Medycyna ratunkowa funkcjonuje dlatego, że dzieją się rzeczy, które dziać się nie powinny. Lekarze pracują kilka dób bez przerwy, ratownicy są wpisywani do grafików tak, jakby umieli się teleportować, a na SOR-ach połowę kolejek tworzą osoby, które wcale nie powinny tam trafić.
Polacy przychodzą na szpitalne oddziały ratunkowe z tygodniowym bólem małego palca u lewej stopy, a do byle przeziębienia wzywają pogotowie?
Takie opowieści uzasadniające odwieczne kolejki na SOR-ach wielokrotnie pojawiają się w mediach społecznościowych czy anegdotach opowiadanych nam przez znajomych medyków. I choć z pewnością jest w nich sporo prawdy, to na całokształt kryzysu polskiego systemu ratownictwa medycznego składa się o wiele więcej czynników.
Problemy dotyczą całego kraju. NIK skrupulatnie skontrolował oddziały ratunkowe 10 szpitali z różnych regionów Polski. Sprawdził też, jak ze swoich zadań wywiązują się Ministerstwo Zdrowia, urzędy wojewódzkie, dysponenci Zespołów Ratownictwa Medycznego oraz Lotnicze Pogotowie Ratunkowe.
Choć w większości (ośmiu na dziesięć) skontrolowanych szpitali nie stwierdzono nieprawidłowości w obsadach dyżurów na SOR-ach, zbyt wczesna radość nie jest wskazana. Odpowiednia obsada nie była jednoznaczna z optymalnym obciążeniem pracowników. W dziewięciu z dziesięciu sprawdzonych przez NIK placówek niektórzy lekarze pracowali przez ponad 24 godziny bez przerwy.
Przeprowadzona kontrola miała miejsce na długo przed wybuchem głośnej w ostatnich tygodniach afery w Szpitalu Południowym. Urzędnicy kontrolowali system ratownictwa medycznego w okresie od 1 stycznia 2023 roku do 1 września 2025 roku. Przez ponad dwa lata sprawdzali, co i dlaczego nie działa tak, jak powinno, i jak ambitne założenia ustaw, rozporządzeń oraz regulaminów mają się do szpitalnej rzeczywistości.
W czerwcu opinię publiczną oburzył średni czas pracy Dawida Kacprzyka – młodego lekarza w trakcie specjalizacji, który pracował jako koordynator na SOR-ze Warszawskiego Szpitala Południowego. Politycy, urzędnicy i internauci zgodnie twierdzili, że 331 godzin miesięcznie (a więc 11 godzin każdej doby) nie jest bezpiecznym ani dla pacjentów, ani dla samego medyka systemem pracy w realiach oddziału ratunkowego.
Tymczasem okazuje się, że warszawski już-nie-radny nie mógłby się równać do części personelu pracującego w szpitalach skontrolowanych przez NIK.
Jak wykazano podczas kontroli, jeden z lekarzy w Gorzowie Wielkopolskim w styczniu 2025 roku przepracował łącznie 392 godziny, z czego pięciokrotnie pracował ponad dobę bez przerwy. Najdłużej z dyżuru nie schodził przez 72 godziny – trzy pełne dni i noce.
W Zespole Ratownictwa Medycznego w Radomiu z dużym prawdopodobieństwem na stanowisku lekarza zatrudniono z kolei Supermana – bo trudno znaleźć inne logiczne wyjaśnienie sytuacji, w której osoba mająca nieść pomoc osobom w stanie zagrożenia zdrowia i życia jest w stanie wykonywać swoją pracę przez 144 godziny bez przerwy.
Część pracowników systemu – w tym ratownicy i pielęgniarki – opanowała natomiast sztukę teleportacji. Dzięki temu osoby udzielające świadczeń medycznych w WPR w Lublinie w 38 przypadkach były w stanie w tym samym momencie zakończyć pracę w jednym Zespole Ratownictwa Medycznego i rozpocząć w drugim. Stacjonującym w zupełnie innej lokalizacji. Czasem nawet w innej miejscowości.
Wszyscy kontrolowani dysponenci zgłaszali trudności ze znalezieniem lekarzy gotowych do podjęcia pracy w Zespołach Ratownictwa Medycznego.
Analizując sytuację nieco szerzej, nietrudno dojść do wniosku, że problem jest wielowarstwowy – z jednej strony w systemie brakuje chętnych do pracy lekarzy, co może prowadzić do podnoszonych w ostatnich tygodniach patologicznie wysokich stawek, które oferuje się lekarzom.
Z drugiej: wystarczy przejrzeć popularne serwisy ogłoszeniowe lub grupy na Facebooku, w których pojawiają się oferty pracy dla medyków, by zauważyć, że choć w przypadku ratowników, ratowniczek, pielęgniarek i pielęgniarzy ofert pracy w medycynie ratunkowej jest wiele, to w wielu miejscach zatrudnienie na umowę o pracę – również w przypadku chęci podpisania takiej umowy ze strony medyka – graniczy z cudem.
O ile lokalizacja SOR-ów nie budziła zastrzeżeń, o tyle w trzech skontrolowanych placówkach zauważono, że pomieszczenia, w których funkcjonowały, nie spełniały wymagań. W Grójcu nie zapewniono na przykład prawidłowo działającej wentylacji sali operacyjnej oraz izolatki. W dwóch SOR-ach zabrakło wymaganych wyrobów medycznych.
Miejsca stacjonowania Zespołów Ratownictwa Medycznego spełniały normy, jednak u dwóch dysponentów zaobserwowano niewłaściwe przechowywanie leków zawierających substancje psychotropowe.
Podczas kontroli 10 karetek należących do pięciu dysponentów, u dwóch wykazano braki w wymaganym zaopatrzeniu i nieprawidłowe oznakowanie pojazdów. Jeden z dysponentów nie przeprowadził wymaganego przeglądu technicznego wyrobu medycznego w terminie. Na SOR-ach analogicznych sytuacji było nieco więcej – opóźnienia w przeglądach stwierdzono w czterech placówkach, z czego najwięcej – sześć opóźnionych przeglądów – zaobserwowano w Gorzowie Wielkopolskim.
Zaledwie jeden z kontrolowanych szpitali – Nowodworskie Centrum Medyczne – prawidłowo i rzetelnie przekazywał informacje o posiadanych wyrobach medycznych do Systemu Ewidencji Zasobów Ochrony Zdrowia (SEZOZ). Dwie placówki nie przekazywały takich danych w ogóle. W pozostałych siedmiu część danych albo nie była aktualizowana, albo nie przekazywano ich wcale.
Najwyższa Izba Kontroli zauważyła, że skala nieprawidłowości związanych z raportowaniem danych do SEZOZ może sugerować niską wiarygodność systemu. Biorąc jednak pod uwagę fakt, że w trakcie przeprowadzania kontroli Dyrektor Departamentu Analiz i Strategii Ministerstwa Zdrowia wystąpił do szpitali o przekazanie informacji o posiadanych wyrobach medycznych przy pomocy maili, być może funkcjonowanie SEZOZ samo w sobie jest obecnie bezcelowe.
Zarówno ratownicy medyczni, jak i pielęgniarki, są uprawnieni do samodzielnego podawania wybranych leków. Nie jest to nic zaskakującego – oba te zawody wiążą się z koniecznością ukończenia wymagających studiów, w trakcie których zajęcia z farmakologii są chlebem powszednim.
Wizerunek pielęgniarki czy ratownika w roli asystenta, czy jedynie wykonawcy poleceń lekarza już dawno przestał być aktualny. Przeprowadzona przez NIK kontrola ujawniła jednak, że część Zespołów Ratownictwa Medycznego nie dysponowała wszystkimi lekami, które mogą podawać ratownicy lub pielęgniarki.
Problem dodatkowo pogłębiały luki prawne – w systemie nie istnieją normy wskazujące minimalne wyposażenie karetek pogotowia w leki.
Prowadzi to do sytuacji, w których stan zaopatrzenia ambulansów zależy tak naprawdę od decyzji dysponenta.
Z drugiej strony: kontrola wykazała, że w części Podstawowych Zespołów Ratownictwa Medycznego – a więc takich, w których nie pracują lekarze – na wyposażeniu znajdowały się leki, do samodzielnego podawania których ratownicy i pielęgniarki nie mają uprawnień. Mimo to zdarzało się, że członkowie załogi podawali pacjentom takie substancje.
Trudno jednak kategorycznie stwierdzić tu winę personelu. Środowisko medyczne od dawna podnosi kwestię konieczności rozszerzenia listy substancji, które pielęgniarki czy ratownicy systemu powinni móc podawać samodzielnie. Może być to szczególnie istotne w regionach, w których nadal odnotowuje się spadek liczby Specjalistycznych Zespołów Ratownictwa Medycznego — a więc takich, w skład których wchodzi lekarz.
Większość pacjentek i pacjentów Szpitalnych Oddziałów Ratunkowych stanowiły osoby, które dotarły do szpitala samodzielnie. Jedynie niespełna 30 proc. pacjentów SOR pojawiło się tam po przekazaniu przez Zespół Ratownictwa Medycznego. Zaledwie 38,4 proc. z nich wymagało hospitalizacji.
Przeprowadzona przez NIK analiza danych systemu zarządzającego trybami obsługi pacjenta w Szpitalnym Oddziale Ratunkowym (tzw. TOPSOR) wykazała, że tylko 6,2 proc. osób przebywających na SOR-ach wymagała bardzo pilnego kontaktu z lekarzem.
Bez mała połowę pacjentów z przypisaną kategorią pilności stanowiły natomiast osoby, które w praktyce wcale nie powinny się tam znaleźć. Mogły one zostać skierowane do placówek Podstawowej Opieki Zdrowotnej – w tym Nocnej i Świątecznej Opieki Zdrowotnej.
Jedynie co setna osoba przyjęta na SOR (1,1 proc.) wymagała natychmiastowego kontaktu z lekarzem. Tylko co dwudziesta (5,1 proc.) potrzebowała pierwszej konsultacji lekarskiej w ciągu 10 minut.
Mimo że szpitale mogły odsyłać osoby niewymagające pilnej pomocy medycznej do wspomnianych POZ-ów czy Nocnej i Świątecznej Opieki Zdrowotnej, często nie korzystały z tej możliwości. Skontrolowany przez NIK szpital w Lublinie nie zrobił tego ani razu. Sprawdzona placówka w Inowrocławiu odesłała tylko nieco ponad 700 osób.
Osoby, które – zakładając prawidłowe działanie systemu – mogłyby bez problemu poczekać na wizytę u lekarza pierwszego kontaktu lub uzyskać pomoc w dyżurującej w okolicy „wieczorynce”, decydowały się udać na Szpitalny Oddział Ratunkowy, wydłużając tym samym i tak już niejednokrotnie długie na kilka lub nawet kilkanaście godzin kolejki.
We wnioskach z przeprowadzonej kontroli NIK zaapelował do ministra zdrowia między innymi o „podjęcie kompleksowych działań zmierzających do zwiększenia zasobu kadrowego lekarzy systemu, w szczególności lekarzy specjalistów w dziedzinie medycyny ratunkowej w systemie PRM” oraz skonstruowanie jednoznacznych norm określających minimalne wyposażenie karetek.
Kontrolerzy zauważyli również potrzebę uwzględnienia przez wojewodów obowiązującego – przynajmniej w teorii – prawa pacjentów do równego dostępu do świadczeń zdrowotnych.
Ma to być brane pod uwagę podczas planowania rozmieszczenia Zespołów Ratownictwa Medycznego. Ze względu na stwierdzenie braków w obsadzie stanowisk dyspozytorskich we wszystkich skontrolowanych dyspozytorniach, NIK zawnioskował o podjęcie przez wojewodów kroków mających na celu skuteczne uzupełnienie zatrudnienia.
Najwyższa Izba Kontroli dostrzegła również potrzebę ustalenia parametrów czasowych na podejmowanie przez lekarzy decyzji o przyjęciu lub przeniesieniu pacjentów na oddziały oraz określenia „liczby łóżek szpitalnych w jednostkach wyspecjalizowanych w udzielaniu świadczeń zdrowotnych niezbędnych dla ratownictwa medycznego dla pacjentów przenoszonych z SOR”. Zwróciła się z takim wnioskiem do kierowników szpitali prowadzących SOR.
Mimo zaobserwowanych nieprawidłowości, NIK pozytywnie ocenił zaopatrzenie ambulansów, śmigłowców i SOR-ów. Podkreślił zapewnienie pacjentom dostępu do badań laboratoryjnych czy diagnostyki obrazowej. Ale czy na pewno sprzęt okaże się wystarczający, a dawka leków prawidłowo wyliczona, jeśli świadczeń medycznych będzie udzielać osoba w trzeciej dobie wymagającego dyżuru?
Zdrowie
Ministerstwo Zdrowia
Najwyższa Izba Kontroli
lekarze
medycyna
ochrona zdrowia
ratownicy
Ratownicy medyczni
SOR
szpital
Absolwentka położnictwa, logopedka, pedagożka. Na co dzień marketing managerka OKO.press. Poza pracą propaguje położnictwo, w którym każda osoba ma prawo zakończyć swoją ciążę wtedy, kiedy chce i tak, jak chce.
Absolwentka położnictwa, logopedka, pedagożka. Na co dzień marketing managerka OKO.press. Poza pracą propaguje położnictwo, w którym każda osoba ma prawo zakończyć swoją ciążę wtedy, kiedy chce i tak, jak chce.
Komentarze