W cieniu wojen i lubobójstw rozpoczyna się dziś największy sportowy spektakl na świecie. Jedną z tych wojen kraj-gospodarz mistrzostw świata w piłce nożnej wypowiedział jednemu z uczestników. A teraz Amerykanie utrudniają Irańczykom udział w zawodach. Jak w tym wszystkim odnaleźć radość ze śledzenia sportowej rywalizacji?
20 maja 2023 roku w Santiago del Estero w północnej Argentynie rozpoczęły się organizowane przez FIFA mistrzostwa świata w piłce nożnej dla drużyn zawodników do lat 20.
FIFA organizuje ten turniej co dwa lata od 1977 roku.
Zaledwie dwa miesiące wcześniej mistrzostwa miały mieć innego gospodarza. Młodzi piłkarze mieli rywalizować na indonezyjskich stadionach. 29 marca – niecałe dwa miesiące przed turniejem – prawo do organizacji zostało jednak Indonezji zabrane. Dlaczego? Indonezja odmówiła goszczenia drużyny izraelskiej. Indonezyjczycy bali się protestów, przeciągali sprawę, odkładali losowanie grup. Dla FIFA było to złamanie zasad organizacji. Zadziałano szybko, w ekspresowym tempie znaleziono nowego gospodarza, który jest w stanie zapewnić cztery stadiony i zorganizować na nich 52 mecze.
Jakie zasady złamano?
To trudne pytanie, bo FIFA nie ujawnia treści umów z krajem-gospodarzem, a komunikaty o odebraniu prawa do organizacji turnieju Indonezji były lakoniczne. Można powołać się na statut FIFA. W punktach trzecim i czwartym organizacja zapewnia, że:
Trudno nie zaśmiać się gorzko w momencie, gdy tuż przed startem największej imprezy sportowej na świecie i diamentu w koronie światowej federacji piłkarskiej FIFA słyszymy o kolejnych skandalach związanych z amerykańskim mundialem, który nawet jeszcze się nie rozpoczął.
To też oczywiście opowieść o tym, że duży może więcej. Gdy Indonezja łamie jakieś zasady w mniejszym turnieju, organizacja może zadziałać pryncypialnie. Gdy chodzi o Stany Zjednoczone i źródło największych dochodów organizacji, czyli mistrzostwa świata – wówczas zasady idą głęboko w odstawkę.
Patrząc na to, co w ostatnich dwóch tygodniach dzieje się przed mundialem w USA, trudno mieć wątpliwości, że te trzy punkty są bezwstydnie łamane.
Można się spierać, że Amerykańskie przewinienia nie łamią zasad tak, jak to, co zrobili Indonezyjczycy. W końcu Irańczykom ostatecznie zezwoli się na wzięcie udziału w turnieju. A że mieli mieszkać w Arizonie, a ostatecznie wylądowali w Meksyku? Szczegół.
„Nie pozwolimy irańskiej drużynie na wykorzystanie naszego systemu i przemycenie terrorystów do naszego kraju pod fałszywymi pretekstami” – mówił CNN anonimowy amerykański urzędnik.
Amerykanie nie ogłosili, że Iranowi nie wolno zamieszkać w USA. Ale przez liczne bariery administracyjne i utrudnianie procesu wizowego zmuszono ich ostatecznie do zmiany bazy na Tijuanę, choć dwa mecze grupowe rozgrywają w Los Angeles, a trzeci – w Seattle. Wizy zezwalają zawodnikom tylko na krótki pobyt w USA.
W Seattle rozegrany będzie trzeci, ostatni mecz grupowy Iranu z Egiptem, który może np. decydować, kto zajmie drugie miejsce w grupie (swoją drogą, jeśli Iran zajmie w swojej grupie drugie miejsce, a Amerykanie zrobią to samo w swojej grupie, spotkają się w kolejnej rundzie 3 lipca, na dzień przed 250. urodzinami USA). W tym czasie Egipcjanie będą cały czas rezydowali w oddalonym od Seattle o cztery godziny jazdy samochodem mieście Spokane. Trudno nazwać to równymi szansami w turnieju, gdzie liczą się najmniejsze szczegóły. Wstępu do USA odmówiono jeszcze kilkunastu członkom sztabu – czyli np. analitykom, trenerom, fizjoterapeutom.
Po co to wszystko? Według Paolo Zampollego, przyjaciela Trumpa (to on przedstawił Melanię Knauss Trumpowi) specjalnego wysłannika prezydenta do spraw partnerstw międzynarodowych, by „chronić ojczyznę” (Zampolli urodził się w Mediolanie).
Problemy z otwartym dostępem do największej na świecie imprezy sportowej mają jednak nie tylko piłkarze Iranu i otaczająca ich ekipa.
Problem mają też fani. 8 proc. biletów na każdy mecz dystrybuują federacje piłkarskie krajów, które w danym meczu grają. We wtorek 9 czerwca, dwa dni przed turniejem, niecały tydzień przed pierwszym meczem Iranu, irańska federacja przekazała, że organizatorzy wycofali właśnie przydział biletów dla Irańczyków. FIFA nie zaprzeczyła ani nie obiecała Irańczykom, że mecze swojej drużyny w USA będą mogli obejrzeć. W oświadczeniu przekazała, że „pracuje z irańską federacją, by znaleźć rozwiązania, które zmaksymalizują możliwości dla irańskich fanów, by mogli obejrzeć mecze na stadionach”.
Do USA bardzo trudno będzie wybrać się też fanom Haiti (reprezentacja zakwalifikowała się do turnieju po raz pierwszy od 52 lat), której obywatele objęci są restrykcyjnymi ograniczeniami w podróżowaniu do USA. Podobne problemy mają choćby Senegalczycy i obywatele Wybrzeża Kości Słoniowej.
Dodatkowo jedna z największych gwiazd irackiej drużyny Ajmen Husajn był przetrzymywany i przesłuchiwany na lotnisku przez siedem godzin. Fotograf drużyny Talal Salah był przetrzymywany jeszcze dłużej – 10 godzin. Po czym nie został do USA wpuszczony.
Podczas kongresu FIFA w maju 2025 roku w Paragwaju Gianni Infantino mówił:
„Spotkaliśmy się w zeszłym tygodniu razem ze Specjalnym Zespołem Białego Domu do spraw Mistrzostw Świata FIFA z rządem Stanów Zjednoczonych (…) i świat jest mile widziany w Ameryce. Oczywiście piłkarze, oczywiście wszyscy inni członkowie zespołów, my wszyscy, ale zdecydowanie także fani. I powiem to jasno: to nie wychodzi ode mnie, to wychodzi od rządu Stanów Zjednoczonych”.
W sierpniu 2025 na kongresie Afrykańskiej Federacji Piłkarskiej dziennikarz z Republiki Południowej Afryki powiedział szefowi FIFA: „będziemy grać w kraju, gdzie wielu z nas czuje się niemile widzianymi. Odpowiedź Infantino? „Mogę tylko podkreślić i powtórzyć, że wszyscy są mile widziani na północno-amerykańskim turnieju w przyszłym roku”. Bronił Amerykanów, mówiąc, że dochodzi do wielu nieporozumień, gdy mówi się o mundialu w USA. Tymczasem FIFA pracuje nad tym, by proces przyznawania był prosty i szybki.
Były to, jak widać, puste deklaracje. A deklarowana przez Infantino i Trumpa przyjaźń w niczym tu nie pomaga. Dodajmy, że wciąż jesteśmy na początku tego procesu. Niektóre reprezentacje rozpoczynają mecze dopiero w przyszłym tygodniu. Można się więc spodziewać wielu kolejnych historii o gorzkich powrotach do domu.
Amerykanie nie wpuścili do Stanów Zjednoczonych również jednego z wybranych przez FIFĘ sędziów. I trudno znaleźć w nowoczesnej historii mundiali podobny precedens.
Dla sędziów piłkarskich wybór przez federację na mundial to wielki zaszczyt. W tym roku po rozszerzeniu turnieju rekordową liczbę meczów (104) będzie sędziować rekordowa liczba sędziów (52). Z Afryki wybrano siedem osób. Jednym z nich był Omar Artan z Somalii. Był, bo Amerykanie uznali, że nie może zostać wpuszczony na teren ich kraju.
Wszystko to, chociaż był wybrany jako sędzia mundialowi od kwietnia i otrzymał paszport dyplomatyczny. Mimo tego na lotnisku przesłuchiwano go przez 11 godzin, a następnie wsadzono w samolot powrotny. Artan jest młodym, ale już doświadczonym sędzią. Sędziował mecze na dwóch turniejach o Puchar Narodów Afryki (afrykański odpowiednik naszego Euro) i w zeszłorocznym finale afrykańskiej Ligi Mistrzów. To za mało. Amerykanie arbitralnie odesłali go do domu.
„Po inspekcji podróżny, będący sędzią na Mistrzostwach Świata FIFA, został uznany za nieuprawnionego do wjazdu z powodu zastrzeżeń w procesie weryfikacji i odmówiono mu wstępu”.
Anonimowy urzędnik powiedział ESPN, że Artanowi odmówiono wjazdu ze względu na „związek z osobą podejrzewaną o bycie członkiem organizacji terrorystycznej”. Dowodów oczywiście ujawnić nie mogą.
Artan w rozmowie z „New York Times’em” stwierdził, że najwyraźniej Amerykanie mieli problem z jego krajem pochodzenia. Przy jak najbardziej przychylnej interpretacji incydentu można stwierdzić, że urzędnicy jedynie egzekwowali restrykcyjne prawa imigracyjne i wina leży po stronie tych, którzy je wydali. Niemniej Artan jest osobą publiczną, od kilku miesięcy wiadomo było, że do USA się wybiera. Dało się tę sprawę załatwić zupełnie inaczej. Amerykanie wybrali drogę międzynarodowej kompromitacji.
A wybrali ją, bo mogą. Bo czują się bezkarni, ponad wszelkimi zasadami. By nad tym, jak tego rodzaju incydenty wpłyną na wizerunek kraju się zastanawiać, trzeba najpierw uważać, że wizerunek ten jest zagrożony, że można go pogorszyć.
Amerykanie ewidentnie tak nie myślą. Organizują mundial z arogancją ludzi, którzy uważają, że mogą wszystko, że wszystko im się należy, że niczego nie muszą.
A już na pewno nie muszą parać się sportwashingiem.
Sportwashing to zjawisko, w którym wykorzystuje się sport do wybielania swojego wizerunku. Ma wiele twarzy.
Można zorganizować międzynarodowy turniej i pokazać się z jak najlepszej strony na oczach całego świata.
Można kupić znany klub piłkarski i przy jego pomocy poprawiać wizerunek swojego kraju.
Organizacja mundialu to ogromny prestiż, bo jest to największy sportowy spektakl na świecie, który odbywa się jedynie raz na cztery lata. Kanada, USA i Meksyk organizują dopiero 23. edycję. Jedynie Kanada jest nowym krajem na mapie gospodarzy (będzie gościć 13. spośród 104 meczów na dwóch stadionach). Łącznie od pierwszych urugwajskich mistrzostw w 1930 roku zaledwie 21 krajów organizowało u siebie piłkarskie mistrzostwa świata mężczyzn.
Amerykanie robią to po raz drugi.
Dwa ostatnie mundiale odbywały się w krajach autorytarnych. W 2018 roku piłkarzy najlepszych drużyn narodowych na świecie gościła Rosja. Turniej odbywał się cztery lata po nielegalnej aneksji Krymu. Szczęśliwie dla FIFA i dla Rosjan do turnieju nie zakwalifikowali się Ukraińcy. Okazali się gorsi od Chorwacji i będącej w najlepszej w historii formie reprezentacji Islandii. Jeden problem dla gospodarzy z głowy.
Gospodarza mundialu wybiera się ze znaczącym wyprzedzeniem, Rosja wygrała głosowanie na gospodarza w 2010 roku. FIFA mogłaby się tłumaczyć, że podjęła decyzję przed wybuchem wojny w 2014 roku. To jednak założenie z rzeczywistości, w której federacja piłkarska uważa, że musi się tłumaczyć, a tłumaczenia te kogoś interesują i być może przekonują. A zdanie to nie opisuje w najmniejszym stopniu naszej rzeczywistości.
Chodźmy dalej. 2022 rok to mundial w Katarze.
To kraj bez wyborów, gdzie Katarczycy stanowią mniejszość, ok. 12 proc. populacji. Katar w dużej mierze opiera się na pracy migrantów, głównie z Azji Południowej (około 60 proc. populacji).
To też kraj z niskimi tradycjami piłkarskimi. W 2010, gdy przyznano mu prawo do organizacji mundialu, niemal bez stadionów. Siedem z ośmiu, na których rozgrywano 3,5 roku temu mecze mistrzostw, zbudowano od zera. A to ogromne przedsięwzięcie budowlane. Według śledztwa „Guardiana” przez 10 lat od przyznania Katarowi prawa do organizacji mundialu w Katarze zginęło około 6,5 tys. migranckich pracowników. Liczba ta nie ogranicza się do budowniczych stadionów. Ale boom budowlany był w dużej mierze związany z mistrzostwami.
Clue jest takie: najważniejszy turniej piłkarski organizował kraj, który zdecydowaną większość mieszkańców traktuje nie jak obywateli drugiej kategorii, bo nie mają oni obywatelstwa, ale niemal jak niewolników. I to ich rękoma budowane były areny mistrzostw, w tym ta, na której potem rozegrano jeden z najbardziej pamiętnych finałów w historii turnieju.
Do tego dochodzi problem z traktowaniem społeczności LGBT, która w Katarze jest wyjęta spod prawa.
I w całym tym kontekście i Rosja, i Katar wypadły ostatecznie przed całym światem po prostu dobrze jako organizatorzy. Drużyny potraktowano równo, zdecydowana większość fanów wspomina gościnność gospodarzy. Oczywiście nie były to turnieje idealne, ale po pierwsze takie nie istnieją, po drugie nie ma tutaj miejsca na wyliczanie mniejszych incydentów.
Główny argument brzmi: dwa kraje autorytarne zrozumiały, jakie jest ich zadanie i jak je przeprowadzić. Wykorzystały turniej, by dużej części świata pokazać swoją pozytywną stronę. Oczywiście także przy pomocy propagandy, ukrywania ciemnych stron swojej władzy itd.
Amerykanie tego nie robią. Najwyraźniej mają to gdzieś. I przy okazji wypadają gorzej niż putinowska Rosja i traktujący pracowników jak niewolników Katar.
W obu krajach Infantino chętnie bratał się z przywódcami organizatorów. A że są to kraje niedemokratyczne, to przywódcy ci się nie zmieniali. Miłe relacje zaowocowały m.in. wieloma zdjęciami z Władimirem Putinem. I w miarę gładkim przebiegiem turnieju dla fanów.
Wobec Trumpa Infantino również bardzo się starał. Latał do USA, bywał często w Białym Domu, pojawił się na inauguracji Rady Pokoju Trumpa, gdzie zachwycony sobą nosił czerwoną czapkę z daszkiem z napisem USA. Od ponad roku FIFA wynajmuje duże biuro w Trump Tower w Nowym Jorku. Biuro stoi puste, ale pieniądze światowej organizacji piłkarskiej co miesiąc zasilają konto rodziny Trumpa.
W grudniu Infantino przyznał Trumpowi pierwszą Nagrodę Pokojową FIFA. Nikt nie ma żadnych wątpliwości, że nagroda została stworzona tylko i wyłącznie po to, by dać amerykańskiemu prezydentowi namiastkę wymarzonego Nobla. Już w zeszłym roku wyglądało to groteskowo, dziś, po ataku na Iran jest to dla światowej piłki nożnej wyłącznie wstyd. Federacja zadbała przynajmniej o odpowiednią statuetkę. To niewielka rzeźba, na której kilka dłoni wyciąga się w stronę naszej planety. Wszystko wygląda tak, jakby dłonie te miały porwać ziemię w jakąś ciemną otchłań, a być może nawet do samego piekła.
Czy złoty medal mistrzostw świata w lizusostwie pomógł w czymś FIFA i Infantino? Szef federacji twierdzi, że tak, że wszystko to dla piłki nożnej. Wydarzenia w USA na razie wskazują, że nie.
Możemy też spodziewać się, że kluczowy moment mistrzostw zostanie zagrabiony przez Trumpa i amerykańskie podejście do rozrywki. Po pierwsze, po raz pierwszy w historii w przerwie finału zobaczymy show muzyczne. To pomysł wybitnie amerykański nawiązujący do Halftime Shows z Super Bowl, finału rozgrywek futbolu amerykańskiego, sportu, którego nie rozumie niemal nikt poza Amerykanami. Każdy fan faktycznego futbolu wie, że przerwa jest na wycieczkę do toalety i ewentualne uzupełnienie zapasów przekąsek. Widzowie na stadionie w New Jersey będą natomiast zmuszeni, by posłuchać show, którego kuratorem jest Chris Martin, lider zespołu Coldplay, od co najmniej 20 lat symbolu nudy i nijakości w muzyce.
A po meczu – najważniejszy moment, z którego zostają ikoniczne zdjęcia – wręczenie pucharu. Już w Katarze gospodarze zawłaszczyli go sobie kulturowo. Gospodarze nałożyli kapitanowi zwycięskiej Argentyny Leo Messiemu biszt – ciemny wierzchni płaszcz, charakterystyczny szczególnie dla krajów Zatoki Perskiej.
Z dużą dozą pewności można założyć, że 19 lipca na specjalnym podium na MetLife Stadium w East Rutherford pojawi się Trump. I nie będzie chciał z niego zejść. To przewidywanie oparte nie tylko na znajomości charakteru Trumpa. Amerykański prezydent dokładnie tak zachowywał się rok temu podczas wręczania trofeum za Klubowe Mistrzostwa Świata, odbywające się również w USA. Była to pierwsza edycja turnieju rozszerzonego do 32 drużyn, rozciągniętego na miesiąc i potrzebnego w tej formie niemal nikomu poza FIFA. Zawodnicy zwycięskiej londyńskiej Chelsea nie kryli zaskoczenia tym, że razem z nimi podskakuje zachwycony sytuacją Trump. Dlaczego miałby przegapić okazję, by pojawić się na najważniejszych futbolowych zdjęciach na świecie? A może puchar wręczony będzie w rytm ulubionej piosenki Trumpa, Y.M.C.A od Village People?
Nie ma czasu i miejsca zajmować się jeszcze całą rzeszą problemów z tym mundialem, jak to, że
I tak dalej, i tak dalej.
Wszystko to może prowadzić do prostej konstatacji: Amerykanie nie powinni tego turnieju organizować. Ograniczając dostęp części kibiców, utrudniając życie części drużyn, zwyczajnie łamią podstawowe zasady. Turniej rozgrywany jest na ogromnym obszarze (między Vancouver a Meksykiem jest około 5 tys. km; w Rosji w 2018 roku odległość między najdalszymi stadionami to 3 tys. km, a w Katarze… ok 70 km), a część kibiców nie zobaczy meczów pomimo tego, że mają bilety. Nie tak to powinno wyglądać.
To jednak problem z organizacją imprez, które faktycznie mają zasięg globalny. Gdyby przyznawać je tylko krajom, które w wysokim stopniu przestrzegają praw człowieka, są demokracjami i mogą pochwalić się świetną infrastrukturą sportową i transportową, mundial wędrowałby na zmianę między kilkoma bogatymi krajami. Jeśli chcemy imprezy naprawdę globalnej, dotyczącej całego świata, musimy pozwolić, by trafiała również do państw o nieco innej reputacji.
Ale zaraz, chwila. USA są przecież bogatym krajem, prawda? Są demokracją? Tak, i to, że myślimy, że mundial lepiej zorganizują Katarczycy niż Amerykanie, jest skalą upadku wizerunkowego Stanów Zjednoczonych. Amerykanie wybrali dziś drogę międzynarodowej arogancji – i w polityce, i w organizacji mundialu. I to się będzie na 23. Mistrzostwach Świata w Piłce Nożnej kłaść cieniem.
No dobra, to co w takim razie zrobić? Kibicować, bojkotować? Nie powiem nikomu, co powinien zrobić. Sam sądzę, że ostatecznie ten fantastyczny i jedyny prawdziwie globalny sport drużynowy się obroni (no, chyba że amerykańskie i meksykańskie upały wyniszczą zawodników). Tak, jak robił to zawsze. Bo to nie pierwszy mundial, gdzie polityka jest w centrum. Porzućmy ten mit, który próbuje nam wciskać Infantino i każdy poprzedni szef FIFA, że sport jest apolityczny. Nie jest.
Historia mundiali widziała gorsze przypadki niż mundial Trumpa. W 1934 roku drugi turniej gościły Włochy, wygrała drużyna gospodarzy, a Mussolini zrobił sobie z tej młodej jeszcze wtedy imprezy propagandowy spektakl. W 1978 roku gospodarzem mundialu byli argentyńscy generałowie, świeżo po przeprowadzeniu tysięcy politycznych morderstw. O Rosji i Katarze już mówiliśmy. Może mundial w trumpistowskiej Ameryce w 2026 to tak naprawdę rozwiązanie idealne? Doskonały obraz naszych czasów, pełnych niepewności, zmiany i wojen. Bo to, że futbol jest w dużej mierze po prostu odbiciem stanu świata to oczywiście banał, ale właśnie Trump pokazuje nam, jak prawdziwy.
A turniej ten może być pełen fascynujących historii czysto sportowych. Na największej scenie świata po raz pierwszy w historii pojawi się będący wielokrotnie o krok od kwalifikacji Uzbekistan. Debiutują też Jordania, Wyspy Zielonego Przylądka i malutkie Curaçao (wyspiarze wykorzystali słabość mocniejszych zwykle w regionie Kostaryki i Hondurasu). Po rozszerzeniu turnieju w Ameryce Północnej zobaczymy 10 drużyn afrykańskich. Może któraś pobije ćwierćfinał Senegalu z 2002 roku? Amerykanie i ich polityka migracyjna do mundialu nie pasują, bo nie rozumieją, co znaczy faktycznie globalny świat. A zaczynający się 11 czerwca turniej jest najbardziej globalny w historii. Po rozszerzeniu do 48 drużyn jedynie jedna trzecia z nich pochodzi z Europy. To drugi najniższy wynik w historii tylko dlatego, że pierwszy mundial odbywał się w Urugwaju, a podróż przez Atlantyk do Ameryki Południowej w 1930 roku była długa i kosztowna.
Nie ma co liczyć, że FIFA zacznie od kolejnych gospodarzy wymagać najwyższych standardów etycznych, a jeśli nie, będzie im odbierać organizację imprezy. Jeśli w czymś szukać nadziei to właśnie w tym, że sportowcy znacznie bardziej dorosną do ideałów, które mają reprezentować, niż organizatorzy i politycy. Organizacji Gianniego Infantino zależy przede wszystkim na zwiększeniu zysków. Kibicom – na podtrzymaniu tradycji największego turnieju sportowego na świecie i emocjach. I mimo wszystko idę o zakład, że najbliższe pięć tygodni nam, kibicom, będzie miało sporo do zaoferowania.
Dziennikarz OKO.press od 2018 roku, współkierownik działu społeczno-gospodarczego (razem z Katarzyną Kojzar). Publikował też m.in. w Res Publice Nowej, Miesięczniku ZNAK i magazynie „Kontakt”. Absolwent Polskiej Szkoły Reportażu, arabistyki na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu i historii na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie. Autor reportażu historycznego "Ja łebków nie dawałem. Procesy przed Żydowskim Sądem Społecznym" (Czarne, 2022) o powojennych rozliczeniach wewnątrz polskiej społeczności żydowskiej. W OKO.press pisze głównie o gospodarce i polityce międzynarodowej oraz Bliskim Wschodzie.
Dziennikarz OKO.press od 2018 roku, współkierownik działu społeczno-gospodarczego (razem z Katarzyną Kojzar). Publikował też m.in. w Res Publice Nowej, Miesięczniku ZNAK i magazynie „Kontakt”. Absolwent Polskiej Szkoły Reportażu, arabistyki na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu i historii na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie. Autor reportażu historycznego "Ja łebków nie dawałem. Procesy przed Żydowskim Sądem Społecznym" (Czarne, 2022) o powojennych rozliczeniach wewnątrz polskiej społeczności żydowskiej. W OKO.press pisze głównie o gospodarce i polityce międzynarodowej oraz Bliskim Wschodzie.
Komentarze