19 listopada 2022

Migrant z hipotermią błyskawicznie wypisany ze szpitala. Aktywiści: Znów wyrzucą go na mróz

16-letni uchodźca z Sudanu miał buty przymarznięte do stóp. Hipotermia II stopnia, zakłócenia świadomości. Wolontariusze wezwali karetkę, by ratować mu życie. Po 3,5 godzinach lekarz wypisał go ze szpitala i zabrała go Straż Graniczna. Zostanie wypchnięty do lasów Białorusi?

Ok. 01:15 w nocy z 18 na 19 listopada aktywiści Fundacji Ocalenie dostali wezwanie o pomoc. „Potrzeba było wszystkiego – jedzenia, ubrań, pomocy medycznej. Zdziwiło nas, że chłopak jest sam”, opowiada Magda, jedna z trzech osób, która brała udział w akcji ratowniczej.

Przez rów z wodą, błoto, gęste chaszcze dotarli do niego ok. 02:00 w nocy. Było wtedy minus 7°C. „Już nie potrafił chodzić, a nawet siedzieć. Leżał tylko przestraszony” opowiada Magda.

Niewiele już mówił

Niewiele już mówił. Dowiedzieli się, że nazywa się Abdulrahman i ma 16 lat. Na nogach miał adidaski. Totalnie zamarznięte stopy. Aktywiści, przebierając go, nie byli w stanie ściągnąć mu butów ani tym bardziej skarpetek. Bo przymarzły do jego stóp. Te miał jak „bloki lodu”.

Zgodnie z radą lekarzy z grupy „Medycy na granicy”, z którymi kilka razy konsultowali się telefonicznie, polewali stopy ciepłą wodą, by je odmrozić. Nie dało to rezultatu. Buty nadal przymarznięte. Nawet specjalnie nożyce do rozcinania ubrań nie pomogły.

Chłopak nie był w stanie sam jeść, karmiła go druga aktywistka Klaudia. Niewiele zjadł. Temperatura spadła do minus 9°C, a jego stan pogarszał się wraz z upływem interwencji. „Chłopak był już »splątany«” pisze Karolina Czwarnóg z Fundacji Ocalenie. I tłumaczy: miał zaburzenia koordynacji ruchowej i świadomości. Przestawał się kontaktować i trząść z zimna.

Aktywiści uznali, że ma poważną hipotermię. Klaudia: „Jesteśmy po szkoleniach medycznych, więc znamy te objawy”. „To objawy zaawansowanej hipotermii, już II stopnia” - potwierdza Paulina Bownik, lekarka, która od sierpnia 2021 leczy migrantów w lasach przy granicy z Białorusią i dziesiątki razy już miała do czynienia z uchodźcami w hipotermii.

„W hipotermii umiarkowanej (32 - 28°C temperatury ciała) zanikają dreszcze, dochodzi do postępujących zaburzeń świadomości, pojawiają się istotne klinicznie zaburzenia krzepnięcia, a oddech i tętno wyraźnie spowalniają” - to naukowy opis hipotermii II stopnia.

By ratować życie nastolatka - zejście do hipotermii głębokiej/ciężkiej grozi życiu pacjenta - nie mając innego wyjścia, aktywiści wezwali karetkę. W przypadku pomocy migrantom w lasach to ostateczne rozwiązanie rzadko stosowane, bo zazwyczaj oznacza prawie pewny push-back tych ludzi. Czyli skazywanie na kolejne tygodnie/miesiące cierpień na granicy polsko- białoruskiej.

„To niemożliwe, by po takim czasie wyciągnąć człowieka w II poziomie hipotermii”

Karetka przyjechała o 04:33 nad ranem. Stan Abdulrahmana był na tyle kiepski, że ratownicy nie mieli wątpliwości, zapakowali chłopaka na płachtę przenośną i zabrali do szpitala.

Przyjechała też policja, spisała aktywistów i wypytywała skąd wiedzieli o migrancie. Klaudia: „Policjant skomentował sytuację, że to nie jest czas na przekraczanie granicy”. Abdulrahman zdołał podpisać pełnomocnictwo dla aktywistów – stali się jego reprezentantami prawnymi w Polsce.

Ok. 07:00 rano zadzwonili do szpitala. Abdul spał. „Gdy zadzwoniliśmy przed 10:00, jakiś mężczyzna aroganckim tonem powiedział, żebyśmy nie dzwonili, bo odesłali go do Straży Granicznej” - opisuje Magda. Czyli po ok. 5 godzinach od przyjazdu do szpitala.

Mjr Katarzyna Zdanowicz, rzeczniczka prasowa podlaskiego oddziału Straży Granicznej twierdzi, że lekarze wypisali nastolatka już po 3,5 godzinach pobytu na SOR. „Lekarze nic nie stwierdzili, dali mu witaminy, jakieś potrzebne rzeczy. Generalnie wyniki miał dobre. Nie jest tak, jak twierdzi Fundacja Ocalenie” - dodaje, odnosząc się

">do publikacji fundacji na Twitterze.

View post on Twitter

Aktywistka Magda: „My jesteśmy przekonani, że w 3,5 godziny nie mógł dojść do siebie. Nie ma takiej możliwości. Nawet my po tym czasie nadal byliśmy mocno zmarznięci i nie mogliśmy do siebie dojść”.

Paulina Bownik, lekarka: „To niemożliwe, by po takim czasie wyciągnąć człowieka w II poziomie hipotermii”.

Lekarz, który nie zgadza się na cytowanie, też sugeruje, że niemożliwe jest postawienie w takim czasie na nogi pacjenta w II poziomie hipotermii. Jednak zaznacza, że bywa, iż relacje aktywistów wskazują na dramatyczny stan zdrowia, a po zbadaniu pacjenta okazuje się, że sprawa nie jest poważna.

Dominika Domańskiego, anestezjologa, który specjalizuje się w tematyce hipotermii, pytam: Ile czasu minimalnie zajmuje „wyciągnięcie” pacjenta w takim stanie oraz czy możliwe jest, by już po 3,5 godzinach doprowadzić do takiego stanu, aby niepotrzebna była opieka medyczna?

Domański pisze: „Pacjent z objawami hipotermii typu II (kiedy wychłodzenie powoduje zaburzenia świadomości) powinien trafić do szpitala. Pozostawienie go bez pomocy może doprowadzić do dalszego wychłodzenia i narażenia na śmieć. Ogrzanie zależy od ilości i natężenia środków pomocy. Godzina powinna starczyć do przejścia do HT1 (hipotermii łagodnej - red.). Nikt nie prowadził takich obserwacji”.

Dzwonimy do szpitala w Sokółce, do dyżurki lekarskiej na SOR. Odbiera mężczyzna, nie przedstawia się, mówi tylko, że jest lekarzem dyżurnym.

„Ja w sprawie migranta...”.

„A pan kim jest? Dziennikarzem?! Do widzenia!”. I odkłada słuchawkę.

„Nie mam panu nic do powiedzenia!” krzyczy, gdy dzwonimy drugi raz. I rzuca ponownie słuchawką.

„Najważniejsze, by nie dokonano push backu”

Rzeczniczka prasowa Podlaskiej SG twierdzi, że nastolatek został przewieziony na placówkę Straży w Kuźnicy i tam „trwają czynności”. Abdulrahman nie ma dokumentów i Straż próbuje ustalić jego narodowość oraz wiek. To ostatnie SG próbuje ustalić badając kości nadgarstka.

Wg. aktywistów to metoda mało wiarygodna i już rzadko stosowana w Europie. Dla SG ważne jest jednak ustalenie wieku chłopaka. „Są różne procedury postępowania w odniesieniu do tego, czy to jest osoba nieletnia, czy też mamy do czynienia z osobą dorosłą” - tłumaczy mjr Zdanowicz.

Jako reprezentanci prawni Abdulrahmana, trójka aktywistów pojechała do placówki SG w Kuźnicy. „Najpierw nam mówili, że go nie ma i nic nie wiedzą. Dopiero gdy pokazaliśmy pełnomocnictwo, to powiedzieli, że jest na badaniu kości” - relacjonuje Magda.

Jeszcze w okolicach południa aktywiści mieli nadzieję, że chłopak trafi do domu dziecka, że będą mogły zgodnie z prawem brać udział w czynnościach, gdy będzie składał wniosek o azyl. A przede wszystkim, że nie zostanie wypchnięty na mróz, za druty na Białoruś.

Kalina Czwarnóg: „Najważniejsze jest, by nie dokonano push-backu”. Wielokrotnie SG wypychała nie tylko całe rodziny z małymi dziećmi, nie tylko kobiety ciężarne, ale także samotnych małoletnich.

Po południu 19 listopada w strażnicy w Kuźnicy trzykrotnie odmówiono im spotkania z Abdulrahmanem. „Kobieta, która nie chciała się przedstawić, mówiła nam, że mamy się zgłosić ze wszystkim do rzecznik prasowej SG. I zamykała okienko” - relacjonuje Magda. Aktywiści nie wiedzą, czemu jako reprezentanci prawni mają się zgłaszać do rzeczniczki prasowej. I zadają sobie pytanie: „Czy Abdulrahmana już nie ma w placówce”?

SG nadal wypycha migrantów na drugą stronę granicy, mimo iż we wrześniu 2022 Wojewódzki Sąd Administracyjny orzekł, że push-backi są niezgodne z prawem.

Po polskiej stronie granicy oficjalnie potwierdzono już 27 ofiar wśród migrantów, głównie w wyniku wychłodzenia ciała. Z relacji uchodźców wynika, że znacznie więcej ofiar jest po białoruskiej stronie. W piątek 18 listopada Białoruś oficjalnie potwierdziła zgon kolejnego migranta.

Ktoś przebił 2 opony w aucie aktywistów

Po nocnej akcji aktywiści nie mogli wyjechać z rowu swoim autem. Wrócili do domu innym pojazdem, a po tego, który utknął wysłali lawetę. Wtedy się okazało, że ktoś przebił im - prawdopodobnie nożem – dwie opony. Nacięcia są wyraźne i duże, z boku opon – to nie jest dzieło przypadku.

O tym, że to jest ich auto, wiedziała policja, która przyjechała na miejsce, ludzie z pogotowia i Straż Graniczna, która zatrzymała się, by im pomóc. Kto mógł więc zniszczyć im opony?

„Nasze auto już jest w okolicy rozpoznawalne” - mówi Magda.

Udostępnij:

Krzysztof Boczek

Ślązak, z pierwszego wykształcenia górnik, potem geograf, fotoreporter, szkoleniowiec, a przede wszystkim dziennikarz, od początku piszący o podróżach i rozwoju, a od kilkunastu lat głównie o służbie zdrowia i mediach. Zaczynał w Gazecie Wyborczej w Katowicach, potem autor w kilkudziesięciu tytułach, od lat stały współpracownik PRESS, SENS, Służba Zdrowia. W tym zawodzie ceni niezależność.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne