0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Fot: Martijn Beekman / NATO 2025Fot: Martijn Beekman...

Gigantyczne niebieskie billboardy z charakterystycznym logiem NATO i hasłami typu „Klucz do bezpiecznej przyszłości” widnieją przy niemal całej trasie z lotniska Ankara-Esenboğa. Droga, którą sunie taksówka, wydaje się mniej wyboista niż jeszcze w 2023 roku, gdy jechałam nią relacjonować wybory prezydenckie w Turcji.

Okazuje się, że przed rozpoczynającym się we wtorek 7 lipca 2026 szczytem NATO główna trasa z lotniska, którą przejeżdżać będą delegacje, została wyremontowana – częściowo położono nową nawierzchnię i wyrównano studzienki kanalizacyjne. To nie wszystko. Jak donosi portal TurkiyeToday, zasłonięto także mniej reprezentacyjne fasady budynków i odmalowano niektóre elewacje.

Bezpieczeństwa uczestników szczytu z 32 państw członkowskich pilnować będzie ok. 56 tys. funkcjonariuszy. Nawet taksówkarze szykują się na przyjazd zagranicznych gości – w białych koszulach i szarych spodniach mają witać pasażerów po turecku: lokum, wodą i tradycyjną wodą kolońską.

Ale za fasadą perfekcyjnie przygotowanego miasta kryje się jeden z najtrudniejszych politycznie szczytów NATO ostatnich lat:

  • Donald Trump kwestionuje znaczenie NATO do tego stopnia, że mówi nawet o możliwości wycofania USA z Sojuszu.
  • Europa zastanawia się, w jakim stopniu nadal może polegać na Stanach Zjednoczonych.
  • Eksperci coraz częściej mówią o bardziej „europejskim NATO” i ryzyku wewnętrznych podziałów w Sojuszu związanych z różnym poziomem wydatków obronnych.

Autorzy przedszczytowego raportu European Policy Centre (EPC) podkreślają jednak, że Trump „nie jest przyczyną” zmiany amerykańskiego podejścia do Europy, ale raczej „symptomem trendów trwających od niemal dwóch dekad”. Chodzi m.in. o strategiczny zwrot USA w kierunku Chin i rosnącą presję na Europę, by wzięła większą odpowiedzialność za własne bezpieczeństwo.

Czy obserwujemy jedynie przejściowy kryzys w relacjach transatlantyckich, czy głębszą transformację NATO? Czy sojusznikom uda się przeprowadzić tę zmianę bez okresowego osłabienia europejskiej obronności, które mogłaby wykorzystać Rosja? Czy Europa jest w stanie zbudować nie tylko zdolności wojskowe, ale także polityczne przywództwo potrzebne w sytuacji kryzysu? I czy Ankara wyśle jasny sygnał, że artykuł 5 pozostaje czymś więcej niż tylko niepewną deklaracją?

Tuż przed szczytem w Ankarze rozmawiamy z Ianą Maisuradze*, ekspertką ds. bezpieczeństwa i obronności think tanku European Policy Centre.

Przeczytaj także:

NATO 3.0: Bardziej europejskie, ale czy nadal transatlantyckie?

Paulina Pacuła, OKO.press: Tegoroczny szczyt NATO odbywa się w atmosferze niepewności i rozczarowania. Prezydent Donald Trump wyraźnie krytykuje europejskich członków NATO. Zarówno za ich podejście do wojny z Iranem, jak i za wciąż zbyt niski, jego zdaniem, poziom wydatków obronnych. W czwartek, 2 lipca, napisał w Truth Social, że kontynuowanie przez USA relacji z NATO jest „absurdem”. Porównał amerykańskie wydatki obronne z wydatkami poszczególnych sojuszników – m.in. Wielkiej Brytanii, Francji, Włoch czy Polski – używając kwot nominalnych, a nie odsetka PKB. Tylko że polskie 5 proc. PKB przeznaczane na obronność zawsze będzie oznaczało znacznie mniejszą kwotę niż amerykańskie. Jak rozumieć tę komunikację? Czy to po prostu presja na sojuszników, żeby wydawali więcej, czy Trump próbuje udowodnić, że samo NATO nie ma już sensu? Czy Ameryka nadal potrzebuje NATO?

Iana Maisuradze, ekspertka ds. bezpieczeństwa, obronności i NATO w European Policy Centre w Brukseli: Żeby odpowiedzieć na to pytanie, skupię się raczej na faktach niż na politycznych deklaracjach, bo najważniejsze jest to, co dzieje się w praktyce.

Uważam, że Stany Zjednoczone zdecydowanie potrzebują NATO.

Sojusz był przez dekady organizacją kierowaną przez USA, a Ameryka jest w niego bardzo mocno zaangażowana. NATO jest jednym z głównych narzędzi projekcji amerykańskiej siły. Dlatego utrzymanie silnego i wiarygodnego Sojuszu leży w interesie Stanów Zjednoczonych.

Jednocześnie obserwujemy głęboką transformację Sojuszu.

Nie nazwałabym tego końcem NATO, jakie znamy, ale raczej końcem jednego z historycznych modeli funkcjonowania Sojuszu. Przez ponad siedem dekad NATO opierało się na dość prostym układzie: Europa w ogromnym stopniu polegała na amerykańskim przywództwie wojskowym w zakresie obrony konwencjonalnej, a Stany Zjednoczone akceptowały tę rolę, ponieważ bezpieczeństwo Europy było centralnym elementem amerykańskich interesów bezpieczeństwa. Teraz to się zmieniło.

Jeśli spojrzymy na amerykańskie strategie bezpieczeństwa narodowego i obrony, Europa nie jest już dla USA takim priorytetem jak wcześniej. Stany Zjednoczone koncentrują się znacznie bardziej na regionie Indo-Pacyfiku.

Zmiana zaczęła się jeszcze przed prezydenturą Trumpa. USA stopniowo przesuwały swoje strategiczne priorytety w stronę Indo-Pacyfiku – wystarczy przypomnieć zwrot Baracka Obamy ku Azji i długofalową rywalizację z Chinami.

Bardziej zrównoważony podział wydatków obronnych był postulatem kierowanym do Europejczyków od dawna, jeszcze zanim stał się jednym z głównych punktów obecnej agendy.

Prezydent Trump nie wymyślił tego trendu. On go jedynie przyspieszył i wyraził znacznie ostrzej niż poprzednie administracje.

W tym kontekście istotna staje się koncepcja NATO 3.0 Elbridge’a Colby’ego, zastępcy sekretarza obrony USA ds. politycznych. Zakłada ona, że NATO powinno przejść od relacji opartej na zależności do relacji partnerskiej.

Według tej wizji – którą wspiera również sekretarz generalny NATO Mark Rutte – Europa przejęłaby główną odpowiedzialność za konwencjonalną obronę kontynentu, podczas gdy Stany Zjednoczone nadal zapewniałyby rozszerzone odstraszanie nuklearne, najbardziej zaawansowane zdolności wojskowe, wsparcie strategiczne i pozostałyby w pełni zaangażowane w artykuł 5.

Celem nie jest więc wycofanie Ameryki z NATO, ale nowy podział odpowiedzialności, który lepiej odpowiada dzisiejszym realiom strategicznym.

Jeśli wrócimy do Traktatu Waszyngtońskiego ustanawiającego NATO, artykuł 3 mówi, że sojusznicy powinni rozwijać swoje indywidualne i zbiorowe zdolności do odparcia ataku. Budowanie własnych zdolności zawsze było częścią strategii NATO. Pod wieloma względami przypomina to więc powrót do pierwotnej logiki NATO z czasów zimnej wojny, kiedy silni europejscy sojusznicy ponosili znacznie większą odpowiedzialność za obronę Europy niż w dekadach po jej zakończeniu.

Dlatego szczyt w Ankarze jest czymś więcej niż kolejnym dorocznym spotkaniem przywódców. To test politycznej woli: czy tę transformację uda się przeprowadzić przy jednoczesnym zachowaniu spójności Sojuszu.

Najważniejsze pytanie nie brzmi dziś: czy NATO przetrwa, lecz czy NATO może stać się bardziej europejskie, nie stając się mniej transatlantyckie.

Jeśli Europa skutecznie rozwinie silniejsze zdolności obrony konwencjonalnej, jednocześnie utrzymując polityczne i strategiczne zakotwiczenie Stanów Zjednoczonych w Sojuszu, NATO może ostatecznie wyjść z tej transformacji silniejsze.

Jeśli jednak ten proces zostanie źle przeprowadzony, istnieje ryzyko powstania niepewności dokładnie w momencie, gdy odstraszanie Rosji jest najbardziej potrzebne. To jest prawdziwy test naszych czasów.

Jeśli NATO rzeczywiście przechodzi tylko transformację, to dlaczego Donald Trump wciąż podważa sens istnienia samego Sojuszu, a nawet mówi o możliwości wycofania się z niego? Jeśli celem nie jest wyjście USA z NATO, ale jego zmiana, dlaczego używać retoryki, która tworzy niepewność i potencjalnie osłabia odstraszanie? Czy Trump kiedykolwiek będzie zadowolony z europejskich wydatków obronnych?

Nie jestem w stanie odpowiedzieć na to pytanie, to by wymagało psychoanalizy. Ale mogę powiedzieć jedno: nie wierzę w przyszłość, w której istnieje NATO bez Ameryki. Nie sądzę, żeby Stany Zjednoczone wybierały się gdziekolwiek, bo chodzi również o amerykańskie odstraszanie i wiarygodność USA.

Utrzymanie silnego NATO leży w interesie Stanów Zjednoczonych.

Myślę, że te wypowiedzi mają za zadanie zmobilizować sojuszników. I do tej pory to działało. W ubiegłym roku w Hadze zobaczyliśmy zobowiązanie do zwiększenia wydatków obronnych do 5 proc. PKB. Teraz w Ankarze prawdopodobnie zobaczymy, jak to zobowiązanie będzie wdrażane, zwłaszcza przez europejskich członków NATO.

Stany Zjednoczone mówią bardzo jasno: nie będą już tak aktywne w Europie, jak wcześniej, ponieważ ich strategiczne priorytety przesunęły się w kierunku Indo-Pacyfiku. A europejskimi problemami powinni w większym stopniu zajmować się Europejczycy. Nie chodzi o całkowite wycofanie USA – bo opuszczenie NATO zaszkodziłoby także Stanom Zjednoczonym.

Zresztą, sojusznicy już zaczęli działać. Przed szczytem w Hadze oficjalnym celem było przeznaczanie 2 proc. PKB na obronność – i część państw nawet tego poziomu nie osiągała. Teraz członkowie NATO uzgodnili zobowiązanie na poziomie 5 procent.

Niemcy odbudowują swoje siły zbrojne w tempie niespotykanym od dekad. Polska i państwa bałtyckie przeznaczają na obronność ponad 4 proc. PKB. Europejscy sojusznicy biorą większą odpowiedzialność za konwencjonalną obronę NATO, jednocześnie zwiększając produkcję przemysłu obronnego i poprawiając mobilność wojskową.

Jednak nie da się przejść od poziomu poniżej 2 proc. do 5 proc. w ciągu jednego roku. Część sojuszników nadal pozostaje w tyle. Dlatego rozumiem tę komunikację także jako formę presji, która ma skłonić państwa NATO do dalszego zwiększania inwestycji w obronność.

Jeśli chodzi o porównywanie wydatków, zobowiązanie haskie dotyczy odsetka PKB, a nie nominalnych kwot. Więc tak – sensowniejsze byłoby porównywanie tej wielkości albo zestawienie wydatków Stanów Zjednoczonych z sumarycznymi wydatkami europejskich sojuszników i Kanadą łącznie. Nie potrafię jednak odpowiedzieć, dlaczego Biały Dom zdecydował się akurat na taki sposób prezentowania tych statystyk.

Czy Trump kiedykolwiek będzie zadowolony z europejskich wydatków obronnych? Nie znam odpowiedzi na to pytanie. Mam nadzieję, że tak.

Tak jak Europa potrzebuje USA w NATO, tak Stany Zjednoczone potrzebują NATO – dla swojej wiarygodności jako aktora politycznego i militarnego oraz dla projekcji odstraszania nie tylko wobec Rosji, ale także w obszarze Indo-Pacyfiku.

Tylko nawet jeśli ta presja prowadzi do zwiększenia wydatków przez sojuszników, ta nieprzewidywalna komunikacja jest problemem samym w sobie. Osłabia wiarygodność NATO w oczach Moskwy.

Tak, odstraszanie nigdy nie opiera się wyłącznie na zdolnościach wojskowych. Ma trzy podstawowe elementy: zdolności, wiarygodność i komunikację polityczną. I obecnie widzimy, że pierwszy filar wyraźnie się wzmacnia, ale drugi i trzeci – wiarygodność oraz komunikacja – są pod większą presją.

Jeśli sygnały polityczne stają się niespójne, jeśli sojusznicy publicznie podważają wzajemne zobowiązania, Moskwa może zacząć kalkulować, że jedność Sojuszu da się przetestować.

Oczywiście spory polityczne wewnątrz NATO nie są niczym nowym. W całej swojej historii – od kryzysu sueskiego, przez wojnę w Iraku, po debaty o podziale obciążeń – NATO często sprawiało wrażenie politycznie podzielonego, pozostając jednocześnie skutecznym militarnie.

Różnica polega na tym, że dziś te dyskusje odbywają się w momencie, gdy Rosja aktywnie próbuje wykorzystać każdy dostrzeżony podział – poprzez presję militarną, działania hybrydowe i operacje manipulacji informacyjnej.

Dlatego NATO stoi dziś jednocześnie przed wyzwaniem dotyczącym zdolności wojskowych i przed wyzwaniem narracyjnym. Oba są równie ważne.

A ostatecznym celem tej transformacji nie jest uczynienie NATO mniej amerykańskim. Chodzi o to, by Europa stała się samodzielnie zdolna do działania, a przez to sam Sojusz był bardziej zrównoważony i strategicznie trwały.

„Równoważenie militarne” czy polityczna destrukcja?

Podział odpowiedzialności między Europą a Stanami Zjednoczonymi będzie się zmieniał i jest to nieuniknione. Pentagon prowadzi obecnie przegląd amerykańskiej obecności wojskowej w Europie, który ma potrwać nawet pół roku, a został ogłoszony w specyficzny sposób – jako reakcja na rozczarowanie USA postawą europejskich członków NATO wobec wojny w Iranie. Komunikacja tych zmian jest niezwykle chaotyczna. Słyszymy o możliwym wycofaniu amerykańskich żołnierzy z Niemiec, o wstrzymaniu rozmieszczenia tam batalionu dalekiego zasięgu, o wycofaniu lub zwiększeniu obecności wojskowej w Polsce. Paul Taylor, wieloletni komentator spraw europejskich i transatlantyckich, obecnie ekspert EPC ds. bezpieczeństwa i polityki zagranicznej, opisuje obecną sytuację NATO jako jednoczesne „równoważenie militarne i polityczną destrukcję”. Wydaje się, że głównym wyzwaniem jest dziś zarządzanie tą transformacją – jak przekazać Europie większą odpowiedzialność bez stworzenia tymczasowej luki w odstraszaniu.

Iana Maisuradze: Tak. Po pierwsze, przegląd strategii obronnej i obecności wojskowej trwa już od pewnego czasu. To nie jest coś, co zostało dopiero ogłoszone – ten temat był przedmiotem rozmów już w ubiegłym roku, a nawet wcześniej. To ciągły proces i w nadchodzących miesiącach zobaczymy, w jakim kierunku będzie zmierzał.

Jeśli chodzi o ten polityczny paradoks: tak, mamy wyższe wydatki obronne, ale jak już wspomniałam, odstraszanie nigdy nie jest wyłącznie kwestią zdolności wojskowych. Musimy uniknąć powstania luki w odstraszaniu i sytuacji, w której Sojusz mógłby być postrzegany jako pozbawiony wiarygodnej zdolności odstraszania. Bo właśnie na takie momenty czeka Rosja.

Nie wykluczałabym kolejnych prowokacji. Widzieliśmy je już w Polsce i państwach bałtyckich – w tym naruszenia przestrzeni powietrznej. Spodziewam się, że będą kontynuowane. To są testy artykułu 5, ale także testowanie przez Rosję jak daleko może się posunąć, pozostając poniżej progu, który uruchomiłby zbiorową odpowiedź.

Tak więc problemem nie jest jedynie to, że Europejczycy obawiają się potencjalnego ograniczenia amerykańskiej obecności wojskowej. To sama niepewność nabiera strategicznego znaczenia.

Odstraszanie działa dlatego, że przeciwnik wierzy, iż Sojusz zareaguje wspólnie. A w tej kwestii nawet my nie mamy pewności, jak będzie.

Właśnie dlatego określenie Paula Taylora – „równoważenie militarne i polityczna destrukcja” – jest tak mocne. Równowaga militarna się poprawia, ale zaufanie polityczne pozostaje w tyle.

I właśnie dlatego szczyt w Ankarze ma ogromne znaczenie. Chodzi o pokazanie, że większe zdolności europejskich państw i większa rola Europy wzmacniają spójność Sojuszu, a nie ją osłabiają.

Jeśli NATO uda się pokazać, że europejscy sojusznicy stają się silniejsi bez zmniejszenia amerykańskiego zaangażowania, to bardzo wzmocni odstraszanie.

Jeśli jednak większa europejska odpowiedzialność zostanie odczytana jako strategiczne wycofywanie się USA – jako rozdzielenie Europy i Stanów Zjednoczonych – same postępy militarne nie zrekompensują politycznej niepewności.

Rosja będzie próbowała to wykorzystać i wbijać klin między sojuszników.

Odstraszania nie mierzy się wydatkami na obronność

Jeśli przejmowaniu większej odpowiedzialności za obronę konwencjonalną kontynentu będzie jednak towarzyszyło strategiczne wycofanie USA, a jutro doszłoby do poważnego kryzysu na wschodniej flance NATO, jakie słabości ujawniłyby się jako pierwsze? Czyli jakich zdolności Europa potrzebuje najpilniej, by radzić sobie sama?

Największe luki?

Po pierwsze: obrona powietrzna i przeciwrakietowa. Wojna Rosji przeciwko Ukrainie pokazała, że współczesne konflikty w coraz większym stopniu charakteryzują się masowymi atakami rakietowymi, użyciem dronów i precyzyjnych uderzeń dalekiego zasięgu. Europejscy sojusznicy nadal nie mają wystarczająco zintegrowanej obrony powietrznej i przeciwrakietowej, by chronić infrastrukturę wojskową, centra logistyczne i ludność cywilną.

Po drugie: zdolności do precyzyjnych uderzeń dalekiego zasięgu. Europejczycy inwestują w takie systemy, m.in. poprzez inicjatywę European Long-Range Strike Approach, ale rozwinięcie tych zdolności zajmie lata. Do tego czasu Europa nadal będzie w dużym stopniu zależna od amerykańskiego wsparcia.

Musimy też pamiętać o zdolności absorpcji. Niezależnie od tego, ile pieniędzy wydamy, nadal potrzebujemy ludzi, którzy będą w stanie wdrożyć te decyzje w praktyce. Nieważne, ile mamy dronów – ktoś nadal musi nimi dowodzić.

Po trzecie: mobilność wojskowa, czyli zdolność do szybkiego przemieszczania sił. Liczy się logistyka, infrastruktura, procedury prawne i koordynacja między państwami. Dlatego NATO coraz częściej traktuje mobilność wojskową jako część samego odstraszania.

Po czwarte: potencjał przemysłu obronnego. Ukraina przypomniała nam, że nie ma skutecznej obrony bez intensywnej i szybkiej produkcji zbrojeniowej. NATO potrzebuje trwałej zdolności produkcji amunicji, pocisków, części zamiennych i dronów na skalę odpowiadającą warunkom wojennym.

I wreszcie: gotowość oraz zdolność do długotrwałego prowadzenia działań. Samo posiadanie sprzętu wojskowego nie wystarczy. Siły muszą być wyszkolone, zintegrowane, zaopatrzone w amunicję i zdolne do działania przez dłuższy czas.

Gdyby jutro NATO stanęło wobec poważnego kryzysu na wschodniej flance, presja pojawiłaby się właśnie w tych obszarach.

Ale jest w tym wszystkim optymistyczny wątek. W porównaniu z sytuacją sprzed zaledwie trzech czy czterech lat Europa zmierza we właściwym kierunku. Budżety obronne rosną, produkcja przemysłowa się zwiększa, zakupy sprzętu przyspieszają, a rządy coraz lepiej rozumieją, że odporność, logistyka i mobilność wojskowa nie są kwestiami administracyjnymi – są podstawowymi elementami odstraszania.

Natomiast jednym z największych błędów w debacie publicznej jest utożsamianie wydatków obronnych ze zdolnościami obronnymi.

Cele dotyczące wydatków są politycznie ważne, ponieważ pokazują zaangażowanie, ale same pieniądze nie odstraszają agresji.

Prawdziwe pytanie brzmi: czy za tymi pieniędzmi pójdą realne zdolności – czy sojusznicy będą w stanie wystawić gotowe do użycia siły, utrzymać działania przez dłuższy czas i wystarczająco szybko wzmocnić zagrożone regiony, aby przekonać przeciwnika, że agresja zakończy się porażką.

Dlatego uważam, że Ankara powinna zostać zapamiętana nie jako „szczyt 5 procent”, tak, jak Haga, ale jako szczyt dotyczący wdrożeń. Haga była o politycznej ambicji. Ankara powinna być o realizacji zobowiązań podjętych w Hadze.

Sekretarz generalny Mark Rutte wielokrotnie podkreślał, że celem nie jest po prostu wydawanie większych pieniędzy, ale zapewnienie, że większe inwestycje przełożą się na zdolności, których NATO naprawdę potrzebuje. Dlatego szczytu w Ankarze nie powinno się oceniać przez pryzmat samych deklaracji dotyczących poziomu wydatków, ale tego, czy pokaże mierzalny postęp w tych obszarach.

Ostatecznie odstraszania nie mierzy się procentami PKB, ale pewnością, że NATO jest w stanie walczyć.

Czyli w krótkiej i średniej perspektywie nasze bezpieczeństwo jest w pełni zależne od USA. Tymczasem relacje transatlantyckie są obecnie mocno nadwątlone. Patrząc z tej perspektywy, czy decyzja części sojuszników, by nie poprzeć USA w wojnie z Iranem, była błędem?

Wolałabym nie odpowiadać na to pytanie, bo jest ono bardzo polityczne.

W tym kontekście kluczowe jest jednak, by wspomnieć, że w ramach NATO sojusznicy są zobowiązani się do przestrzegania artykułu 5 w sytuacji ataku na innego członka NATO. Poza tym państwa, które chcą poprzeć określoną sprawę, zawsze mogą stworzyć koalicję chętnych i połączyć siły. Tak działo się już w przeszłości.

Dyskusja, którą prowadzimy dzisiaj na temat transformacji NATO, jest dyskusją, którą prowadzilibyśmy bez względu na to, co wydarzyło się w Iranie. Luki w odstraszaniu, bazie przemysłowej, brakujące zdolności i nowy podział odpowiedzialności wewnątrz NATO to wyzwania niezależnie od sytuacji związanej z Iranem.

Czy Europa potrzebuje nowej struktury dowodzenia?

Część ekspertów przekonuje, że słabość Europy nie polega tylko na brakujących zdolnościach wojskowych, ale także na niejasnym przywództwie politycznym i strukturach decyzyjnych. Jeśli USA ograniczą zaangażowanie w Europie, także na poziomie dowództwa połączonymi siłami Sojuszu, kto będzie podejmował decyzje w Europie w czasie kryzysu bezpieczeństwa? Kto skoordynuje działania wojskowe i weźmie za nie odpowiedzialność polityczną?

To prawdopodobnie najtrudniejsze pytanie, przed którym stoją dziś europejscy członkowie NATO, bo ono wykracza poza kwestię wydatków wojskowych. Budowanie zdolności obronnych jest stosunkowo proste. Budowanie politycznej spójności i struktur podejmowania decyzji jest znacznie bardziej skomplikowane.

Jeśli wyobrazimy sobie poważny kryzys na wschodniej flance NATO przy ograniczonym amerykańskim przywództwie, pojawia się kilka trudnych pytań: kto koordynuje wojskowe wzmocnienie? Kto autoryzuje eskalację? Kto przemawia politycznie w imieniu Europy? Kto zarządza komunikacją strategiczną? Kto koordynuje konsultacje nuklearne?

Odpowiedzi na te pytania pozostają tylko częściowe.

Europa dokonała w ostatnich latach znaczących postępów. Koalicja chętnych wspierająca Ukrainę pokazuje, że europejskie państwa są w stanie organizować się politycznie, gdy jest to konieczne. UE przejęła też znacznie większą rolę w koordynowaniu sankcji na Rosję, pomocy wojskowej, polityki przemysłowej i finansowania obronności.

Wielka Brytania i Francja pozostają kluczowymi aktorami wojskowymi, Niemcy biorą na siebie większą odpowiedzialność strategiczną, Polska stała się jedną z głównych potęg obronnych Europy, a współpraca państw nordyckich zacieśniła się po przystąpieniu Finlandii i Szwecji do NATO.

Europa stopniowo buduje więc fundamenty bardziej spójnej architektury bezpieczeństwa. Nadal jednak istnieją istotne luki.

Jak wskazuje Christian Mölling w raporcie EPC, Europie wciąż brakuje wystarczająco jasnych struktur politycznego i wojskowego przywództwa w zarządzaniu kryzysowym. Kwestie kontroli eskalacji, struktur dowodzenia i strategicznej odpowiedzialności politycznej nie zostały jeszcze w pełni rozwiązane.

Nie musi to jednak oznaczać tworzenia całkowicie nowych instytucji. Bardziej praktycznym podejściem jest wzmocnienie europejskiego przywództwa w ramach istniejących struktur NATO i jednocześnie lepsze wykorzystanie mechanizmów koordynacji politycznej Unii Europejskiej. Nie musimy wymyślać koła na nowo.

Szczyt w Ankarze nie odpowie na wszystkie te instytucjonalne pytania. Może jednak pokazać, że Europa staje się coraz bardziej zdolna do organizowania i prowadzenia własnej obrony konwencjonalnej, pozostając jednocześnie w pełni zakorzeniona w NATO. Bo ostatecznie odstraszanie wymaga także pewności, że decyzje polityczne mogą być podejmowane szybko i wspólnie.

A to prowadzi do kolejnego wyzwania: sojusznicy potrzebują wspólnego rozumienia nie tylko tego, kto podejmuje decyzje, ale także, kiedy te decyzje muszą zostać podjęte – czyli jaki rodzaj agresji przekracza próg wymagający wspólnej odpowiedzi. Tu też jest wiele niejasności.

Co powinno uruchamiać artykuł 5?

W swojej analizie w raporcie European Policy Centre pisze pani, że NATO celowo utrzymuje strategiczną niejednoznaczność dotyczącą tego, co dokładnie mogłoby uruchomić artykuł 5. Ale jednocześnie argumentuje, że sojusznicy potrzebują poufnych rozmów o tym, jaki rodzaj agresji wymagałby odpowiedzi militarnej. Czy wewnątrz NATO istnieje zgoda co do tego progu? Czy sojusznicy mają wspólne rozumienie tego, jakie działania Rosji wymagałyby wspólnej odpowiedzi?

To jest coś, co powinno być omawiane wewnętrznie. Celem nie jest usunięcie niejednoznaczności wobec Moskwy. Celem jest zmniejszenie niejednoznaczności wewnątrz NATO.

Strategiczna niejednoznaczność jest ważna, ponieważ nie chcemy, żeby przeciwnik dokładnie wiedział, gdzie przebiega próg reakcji – choć oczywiście czerwone linie powinny być jasno komunikowane. Ale sami sojusznicy muszą mieć pewność, jak kolektywna obrona funkcjonowałaby w różnych scenariuszach.

Odstraszanie nie istnieje tylko na papierze ani w wykazach zdolności wojskowych. Ostatecznie istnieje w umyśle przeciwnika. Rosja nie ocenia wyłącznie zdolności NATO. Ocenia spójność polityczną, szuka niepewności, obserwuje wewnętrzne debaty polityczne i wypowiedzi przywódców.

Kluczowe pytanie brzmi więc: czy Moskwa wierzy, że 32 sojuszników odpowiedziałoby wspólnie na agresję.

Artykuł 5 nie powinien istnieć wyłącznie jako zobowiązanie prawne – choć był już w przeszłości uruchamiany. Musi istnieć jako rzeczywistość wojskowa i polityczna, która może zostać zastosowana przeciwko Rosji, jeśli zdecyduje się zaatakować państwo członkowskie NATO.

Szczyt w Ankarze jest okazją, by pokazać, że polityczna solidarność NATO pozostaje równie wiarygodna, jak jego zdolności wojskowe. Jeśli Rosja uzna, że agresja zakończy się porażką, ponieważ NATO pozostaje zjednoczone – odstraszanie działa. To jeden z najważniejszych celów szczytu.

Jaki sygnał NATO wyśle Rosji i Ukrainie?

Ostateczna deklaracja szczytu NATO jest nadal negocjowana. Takie dokumenty są zawsze bardzo uważnie obserwowane – nie tylko przez sojuszników, ale także przez Moskwę – ponieważ każde słowo dotyczące Rosji, Ukrainy i artykułu 5 wysyła polityczny sygnał. Czego realistycznie można oczekiwać po deklaracji z Ankary? Czy spodziewa się pani, że NATO wyśle Rosji silny i jednolity komunikat?

Myślę, że w przypadku Ankary komunikat albo deklaracja będą prawdopodobnie krótkie, podobnie jak w ubiegłym roku, ale oparte na konkretach. Spodziewam się trzech rzeczy.

Po pierwsze: odniesienia do inwestycji obronnych i zapewnienia dotyczącego wdrażania zobowiązania z Hagi.

Po drugie: czegoś bardzo konkretnego dotyczącego przemysłu obronnego i budowy wiarygodnej bazy przemysłowej. Odbywa się także forum przemysłowe, więc być może zobaczymy również jakiś efekt tego spotkania – na przykład podpisane kontrakty albo inne konkretne działania.

I po trzecie: Ukraina.

Powinno pojawić się zapewnienie dla Ukrainy i jasny sygnał, że wsparcie będzie kontynuowane. Bezpieczeństwo Ukrainy jest kluczowe. NATO wspiera Ukrainę, aby zapewnić, że będzie mogła negocjować z pozycji siły.

Spodziewam się, że w Ankarze sojusznicy potwierdzą dalsze wsparcie dla Ukrainy, tak aby mogła się bronić i aby zapewnić ciągłą, trwałą i długoterminową pomoc ze strony NATO.

Europejscy sojusznicy – w tym kanclerz Friedrich Merz i Mark Rutte – zapowiadali, że chcą wysłać silny sygnał dotyczący długoterminowego wsparcia dla Ukrainy. Biorąc pod uwagę podejście USA wobec Ukrainy, czy uważa pani, że taki przekaz nadal może znaleźć się w deklaracji?

Myślę, że jest to bardzo możliwe, ponieważ Stany Zjednoczone nadal wspierają Ukrainę. Nawet jeśli USA nie płacą za broń, to ją dostarczają. Dlatego nie sądzę, żeby ktokolwiek był przeciwny deklaracji w sprawie wsparcia Ukrainy.

* Iana Maisuradze jest ekspertką ds. bezpieczeństwa i obronności oraz analityczką European Policy Centre (EPC) w Brukseli. Specjalizuje się w transformacji NATO, relacjach transatlantyckich, współpracy UE-NATO i bezpieczeństwie europejskim, ze szczególnym uwzględnieniem Ukrainy, Gruzji i Kaukazu Południowego. Wcześniej pracowała m.in. w College of Europe oraz Geneva Centre for Security Policy (GCSP).

Na zdjęciu Paulina Pacuła
Paulina Pacuła

Dziennikarka działu politycznego OKO.press. Absolwentka studiów podyplomowych z zakresu nauk o polityce Instytutu Studiów Politycznych PAN i Collegium Civitas, oraz dziennikarstwa na Uniwersytecie Wrocławskim. Stypendystka amerykańskiego programu dla dziennikarzy Central Eastern Journalism Fellowship Program oraz laureatka nagrody im. Leopolda Ungera. Pisze o demokracji, sprawach międzynarodowych i Unii Europejskiej. Publikowała m.in. w Tygodniku Powszechnym, portalu EUobserver, Business Insiderze i Gazecie Wyborczej.

Komentarze