Nie 1 proc., ale prawdopodobnie nawet 10 proc. lekarzy zarabia ponad 100 tys. zł miesięcznie. Żyliśmy dotąd w ułudzie. Ale Sejm właśnie uchwalił w ekspresowym tempie ustawę, dzięki której poznamy prawdę o zarobkach lekarzy. A jak ją poznamy, to je obetniemy. Jakim prawem?
Rząd długo bał się lekarzy. Aż nagle przestał. Odwagi dodał mu Dawid Kacprzyk, lekarz ze Szpitala Południowego w Warszawie, którego zarobki na poziomie 1,7 mln zł wstrząsnęły Polską, choć były tylko pierwszym, ale nie jednym powodem masowego oburzenia.
To jasne — wiemy, że nowe zasady waloryzacji pensji w ochronie zdrowia wprowadzone w 2022 roku przez rząd PiS są jedną z ważniejszych przyczyn obecnej zapaści w budżecie NFZ.
Tak dużej, że Fundusz musi ciąć wydatki na przykład na finansowanie badań profilaktycznych. M.in. od 1 kwietnia NFZ płaci 60 proc. za gastroskopię i kolonoskopię oraz 50 proc. za rezonans magnetyczny i tomografię komputerową wykonane ponad limit określony w kontrakcie.
Pacjenci mierzą się z coraz trudniejszym dostępem do świadczeń, podczas gdy lekarze dostają kolejne podwyżki. A właściwie należałoby raczej napisać: ponieważ lekarze dostają kolejne podwyżki.
Eksperci od dawna nie mają wątpliwości — ustawa waloryzująca świadczenia medyków powinna zostać znowelizowana, bo doprowadziła do ogromnego kryzysu, który trzeba zatrzymać.
Rząd jednak powiedział: nie. Powiedział to w okolicach początku maja 2026 roku ustami Ministerstwa Zdrowia: w tym roku nie będzie zmiany wskaźnika waloryzacji wynagrodzeń w ochronie zdrowia.
Aż tu nagle wybuchła afera w Szpitalu Południowym i rząd zerwał się na równe nogi i w trybie ekspresowym zrobił coś jeszcze dalej idącego niż ograniczenie waloryzacji pensji lekarzy. Przyjął projekt ustawy, która pozwala Agencji Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji na zbieranie danych o zarobkach lekarzy po numerze PESEL lub prawie wykonywania zawodu.
Przyjęty we wtorek 16 czerwca przez rząd projekt już 17 czerwca przeszedł przez Komisję Zdrowia, a 19 czerwca ustawa została uchwalona przez Sejm. Szedł jak burza. Napędu nadała mu społeczna emocja, której bardzo boi się premier. I rzeczywiście ma czego.
Dzięki właśnie przyjętej ustawie w końcu agencja (a dzięki niej i Ministerstwo) dowie się, ile naprawdę zarabiają lekarze. Nie, jaka jest wartość pojedynczego kontraktu lekarza, ale ile zarabia on łącznie w kilku miejscach pracy.
Jak bardzo dziś tego nie wiemy? Dotąd oficjalne dane AOTMiT pokazywały, że ponad 100 tys. zł miesięcznie w jednym miejscu pracy zarabia około 560 lekarzy, czyli ok. 1 proc. Bardzo niewiele.
Tylko że jak zsumować dochody jednego lekarza z wszystkich podmiotów, dla których pracuje, okaże się, że liczba jest nawet dziesięciokrotnie większą. Takie szacunki niedawno w rozmowie z branżowym portalem Rynek Zdrowia przedstawił prezes AOTMiT Daniel Rutkowski. To by oznaczało, że ponad 100 tys. zł miesięcznie zarabia nawet co dziesiąty lekarz w Polsce.
Nie ma wątpliwości, jaki jest cel nowych przepisów — najpierw poznamy dane, żeby potem na ich bazie wprowadzić limity zarobków lekarzy.
I tu się zatrzymajmy.
Dlaczego właściwie akurat lekarzom mamy zaglądać do kieszeni tak szczegółowo? A potem jeszcze odgórnie decydować, ile to jest dla nich za dużo? Innym zawodom i grupom społecznym przecież tego nie robimy. A prawnicy? Im jakoś nikt nie próbuje zaglądać w taki sposób do kieszeni. Takie argumenty słyszałam w ostatnich dniach.
Odpowiadam zatem dlaczego.
Po pierwsze, dlatego, że lekarze, w przeciwieństwie do prawników, pensje otrzymują ze środków publicznych. Prawnicy czasem też, ale w takiej sytuacji wynagrodzenie prawnika z urzędu jest właśnie bardzo ściśle regulowane przez Ministerstwo Sprawiedliwości.
Po drugie, dlatego, że lekarze to zawód zaufania publicznego. I właśnie to zaufanie zostało utracone albo przynajmniej naruszone. Nie dziś. Nie wczoraj. W ciągu ostatnich kilku lat.
I nie chodzi o to, że zaufanie do lekarzy zostało nadwątlone przez to, że dużo zarabiają. Chodzi o to, że czasem zarabiają tak dużo z naruszeniem prawa. Mówiąc wprost: kradną publiczne środki.
To bardzo mocne słowo. Ale dokładnie tym jest pobieranie pensji w szpitalu za dyżur, który jest fikcją, bo lekarz w tym czasie jest w innej placówce. Albo w telewizji — jak w przypadku Dawida Kacprzyka. Ten bohater ostatnich dni zresztą już oddał to, co niesłusznie wziął.
Warszawski ratusz poinformował, że:
„Od 15 czerwca Dawid Kacprzyk skorygował 33 faktury, obejmujące okres od 31 stycznia 2025 roku do 16 czerwca 2026 roku. Na konto szpitala zwrócił 0,5 mln złotych”.
Można powiedzieć, że to czarna owca. O przypadkach, że jakiś lekarz posiadł umiejętność bilokacji, czytamy czasem w mediach, choć to nadal raczej nie jest masowe zjawisko.
Taką linię przyjął Mateusz Morawiecki, stając po stronie honoru i godności lekarzy jako grupy zawodowej. 18 czerwca w „Porannej Rozmowie” RMF FM powiedział, że
„jego zdaniem ponad 99 proc. lekarzy jest absolutnie uczciwych.”
Trudno tu przeprowadzić fact-checking. Poza tym to opinia. I z tą opinią można się nie zgodzić. Jednak nie na bazie nielicznych znanych i udowodnionych przypadków bilokacji lekarzy. Ale na bazie zupełnie innych znanych i bardziej już powszechnych zjawisk.
W samym środku afery wokół Dawida Kacprzyka gruchnął news, że policja we współpracy z Prokuraturą Okręgową w Poznaniu rozbiła mafię lekową. Zatrzymano już dziewięć osób, w tym dwóch lekarzy, którzy stali na jej czele.
Zorganizowana grupa przestępcza działała tak, że lekarze wystawiali recepty na silne leki psychotropowe, opioidowe oraz medyczną marihuanę na przypadkowe osoby, które nie były ich pacjentami i których nigdy nie wiedzieli na oczy. Potem leki te były wykupowane na terenie całej Polski i odsprzedawane, również za granicę.
Wpadli, bo jeden z pacjentów przez przypadek zauważył na swoim internetowym indywidualnym koncie pacjenta, że wystawiono mu receptę, o której nic nie wie i nawet nie był w ostatnim czasie u lekarza.
Problem w tym, że to nie jest jakiś mały przekręt. Policja informuje, że jest to proceder na dużą skalę, zatrzymani lekarze pochodzą z różnych województw (z wielkopolskiego i mazowieckiego) i nie wyklucza kolejnych zatrzymań.
A już dotąd przejęto tysiące blistrów z tabletkami o działaniu narkotycznym i psychotropowym i kolejne kilka tysięcy bezprawnie wystawionych recept.
To również pojedyncze czarne owce, nawet jeśli grono zatrzymanych lekarzy rozrośnie się z dwóch do 5, 10, czy nawet 20.
Nawet jeśli przypomnimy sobie sprawę z ubiegłego (2025) roku, gdy CBŚP, Prokuratura Okręgowa w Zielonej Górze, NFZ i inspektorzy farmaceutyczni z Gdańska i Warszawy rozbili inną grupę przestępczą, która za pomocą niemal 40 tys. podejrzanych recept (w tym również wystawionych na nieistniejące osoby) wyłudziła ponad 82 mln zł z publicznych pieniędzy. W grupie tej byli również lekarze.
Tym, co w znacznie większej skali wpływa na zachwianie zaufania do zawodu lekarza, są internetowe sklepy z receptami i zwolnieniami L4 wystawianymi na życzenie za uiszczeniem 79 zł. Czasem więcej, jak akurat nie ma promocji.
Przypominam sobie głośny przypadek ujawniony w 2023 roku. Dotyczył małżeństwa lekarzy, którzy w ciągu 2022 roku wypisali łącznie 715,8 tys. recept. Jedno z małżonków wypisywało średnio 700 e-recept dziennie. Wychodziło na to, że lekarz wystawiał jedną receptę co dwie minuty non stop przez 24 godziny, bez snu, siedem dni w tygodniu i to w kilku placówkach jednocześnie.
W ciągu roku małżeństwo lekarzy zarobiło w ten sposób od 7,1 mln do nawet 14,3 mln zł.
To skrajny przypadek. Ale podobnych o mniejszej skali było więcej. Ale nadal nie w tym rzecz, bo najważniejsze, że takich firm, które oferują recepty i zwolnienia na życzenie, jest w internecie zatrzęsienie. A żeby to oferować, muszą zatrudniać lekarzy z odpowiednimi uprawnieniami. I tu niestety dochodzimy do smutnej prawdy: skoro takich firm jest dużo, to i lekarzy robiących takie rzeczy z naruszeniem etyki zawodowej, jest dużo.
Na dowód trochę faktów.
W reakcji na falę doniesień o nadużyciach w firmach typu receptomat Ministerstwo Zdrowia we wrześniu 2023 roku powołało specjalny Zespołu ds. preskrypcji i realizacji recept na leki gotowe oraz recepturowe. Zespół ten w 113-stronicowym raporcie ustalił, że:
Przy tej okazji Naczelna Rada Lekarska sama zwróciła uwagę, że skala tego zjawiska jest już tak ogromna, że samorządy lekarskie nie są w stanie samodzielnie wyciągać konsekwencji wobec indywidualnych osób, które wzięły udział w tej działalności i dlatego potrzebne są rozwiązania systemowe.
Łukasz Jankowski zaledwie w maju tego roku został ponownie wybrany na prezesa Naczelnej Rady Lekarskiej. Zarysował wtedy plan na kolejną kadencję: przywrócić elitarność należną zawodowi lekarza.
To nie brzmi dobrze i to wcale nie ze względu na skojarzenia klasowe. To nie brzmi dobrze przede wszystkim ze względu na to, że elitarność oznacza wąski dostęp. I NRL od jakiegoś czasu lobbuje za tym, by zmniejszyć w Polsce liczbę miejsc na kierunkach lekarskich, bo twierdzi, że kształcimy zbyt wielu lekarzy i zaraz będziemy mieli ich nadpodaż.
A jednocześnie przecież samorządy lekarskie twierdzą, że nie można uporządkować systemu pracy lekarzy, nie można ograniczyć ich pracy do jednej placówki czy do etatu zamiast licznych kontraktów w wielu miejscach, co prowadzi do patologii, bo lekarzy jest za mało. Pisaliśmy o tym bardziej szczegółowo w OKO.press.
Proponowałabym więc prezesowi Naczelnej Rady Lekarskiej, szczególnie w obecnych okolicznościach, jednak zmienić swoje priorytety i zamiast skupiać się na przywracaniu elitarności, zająć się przywracaniem zaufania do zawodu lekarza.
W którymś momencie tekstu napisałam o Dawidzie Kacprzyku „bohater”. Oczywiście w innym kontekście, ale jednak trzeba przyznać, nieco przewrotnie, że od lat nikt nie zrobił tak wiele dla koniecznej, słusznej i zasadnej, ale odkładanej z powodu politycznego lęku reformy systemu wynagrodzeń lekarzy, co on. Bez niego rząd nie miałby odwagi.
Być może tej odwagi wystarczy nawet na coś więcej.
Bo te wszystkie nadużycia, o których piszę, to nie jest hejt na lekarzy.
Te, zbyt często pojawiające się w systemie patologie, to nie jest wina Kacprzyków i innych receptomatów. To wina tego, że system się rozpada — jest za mało pieniędzy, za mało lekarzy i za mało woli politycznej, żeby coś z tym zrobić.
Politycy od lat wolą tego nie dotykać, bo konieczne reformy są za trudne w ogóle i za trudne do wytłumaczenia wyborcom. Szczególnie to drugie. Obywatele zaś uważają, że ochrona zdrowia należy do sprawy prywatnych, czyli takich, z którymi każdy z nas radzi sobie sam, tak jak potrafi. A to sprawa publiczna, czyli nas wszystkich razem, a nie każdego z osobna.
Dziennikarka ekonomiczna, absolwentka Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej na Uniwersytecie Jagiellońskim oraz podyplomowych Studiów Systemu Finansowego i Polityki Monetarnej Instytutu Nauk Ekonomicznych Polskiej Akademii Nauk. Publicystka, producentka wideo online, autorka podcastów, host w studio TV na żywo. Byłam przywiązana do tematyki gospodarczej od kilkunastu lat, głównie w zakresie makroekonomii, finansów i bankowości oraz rynku mieszkaniowego. Obecnie gospodarka jest dla mnie interesująca przede wszystkim w połączeniu z kontekstem społecznym oraz politycznym. Wcześniej byłam związana ze Spidersweb.pl, Money.pl i Onetem, a jeszcze wcześniej z „Gazetą Giełdy Parkiet”. Współpracowałam także z „Dziennikiem Gazetą Prawną” i „Gazetą Wyborczą”.
Dziennikarka ekonomiczna, absolwentka Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej na Uniwersytecie Jagiellońskim oraz podyplomowych Studiów Systemu Finansowego i Polityki Monetarnej Instytutu Nauk Ekonomicznych Polskiej Akademii Nauk. Publicystka, producentka wideo online, autorka podcastów, host w studio TV na żywo. Byłam przywiązana do tematyki gospodarczej od kilkunastu lat, głównie w zakresie makroekonomii, finansów i bankowości oraz rynku mieszkaniowego. Obecnie gospodarka jest dla mnie interesująca przede wszystkim w połączeniu z kontekstem społecznym oraz politycznym. Wcześniej byłam związana ze Spidersweb.pl, Money.pl i Onetem, a jeszcze wcześniej z „Gazetą Giełdy Parkiet”. Współpracowałam także z „Dziennikiem Gazetą Prawną” i „Gazetą Wyborczą”.
Komentarze