, że nie przyjedzie znowu straż graniczna i nie zrobi im tego samego. Byli bardzo głodni, nie mieli jedzenia i wody. Tam już jest tragizm.

Wiecie co się z nimi stało?

Piotr: Ostatecznie okazało się, że grupa się podzieliła: jedna osoba trafiła do ośrodka, inne przedarły się dalej. Ta sytuacja nie skończyła się tragicznie, czyli śmiercią, ale słyszymy, że niektóre się tak kończą.

Mamy doniesienia od uchodźców, że widzieli grupę ludzi, którzy nie żyją i ich ciała są gdzieś w strefie.

Anna: Nie jest to dla nas w ogóle weryfikowalna wiadomość, ale usłyszeliśmy ją z kilku różnych źródeł, nie że jedna osoba powiedziała, tylko ileś osób potwierdziło to, że w lesie są ciała.

Piotr: To trudne. Już mi teraz łatwiej mówić, bo to półtora miesiąca, więc człowiek się niestety przyzwyczaja trochę.

Jak często jeździcie na interwencje?

Piotr: Czasami są trzy interwencje na raz, czasem sytuacje jedna po drugiej, albo jedziemy do jednej grupy, która mówi nam, że jest jeszcze kolejna. A czasami jest tak, że przez trzy dni nic. [dzwoni telefon] A teraz nie wiem, czego dotyczy ten telefon. [wychodzi odebrać]

Jakie osoby spotykacie?

Piotr: Zwykle są to młode osoby, ale nie sto procent. Są też nastolatki i dzieci. Z różnych krajów: Syria, Afganistan, Jemen, Demokratyczna Republika Konga, Kamerun, ale z Kuby też była grupa. Ale mówię tu też o innych, nie tylko moich interwencjach. Sam dużo czasu spędziłem w lesie, ale kontaktów takich twarzą w twarz nie miałem wiele. Często jest tak, że gdzieś nie zdążymy i tylko widzimy migające w oddali syreny.

Nie spotkaliśmy się tak naprawdę z żadnym hejtem

Jak wiele z zatrzymanych przez Straż Graniczną osób dostaje się w procedurę azylową?

Anna: Niewielka. Zdecydowana większość ludzi trafia z powrotem do lasu. Wielokrotnie. I nie mamy informacji, dlaczego w pewnym momencie niektórym udaje się w tę procedurę wskoczyć. Mamy takie wrażenie, że to po prostu zależy od bardzo indywidualnych postaw strażników granicznych, którzy są w tym momencie na patrolu. Nie widzę żadnego systemu w ich działaniu.

Strażnik na patrolu decyduje komu pozwolić poprosić o ochronę międzynarodową. Kiedyś tę funkcję pełnił…

Anna: Urząd ds. Cudzoziemców. Teraz prawo do decyzji na temat rozpoczęcia procedury azylowej ma komendant oddziału Straży Granicznej. A odwołać się można do jego przełożonego. Absurd. „Przekroczenie wbrew przepisom prawa granicy zewnętrznej” – formuła, która znalazła się w przegłosowanej ustawie, a która kryminalizuje nielegalne przekroczenie granicy, jest sprzeczna z prawem m.in. z Konwencjami Genewskimi.

Piotr wspomniał, że przy jednej interwencji, gdy osoby proszące o pomoc były w strefie, lokalni mieszkańcy, którzy mogą do tej strefy wejść, zaoferowali pomoc. W Grupie Granica większość to jednak osoby spoza strefy. Czy szukacie pomocy lokalsów?

Anna: Tak. Szukamy osób, które nie są obojętne i chciałyby z nami wejść we współpracę. Choćby drobną, żeby nam powiedzieć, że gdzieś zauważyli grupę uchodźców.

Spotykacie się z niechęcią ze strony mieszkańców pogranicza?

Anna: Nie, niespecjalnie. Nie spotkaliśmy się tak naprawdę z żadnym hejtem przez te ostatnie prawie dwa miesiące, gdy pracujemy na granicy, ani lokalnie, ani szerzej. To są bardzo sporadyczne incydenty.

A jak pomoc z innych części Polski?

