To miał być sądny wtorek dla członków stowarzyszenia Rozwój Plus. Ale nie był. Jarosław Kaczyński zdecydował, że procedura usuwania ich z partii może się ciągnąć jeszcze bardzo długo, co tym samym będzie blokować rozwój Rozwoju.
To miał być sądny wtorek dla ludzi Mateusza Morawieckiego. Jeszcze w piątek 24 lipca Jarosław Kaczyński zapowiadał, że Komitet Polityczny zbierze się 28 lipca i uchwałą zatwierdzi to, że były premier i jego ludzie sami „zrezygnowali z obecności w PiS”, przez to, że nie podpisali zgodnie z żądaniem prezesa partii deklaracji o lojalności.
Podczas trzygodzinnego posiedzenia zdecydowano jednak, że sprawa zostanie skierowana do rzecznika dyscypliny partyjnej, którym jest obecnie Karol Karski. On najprawdopodobniej przekaże ją partyjnemu Koleżeńskiemu Sądowi Dyscyplinarnemu.
Informujący o tym wszystkim na konferencji rzecznik PiS Rafał Bochenek podkreślał, że wszystkie sprawy i sytuacje będą omawiane indywidualnie. Wszystko to oznacza, że rozmowy te mogą przemienić się w coś w rodzaju rozmów ostatniej szansy i prób urabiania secesjonistów, by ograniczyć skalę rozłamu w partii. Już kilka dni zwłoki między ogłoszeniem przez Kaczyńskiego wielkiej czystki (24 lipca), a posiedzeniem Komitetu (28 lipca) wynikało nie tylko z kwestii logistycznych.
Kierownictwo partii od początku miało liczyć na to, że część posłów Rozwoju Plus zacznie się wykruszać po upłynięciu ultimatum i ogłoszeniu usunięcia buntowników z partii, ale przed właściwym wyrzuceniem. Jedną z takich osób okazał się Grzegorz Lorek, co z radością ogłaszało w poniedziałek wielu polityków PiS.
Z drugiej strony ludzie Morawieckiego nie mogą tej gry przerwać i samodzielnie wystąpić z partii, ponieważ to potwierdzałoby narrację PiS o tym, że to oni są buntownikami i rozłamowcami i działają na szkodę prawicy. Oznacza to także, że nie mogą formalnie założyć nowej partii i zacząć w pełnym świetle działać na swój rachunek.
W tym kontekście na decyzję Morawieckiego o tym, by zrezygnować z przewodniczenia w Parlamencie Europejskim grupie EKR, do której należy m.in. PiS (ogłosił to we wtorek 28 lipca), należy patrzeć jak na sygnał do posłów, którzy wytrwali z nim aż do tego momentu. To potwierdzenie, że sprawa jest przypieczętowana i w obrębie PiS pozostaje kwestią odwlekanej formalności.
Morawiecki zdążył już zresztą skomentować decyzję Komitetu Politycznego.
„To wszystko, co dzisiaj zostało ogłoszone, po Komitecie Politycznym, odbieram jako próbę przeciągania tego serialu drugiej jakości, można powiedzieć, który nie służy Rzeczpospolitej” – stwierdził w rozmowie z Polsat News.
Przeciąganie kwestii wyrzucania ma i inne kluczowe znaczenie. Dopóki formalnie frakcja Morawieckiego jest w PiS — nie może oficjalnie utworzyć swojego klubu w Sejmie. A że taki jest plan ludzie byłego premiera, przyznawali to wprost w ostatnich dniach. Ustaleń w sprawie powołania klubu miało dotyczyć także spotkanie Rozwoju Plus, które zaplanowano na wtorek na godzinę 20.00, czyli zaraz po zakończeniu posiedzenia Komitetu Politycznego na Nowogrodzkiej.
Rozwój Plus z plus minus czterdziestoma posłami będzie trzecim co do wielkości klubem w Sejmie — zaraz za klubem PiS, z którym dzięki rozłamowi liczebnie wygra klub Koalicji Obywatelskiej.
Ta perspektywa kazała Prawu i Sprawiedliwości zaprzestać unoszenia się honorem w kwestii Elżbiety Witek, którą na początku kadencji klub zgłosił jako kandydatkę na wicemarszałka Sejmu. Poparcia jej odmówiły partie koalicji. Wskazywano, że nie chodzi o poglądy — w końcu wicemarszałkiem został wtedy nawet Krzysztof Bosak — ale z uwagi na jej dokonania jako marszałka w czasach PiS (m.in. słynną „reasumpcję” głosowania). Po odrzuceniu tej kandydatury przez większość sejmową PiS nie zgłaszał kolejnej, argumentując, że stoją murem za Elżbietą Witek i nie zgadzają się na to, by inne partie wymuszały na nich zmianę kandydatów.
W poniedziałek okazało się, że mur za marszałkinią Witek musiał zmięknąć. PiS ogłosiło, że jednak ma nowego kandydata na wicemarszałka i jest nim Marcin Ociepa. „Twarz prorozwojowego, umiarkowanego konserwatyzmu” – tak zachwalał Ociepę Mariusz Błaszczak.
Dobór słów jest nieprzypadkowy, podobnie jak dobór postaci — kojarzonej do tej pory właśnie raczej ze środowiskiem byłego premiera. Marcin Ociepa miałby być potwierdzeniem stanowiska, że to nieprawda, co ludzie Morawieckiego mówią o pełnej suwpolizacji PiS-u.
Zgodnie z uchwałą w Sejmie jest sześciu wicemarszałków. Zatem zostaje jeden wakat. Ten, którego nie zapełniał PiS. Jeszcze we wtorek w ciągu dnia o ewentualnego wicemarszałka dla ewentualnego klubu Rozwoju Plus pytany był Morawiecki, który zasugerował, że chętnie by takie stanowisko obstawili.
„Ja bym chciał wprowadzić więcej demokracji do życia partyjnego i będziemy kolektywnie o tym decydować” – zadeklarował i zapowiedział, że wszystko to zostanie omówione na spotkaniu we wtorek wieczorem.
Według doniesień Wirtualnej Polski w sprawie Marcina Ociepy Mariusz Błaszczak miał się już spotkać z marszałkiem Włodzimierzem Czarzastym. Chodzi o to, by umieścić na stanowisku kandydata PiS, zanim Morawiecki uformuje klub. W grę wchodziłaby ewentualna zmiana uchwały Sejmu, ale Czarzasty w rozmowie z RMF24 zapowiedział, że „nie widzi sił politycznych, które by miały w tej chwili ochotę powiększać ilość wicemarszałków”.
Przez weekend Prawo i Sprawiedliwość w pocie czoła pracowało nad wytworzeniem własnej wersji mema o Jeżowie wygumkowanym ze wspólnego zdjęcia ze Stalinem. Tylko w piątek dowiedzieliśmy się, że Morawiecki:
Chwilę później doszedł także zarzut rzekomego ukrycia przed Jarosławem Kaczyńskim i kierownictwem PiS, że w polskim KPO są jakieś kamienie milowe. Politycy mieli się tego wszystkiego dowiedzieć z mediów — ogłosili na antenie Republiki Jacek Sasin i Jacek Kurski.
Morawiecki i jego ludzie od początku te zarzuty odpierali i wyśmiewali, pytając, czy zaraz się okaże, że były premier urodził się w Izraelu i odpowiada za wymarcie dinozaurów. Sam zainteresowany stwierdził, że byli koledzy po prostu „nie wytrzymali ciśnienia”.
Ciśnienia musiał nie wytrzymać sam Kaczyński, który w rozmowie z wPolsce24 zaczął te rewelacje na temat Morawieckiego potwierdzać. Mówił m.in. że były premier „mylił się w naprawdę wielu sprawach związanych z państwem, z jego fizyczną siłą”, ponieważ „wyszedł ze środowiska, którego empatia dla mniej zasobnych warstw społecznych była na poziomie bardzo niskim” i „musiał to w sobie jakoś przełamać”
„Ale nie ma ludzi nieomylnych” – łagodził Kaczyński. „No, może poza Jezusem i Marią, jego matką” – zastrzegł.
Kwestię przeszłości Mateusza Morawieckiego eksplorował w weekend także Jacek Kurski.
„Morawiecki zawsze był człowiekiem establishmentu. Do czasu przyjścia na gotowe do PiS, był zawsze człowiekiem drugiej strony. Dziś Morawiecki ma problemy z prawem i z zarzutami i dlatego na zlecenie Tuska próbuje rozbić Prawo i Sprawiedliwość” – mówił na antenie PolsatNews, gdzie wdał się w awanturę z Robertem Gontarzem, stronnikiem Morawieckiego.
„Mamy ustawkę Tuska na wyłonienie grupy kolaborantów w ramach PiS, którzy wyjdą albo zostaną wyrzuceni, albo utworzą jakąś separatystyczną grupę, żeby się tylko z nią dogadać (...) Morawieckiego należało się pozbyć dużo wcześniej” – atakował.
W dyskusję o spisku Tuska i Morawieckiego Kurski wciągnął nawet Putina i Lecha Kaczyńskiego.
„Nad zwłokami Lecha Kaczyńskiego Tusk ściska z Putinem tymi samymi rękami, którymi miesiąc wcześniej wręczał nominację Morawieckiemu (...) Przez dwa lata przemysłu pogardy, kiedy pod krzyżem przypalano kobiety papierosami, kiedy ustawiano z puszek po piwie krzyż, to wtedy Morawiecki przez dwa lata siedzi u Tuska i się słowem nie odzywa” – mówił Kurski.
Na szczęście nie jest jedynie tak, że tylko byli koledzy odkrywają codziennie coraz to nowe twarze Mateusza Morawieckiego, który nie chce 500 plus i spiskuje z Tuskiem nad grobem Lecha Kaczyńskiego.
I sam Morawiecki poznaje siebie na nowo. Po występie Kurskiego okazało się, że premier w sumie nigdy tej całej propagandy w TVP nie popierał, a właściwie to nawet ją zwalczał, tylko tak, że nie było tego widać gołym okiem.
„Z mojej perspektywy był [Kurski] absolutnie pod parasolem wyłącznie prezesa Kaczyńskiego i każdy o tym wie, kto się orientował w specyfice funkcjonowania Zjednoczonej Prawicy. Każdy też wie, że ja byłem jego głównym adwersarzem, że mi się ta propaganda nigdy nie podobała i że dawałem temu wyraz na wielu forach, zwłaszcza forach wewnętrznych oczywiście, bo wiadomo jak polityka [działa]” – stwierdził.
Na tym się jednak nie skończyło.
„Jestem absolutnie bardzo wdzięczny, że pan Jacek Kurski stał się twarzą PiS-u, ponieważ widzę reakcje w internecie i rozumiem, że każda partia, żeby przegrać, musi mieć swojego Jacka. Platforma miała Jacka Murańskiego. Jeśli PiS bierze teraz na sztandary sobie takiego Jacka, no to tylko przyklasnąć” – stwierdził Morawiecki.
Bon mot z porównaniem Kurskiego z Murańskim podchwyciły promorawieckie konta na Twitterze. „Porównywanie Jacka Kurskiego do Murańskiego jest zwyczajnie słabe — w czasie kiedy Kurski rządził TVP, PiS wykręcił historyczny wynik wyborczy” – tak w obronie dobrego imienia Kurskiego stawał Dariusz Matecki.
Sam Matecki urósł zresztą w ostatnich dniach na znaczeniu. W ustach Piotra Müllera dołączył do grona głównych intrygantów i wymieniany był na równi z Patrykiem Jakim, Jackiem Sasinem oraz samym Jackiem Kurskim. Matecki nie ma takiej pozycji ani takiego dostępu do Jarosława Kaczyńskiego jak pozostała trójka i w sposób oczywisty jest przez Müllera wymieniany dla podbicia argumentu o PiS jako formacji przejętej przez radykałów.
W tej samej rozmowie Müller poszedł nawet dalej.
„Ja nie chcę wyjścia Polski z Unii Europejskiej. Niektórzy koledzy w Prawie i Sprawiedliwości zgłaszają takie postulaty (...) Są takie osoby wewnątrz PiS-u. Ja protestuję przeciwko temu podejściu. Jestem zwolennikiem twardej, ostrej polityki w Brukseli, bicia się o polskie interesy, ale wiem, jakie efekty gospodarcze, geopolityczne wywoływałoby to, co proponują właśnie politycy związani z suwerenną Polską.
Ja nie mogę milczeć w takiej sytuacji (...) Ja jestem ciekaw, co Patryk Jaki tutaj będzie proponował w najbliższym czasie i jak radykalizacja pewnego rodzaju nastąpi. Natomiast ja pamiętam też rozmowy, których nie chcę treści ujawniać, ale mogę potwierdzić, że tak są osoby, które w PiS-ie były za tym, żeby wyjść z Unii Europejskiej” – mówił Müller.
Na Twitterze Patryk Jaki poprosił Müllera o konkretne cytaty. Rzecz w tym, że podobnie jak sprzeciwy Morawieckiego wobec Kurskiego — wszystko to miało odbywać się na zamkniętych spotkaniach.
Całkiem świeżych cytatów dostarczył samodzielnie Janusz Kowalski, który przedstawił słuszny plan dla prawicy na najbliższe lata jako „weto do budżetu UE na lata 2028-2034, jednostronne wypowiedzenie Zielonego Ładu i wstrzymanie płacenia składki członkowskiej do UE”.
Trudno te postulaty odróżnić od postulatu, który można nazwać efektywnym wyjściem ze struktur UE.
I to właśnie kwestie europejskie są kolejnym punktem, w którym Rozwój Plus zamierza odróżniać się od PiS-u goniącego Konfederację i Koronę. Ale w tym wszystkim przyznaje narracyjnie rację Koalicji 15 października, bo kto inny latami straszył i ostrzegał, że PiS chce polexitu?
Ale narracja o tym, że PiS to Kurski i Matecki nie jest kierowana tylko do wyborców, ale i do samych członków PiS.
„Oni zorientowali się, też rozmawiamy przecież z nimi, że zaraz pozostali posłowie Prawa i Sprawiedliwości, jak nas nie ma już w PiS-ie, będą musieli zacząć mówić jak Jacek Kurski czy Dariusz Matecki. Oni będą musieli ich językiem mówić, bo inaczej oni zaraz będą wskazywali, że są zdrajcami” – wieszczył Piotr Müller w Polsat News.
Stwierdził, że przechodzenie kolejnych osób z PiS do Rozwoju Plus uważa za prawdopodobne, bo osób myślących podobnie do Morawieckiego jest więcej niż tych 40., którzy zdecydowali się na niezłożenie lojalki. Dodał też, że grupa, która miała przeprowadzić intrygę skutkującą wyrzuceniem ludzi Morawieckiego, liczy około 10-15 osób.
„Natomiast niech Pan zauważy, że nasz klub parlamentarny Prawa i Sprawiedliwości miał w Sejmie ponad 180 osób, prawda? I gdzieś myślę, że ze 100-120 osób kompletnie w tej sprawie się nie odzywa. To jest milcząca większość w klubie, która po prostu patrzy, co się dzieje i naprawdę nie jest zadowolona z obrotu sytuacji” – przekonywał Müller.
Milcząca większość może być sytuacją podenerwowana jeszcze bardziej, jeśli okaże się, że Rozwój Plus rzeczywiście może liczyć na 7-8 proc, jak wskazują niektóre sondaże, a PiS spada grubo poniżej 20 proc. i zaczyna się powoli zrównywać poparciem z Konfederacją i stąpającą jej po piętach Koroną.
Wciąż jest to jednak historia o indywidualnych dylematach posłów i posłanek, którzy będą analizować, która lista zapewni im lepsze miejsce i mandat. Podział na prawicy na ewentualne cztery listy, a nie trzy jak dotychczas, wcale nie musi oznaczać, że nie zdobędą większości w przyszłym Sejmie. I że Piotr Müller nie spotka się w rządowych ławach z Dariuszem Mateckim.
„Jest oczywiste, że taka partia stanie się naturalnym koalicjantem PiS po wyborach w 2027 roku. Można być pewnym, że Jarosław Kaczyński, najwybitniejszy polski polityk w ostatnim 35-leciu, do takiej koalicji doprowadzi” – uspokaja na łamach Kuriera Krakowskiego Ryszard Terlecki, przyszły członek Rozwoju Plus.
Opozycja
Jarosław Kaczyński
Jacek Kurski
Dariusz Matecki
Mateusz Morawiecki
Piotr Müller
Prawo i Sprawiedliwość
opozycja
Rozwój Plus
Absolwentka Prawa i Filozofii Uniwersytetu Warszawskiego. Publikowała m.in. w Dwutygodniku, Res Publice Nowej i Magazynie Kulturalnym. Pisze o praworządności, polityce i mediach.
Absolwentka Prawa i Filozofii Uniwersytetu Warszawskiego. Publikowała m.in. w Dwutygodniku, Res Publice Nowej i Magazynie Kulturalnym. Pisze o praworządności, polityce i mediach.
Komentarze