Sześć dób na dyżurze. Czy dla polskich SOR-ów jest jeszcze ratunek? [RAPORT]
Medycyna ratunkowa funkcjonuje dlatego, że dzieją się rzeczy, które dziać się nie powinny. Lekarze pracują kilka dób bez przerwy, ratownicy są wpisywani do grafików tak, jakby umieli się teleportować, a na SOR-ach połowę kolejek tworzą osoby, które wcale nie powinny tam trafić.
Polacy przychodzą na szpitalne oddziały ratunkowe z tygodniowym bólem małego palca u lewej stopy, a do byle przeziębienia wzywają pogotowie?
Takie opowieści uzasadniające odwieczne kolejki na SOR-ach wielokrotnie pojawiają się w mediach społecznościowych czy anegdotach opowiadanych nam przez znajomych medyków. I choć z pewnością jest w nich sporo prawdy, to na całokształt kryzysu polskiego systemu ratownictwa medycznego składa się o wiele więcej czynników.
Problemy dotyczą całego kraju. NIK skrupulatnie skontrolował oddziały ratunkowe 10 szpitali z różnych regionów Polski. Sprawdził też, jak ze swoich zadań wywiązują się Ministerstwo Zdrowia, urzędy wojewódzkie, dysponenci Zespołów Ratownictwa Medycznego oraz Lotnicze Pogotowie Ratunkowe.

Komentarze