Witaj w sekcji depeszowej OKO.press. W krótkiej formie przeczytasz tutaj o najnowszych i najważniejszych informacjach z Polski i ze świata, wybranych i opisanych przez zespół redakcyjny
W nocy ze środy na czwartek Izrael miał przeprowadzić atak, w którym zginął Alizera Tangsiri, dowódca irańskiej marynarki wojennej Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej
O zabiciu irańskiego dowódcy marynarki wojennej poinformował w czwartek 26 marca izraelski minister obrony Israel Katz. Admirał Alizera Tangsiri miał zginąć w nocnym ataku wraz z innymi „wyższymi oficerami dowództwa marynarki wojennej”.
Jak przekazał Katz w oświadczeniu wideo, Tangsiri był „bezpośrednio odpowiedzialny za operację terrorystyczną polegającą na zaminowaniu i zablokowaniu cieśniny Ormuz” i został „wysadzony w powietrze”.
Izraleskie media podają, że do ataku doszło w mieście Bandar Abbas na południu Iranu. Tangsiri, wraz z innymi oficerami Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej, miał ukrywać się w prywatnym apartamencie.
Informacji o śmierci dowódcy marynarki wojennej nie skomentował jeszcze Iran.
Jeśli doniesienia się potwierdzą, Tangsiri, który marynarką wojenną zawiadował od 2018 roku, będzie kolejnym wysokim rangą dowódcą, który zginął w amerykańsko-izraelskiej wojnie z Iranem. Obok najwyższego przywódcy ajatollaha Ali Chameneiego oraz szefa służba bezpieczeństwa Alego Laridżaniego.
Podczas gdy Izrael ogłasza kolejny skuteczny atak na irańskie dowództwo, Amerykanom spieszy się z zakończeniem wojny.
We wtorek 24 marca poznaliśmy 15-punktową propozycję pokoju, którą prezydent Donald Trump wysłał do Irańczyków za pośrednictwem Pakistanu. Władze w Teheranie potwierdziły, że propozycję otrzymały, ale w państwowych mediach zadeklarowały, że kategorycznie odrzucają amerykańskie warunki. Według Pakistanu, Iran ma przynajmniej rozważać to, co leży na stole.
W czwartek 26 marca prezydent Trump na portalu Truth Social stwierdził, że irańscy negocjatorzy tak naprawdę „błagają Amerykanów” o rozejm, bo „zostali zniszczeni militarnie”. „Mimo to publicznie twierdzą, że jedynie rozważają naszą propozycję. BŁĄD!!! Lepiej niech wkrótce zaczną traktować sprawę poważnie, zanim będzie za późno, ponieważ gdy to nastąpi, NIE BĘDZIE POWROTU, a konsekwencje nie będą przyjemne!” – stwierdził Trump.
Jak pisał w OKO.press Jakub Szymczak, na razie nie ma sygnałów, by rządzący Iranem byli szczególnie zainteresowani szybkimi negocjacjami. Wciąż mają w ręku kluczowy punkt nacisku, czyli blokowanie cieśniny Ormuz. Pomimo zniszczenia sporej części irańskiej floty przez Amerykanów, Irańczycy nieustannie utrzymują możliwość zagrażania statkom przewożącym ropę.
Przeczytaj także:
Prezes Poczty Polskiej został odwołany ze stanowiska. Sebastian Mikosz twierdzi, że był na dobrej drodze do uzdrowienia finansów spółki. Innego zdania są pracownicy.
Prezes Poczty Polskiej Sebastian Mikosz stracił stanowisko na mocy postanowienia Rady Nadzorczej — poinformowały władze spółki. Mikosz został odwołany po dwóch latach na stanowisku. Zatrudniony został, by kontynuować restrukturyzację Poczty. Wprowadził politykę ograniczania kosztów, stosując cięcia w zatrudnieniu i zamykając placówki pocztowe.
Mikosz w rozmowie z Polską Agencją Prasową wyraził zdziwienie takim posunięciem. „Decyzje właścicielskie, w tym dotyczące zmian personalnych, są naturalnym elementem funkcjonowania każdej spółki. Niemniej jednak przyznaję, że decyzja o moim odwołaniu dokładnie w drugą rocznicę mojego powołania jest dla mnie zaskoczeniem, szczególnie w momencie poprzedzającym przekazanie opinii publicznej oraz pracownikom informacji o wynikach spółki za 2025 rok”- stwierdził były szef Poczty. Według niego spółka była na drodze do wyjścia na prostą, mimo że jeszcze dwa lata temu notowała 700 mln złotych straty. Wyniki rzeczywiście nieco się poprawiły. W lutym ministerstwo aktywów państwowych podawało, że przychody ze sprzedaży wzrosły na koniec 2024 roku o 1,2 proc., a na koniec 2024 spółka zredukowała swoją stratę do 213 mln złotych. Mikosz twierdził, że kolejne lata mogły dać mu szansę uzdrowienia finansów spółki.
„Po dwóch latach Poczta Polska, a także wszystkie spółki z grupy będą na plusie, a sytuacja płynnościowa jest co najmniej ustabilizowana. To efekt konsekwentnej pracy całego zespołu oraz wdrażania zmian, które pozwoliły wejść organizacji na ścieżkę stabilnego wzrostu” – mówił Mikosz.
Jasnych przyczyn jego zwolnienia nie podaje minister aktywów państwowych Wojciech Balczun. W czwartkowy poranek w TVP Info przyznał jednak, że w Poczta powinna nadal przechodzić zmiany, ale odmiennymi metodami. Obecny zarząd w 2025 roku doprowadził do uszczuplenia załogi o 14,5 proc., zainwestował też 1,5 mld w dział IT. Według związkowców to droga donikąd, a redukcja zatrudnienia pogarsza jakość usług i przeciąża załogi placówek.
„Odwołanie prezesa Poczty Polskiej nie wzięło się znikąd. Zaskoczenie wyrażone w rozmowie z Polską Agencją Prasową można oczywiście przyjąć do wiadomości, ale trudno je uznać za przekonujące w świetle tego, co działo się w spółce” – przekazała pocztowa „Solidarność”.
„W czasie jego kadencji spółka zaczęła otrzymywać środki z tytułu rekompensaty za świadczenie usługi powszechnej. Wcześniejsze zarządy funkcjonowały bez tego wsparcia. To nie jest detal, który można pominąć w bilansie. To jeden z fundamentów, na których opiera się ocena wyników. Jeżeli więc mówi się o wyprowadzeniu firmy na prostą, uczciwość wymaga wskazania, co było wynikiem decyzji zarządczych, a co efektem zewnętrznego wsparcia finansowego. Bez tego powstaje obraz wygodny, ale niepełny. Drugim wymiarem tej kadencji jest funkcjonowanie spółki w praktyce. Nie brakowało sygnałów o problemach z doręczeniami, przeciążeniu pracowników czy pogarszającej się dostępności usług. To nie są pojedyncze incydenty, lecz powtarzające się relacje, które składają się na szerszy obraz” – wskazują działacze „Solidarności”.
Od początku 2024 roku Poczta zainkasowała rekompensatę za świadczenie usługi powszechnej o wartości ponad 2,6 mld złotych.
Przeczytaj także:
Przeczytaj także:
Eurposłowie przychylili się do wniosku polskiej prokuratury, która ściga Grzegorza Brauna za przestępstwa z nienawiści
Parlament Europejski zagłosował nad uchyleniem immunitetu Grzegorzowi Braunowi na wniosek polskiej prokuratury. Chodzi o zniszczenie flag Unii Europejskiej i wystawy poświęconej prawom osób LGBT+ w Sejmie oraz negowanie Holokaustu.
We wtorek 24 marca za pozbawieniem polityka Konfederacji Korony Polskiej immunitetu jednogłośnie zagłosowała komisja prawna w PE (JURI). „W Parlamencie Europejskim nie ma miejsca na antysemityzm, rasizm, homofobię. Tu nikt nie staje po stronie ekstremizmów” – mówił po tamtym głosowaniu europoseł Nowej Lewicy Krzysztof Śmiszek.
To nie pierwszy raz, gdy europoseł Grzegorz Braun traci immunitet. Taka procedura jest bowiem realizowana odrębnie w każdym postępowaniu, a polityk skrajnej prawicy ma na swoim koncie wiele naruszeń prawa. Oczekiwanie na decyzję PE trwa jednak co najmniej kilka miesięcy, co sprawia, że śledztwa prowadzone wobec Brauna się przedłużają.
Wcześniej Paralment Europejski uchylił immunitet Brauna, gdy prokuratura przygotowywała się do postawienia zarzutów w sprawie zniszczenia świec chanukowych w Sejmie oraz naruszenia nietykalności cielesnej ginekolożki Gizeli Jagielskiej w szpitalu w Oleśnicy.
Tym razem chodzi o szerzenie kłamstwa oświęcimskiego. W lipcu 2025 roku Grzegorz Braun podczas audycji w radiu „Wnet” stwierdził: „Mord rytualny to fakt, a dajmy na to Auschwitz z komorami gazowymi to niestety fake. I kto o tym mówi, ten zostaje oskarżany o straszne rzeczy, odsądzany od czci i wiary”. Po tych słowach dziennikarz przerwał jego wypowiedź. Podobne stwierdzenie Braun powtórzył 14 lipca 2025 w programie „Jan Pospieszalski rozmawia” na YouTube. Prokuratura chce pociągnąć europosła do odpowiedzialności pod zarzutami publicznego nawoływania do nienawiści „na tle różnic wyznaniowych” oraz obrazy uczuć religijnych.
Polski wymiar sprawiedliwości ściga też Brauna za zniszczenie w Sejmie wystawy poświęconej osobom LGBT+ podczas dyskusji nad wotum zaufania dla rządu Donalda Tuska. Do wydarzeń doszło 11 czerwca 2025 – Braun zdejmował plansze z osobistymi historiami par jednopłciwych, gniótł je w dłoniach, rzucał na ziemię i deptał. „To jest zgorszenie publiczne. W Konstytucji jest określenie moralność publiczna. Państwo ma stać na straży moralności publicznej” – miał mówić dziennikarzom.
Braun ma na koncie także spalenie flagii Unii Europejskiej – do tego incydentu doszło w resorcie przemysłu w Katowicach 6 maja 2025, w dniu, w którym PE po raz pierwszy uchylił mu immunitet.
Według sondaży Konfederacja Korony Polskiej Grzegorza Brauna jest dziś czwartą siłą polityczną w Polsce – brauniści na stałę zagościli ponad progiem wyborczym i według aktualnych prognoz mogliby liczyć na 8,9 proc. poparcia w wyborach.
Przeczytaj także:
Miało być szybko i sprawnie. Tymczasem ostatnie posiedzenia Komisji Nadzwyczajnej ds. ustawy o statusie osoby najbliższej zostały odwołane, nie ma również terminów kolejnych posiedzeń. Katarzyna Kotula dla OKO.press: „Nie ma mowy o jakimkolwiek opóźnianiu projektów”.
Na 24 i 25 marca zaplanowane było trzecie posiedzenie Komisji Nadzwyczajnej do rozpatrzenia projektów ustaw dotyczących statusu osoby najbliższej w związku i umowy o wspólnym pożyciu. To 18-osobowa grupa posłów powołana, by skonkretyzować i przyspieszyć prace nad rządowym projektem ustawy regulującej kwestię związków nieformalnych. Pierwsze czytanie tego projektu odbyło się 12 lutego.
Tyle teorii, bo ostatnie posiedzenia się nie odbyły. Co więcej – jak czytamy na stronie Sejmu „w najbliższym czasie nie są planowane posiedzenia komisji”.
Mamy więc pauzę, co stoi w sprzeczności z wcześniejszymi zapowiedziami o szybkim procedowaniu projektu, bez zbędnej zwłoki.
Marszałek Włodzimierz Czarzasty (Lewica) dziennikarzy zapewnia jednak, że „ustawa jest procedowana”. Jak przekazał na środowej konferencji prasowej, zgłoszono aż 1100 wniosków legislacyjnych, które teraz Komisja musi przerobić – podczas swoich posiedzeń. „Myślę, że na to będzie potrzebny cały kwiecień” – wylicza. I dodaje: „To jest ustawa, o którą będę dbał bardzo mocno. Ale trzeba do niej podejść obiektywnie. Musimy na komisji specjalnej, do tego powołanej, je wszystkie przedyskutować. To nie jest przesuwane, to jest normalny proces legislacyjny” – przekazał enigmatycznie.
Katarzyna Kotula, pełnomocniczka rządu do spraw równości OKO.press wyjaśnia: „Poprawki Biura Legislacyjnego Sejmu to głównie uwagi redakcyjne. Jest jednak kilkadziesiąt uwag merytorycznych, w których muszą zapaść decyzje odnośnie do projektowanych rozwiązań. Kilka zapisów projektu ustawy trzeba zmienić lub doprecyzować pod kątem technicznym, np. rozwiązania dotyczące pobieranej przez notariuszy opłaty w zakresie rejestracji umowy w USC. Duża część uwag odnosi się do skomplikowanej materii wspólności i odrębności majątkowej ze względu na odwrotność mechanizmu w stosunku do małżeństwa. Musieliśmy przeanalizować te poprawki oraz się do nich odnieść” – przekazuje.
W piątek, 27 marca, ma odbyć się spotkanie z Biurem Legislacyjnym Sejmu, na którym rozstrzygnąć mają kwestie propozycji biura legislacyjnego. „To normalna, szczegółowa legislacyjna praca, jak przy każdej dużej ustawie. Nie ma mowy o jakimkolwiek opóźnianiu projektów” – deklaruje Kotula.
Rząd równolegle do regulacji związków nieformalnych powinien zajmować się też zmianą przepisów umożliwiających transkrypcję aktów małżeństw par jednopłciowych dokonywanych za granicą. W miniony piątek precedensowy wyrok w tej sprawie wydał Naczelny Sąd Administracyjny.
Odwołując się do orzeczenia Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej z 25 listopada 2025, orzekł, że Urzędy Stanu Cywilnego w Polsce powinny umożliwiać transkrypcję zagranicznych aktów małżeństw par jednopłciowych. Sąd zobowiązał kierownika USC w Warszawie, żeby dokonał transkrypcji w terminie 30 dni. Stwierdził też, że trudności teleinformatyczne, które dziś uniemożliwiają urzędnikom wpisanie w rubryki dwóch mężczyzn czy dwóch kobiet, nie stanowią uzasadnienia dla niewykonania wyroku.
„To oznacza, że kierownik USC jest zobowiązany ten wyrok wykonać, nawet jeśli będzie musiał wpisać jednego z mężczyzn w rubrykę kobieta. A wynikające z tego nieścisłości urzędnik ma odnotować i wyjaśnić na drugiej stronie aktu stanu cywilnego” – mówił OKO.press adw. Paweł Knut, reprezentujący Jakuba i Mateusza przed sądem.
Przeczytaj także:
Tyle że, jak pisaliśmy, wewnątrz samego rządu nie ma zgody co do tego, jak przepisy zmienić. Lewica przygotowała projekt rozporządzenia, który umożliwiłby szybką zmianę przepisów i dostosowanie ich do wyroku – bez ryzyka prezydenckiego weta. Koalicja Obywatelska z kolei pomysł ten wstrzymuje, chciałaby całej ustawy, która najpewniej i tak skończy się wetem. A Urzędy Stanu Cywilnego w całej Polsce czekają na wytyczne, bo po Jakubie i Mateuszu, których dotyczył wyrok NSA, ruszyły do nich jednopłciowe małżeństwa mieszkające w całym kraju.
Pomysłu na rozwiązanie sprawy nie ma nawet sam premier Donald Tusk. „Nie jest tak, że Unia Europejska może nam w tej kwestii cokolwiek narzucić” – mówił o wyroku TSUE w listopadzie premier. Dziś Tusk myli ustawy i twierdzi, że wyrok TSUE i NSA można zrealizować za pomocą ustawy o statusie osoby najbliższej, która o małżeństwach nie wspomina nawet słowem.
Poproszony w programie „Bez kitu” w TVN24 o ustosunkowanie się do głośnego wyroku NSA powiedział, że: „jeszcze raz będę apelował do wszystkich, na końcu do prezydenta o ten projekt ustawy o statusie osoby najbliższej. (...) Wtedy nie będzie tego konfliktu między przepisami w Polsce, a tym, co wynika z przepisów na przykład w innych państwach europejskich. Będę prosił wszystkich i wykorzystam ten moment – zwrócę się do wszystkich, od których to będzie zależało. Jeśli nie chcemy mieć bałaganu, wojny domowej na ten temat, jeśli chcemy z szacunkiem podejść do wszystkich ludzi zainteresowanych tą sprawą, to pomóżcie mi tę ustawę przeprowadzić. Po to, żeby Polska była cywilizowana, ludzie się czuli bezpiecznie i nie było poczucia, że jest jakaś wielka rewolucja” – stwierdził Tusk.
Przeczytaj także:
To pierwszy wyrok, w którym sąd stwierdził, że Meta i YouTube świadomie stworzyły uzależniające produkty, a ich zaniedbania doprowadziły do wyrządzenia krzywdy młodej użytkowniczce ich platform
25 marca 2026 po niespełna sześciu tygodniach procesu, ława przysięgłych w Los Angeles uznała, że Meta i Google celowo zaprojektowały swoje platformy tak, aby uzależniać młodych użytkowników. Sprawa dotyczyła 20-latki, która domagała się odszkodowania za krzywdy wyrządzone przez Instagrama i Youtube'a. Z obu serwisów kobieta zaczęła korzystać jako mała dziewczynka, przed ukończeniem 10 roku życia.
Podczas zeznań pokrzywdzona, która w postępowaniu sądowym posługiwała się inicjałami KGM, opowiadała, że w wyniku korzystania z mediów społecznościowych, popadła w depresję i zaczęła się samookaleczać. Gdy miała 13 lat, terapeutka zdiagnozowała u niej zaburzenia dysmorfii ciała i fobię społeczną, które KGM przypisuje zanurzeniu w świat internetowych platorm.
Ławnicy uznali, że firmy technologiczne dopuściły się zaniedbania i nie zapewniły odpowiednich ostrzeżeń dotyczących potencjalnych zagrożeń związanych z korzystaniem z ich produktów. Ważnym wątkiem w procesie była wadliwa weryfikacja wieku, która umożliwiała dzieciom korzystanie z platform – o czym Meta bardzo dobrze wiedziała.
Na rzecz poszkodowanej zasądzono 6 milionów dolarów odszkodowania, z czego 70 proc. ma pokryć Meta, resztę YouTube.
Pozwane były też TikTok i SnapChat, ale obie platformy już wcześniej zawarły z powódką ugodę.
Przed amerykańskimi sądami toczą się setki podobnych postępowań. Argumenty przypominają te wysuwane przeciwko koncernom tytoniowym w latach 90. i skupiają się na dwóch kwestiach: uzależniających właściwościach produktów i celowym zaprzeczaniu o ich szkodliwości. Pozywając firmy z branży mediów społecznościowych, ich użytkownicy twierdzą, że niekończące się przewijaniem się czy automatyczne odtwarzanie filmów to funkcje, które sprawiły, że produkty te stały się uzależniające.
I choć nie ma dowodów naukowych, które potwierdzają tezę o uzależniejącym wpływie mediów społecznościowych – kompulsywnego sięgania po telefon nie da się bowiem porównać do alkoholu czy heroiny – to jednak o szkodliwości nadmiernego używania platform wśród najmłodszych mówi się sporo. To, co dla jednych będzie elementem życia społecznego, innych popchnie do izolacji, obsesyjnego porównywania się, czy radykalizacji.
Głośne publikacje psychologa społecznego Jonathana Haidta wskazywały, że telefony komórkowe i social media (oraz nadopiekuńcze rodzicielstwo) zmieniły ludzkie mózgi i doprowadziły do epidemii zaburzeń psychicznych. Recenzje tych rewelacji w czasopismach naukowych wskazywały, że korelacja może być wprost odwrotna – to dzieciaki w gorszym stanie psychicznym częściej sięgają po telefony i więcej czasu spędzają na platformach. Naukowcy ostrzegali też, że podobne publikacje żerują na strachu i wzbudzają panikę moralną.
O zgubnym wpływie mediów społecznościowych na dobrostan dzieci mówią jednak badania obserwacyjne, choć w takich trudno odróżnić, co jest przyczyną, a co skutkiem. Może być tak, że w sprawie złego samopoczucia i mediów społecznościowych zachodzi sprzężenie zwrotne.
Są też badania, które pokazują, że media społecznościowe, jeśli używane w sposób umiarkowany, mają neutralny wpływ na życie najmłodszych. A na grupy marginalizowane, które szukają wspólnoty, mogą nawet mieć pozytywny wpływ. Czy media społecznościowe więc szkodzą? Nie zawsze i nie każdemu, co należy odróżnić od tego, co za uszami mają Big Techy.
Dzień wcześniej Meta przegrała bowiem inny duży proces o odszkodowanie. Sąd w Nowym Meksyku uznał, że firma wprowadziła konsumentów w błąd, nie informując o niebezpieczeństwie związanym z wykorzystaniem seksualnym nieletnich, do którego może dojść na platformie. Na rzecz poszkodowanych sąd zasądził odszkowanie w wysokości 375 mln dolarów.
Pierwsze wyroki pojawiają się w momencie, gdy na całym świecie żywo dyskutuje się o zakazie mediów społecznościowych dla dzieci i młodzieży. Jako pierwsza w demokratycznym świecie nowe przepisy wprowadziła Australia, ograniczając osobom poniżej 15. roku życia dostęp do platform typu TikTok, Instagram, Kick, Reddit, Snapchat, Threads, czy YouTube. Model polega na przeniesieniu ciężaru weryfikacji wieku z dzieci i rodziców na gigantów cyfrowych. Za obecność nieletnich na platformach to oni będą płacić surowe kary.
O podobnych rozwiązaniach dyskutuje się w Grecji, Wielkiej Brytani, Francji, Japonii, Danii, a także Polsce.
Przeczytaj także: