0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Fot. Michal Borowczyk / Agencja Wyborcza.plFot. Michal Borowczy...

Agata Kołodziej, OKO.press: Od kiedy wiemy, że mamy za dużo szpitali?

Małgorzata Gałązka-Sobotka*: Od dobrych dwudziestu lat. Mówił już o tym prof. Religa w 2007 roku, kiedy był ministrem zdrowia. I to on przygotował pierwszą listę 100 szpitali do likwidacji. Nie z oszczędności. To był dokument pokazujący niedostosowanie struktury lecznictwa szpitalnego do rzeczywistych potrzeb Polaków i metod udzielania opieki.

Bo przecież medycyna to jest najbardziej prężnie, dynamicznie rozwijająca się dziedzina nauki. Co roku pojawiają się nowe metody leczenia, które sprawiają, że problem, który jeszcze chwilę temu wymagał wielodniowej hospitalizacji, dziś można załatwić jedną tabletką. A to oznacza, że nieustannie zmienia się zapotrzebowanie na strukturę i sposób udzielania świadczeń.

Zabetonowanie szpitali wbrew logice

Ale kolejne rządy nie chcą tego widzieć?

Wtedy, w 2007 roku, deklaratywnie wszyscy wiedzieli, że taka potrzeba jest. Zabrakło woli politycznej i od tamtego czasu ciągle towarzyszy nam lęk przed odważnymi ruchami.

Choć mamy już dzisiaj podstawy prawne do konsolidacji, co należy upatrywać za kamień milowy. Alenadal procesy decyzyjne nie są łatwe. Brakuje w wielu samorządach odwagi przede wszystkim w zmierzeniu się z tym, że struktura szpitali była budowana w zupełnie innym kontekście rozwoju państwa. Mieliśmy bardzo ograniczone zdolności przemieszczania się obywateli. A dziś i sami obywatele są bardziej mobilni, i mamy możliwości przewozić pacjentów na dłuższe odległości, mamy zupełnie inną sieć dróg i system transportu np. lotniczego itd.

Ale mimo to dawna sieć szpitali została zabetonowana. Szpital stał się centrum życia społecznego i w pewnym względzie również gospodarczego danego powiatu. Reforma administracyjna ukonstytuowała rolę szpitala jako mocnego atrybutu podziału administracyjnego kraju, w szczególności powiatów. Władze samorządowe wbrew temu, co tak naprawdę wpisane jest zarówno w Konstytucji, jak i innych aktach prawnych, co do roli powiatu w obszarze zdrowia, skupiły się przede wszystkim na medycynie naprawczej zamiast na zdrowiu publicznym.

Czyli na czym?

Na profilaktyce, budowaniu kompetencji zdrowotnych swojej społeczności, budowaniu prozdrowotnych warunków życia.

Bo przecież zdrowie obywateli nie zależy wyłącznie od infrastruktury szpitalnej. Ta reaguje na problem, który już się pojawił. A w rzeczywistości rolą władz samorządowych, przede wszystkim władz powiatowych, jest przeciwdziałanie tym problemom.

Czyli zapewnienie odpowiednich warunków do życia i do rozwoju społeczności, które przed chorobą uchronią.

Proszę zwrócić uwagę, że kilkukrotnie jednak podejmowano próby reformowania szpitali w Polsce. Kolejną taką próbą była koncepcja sieci szpitali na początku rządów Prawa i Sprawiedliwości opracowana przez ministra Radziwiłła i wiceministra Gruzę.

Co dekadę zryw. A potem zamrażarka

Tylko nic z niej nie wyszło.

Ona zakładała istotne ograniczenie liczby szpitali, które weszłyby do tak zwanego podstawowego systemu zabezpieczenia szpitalnego. Ale jak cebula była rozbierana plaster po plastrze i na koniec dnia nic z niej nie zostało, bo do sieci szpitali została zakwalifikowana zdecydowana większość szpitali w Polsce.

Zmierzam do tego, że właściwie co dekadę mamy zryw, by przeprowadzić dużą reformę. Minister Religa – 2007 rok. Minister Radziwiłł – 2017 rok. I zaraz mamy 2027 rok, w którym teoretycznie powinien się skumulować proces konsolidacji szpitali. Co jakiś czas próbujemy robić jakiś duży skok, niewiele z niego wychodzi i zamrażamy temat na dekadę, po której znów następuje jakieś wzmożenie. Ale ciągle nie jesteśmy w stanie pokonać tego wyzwania, jakim jest istotna korekta struktury lecznictwa szpitalnego i dostosowanie jej do rzeczywistych potrzeb.

I każdy z nas, kto rozumie system, wie, że

jednym z głównych źródłem większości patologii, które skoncentrowały się, jak w soczewce w przypadku doktora Kacprzyka, jest przerośnięta struktura szpitalnictwa,

które pochłania ponad 50 proc. wszystkich kosztów opieki finansowanej przez NFZ. Trwająca już ponad dwie dekady obrona szpitali przed niezbędnymi zmianami ich profili i zakresu doprowadziła do rozwoju zjawiska wielozatrudnienia, terroru płacowego, medycyny walizkowej, ale także konsekwentnego blokowania rozwoju mechanizmów ewaluacji jakości klinicznej.

A inne kraje sobie z tym radzą?

Tak, przez ten proces przechodzą prawie wszystkie kraje europejskie. Francja, Niemcy, Holandia czy Dania zmniejszają liczbę szpitali, ale jednocześnie zwiększają ich kompleksowość, wskaźnik koncentracji zabiegów, szczególnie wysokospecjalistycznych w tak zwanych centrach kompetencji.

I tu nawet nie chodzi o to, że to bardziej efektywne ekonomicznie. Dowody naukowe pokazują, że jeżeli świadczenia są realizowane zgodnie z zasadą powtarzalności, czyli są wykonywane często w danym ośrodku, zamiast raz na jakiś czas w wielu rozproszonych ośrodkach, to są wykonywane lepiej od strony klinicznej.

Czyli to nie jest tak, że to Polacy są okrutni i próbują odebrać obywatelom prawo do łóżka szpitalnego blisko domu. To rzeczywistość medyczna pokazuje, że do zapewnienia prawdziwego bezpieczeństwa zdrowotnego nam już nie jest dzisiaj potrzebny ten atrybut, jakim jest łóżko szpitalne, oddział szpitalny.

Nam jest dzisiaj potrzebna sieć dobrze wyposażonych specjalistycznych centrów opieki ambulatoryjnej i jednodniowej, z kompleksowymi centrami diagnostycznymi, skupiające wysoko wykwalifikowaną kadrę i sprzęt, zintegrowane zespoły terapeutyczne oraz zabezpieczenie w rehabilitację i opiekę długoterminową. Czyli potrzebne jest mentalne odcięcie się od tych atrybutów, które zabetonowały myślenie wielu Polaków, że zdrowie i bezpieczeństwo zapewnia szpital w tradycyjnym modelu działania.

Jako państwo z jednymi z najniższych w Europie poziomów nakładów na zdrowie mamy najwięcej łóżek ostrych w przeliczeniu na mieszkańców. A prawda jest taka, że sukces w leczeniu coraz rzadziej zależy od dostępności łóżka, a w coraz większym od innowacyjnych technologii lekowych i nielekowych oraz interdyscyplinarnych zespołów i skoordynowanych modeli kompleksowej opieki.

W tej dyskusji o szpitalnictwie brakuje mi właśnie analizy alternatyw, dobrych przykładów, i to nie holenderskich, nie duńskich, ale polskich.

Przeczytaj także:

Trzeba kupić busy. I przekonać związki zawodowe

A mamy takie przykłady?

Właśnie mamy! W Polsce dokonano już w wielu miejscach korekty lokalnego systemu szpitalnego — zmniejszono liczbę oddziałów, zwiększono zakres działania poradni przyszpitalnych, i nie są to tylko Szpitale Pomorskie, którymi przez lata zarządzała minister Jolanta Sobierańska-Grenda.

Mamy też dobre przykłady powiatów, które zrozumiały swoją rolę w lokalnym systemie ochrony zdrowia. Jednym z moich ulubionych, obserwowanych od lat jest powiat opatowski, w którym, owszem, jest szpital powiatowy, ale on diametralnie zmienił strukturę swojej działalności w ostatnich latach.

Jak?

Zmniejszono liczbę oddziałów i są one też dużo mniejsze, a w to miejsce rozbudowano na bardzo dużą skalę poradnie przyszpitalne, opiekę jednodniową i opiekę długoterminową.

Włodarze tego powiatu rozumieją procesy, jakie zachodzą we współczesnej medycynie, ale jednocześnie są wrażliwi na potrzeby mieszkańców. Ich celem nie jest manifestowanie swojego władztwa czy skuteczności wielkim budynkiem doposażonym w kolejny sprzęt, który jest niewykorzystany, czy kolejnymi oddziałami, które są puste. Ich rzeczywistą misją i celem jest realna poprawa dobrostanu obywateli.

Świetnie, ale co z pacjentami, którzy jednak potrzebują łóżka szpitalnego na oddziale, który kiedyś tam był, a dziś go już nie ma?

I to jest właśnie mądrość tej reformy w powiecie opatowskim. Władze, wiedząc, że wielkim wyzwaniem dla wielu osób o najsłabszej pozycji społecznej czy ekonomicznej może być dojazd do oddalonych ośrodków wyższej referencyjności, chociażby Centrum Onkologii w Kielcach, kupiły po prostu busy niskopokładowe do przewożenia swoich obywateli na wyznaczone wizyty.

Do tego nie trzeba karetki, wystarczy zapewnić pacjentom transport cywilny. Efekt jest taki, że to jest nie tylko dużo tańsze niż utrzymywanie oddziału. To dla pacjenta też oznacza lepszą opiekę, bo zyskuje dostęp do opieki wyższej referencyjności, ma zapewnioną ciągłość leczenia. Nie ma mowy o tym, żeby wykluczenie transportowe przekładało się na wykluczenie zdrowotne. Wystarczy bus i podpisanie umowy z większym ośrodkiem w okolicy, nawiązanie współpracy zamiast konkurowania z nim.

I już? To takie proste?

To wcale proste nie jest. Bo jednocześnie wielu starostów czy dyrektorów szpitali zderza się z oporem personelu medycznego, który jest przyklejony do oddziału. Nie do pacjenta i do problemu zdrowotnego, ale do oddziału.

Wiele pielęgniarek mówi: nie będziemy pracować na oddziale internistycznym, bo jesteśmy pielęgniarkami, które pracowały na oddziale laryngologicznym albo okulistycznym. Albo: my jako położne nie będziemy pracować w poradni.

Taka postawa często jest głównym hamulcowym dla likwidacji oddziałów.

Tak jest teraz na przykład w próbie łączenia szpitali powiatowych w Mielcu i Dębicy ze Szpitalem Klinicznym w Rzeszowie, gdzie jest ogromny opór związków zawodowych i pracowników. Wyzwaniem dla władz samorządowych i dyrekcji jest brak merytorycznego dialogu, emocjonalna obrona własnych pozycji przez poszczególne grupy zawodowe, bardzo sztywna postawa wobec nowych modeli rozwoju opieki regionalnej.

Ale przeciw temu połączeniu protestowali również mieszkańcy. W czerwcu wyszli nawet na ulice z tego powodu.

W medycynie mamy do czynienia z asymetrią informacji. Zwykły człowiek nie rozumie, co się kryje za profesjonalną usługą medyczną. Nie zna aspektów klinicznych. I to jest odpowiedzialność profesjonalistów medycznych, żeby wytłumaczyć ludziom, że w wielu przypadkach najbezpieczniejsza opieka dla nich powinna odbyć się w trybie jednodniowym lub ambulatoryjnym, bo hospitalizacja, nie tylko nie przyniesie dodatkowych korzyści, co zwiększa ryzyko powikłań.

Zbudowaliśmy system szpitalnocentryczny z ograniczoną dostępnością do wielu świadczeń, zatem społeczeństwo jest zaprogramowane, że jak coś się dzieje, to natychmiast trzeba iść do szpitala, a to się robi najszybciej przez SOR.

Tymczasem szpital często jest dla nich najgorszym miejscem udzielania opieki, chociażby ze względu na ryzyko zakażeń bakterią szpitalną.

Wymaga zwolnienia lekarskiego. Nie każda wizyta na SOR daje też przepustkę do kompleksowego leczenia. Koniecznie musimy zmienić w społeczeństwie tę mentalność.

Nie każda zmiana to strata

Z podobnym oporem zderzamy się w kwestii porodówek, które już zaczęliśmy likwidować, ale to nadal generuje społeczny sprzeciw. Jedynym sposobem na jego ograniczenie jest konsekwentne wyjaśnianie zalet, jakie daje korzystanie z opieki placówki i zespołu, który ma duże doświadczenie w odbieraniu porodów i jest uzbrojony na okoliczność powikłań. To zupełnie co innego niż placówka, w której poród odbiera się raz na dwa czy trzy dni. A jak się pojawią komplikacje, robi się problem, który często decyduje o życiu dziecka i matki.

Premier próbował tak to tłumaczyć.

Musimy w debacie publicznej zacząć mówić językiem faktów medycznych, językiem efektów klinicznych, jakości i bezpieczeństwa pacjenta, a nie systemowych oszczędności. Społeczeństwo nie akceptuje faktu, że nas nie stać na podtrzymanie małych oddziałów, żąda od polityków zwiększenia finansowania. Ale na pytanie o wzrost składki odpowiedź jest też negatywna. Dlatego jedynym sposobem na zbudowanie porozumienia, jest przejście na język korzyści klinicznych, poprawy jakości, nie mierzonej odległością a realną dostępnością do kompleksowej i skoordynowanej opieki.

Trzeba jednak dostarczać realnych dowodów na to, że nie każda zmiana to strata. Że jeśli nawet zlikwidujemy porodówkę, to pozostawimy ambulatoryjną i jednodniową opiekę ginekologiczną, do której dostęp zostanie rozszerzony dzięki odzyskanym pieniądzom, a kobietom w ciąży zapewni się bardzo dobrą opiekę w powiecie obok, co już wyrażają ich opinie satysfakcji.

Szpitale muszą zacząć manifestować swoim mieszkańcom, że ze sobą współpracują, że potrafią się porozumieć i uzupełniać swoje zasoby. Wierzę, że wtedy presja na nieracjonalne utrzymanie oddziałów by spadła. A takich oddziałów jest wiele — tych położniczych, pediatrycznych, chirurgicznych i wielu innych. Ale to wszystko pod warunkiem rozwinięcia transportu medycznego i integracji placówek, które dotychczas konkurowały, a dzisiaj muszą zacząć ze sobą współpracować, współdzieląc opiekę nad pacjentem.

To się zresztą wiąże się też z zapowiedzianą przez minister zdrowia e-rejestracją.

Jak?

Moglibyśmy sobie wyobrazić, że jeżeli pacjent zostaje skierowany na daną procedurę specjalistyczną, ale ta jest oferowana w znacznej odległości od jego miejsca zamieszkania,

to pacjent powinien mieć zagwarantowany transport medyczny.

Bo wskaźnik dostępności terytorialnej, na który się umówimy w danym zakresie, został przekroczony. Czy to nie byłoby tańsze niż utrzymywanie pustych oddziałów?

Dzisiaj kwestie transportu pomiędzy placówkami budzą dużo sporów i rozbieżnych interpretacji co utrudnia sprawną koordynację opieki. Dlatego wiele nadziei niesie zapowiedź minister zdrowia w zakresie zwiększenia dostępności właśnie do transportu medycznego.

Nowe dane będą bezlitosne. To może być gwóźdź do trumny

Tylko do tego trzeba z głową wymyślić optymalne rozmieszczenie placówek medycznych i dostępności usług medycznych na terenie całego kraju.

I dlatego z taką niecierpliwością czekam na publikację najnowszej wersji map potrzeb zdrowotnych. Bo wiem, że w nich dokonano już pogłębionej analizy zapotrzebowania na oddziały szpitalne z uwzględnieniem

  • epidemiologii,
  • odległości,
  • a nawet sieci transportowej na danym terenie.

Naszą dyskusję o przyszłości systemu powinniśmy opierać właśnie na takich danych, które powinny być publicznie dostępne i omawiane. Mimo że żyjemy w czasach dezinformacji, to wierzę, że sposobem na walkę z nią jest systematyczne pokazywanie twardych danych, które pokazują absurdy aktualnych rozwiązań.

Ale przecież takie mapy robimy od lat. Czy poprzednie nie pokazywały konieczności redukcji oddziałów, czy całych szpitali? Czy pokazywały, ale były ignorowane?

Poprzednim mapom zarzucano, że w mniejszym stopniu uwzględniały rzetelną epidemiologię. Mapa potrzeb zdrowotnych powinna pokazywać zapotrzebowanie ludności na opiekę, w kontekście konkretnych problemów zdrowotnych, które najprawdopodobniej występują i będą występować na danym terenie, ale także sposobów ich zaspakajania, odwołując się do aktualnej wiedzy medycznej.

Rozumiem, że te nowe mapy to jakaś zupełnie nowa jakość. To kiedy je zobaczmy?

One już są opracowane, powinny były być opublikowane już w czerwcu. Tylko… Wiem z rozmów kuluarowych, że… jakby to powiedzieć… są bardzo radykalne.

Co to znaczy?

Pokazują bezlitośnie, jak ogromna jest dziś nadpodaż oddziałów szpitalnych. W związku z tym politycy obawiają się, że to będzie przysłowiowy gwóźdź do politycznej trumny. Ale w takich okolicznościach wraca do nas jak bumerang to samo pytanie: czy możemy uciekać w nieskończoność od danych, od faktów. One przecież nie mają barw politycznych. Czy ukrycie prawdy sprawi, że ona nie wypłynie z czasem?

Mamy już ogrom doświadczenia mierzonego skalą patologii, że od koniecznej przebudowy systemu opieki nie uciekniemy.

Możemy rozpisać sobie tak jak w wielu krajach europejskich, plan przebudowy systemu nawet na 10 lat. Nie musimy tego robić natychmiast, nawet nie powinniśmy, nie możemy działać impulsywnie. Profesjonalna transformacja wymaga planu, takie już przecież powstają dla każdego województwa, ale ich fundamentem nie może być lista życzeń świadczeniodawców, ale realne potrzeby zdrowotne.

Zmiana systemu zabezpieczenia, podporządkowana mapom potrzeb powinna skutkować zmniejszeniem się nierówności w dostępie do opieki dobrej jakości, gwarantującej porównywalne szanse na zdrowie, bez względu na miejsce zamieszkania. W organizacji systemów zdrowotnych widzimy bowiem paradoks, że więcej placówek nie zawsze znaczy lepiej. Jakość idzie w parze z doświadczeniem i kompleksowością, a te wymagają koncentracji zasobów.

A tymczasem w opinii publicznej narasta obawa, że właśnie najnowsze regulacje dotyczące zatrudnienia lekarzy wymuszone medialnymi doniesieniami o kolejnych aferach, mogą wygenerować zbyt szybkie zmiany strukturalne. Czyli że sporo może się zmienić, ale w sposób niekontrolowany i niekoniecznie dobry dla pacjentów czy zbieżny z wnioskami z analiz.

Przestańmy straszyć likwidacją czegokolwiek

Czyli stracą na tym pacjenci?

Niekoniecznie. Zmiany w warunkach zatrudniania i wynagradzania są niezbędne. I z założenia powinny wyeliminować kominy płacowe wśród lekarzy oraz znormalizować zasady zatrudnienia.

Ale mogą też wywołać nieprzewidziane negatywne skutki np. ograniczenie dostępności do niektórych specjalistów i zakresów świadczeń. Stąd konieczność monitorowania przez NFZ dostępności i reagowania na ryzyka pogłębiania wykluczenia zdrowotnego w niektórych regionach.

Jesteśmy na progu dużej zmiany i wyrazem uczenia się na błędach będzie wzmocnienie mechanizmów ewaluacji jej konsekwencji, zarówno w krótkim, jak i dłuższym okresie.

My musimy w końcu o reformowaniu systemu szpitalnictwa zacząć rozmawiać w agendzie pozytywnej, a nie tylko negatywnej. Musimy zacząć dyskutować,

  • jak zapewnić obywatelom koszyk podstawowego zabezpieczenia zdrowotnego,
  • jakich usług nam brakuje na poziomie powiatu,
  • co rozwijać w lokalnych środowisku,
  • w jakiej formie zapewnić dostarczanie usługi, których nie ma na miejscu,

a nie koncentrować się tylko na tym, co i gdzie likwidować.

Odwróćmy tę narrację. Określmy, co powiat powinien zapewnić poprzez rozwój infrastruktury diagnostycznej, leczniczej, zasobów ludzkich, lekarskich, pielęgniarskich, położniczych, fizjoterapeutycznych i farmaceutycznych itd., żeby mieszkańcy danego terenu poczuli, że w powszechnych chorobach, które najczęściej występują, dostaną dobrą opiekę tu, gdzie żyją.

A jeżeli się pojawi rzadszy czy poważniejszy problem zdrowotny, to powiatowe centrum zdrowia poprzez współpracę z ośrodkami wyższej referencyjności, zapewni pacjentowi łatwe przekierowanie z tego podstawowego zabezpieczenia do specjalistycznego.

Wróćmy jeszcze do map potrzeb zdrowotnych. Kiedy — i jeśli w ogóle — zostaną one opublikowane i rzeczywiście pokażą potrzebę radykalnych zmian, to czy będzie to nakaz ich przeprowadzenia? Czy tylko sugestia, jak powinno być, którą można zignorować?

To nie jest żadne zobowiązanie ani dla właściciela czy menadżera placówki medycznej, ani dla samorządu. To jest tylko instrukcja, która mówi: „zobacz, jak wygląda realne zapotrzebowanie na usługi. Bierz pod uwagę, że na terenie, na którym działasz, jest już bardzo duża konkurencja i gęsty system zabezpieczenia zdrowotnego. I jest on niewspółmierny do rzeczywistego zapotrzebowania”.

Jeśli chcesz rozwijać jakieś świadczenie, musisz brać pod uwagę ryzyko, że po pierwsze zabraknie ci kadr medycznych, a po drugie pacjentów. A na końcu nie otrzymasz finansowania. Ale to jest tylko informacja. To nie jest żaden nakaz. Odpowiedzialność za profil działalności szpitala ponosi organ właścicielski i dyrekcja, ale o warunkach finansowania decyduje NFZ, określając plany i warunki zakupu.

Tutaj niestety brakuje konsekwencji po stronie instytucji regulujących rynek.

  • Z jednej strony mapy wskazują na potrzebę koncentracji świadczeń.
  • Z drugiej znane są sytuacje, w których NFZ ogłasza konkurs na dany zakres, pomimo dużego nasycenia świadczeniodawców na danym terenie.

Innym przykładem jest możliwość rozliczania świadczeń specjalistycznych np. zabiegów chirurgii onkologicznej na oddziałach chirurgii, które tylko podtrzymują na siłę ich byt, bez gwarancji korzyści dla pacjenta.

Z lenistwa? Zaniedbania?

Najczęściej pod wpływem nacisków politycznych. Niestety racjonalizm w gospodarowaniu zasobami w ochronie zdrowia przegrywa często z lokalną i centralną polityką. Mechanizmy oceny zasadności inwestycji (IOWISZ) są, z jednej strony mało szczelne, a z drugiej absurdalne z racji konieczności procedowania przez nie projektów modernizacyjnych np. szybów windowych, o czym się mówi od kilku lat.

Miejmy nadzieję, że jak za chwilę opublikujemy nowe mapy potrzeb zdrowotnych i nałożymy na nie szczegółową analizę środków wydanych na zdrowie z KPO, nie okaże się, że sporo pieniędzy popłynęło do szpitali i do oddziałów, które w najbliższych latach powinny być likwidowane.

Długi szpitali wymuszą reformę administracyjną Polski

Powiedziała Pani o naciskach politycznych…

Bo polityka wszystko komplikuje, ale nie można się przecież od niej oderwać. Bez konsensusu politycznego nie wiele zrobimy. A proszę zwrócić uwagę, że gdybyśmy miały analizować narrację polityczną poszczególnych ugrupowań politycznych, to okaże się, że jak rząd akurat chce reformy szpitalnictwa, to opozycja krzyczy: „olaboga!”, będą zamykane oddziały.

A jak opozycja staje się rządem i chce coś zrobić ze szpitalami, to ci drudzy krzyczą „weto!”. To jest nasz problem. Jak jestem na fali, to reformuję, jak jestem pod falą, to krytykuję. Tak się nie da prowadzić odpowiedzialnej polityki zdrowotnej. Choć w ostatnich tygodniach mam wrażenie, że przedstawiciele wszystkich opcji politycznych dojrzewają do myśli, że zmiany są niezbędne. Że ich odkładanie może wszystkich wiele kosztować.

Na liście wyzwań jest też brak wspólnej międzyresortowej wizji. Ministerstwo zdrowia właśnie ogłosiło, że wycofuje z wykazu prac legislacyjnych rządu projekt programu pomocowego opartego na pożyczkach z Banku Gospodarstwa Krajowego (BGK). Zabrakło zgody Ministra Finansów na jego wdrożenie.

Co to za mechanizm?

Chodzi o oddłużanie i danie szpitalom takiej poduszki finansowej, która pozwalałaby tym w najtrudniejszej kondycji finansowej przejść przez proces transformacji. Rozłożyć zobowiązania wymagane – chociażby poprzez kredyt długoterminowy, z możliwością umorzenia – jeśli szpital osiągnąłby założone wskaźniki finansowe i zrealizował plan naprawczy.

Rozmawiałam z wieloma dyrektorami, właścicielami szpitali i wiem, że oni bardzo liczyli na ten instrument finansowy. Jak jego nie będzie, transformacja może bardzo spowolnić. Wprawdzie szpitale mogą sięgać po środki z Funduszu Medycznego, ale wiemy, że one są ograniczone. W tych okolicznościach

ciężar transformacji pozostaje na barkach powiatów, które mogą nie być zdolne do udźwignięcia tych zobowiązań, które przez wiele lat narosły.

Dlatego coraz bardziej zbliżamy do reformy administracyjnej.

Nie tylko reformy szpitalnictwa, ale po prostu reformy administracyjnej, bo na dłuższą metę nie jesteśmy w stanie utrzymać systemu szpitalnego w modelu wielu właścicieli, którzy ze sobą konkurują ze stratą dla własnych finansów, ale przede wszystkim zdrowia obywateli. Odsuwanie głębokiej strukturalnej reformy, wpychanie jej pod dywan, naprawdę nic nie da.

Pogłębia tylko zapaść systemu ochrony zdrowia.

Finansową?

Tak. Miarą kryzysu jest fakt, że ponad 50 proc. wszystkich nakładów na zdrowie w budżecie NFZ konsumuje lecznictwo szpitalne. Spójrzmy na jedną rzecz — jak od 2016 roku zmieniają nakłady na lecznictwo szpitalne, ambulatoryjną opiekę specjalistyczną i POZ. Nakłady na szpitalnictwo w ciągu dekady się potroiły – z 35 mld zł do 103,5 mld zł.

A w tym czasie liczba porad się wzrosła o 20 proc., a liczba pacjentów jest na porównywalnym poziomie, nawet o 1 proc. niższa w 2025 r. niż w 2016 r. Bez reformy tak się dalej nie da.I nie chodzi tutaj tylko o zrównoważenie finansów sektora, ale przede wszystkim o skuteczniejsze zabezpieczenia zdrowia Polek i Polaków.

*Dr Małgorzata Gałązka-Sobotka – ekonomistka specjalizująca się w organizacji i finansowaniu systemu ochrony zdrowia, rektor Uczelni Łazarskiego oraz wiceprzewodnicząca Rady Narodowego Funduszu Zdrowia w latach 2015-2025

Na zdjęciu Agata Kołodziej
Agata Kołodziej

Dziennikarka ekonomiczna, absolwentka Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej na Uniwersytecie Jagiellońskim oraz podyplomowych Studiów Systemu Finansowego i Polityki Monetarnej Instytutu Nauk Ekonomicznych Polskiej Akademii Nauk. Publicystka, producentka wideo online, autorka podcastów, host w studio TV na żywo. Byłam przywiązana do tematyki gospodarczej od kilkunastu lat, głównie w zakresie makroekonomii, finansów i bankowości oraz rynku mieszkaniowego. Obecnie gospodarka jest dla mnie interesująca przede wszystkim w połączeniu z kontekstem społecznym oraz politycznym. Wcześniej byłam związana ze Spidersweb.pl, Money.pl i Onetem, a jeszcze wcześniej z „Gazetą Giełdy Parkiet”. Współpracowałam także z „Dziennikiem Gazetą Prawną” i „Gazetą Wyborczą”.

Komentarze