Anna: Najwięcej osób zgłosiło się po opublikowaniu zdjęć dzieci z Michałowa. To ludzi po prostu wzburzyło i uruchomiło chęć włączenia się w nasze działania. Piszą do mnie adwokatki, że chętnie pomogą, odzywają się tłumacze, tłumaczki, że są pod telefonem, żeby ich wpisać na listę kontaktów.

Te zdjęcia bardzo poruszyły ludzi. Mało kto potrafi przejść obojętnie obok płaczącego dziecka.

Anna: Informacja o dzieciach wyrzuconych do lasu zbiegła się z konferencją, na której władze pokazywały te obrzydliwe materiały. Oskarżenia o terroryzm czy zoofilię nijak nie pasowały do zdjęć rodzin z dziećmi. Ale ten dysonans ludzie mieszkający na pograniczu mieli od samego początku. Wiem o tym, bo jeszcze przed wprowadzeniem stanu wyjątkowego odwiedziliśmy sto miejscowości na granicy w ramach akcji edukacyjnych.

Ich mieszkańcy słyszeli od Straży Granicznej, która jeździła od wsi do wsi, że trzeba zamykać drzwi, okna i obejście, bo tu się obcy, niebezpieczni ludzie kręcą.

W większości tych wsi, zwłaszcza tuż przy granicy, mieszkają same kobiety, starsze panie i one mi mówiły: „Ja pani powiem, przestraszyłam się, pozamykałam, no i potem przyszli, ale pani, to nie ci chyba przyszli, bo to przyszły kobiety z dziećmi, taka rodzina przyszła, no był tam mężczyzna, ale on nie wyglądał mi na terrorystę, tylko ojcem tych dzieci był”.

Zamiast terrorystów przyszli biedni, obdarci, głodni ludzie. I te kobiety opowiadały, że któraś miała ciasto, to pokroiła i tym dzieciom dała, bo żal dzieci płaczących, żal tych ludzi.

Nie zgadzało im się to z narracją służb i władzy. Taki sam szok przeżyli w większej skali ludzie, gdy zobaczyli Kamińskiego opowiadającego te bzdury, a potem te dzieci z Michałowa – nijak się te obrazy nie sklejają.

Jak wyglądały te spotkania we wsiach, chodziliście od domu do domu?

Anna: Chodziliśmy od domu do domu, mówiliśmy, że jesteśmy z grupy pomocowej i chcielibyśmy pogadać o tej sytuacji, którą macie. Ludzie bardzo chętnie wchodzili z nami w dyskusję, dużo było pytań. Przygotowujemy też na ich bazie ulotkę do mieszkańców, będziemy ją niebawem rozsyłać. Dużo o prawie azylowym, jak to właściwie wygląda w Polsce – bo ludzie tego nie wiedzą. Pytają: „ale jak to wszystkich wpuścimy?”, „co się dalej z nimi stanie?”.

No i tłumaczymy: nie jest tak, że po prostu wpuszczamy, tylko ludzie są kierowani do ośrodków, w tym czasie są sprawdzani. A gdy im mówimy: wiecie państwo, mieliśmy takie lata, że 150 tys. ludzi chciało w Polsce składać wnioski, a w ostatnich latach i po 15 tys. osób rocznie. I mieszkańcy pytają „a ile tych osób tutaj jest teraz?”. Odpowiadam: na razie to do ośrodków trafiło 1700 osób, a oni: „to co to za liczby, pani…”.

Jedna kobieta popatrzyła po swojej wsi i mówi: „Wie pani co, pani patrzy, tu tyle pustych domów jest, przecież my wszyscy byśmy się tu pomieścili, co to szkodzi komu, żeby tutaj ci ludzie żyli?”

Dolałam im herbaty i mówię: chłopaki, może byście chcieli zapalić?

W sierpniu pojawiały się relacje, że mieszkańcy dokarmiają uchodźców.

Anna: Mieszkańcy dawali im jeść, pić, nosili zupę do lasu. Nie zawsze też dzwonili na straż, chociaż trzeba pamiętać, że oni o pogranicznikach często mówią „nasi chłopcy”. To ważna konstrukcja językowa oddająca bliskość Straży Granicznej dla nich, bo to są faktycznie ludzie stamtąd, często członkowie rodziny. Nie jak policjanci, spadochroniarze z całej Polski, którzy dziwią się, że nie ma zasięgu.

Straż Graniczna też karmiła, zanim nadeszły rozkazy dokręcające śrubę. Od mieszkanki pogranicza słyszałam, że niektórzy biorą więcej jedzenia i jeśli są na patrolu z zaufaną osobą, to zostawiają w lesie te kanapki.

Anna: Znam wiele różnych historii o strażnikach. Współczuję tym ludziom, którzy mają sumienie i muszą tam pracować, bo wyobrażam sobie, co muszą przeżywać. Są takie głosy, że

„nie do takiej służby się zgłaszałem, nie do tego poszedłem tam do pracy, żeby takie rzeczy robić, przerzucać dzieci przez płot”.

Co zabieracie na interwencje, co jest w tych pakietach ratunkowych?

Anna: Ciepłe, nienasiąkliwe ubrania, śpiwory, koce termiczne, suchy prowiant, pieluchy. Na początku ich zawartość wynikała z intelektualnej refleksji o tym, co może być potrzebne. Z każdą spotkaną grupą nabieramy jednak doświadczenia. Im więcej ich spotykamy, tym więcej wiemy o tym, co w tych pakietach ratunkowych musi być na pewno. Doradzali nam też różni ludzie, np. ultrasi – biegający długie dystanse w trudnych warunkach w lesie. Dodali nam do listy rzeczy, o których byśmy nie pomyśleli.

Co Cię zaskoczyło?

Anna: Przykładowo skarpety neoprenowe, które mogą zastąpić buty. Nie są bardzo drogie, a które mają ogromne zastosowanie w takich sytuacjach: łatwiej je włożyć na spuchnięte nogi, nie ma takich problemów z dobraniem rozmiarów i nie nasiąkają wodą. Ale to, co mnie najbardziej zdziwiło, to że na końcu tej listy zrobionej przez ultrasów, ludzi, którzy trenują, zdrowo się odżywiają, była paczka fajek. Pytam kolegę: co ty mówisz? A on:

„Wiesz co, pomyśleliśmy, że jak ktoś pali, to dla niego to jest takie godnościowe, że może zajarać, przez chwilę zapomnieć, w jakiej jest sytuacji”. Faktycznie, to nam się sprawdziło przy okazji tych chłopaków z Iraku.

Zrobiliśmy wszystkie te rzeczy, które musieliśmy zrobić: nakarmiliśmy ich, daliśmy herbatę, wypełniliśmy kwity, które są dla nas kluczowe w takich interwencjach i wtedy sobie przypomniałam, że mam tę paczkę fajek w kieszeni. Dolałam im herbaty i mówię: chłopaki, może byście chcieli zapalić? Usiedliśmy na kocu, zaczęliśmy jarać i jeszcze chwila, a byśmy gadali o tym, kto jakiej muzyki słucha, bo się nagle zrobiła taka ludzka sytuacja.

Jak kompletujecie te pakiety?

Piotr: Szybko okazało się, że brakuje rzeczy – wystarczy jedna interwencja wobec kilkunastoosobowej grupy i to, co aktywiści pozbierali po sobie i znajomych, się kończy. Marta od nas zaczęła tą pierwszą publiczną zbiórkę, którą potem skopiowano w innych miastach i od tej pory różni ludzie spontanicznie robią zbiórki. Często widzimy, że na podstawie naszych opisów. To całkiem niezłe, dlatego że opisaliśmy potrzeby tak, żeby ludzie nie przynosili wszystkiego, co im się wydaje, że może być potrzebne, ale konkretne rzeczy. Przykładowo dżinsy czy bawełniane bluzy w ogóle się nie przydają, bo natychmiast namakają i chodzi się w mokrym worku.

Zbiórka poszła dobrze - ofiarność ludzi nas zaskoczyła. Ale nie byliśmy przygotowani do tego – działaliśmy wcześniej edukacyjnie, nie humanitarnie, nie mieliśmy infrastruktury i ludzi. Oczywiście dużo osób się włączyło w pomoc, ktoś użyczył jakiś pokój, żeby gromadzić rzeczy i je sortować. Doszliśmy jednak do wniosku, że sami dalej tego nie pociągniemy. W tym czasie pod granicę, do Usnarza, razem z Hanną Machińską z RPO przyjechali ludzie z PCK. Nalegaliśmy wtedy na to, żeby PCK włączył się w pomoc.

No i się włączyli – nadal nie wjeżdżają na granicę, ale zbierają i sortują przekazywane przez ludzi rzeczy.

Piotr: Zarząd PCK jakoś tam próbuje się dogadać z władzą, żeby ich wpuścili do strefy, ale nie jest to łatwe. Natomiast lokalne struktury, zwłaszcza te z Podlaskiego i Lubelskiego, bardzo cisnęły, żeby zrobić cokolwiek. No i władze PCK zgodziły się na to, żeby uruchomić punkty regionalne przy strefie, albo w strefie. Na Lubelszczyźnie są cztery, w Podlaskim też cztery, albo pięć takich punktów, gdzie pracują zatrudnieni przez PCK ludzie, którzy segregują, pakują i wydają pakiety ratunkowe. Co ważne, to że pracują przy tym i tylko przy tym.

PCK ma też suche, bezpieczne, duże magazyny, ma samochody, jest osieciowany i potrafi to robić

– ta organizacja jest od lat przygotowana do takich akcji. My mogliśmy więc odetchnąć. Weszliśmy z PCK w ścisłą współpracę. Powiedzieliśmy: wy po prostu między sobą przewozicie, gromadzicie, my wam oddajemy to, co mamy, a zabieramy od was już posortowane i gotowe. To dla nas ogromna pomoc. Możemy się skupić na interwencjach.

Robimy to dla państwa, nie przeciwko niemu

„Niech wracają do Mińska”, „uszczelnić granice, jak ich wpuścimy, to przyjdą tysiące” – takie rozwiązania katastrofy na granicy widzi wielu Polaków i Polek.

Anna: Po pierwsze, uchodźcy nie mogą wrócić do Mińska, nie ma takiej opcji. Jak już znajdą się w pasie przygranicznym, białoruskim, to nikt im już nie pozwoli się wycofać. Po drugie, przyjęcie osób, które tułają się na granicy nie jest niczym, czemu nie moglibyśmy podołać – jesteśmy bogatym, bezpiecznym państwem. Damy radę.

Nawet, gdyby to miało być 50, 100 tysięcy osób?

Anna: Nic mnie w tych liczbach nie przeraża – żaden problem dla tego kraju, żeby to udźwignąć. Oczywiście przy dobrej polityce integracyjnej to nie jest żaden problem.

Tylko, że jej nie ma. Rząd woli zamiast tego stawiać płoty i mury.

Anna: Tak naprawdę żadna ekipa rządząca nie była zainteresowana tym, żeby przygotować dobrą politykę migracyjną, nie oszukujmy się. Przez lata było to cedowane na nas, w sensie na organizacje wspierające uchodźców i imigrantów. W związku z tym w większości dużych miast w Polsce są organizacje przygotowane do tego, żeby prowadzić programy integracyjne na takim szczeblu, na takim poziomie i dla takiej liczby osób, jaka będzie potrzebna.

Umiemy prowadzić lekcje polskiego, kursy wprowadzające do życia w Polsce, w tym kursy prawne, pomagamy w procedurach związanych z dokumentami, oprowadzamy po mieście – to wszystko potrafimy zrobić. Fajnie by jednak było, żeby nas nie nazywali lewakami, którzy niszczą Polskę, a chcieli skorzystać z naszych doświadczeń.

Teraz jeszcze nazywają Was agentami Łukaszenki.

Anna: W ogóle różnymi agentami. A ja tego nie robię przeciwko temu państwu,

ja to robię właśnie dla tego państwa i po to, żeby nie uruchomiły się te wszystkie lęki, które mają Polacy

przed masowym napływem cudzoziemców, bo będziemy mieli getta migranckie i wszystkie problemy z tym związane. Możemy do tego nie dopuścić, wszystkie karty mamy w ręku.

Osoby, które w tym momencie spotykacie na granicach, to głównie ludzie wykształceni. Domyślam się, że ich integracja nie byłaby ogromnym wyzwaniem.

Anna: Tak, w tym momencie ucieka elita. Zawsze pierwsza fala uchodźcza to elity. Ludzie, którzy mają pieniądze, wiedzę i lepsze rozeznanie w życiu, w tym sensie, że orientują się, że to jest ten moment, kiedy natychmiast trzeba uciekać.

Pamiętam fale uchodźców, którzy przybywali z bombardowanego Groznego, a później kolejne z Syrii, a później kolejne, które przyjechały w 2014 r. po upadku Majdanu i rozpoczęciu wojny w Ukrainie. To w większości byli wykształceni ludzie, którzy nie mogli odnaleźć się w Polsce tylko dlatego, że Polska ma tak beznadziejny system związany z nostryfikacją dyplomów i nie potrafi wykorzystywać talentów osób, które tutaj przyjeżdżają.

Większość z nich do tej pory pracuje poniżej swoich kwalifikacji, mimo że te kwalifikacje są przecież ważne także dla gospodarczego rozwoju Polski. W pierwszej grupie, która uciekała z Ukrainy, trafili do nas lekarze i lekarki, dziennikarze, montażystka filmowa z telewizji z Donbasu, nauczyciele, w tym angielskiego, czy francuskiego, super wykształceni ludzie. I co robili? Pracowali na zmywaku w MacDonaldzie.

I sprzątali ludziom domy, często na czarno, bo nie mogli pracować.

Anna: Tak, tak. To jak ta nasza polityka integracyjna wygląda? To jest tak naprawdę polityka upodlenia.

Czego się najbardziej teraz boicie?

Anna: Boję się jakiejś prowokacji ze strony rządu, która sprawi, że wszystkie nasze działania staną się nagle czymś brzydkim, takim do podważenia - my tak naprawdę bazujemy tylko i wyłącznie na ludzkim zaufaniu. To, że ludzie wspierają nasze zbiórki finansowe i rzeczowe, to, że wpuszczają nas do domów, czy na zajęcia, rozmawiają z nami przy płotach, to wszystko wynika z zaufania.

Już jesteście przecież atakowani, choćby próba zdyskredytowania zdjęć z Michałowa sugestią, że reporterki rzucały czekoladki, żeby mieć lepsze zdjęcia.

Anna: Tak, tak, ale może być gorzej.

Masz wrażenie, że reakcje społeczne dzisiaj są inne niż w 2015 r.?

Anna: Tak. Przede wszystkim ludzie się zorientowali, że to już nie jest cudza sprawa – Włoch, Grecji, Niemiec – tylko jest to już też nasza sprawa. Nie wiem na ile zdają sobie sprawę, że ten brak większej reakcji ze strony Europy jest też wynikiem tego, żeby wtedy Europie pokazaliśmy środkowy palec. Nie lubię się wypowiadać ogólnopolsko, bo nie mam dostępu do tego, co myślą ludzie np. na Śląsku czy w Krakowie, mogę opowiadać o ludziach z pogranicza, z którymi się spotykam tutaj.

Z rozmów z nimi wiem, że czują się osamotnieni, są sami też ze swoimi różnymi emocjami, które się w nich kotłują... Widzę już nawet różnicę między ludźmi ze strefy a mieszkającymi w Lublinie. Pamiętam, że po trzech tygodniach bycia głównie w terenie, przyjechałam do Lublina, żeby pójść do lekarza na kontrolne badania. Wstałam wcześnie rano, kolejka, numerki, potem weszłam na deptak, bo tam była najbliższa drogeria, a musiałam kupić pastę do zębów i szczotkę nową, a na deptaku ogródki, ludzie jedzą, piją kawę.

Stanęłam jak wryta: ludzie, co tu się dzieje, co tu się dzieje?, tam przecież ludzie umierają.

Jak w wierszu Miłosza „Campo di Fiori”.

Anna: Już teraz wiem, że tak jest. Ale my nadal z Piotrkiem nie możemy pójść do żadnej restauracji, po prostu nie umiemy tego zrobić.

Udostępnij:

Hanna Szukalska

Architektka, dziennikarka i psycholożka. Pisze m.in. o psychologii, psychiatrii i planowaniu przestrzennym. Relacjonuje protesty. Robi ilustracje i infografiki.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne