Witaj w sekcji depeszowej OKO.press. W krótkiej formie przeczytasz tutaj o najnowszych i najważniejszych informacjach z Polski i ze świata, wybranych i opisanych przez zespół redakcyjny
W deklaracji ze szczytu w Ankarze przywódcy państw Sojuszu potwierdzili zobowiązanie do kolektywnej obrony. Trump mówi o dobrym spotkaniu i „pokoju pełnym miłości”.
W deklaracji ze szczytu NATO przywódcy państw członkowskich potwierdzają „niezachwiane zaangażowanie na rzecz naszej zbiorowej obrony zgodnie z art. 5 Traktatu Waszyngtońskiego oraz na rzecz więzi transatlantyckiej”.
„Atak na jednego z nas jest atakiem na wszystkich. Nasza jedność, solidarność i zbiorowa siła pozostają fundamentem pokoju, bezpieczeństwa i dobrobytu dla miliarda obywateli naszego Sojuszu wolnych i demokratycznych narodów. Pozostajemy wierni naszemu kompleksowemu podejściu do odstraszania i obrony” – napisali członkowie Sojuszu.
Podobnie jak po zeszłorocznym szczycie NATO w Hadze deklaracja liderów jest bardzo krótka. To zaledwie sześć punktów. Ku zadowoleniu europejskich sojuszników, wysoko w dokumencie – bo już w punkcie drugim – znajduje się bezpośrednie odniesienie do Rosji.
Rosja zostaje wymieniona jako „długoterminowe zagrożenie” dla Sojuszu.
„Aby przeciwdziałać długoterminowemu zagrożeniu, jakie Rosja stanowi dla bezpieczeństwa i stabilności euroatlantyckiej, oraz uporczywemu zagrożeniu terroryzmem, sojusznicy realizują zobowiązanie obronne z Hagi. W 2025 roku europejscy sojusznicy oraz Kanada zwiększyli swoje inwestycje w podstawowe potrzeby obronne o ponad 139 miliardów dolarów. Nasze inwestycje zapewniają nam niezbędne zdolności, wzmacniając jednocześnie naszą bazę przemysłową i odporność” – głosi deklaracja.
Przywódcy poinformowali też, że podczas szczytu ogłoszono nowe zamówienia w przemyśle obronnym na kwotę 50 miliardów dolarów. Europejscy sojusznicy potwierdzili też, że wspólnie z Kanadą, „we współpracy ze Stanami Zjednoczonymi” przejmują większą odpowiedzialność za obronę Sojuszu.
„Budujemy przyszłość: silniejszą Europę w silniejszym NATO – zmodernizowany Sojusz” – czytamy w deklaracji. Sojusznicy potwierdzili też, że inwestują w zdolności w zakresie głębokich uderzeń precyzyjnych, zintegrowanej obrony powietrznej i przeciwrakietowej, systemów bezzałogowych, najnowocześniejszych technologii oraz zdolności wywiadowczych, czyli wszystkich tych, w których obecnie Europa zbyt mocno polega na USA.
Przemawiając po spotkaniu z prezydentem Ukrainy Wołodymyrem Zełenskim Donald Trump powiedział, że posiedzenie Rady Północnoatlantyckiej było „świetne”, a w sali, gdzie się odbywało „czuć było mnóstwo miłości i jedności”. Trump podkreślił, że sojusznicy zaczęli robić to, „czego się od nich oczekiwano”.
Relacje z Zełenskim określił jako bardzo dobre, a mediacje ws. zakończenia wojny w Ukrainie po raz kolejny uznał za trudne ze względu na rzekome wyzwania charakterologiczne Putina i Zełenskiego.
„Putin ma trudny charakter, i ten [wskazał na Zełenskiego] też ma trudny charakter, więc zakończenie tej wojny nie jest łatwym zadaniem” – powiedział.
Poza tym z krótkiej konferencji prasowej z prezydentem Ukrainy nie wyniknęło nic istotnego. Zełenski tradycyjnie podziękował za amerykańskie wsparcie, w tym inicjatywę PURL, w ramach której amerykański przemysł obronny dostarcza broń Ukrainie za której produkcję płacą europejscy sojusznicy. Po raz kolejny zaapelował też o wspieranie ukraińskiej obrony powietrznej, bo to ona jest kluczowa do obrony przed Rosją.
Przeczytaj także:
Skazana za defraudację prawie 3 milionów euro z Parlamentu Europejskiego Marine Le Pen oficjalnie potwierdziła, że będzie walczyć o prezydenturę Francji
„Kandyduję w wyborach w 2027 roku” – oświadczyła w telewizji TF1 liderka francuskiej skrajnej prawicy Marine Le Pen.
We wtorek rano francuski sąd apelacyjny utrzymał w mocy wyrok skazujący Le Pen. Jest winna organizowania oszustwa związanego z fikcyjnymi stanowiskami pracy o bezprecedensowej skali i czasie trwania. Odegrała kluczową rolę w sprzeniewierzeniu ponad 2,8 mln euro ze środków Parlamentu Europejskiego oraz przekazywaniu tych środków do swojej partii w Paryżu w latach 2004–2016. „Jestem niewinna” – twierdzi Le Pen.
Liderka antyimigranckiego Zjednoczenia Narodowego oświadczyła, że to obywatele powinni podjąć decyzję w jej sprawie i już dzień po ogłoszeniu wyroku przyjechała do 15-tysięcznego La Flèche w Dolinie Loary, w centralnej Francji.
„Chcemy rozpocząć odrodzenie Francji i zaoferować Francuzom zmianę władzy, na którą czekają” – mówiła.
Ponieważ sąd skrócił zakaz ubiegania się o stanowiska publiczne, Le Pen może wystartować w zaplanowanych na kwiecień wyborach. Zgodnie z wyrokiem Le Pen musi nosić elektroniczną opaskę, a w godzinach nocnych nie może opuszczać miejsca zamieszkania. Wyjazdy w trasę kampanijną będą wymagały zgody miejscowego magistratu.
Jednak na razie te wszystkie obostrzenia nie będą obowiązywać. Le Pen zapowiedziała bowiem apelację do sądu kasacyjnego – najwyższego francuskiego sądu. A taki ruch wstrzymuje wykonanie wyroku, w tym konieczność noszenia bransoletki.
„Wszystko zależy teraz od harmonogramu. Sąd kasacyjny potrzebuje zazwyczaj od roku do 18 miesięcy na wydanie orzeczenia w sprawie podstawy prawnej wyroku skazującego Le Pen. Nie ma pewności, czy sąd będzie w stanie wydać orzeczenie wcześniej niż zwykle” – wyjaśnia „Guardian”.
Le Pen zapowiadała, że jeśli będzie musiał nosić bransoletkę, to nie wystartuje w wyborach. Kandydatem Zjednoczenia Narodowego został więc trzydziestoletni przewodniczący partii Jordan Bardella.
Sondaż Ifop z 25 czerwca pokazał, że Bardella uzyskałby 34 proc. głosów w pierwszej turze. W sprawie drugiej tury sondaże są niekonkluzywne: jedne wskazują, że większe szanse ma Le Pen, inne – że Bardella. Niewątpliwie jednak na tym etapie to właśnie kandydat lub kandydatka Zjednoczenia Narodowego jest faworytem w nadchodzących wyborach.
Przeczytaj także:
„Nie ma NATO bez Stanów Zjednoczonych i bez współpracy Stanów Zjednoczonych z Europą” – powiedział Nawrocki. „Federacja Rosyjska jest, pozostaje i pozostanie zagrożeniem dla Sojuszu Północnoatlantyckiego” – dodał.
„Droga do stałej obecności amerykańskich wojsk w Polsce, na poziomie prezydentów i na poziomie politycznym, jest otwarta” – powiedział po przyjeździe na szczyt NATO w Ankarze prezydent Polski Karol Nawrocki.
Nawrocki zapewnił, że po liście sekretarza obrony USA Pete'a Hegsetha do szefa MON Władysława Kosiniaka-Kamysza sprawa stałych baz USA w Polsce „wygląda bardzo dobrze”. „Prezydent Trump wypełnia swoje deklaracje. Teraz wszystko jest otwarte dla polskiego Ministerstwa Obrony Narodowej” – dodał.
Prezydent przekazał, że podczas kolacji wydanej przez prezydenta Turcji Recepa Tayyipa Erdoğana na powitanie uczestników szczytu NATO miał okazję krótko rozmawiać z Donaldem Trumpem. Jak podkreślał, jego rozmowy z amerykańskim prezydentem „zawsze dotyczą stałej obecności wojsk amerykańskich w Polsce”. „Zajmuję się tym od 3 września, od mojej pierwszej wizyty w Stanach Zjednoczonych” – powiedział Nawrocki.
Odniósł się też do głównych celów Polski podczas szczytu NATO. Jak mówił, najważniejsze jest wzmocnienie solidarności Sojuszu, utrzymanie silnych więzi transatlantyckich oraz potwierdzenie, że Rosja pozostaje głównym zagrożeniem dla sojuszników w Europie.
„Nie ma NATO bez Stanów Zjednoczonych i bez współpracy Stanów Zjednoczonych z Europą” – podkreślił. „Federacja Rosyjska jest, pozostaje i pozostanie zagrożeniem dla Sojuszu Północnoatlantyckiego” – dodał.
Nawrocki mówił również o polskich wydatkach na obronność. Przypomniał, że Polska przeznacza na ten cel blisko 5 proc. PKB i ocenił, że jest „przykładowym sojusznikiem, który wywiązuje się ze wszystkich zobowiązań wobec swoich partnerów”.
Prezydent zapowiedział także, że będzie zabiegał o rozbudowę infrastruktury paliwowej NATO w kierunku wschodniej flanki. „Będę konsekwentnie zabiegał o to, aby rurociągi, które kończą się dzisiaj na byłej granicy wschodnich i zachodnich Niemiec, zostały poprowadzone do Polski i Europy Środkowej” – powiedział. Jak tłumaczył, infrastruktura podwójnego zastosowania (dual use) zwiększyłaby bezpieczeństwo całej wschodniej flanki NATO.
Nawrocki odniósł się też do relacji z Ukrainą. Poinformował, że podczas kolacji rozmawiał z prezydentem Wołodymyrem Zełenskim i nie wykluczył kolejnej rozmowy podczas szczytu.
„To naturalne, że państwa, które są sąsiadami i mają wspólnego wroga, jakim jest Federacja Rosyjska, pozostają w dialogu, niezależnie od pewnych napięć dwustronnych” – mówił.
Jednocześnie prezydent podkreślił, że jego stanowisko w sprawach historycznych pozostaje niezmienne. „Polska i – myślę – cała Europa nie mogą akceptować odwoływania się do żołnierzy UPA, którzy są odpowiedzialni za śmierć 120 tysięcy Polaków. Nie wyklucza to jednak naszego dialogu” – powiedział Nawrocki.
Trwający w Ankarze dwudniowy szczyt NATO ma przede wszystkim wysłać do świata jednoznaczny sygnał o jedności sojuszników i potwierdzić, że zobowiązania wynikające z artykułu 5. Traktatu Północnoatlantyckiego pozostają nienaruszalne. Przynajmniej na to liczą europejscy członkowie NATO. To kluczowy element odstraszania Rosji, która – jak ostrzegają eksperci – uważnie obserwuje każde pęknięcie w relacjach transatlantyckich.
„Celem szczytu powinno być przekonanie potencjalnych adwersarzy, że NATO jest zjednoczone i zjednoczone będzie działać w razie potrzeby” – mówiła w wywiadzie OKO.press Iana Maisuradze, ekspertka ds. bezpieczeństwa i obronności European Policy Centre. „Musimy uniknąć powstania luki w odstraszaniu. Bo właśnie na takie momenty czeka Rosja” – podkreślała.
Nie wiadomo jednak, czy sojusznikom uda się taki sygnał wysłać.
Prezydent USA Donald Trump przyjechał na szczyt w bojowym nastroju. Już pierwszego dnia wrócił do tematu przejęcia kontroli nad Grenlandią przez Stany Zjednoczone. Ponownie skrytykował też sojuszników za zbyt niskie wydatki na obronność, przekonując, że USA przez lata płaciły „nieproporcjonalnie dużo” za ochronę Europy.
Szczególnie ostro zaatakował Hiszpanię, którą nazwał „fatalnym partnerem w NATO”. „Nie uczestniczą. Nie płacą. Nie chcę mieć nic wspólnego z Hiszpanią” – mówił. Zarzucał też europejskim sojusznikom brak wystarczającego wsparcia dla USA w działaniach wobec Iranu. „Byliśmy przy nich, ale oni nie byli przy nas” – stwierdził.
Z polskiej perspektywy jednym z najważniejszych wątków szczytu są rozmowy z Amerykanami o utworzeniu stałych baz amerykańskich w Polsce. MON przekonywał wczoraj (we wtorek 7 lipca) na spotkaniu z dziennikarzami, że USA zwiększą obecność wojskową w Polsce. Mówił o tym wiceminister obrony Paweł Zalewski. Nie ujawnił jednak, czy coś nowego wiadomo w sprawie.
Szczytowi towarzyszy również spór o relacje Polski z Ukrainą. Polityczną awanturę wywołała kwestia przekazania Kijowowi rakiet do systemów Patriot z polskich zapasów. W odpowiedzi na zarzuty m.in. ze strony Kancelarii Prezydenta MON odtajnił dokumenty dotyczące pomocy wojskowej dla Ukrainy, chcąc pokazać skalę wsparcia udzielonego przez obecny i poprzedni rząd. Dyskusja ujawniła jednak przede wszystkim spadek wartości polskich dostaw wojskowych dla walczącego z Rosją sąsiada.
Ochłodzenie relacji Warszawy i Kijowa zauważają już zagraniczne media – Reuters przypomina, że Polska po rosyjskiej inwazji była jednym z najważniejszych sojuszników Ukrainy, ale wraz z przedłużającą się wojną wsparcie dla Kijowa stało się elementem krajowego sporu politycznego.
Na łamach OKO.press Anna Mierzyńska ostrzega: Rosja aktywnie eskaluje konflikt między Polską a Ukrainą, wykorzystując do tego spory historyczne. Rosyjskie FSB prowadzi specjalną operację, wymierzoną jednocześnie w Polskę i Ukrainę.
W pierwotnym programie wizyty prezydenta Karola Nawrockiego na szczycie NATO nie przewidziano spotkania z prezydentem Wołodymyrem Zełenskim. Okazało się jednak, że po krótkiej rozmowie we wtorek wieczorem podczas kolacji u prezydenta Recepa Tayyipa Erdoğana delegacje mają próbować umówić choć krótkie spotkanie.
Czytaj więcej naszych relacji prosto z Ankary:
Przeczytaj także:
Trump ogłosił, że wstępne porozumienie z Iranem już nie obowiązuje. „Myślę, że to koniec”. Chce też zerwania stosunków handlowych z Hiszpanią.
Podczas szczytu NATO w Ankarze w trakcie publicznego spotkania z szefem Sojuszu Północnoatlantyckiego Markiem Ruttem Donald Trump przypuścił atak na władze Iranu.
Trump mówił: „To kłamcy, oszuści i chorzy ludzie. Skrzywdzili swój naród. Zabili, jak dotąd, 54 tys. protestujących. Wiecie, kiedy ludzie pytają, dlaczego oni jeszcze nie przejęli władzy? Nie mogą jej przejąć, bo nie żyją. Zabili ich. Nikt nie przejmie władzy. Oni nie mają broni, a druga strona ma karabiny maszynowe. A potem ich zabijają. Prasa o tym nie informuje”.
Jednocześnie pozostawił otwartą furtkę do dalszych rozmów:
„Porozmawiam z naszymi negocjatorami. Oni chcą negocjować. To dobrzy ludzie, Steve Witkoff, Jared Kushner, ale muszą zwrócić się do mnie. Moim zdaniem rozmowy z nimi [Iranem] to po prostu strata czasu”.
Mówiąc o tym, że nie mógł liczyć na sojuszników z NATO w trakcie wojny z Iranem, Trump w szczególności skupił się na Hiszpanii.
Oświadczył, że polecił swojemu sekretarzowi skarbu Scottowi Bessentowi zerwać wszelkie stosunki handlowe z Hiszpanią, nazywając Madryt „okropnym partnerem” w NATO: „nie angażuje się i nie płaci”.
„Hiszpania to stracona sprawa – nie chcemy już prowadzić z nią żadnych interesów handlowych” – powiedział Trump.
„Nie chcę mieć z Hiszpanią nic wspólnego, proszę o całkowite zerwanie wszelkich stosunków handlowych z tym krajem, w tym wizyt… zobaczycie, jak będą się do nas wracać” – mówił prezydent Stanów Zjednoczonych.
Premier Hiszpanii Pedro Sanchez skomentował te słowa: „Wszystko po staremu” (business as usual). Hiszpański rząd wydał oświadczenie: „Hiszpania przyjmuje te stwierdzenia ze spokojem i bez nadmiernych emocji. Nasz kraj utrzymuje doskonałe stosunki społeczne, kulturalne i gospodarcze ze Stanami Zjednoczonymi i nie zamierzamy tego zmieniać. Więzi gospodarcze nawiązują prywatne przedsiębiorstwa, a nie rządy. Stosunki dwustronne między Stanami Zjednoczonymi a Hiszpanią są korzystne dla obu krajów, zarówno w sferze handlowej, jak i obronnej”.
Nocą z 7 na 8 lipca najpierw Stany Zjednoczone zaatakowały Iran, a potem Iran odpowiedział nalotami na amerykańskie bazy w Bahrajnie i Kuwejcie.
Niecały miesiąc temu, 18 czerwca, Iran i ISA zawarły wstępne porozumienie (memorandum of understanding, MoU). Jego najważniejsze punkty to zakończenie wojny na wszystkich frontach, w tym w Libanie oraz zdjęcie blokady morskiej Iranu przez USA. Memorandum dawało też 60 dni na dopięcie ostatecznego porozumienia. Irański minister spraw zagranicznych oświadczył w środę, że to USA złamały warunki porozumienia, które okazało się nieskuteczne.
Po wypowiedzi Trumpa cena ropy skoczyła o 3,4 proc. do 76,65 dolarów za baryłkę. Gwałtownie spadły wyceny amerykańskich indeksów giełdowych oraz ceny złota i srebra.
Przeczytaj także:
Środowy poranek w Ankarze, zamiast od najpoważniejszych zagrożeń dla bezpieczeństwa Sojuszu, zaczyna się od przepychanki między USA a Danią w temacie Grenlandii. Premierka Mette Frederiksen musi znowu postawić Trumpowi granice.
„Grenlandia oczywiście nie jest na sprzedaż, a Dania oczekuje od sojuszników w NATO poszanowania prawa Grenlandczyków do samostanowienia oraz integralności terytorialnej Królestwa Danii" – powiedziała po przyjeździe na szczyt NATO w Ankarze premierka Danii Mette Frederiksen.
W ten sposób Frederiksen odpowiedziała na słowa Donalda Trumpa, który dzień wcześniej podczas spotkania z prezydentem Turcji Recepem Tayyipem Erdoğanem ponownie stwierdził, że Stany Zjednoczone chciałyby przejąć kontrolę nad Grenlandią.
„Grenlandia powinna być kontrolowana przez Stany Zjednoczone, a nie przez Danię” – powiedział Trump dziennikarzom. Przy okazji powtórzył pod adresem Danii oskarżenia, że ta nie jest w stanie zapewnić bezpieczeństwa w regionie i przywołał już wielokrotnie weryfikowane, nieprawdziwe twierdzenie, że dookoła Grenlandii panoszą się chińskie i rosyjskie okręty.
„Stanowisko USA w tej sprawie jest niestety bardzo jasne. Nasze stanowisko jest równie jasne i nie zmieniło się: Grenlandia nie jest na sprzedaż” – odpowiedziała Frederiksen. „Jesteśmy gotowi bronić każdego centymetra terytorium NATO, w tym naszego własnego terytorium” – mówiła.
Dodała, że właśnie na tym opiera się idea Sojuszu.
„Jednym z powodów, dla których wiele, wiele lat temu stworzyliśmy NATO, była zasada, że jeśli coś stanie się jednemu z nas, wszyscy powinni stanąć w swojej obronie. Artykuł 5. jest naszym ubezpieczeniem” – powiedziała Frederiksen.
Pytana o to, czy wierzy w przywiązanie USA do artykułu 5 Frederiksen odpowiedziała, że nie słyszała żadnych deklaracji podważających amerykańskie zobowiązania wobec Sojuszu.
„Z duńskiej i europejskiej perspektywy nie bylibyśmy w stanie zapewnić bezpieczeństwa naszym obywatelom bez NATO. Myślę, że to samo dotyczy Stanów Zjednoczonych. To dzięki NATO nasi obywatele po obu stronach Atlantyku mogą być bezpieczni. I tak będzie również w przyszłości” – powiedziała.
Przeczytaj także:
Donald Trump po raz pierwszy o chęci przejęcia Grenlandii wspomniał w 2019 roku, podczas swojej pierwszej kadencji. Wówczas proponował Danii odkupienie wyspy. Pomysł został odrzucony zarówno przez Kopenhagę, jak i Nuuk. Grenlandia jest autonomicznym terytorium w ramach Królestwa Danii i sama decyduje o swojej przynależności politycznej.
Sprawa wróciła w 2025 roku po powrocie Trumpa do Białego Domu. W styczniu 2025 roku prezydent USA zszokował sojuszników w NATO, gdy nie wykluczył użycia siły w celu przejęcia kontroli nad wyspą, tłumacząc to względami bezpieczeństwa narodowego i rosnącą aktywnością Rosji oraz Chin w Arktyce.
Napięcie częściowo opadło w lutym 2026 roku, gdy na skutek wysiłków sekretarza generalnego NATO Marka Ruttego udało się przekonać Trumpa do rozmów. Wtedy też Dania, Grenlandia i Stany Zjednoczone rozpoczęły rozmowy o nowym porozumieniu dotyczącym bezpieczeństwa w Arktyce. Umowa miała umożliwić zwiększenie amerykańskiej obecności wojskowej na wyspie i współpracę w zakresie bezpieczeństwa, ale z poszanowaniem grenlandzkiej autonomii.
Rozmowy jak dotąd nie przyniosły żadnych rezultatów, a strony nie informują o ich przebiegu.
Jak pisaliśmy w reportażowym cyklu OKO.press z Grenlandii, groźby Trumpa ożywiły wśród Grenlandczyków kolonialne traumy i poczucie, że są traktowani jak przedmiot negocjacji między większymi państwami, a nie odrębny naród mający prawo decydować o sobie.
„Nie chcemy być Duńczykami, nie chcemy być Amerykanami. Jesteśmy odrębnym narodem i mamy prawo do decydowania o sobie. Grenlandia nie jest na sprzedaż” – mówiła OKO.press Miiti Geisler, właścicielka galerii inuickiej sztuki w Nuuk.
Czytaj grenlandzki cykl OKO.press:
Przeczytaj także:
Przeczytaj także:
Przeczytaj także: